|
Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
wtorek, 15 maja 2012
Olo Walicki. Jedna z najważniejszych postaci polskiego yassu. Grał również z gigantami polskiego mainstreamu np. ze Zbyszkiem Namysłowskim. A ostatnio i z gwiazdą indie popu Gabą Kulką. Imponuje, że nie zamyka się w jednej estetyce, ciągle poszukuje, rozwija swój warsztat, brzmienie. Najciekawsze są jednak jego własne projekty, których różnorodność i jakość są nadzwyczajne. Wspaniała muzyka jaką napisał do filmu i teatru, muzyczny hołd dla ukochanych Kaszub, basowy duet z Wojtkiem Mazolewskim. O te i inne kwestie związane z jazzem, muzyką, życiem będziemy mieli okazję zapytać go dzisiaj o 21.00 w audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM (bezpośredni LINK, aby posłuchać radia w internecie). Na spotkanie zaprasza - Maciej Nowotny
czwartek, 10 maja 2012
Majowy nr JazzPress już do pobranie za FREE!!! Nikomu o tym nie mówce (chociaż jest to całkiem legalez!), ale wystarczy kliknąć na ten oto LINK i już za chwilkę macie pisemko w formacie pdf na swoim kompie albo lapku. Chcecie poczytać na ipadzie albo kindlu? No problem! Są dostępne odpowiednie formaty. A w środku wrze jak w jazzowym ulu, szaleją artyści, redaktorzy, a wszystko kręci się wokół muzy. Miło było dorzucić jak zwykle swoje trzy małe grosiki, w tym przypadku interesujący wielce wywiad z Neilem Cowleyem, reckę nowej, rewelacyjnej płyty SING SING PENELOPE i krótkie sprawozdanie z JazzArt Festiwal w Katowicach. Cudowny jest MAJ ;-))) Poleca - Maciej Nowotny
poniedziałek, 07 maja 2012
Wiem, wiem, wiem... Przecież mój cykl Pod Parasolem Jazzu w audycji Kocham Jazz miał prezentować różne nurty muzyczne, które albo wzięły początek z jazzu albo coś do niego wniosły. To co tu robi Miles Davis? Otóż jest to jeden z tych naprawdę bardzo nielicznych przypadków, gdy to co stworzyła jednostka miało taką wagę jak cały nurt kreowany przez wielu artystów. Przypomnijmy, do tej pory przyglądaliśmy się m.in. skandynawskiemu cool jazzowi, neo soulowi i muzyce wywodzącej się z AACM. A jutro czyli we wtorek o 21.00 w radioJAZZ.FM w ciągu zaledwie godziny cała wielka kariera Milesa Davisa w pigułce, kawał historii kultury człowieka na planecie Ziemia i mnóstwo wyśmienitej muzy. Zapraszam do słuchania!!! (bezpośredni LINK, aby posłuchać w internecie) i do odwiedzin na fejsbuku w czasie audycji (LINK do tej strony), aby pogadać z innymi przyjaciółmi tej audycji, ponarzekać na prowadzącego i pośmiać się ze stanu polskich przygotowań do EURO 2012. Zaprasza - Maciej Nowotny
czwartek, 03 maja 2012
Trzeci dzień JazzArt Festival zaczął się od mocnego uderzenia, które słuchaczom zafundowali polski trębacz Tomasz Dąbrowski i amerykański bębniarz... Tyshawn Sorey. Dąbrowski to wysoki, przystojny mężczyzna o czarującym uśmiechu, którego łatwo rozpoznać po zawadiacko przechylonym na tył głowy kapelusiku. Sorey jest szpetny, wygląda jak King Kong w miniaturce, ale spoza grubych, ciemnych warg przebija wyraz twarzy równie nieziemski i pogodny jak ten u samego Buddy. Trudno o dwa bardziej przeciwstawne fizyczne typy. I trudno o dwa bardziej odległe od siebie muzyczne języki, bo Sorey to czarodziej ekstatycznego, czarnego jak lochy Tartaru, afrykańskiego z ducha pulsu, a w grze Dąbrowskiego słychać tak polską rzewność jak i skandynawską melancholię (zresztą studiował w Danii). Ale trudno też przypomnieć mi sobie kiedy ostatnio słyszałem tak udany avantjazzowy duet jak ten właśnie! Publiczność słuchała z niedowierzaniem z jaką niewyczerpaną kreatywnością Sorey odmienia przez tysięczne przypadki tak proste zdawałoby się słowo jak "rytm". Dąbrowski może być bardzo zadowolony, że na tle tego genialnego wprost muzyka zaprezentował się jak równorzędny partner. Jeśli ukaże się płyta nagrana przez tych dwóch muzyków w Nowym Jorku to "z automatu" ubiegać się będzie o miano jednej z najlepszych w 2012 roku w polskim jazzie. Wychodziłem z Katofonii na "miękkich nogach" jak Andrzej Gołota po walce z Mike'm Tysonem. Tymczasem czekał już na nas obłędny purpurowo-złoty kinoteatr Rialto, gdzie lada chwila zacząć się miał koncert nowego, międzynarodowego kwartetu Macieja Obary. Obara wyrasta na kluczową postać polskiego jazzu. Namaszczony przez Stańkę udziałem w New Balladyna Project, udał się następnie do Nowego Jorku, gdzie nagrał dwie wybitne płyty "Four" i "Three" ze śmietanką tamtejszej awangardy. Tym przetartym przez niego szlakiem udali się tam później Sarnecki, Bałdych czy wspomniany wyżej Dąbrowski. Jest zwiastunem tego co nowe w młodym polskim jazzie: otwarty na świat, szukający nowych dróg, nastawiony na współpracę ze wszystkimi, którym na sercu leży dobro ukochanej przez niego muzyki.
Tego dnia spoczywała na nim podwójna odpowiedzialność: po pierwsze za koncert, a po drugie za festiwal, którego był dyrektorem artystycznym. Podołał obu i to w jakim stylu! To wielkie moje budzi uznanie. Pokazał pewność siebie, dojrzałość, wiarę w swoją sztukę czyli wszystko to, co cechuje największych artystów. Pomogli mu w tym jego wyśmienici partnerzy czyli Dominik Wania na fortepianie oraz zjawiskowa skandynawska sekcja rytmiczna - Ole Morten Vagan na kontrabasie i Gard Nilssen na perkusji. Zagrali muzykę przemyślaną, która przemawia nie tylko energią i entuzjazmem (jak na poprzedzającym ich występ koncercie Dąbrowskiego z Soreyem!), ale i pięknie ukształtowanym detalem, kunsztowną formą. Miałem dużą satysfakcję słuchając Obary już nie tylko jako świetnego muzyka, porywającego improwizatora. Potwierdził bowiem swoją klasę także jako lider, muzyk świadomego kształtujący brzmienie całego zespołu, potrafiący ze wszystkich jego części wydobyć to co najlepsze. Brawa!
Te dwa wspaniałe koncerty wysoko ustawiły poprzeczkę! Kiedy zatem zjawiłem się w Hipnozie, gdzie grało brytyjskie Portico Quartet, kilka minut wystarczyło, żeby stwierdzić, że moja obecność nie jest tu niezbędna. Klub pękał w szwach, a ludzie świetnie się bawili przy dźwiękach, którym o wiele bliżej do muzyki klubowej i transowej muzyki tanecznej niż do jazzu. Innym razem bym został, bo nie mam nic przeciwko takim klimatom, wręcz je lubię, bo przyciągają płeć piękną jak miód pszczoły. Ale tym razem po dwóch tak potężnych dawkach autentycznego, czystego jak źródlana woda jazzu, dysonans był zbyt wielki.
JazzArt Festival zamykał koncert godzien tego by być kropką nad "i" całego trzydniowego muzycznego maratonu. W klubie Gugalander stanęły mikrofony i kamery, aby nagrać materiał na płytę, która ma szansę być jednym z najważniejszych wydarzeń tego roku. Chodzi o projekt Power of the Horns Piotra Damasiewicza, który w swoim zespole Damas Ensemble zebrał śmietankę polskiego jazzu (m.in. Obara, Pindur, Pospieszalski, Niewiadomski, Wania, Romanowski) z akcentem portugalskim (Ferrandini) i skłonił ich do zagrania materiału napisanego w duchu zespołów Henry'ego Threadgilla, Wadady Leo Smitha, Lestera Bowie czy niezapomnianego Art Ensemble of Chicago. Mimo, że te wszystkie inspiracje nie są przecież nowe to muzyka zabrzmiała potężnie. Młodzieńcza werwa, autentyczność, wiara w misję jazzu jako, mówiąc słowami Pharoah Sandersa, "siły uzdrawiającej świat", wszystko to sprawiło, że w Gugalanderze przeżyłem coś więcej niż koncert. To była magia!
Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki razem z grupą kilkunastu osób poszliśmy na ul. Mariacką i jeszcze wiele godzin dalej rozmawialiśmy o jazzie, przeżywaliśmy to co się stało w ciągu tych trzech dni, staraliśmy się odzyskać kontakt z rzeczywistością. Udało się dopiero nad ranem, ale gdy wsiadałem do powrotnego pociągu do Warszawy spoglądałem z tęsknotą na Katowice. Dotąd były dla mnie szarym i smutnym miastem. Jednak jazz sprawił, że od tej pory pamiętał je będę jako miasto w chmurach i mam nadzieję tam wrócić, może już za rok na następną edycję JazzArt Festival...
Autor: Maciej Nowotny
* relacja ukazała się pierwotnie na festiwalowym blogu, do którego odwiedzin serdecznie zapraszam: http://jazzart-festival.blogspot.com/
wtorek, 01 maja 2012
Długonoga i długowłosa szatynka, odziana w zwiewną jak pajęczyna sukienkę, jak najbardziej odpowiednią na trzydziestostopniowy upał, podeszła do mnie i zapytała z miną niewiniątka: czy to na pewno w tym kościele odbywa się koncert? Ależ jak najbardziej - odpowiedziałem - chętnie pokażę Pani drogę. Dawno, wyznaję ze wstydem, nie zmierzałem z takim zapałem do domu Bożego, w czym niemała zasługa także muzyki, która tego dnia miała rozbrzmieć w ewangelicko-augsburskiej parafii przy ul. Warszawskiej. Bo takie projekty jak "Hadrony" można w polskim jazzie policzyć na palcach jednej ręki. Napisana przez Piotra Damasiewicza kompozycja na jazzowy kwintet i orkiestrę jest robiącym wrażenie debiutem muzyka, o którym powinno być głośno w nadchodzących lat. Podobnie jak o innych członkach zespołu, który tworzą saksofoniści Maciej Obara i Gerard Lebik, kontrabasista Maciej Garbowski i perkusista Wojtek Romanowski. Wracając do muzyki to za jej efekt odpowiada także dojrzałe brzmienie orkiestry kameralnej AUKSO, której dyrektorem od lat pozostaje Marek Moś. Wszystkie te elementy złożyły się na zapewne sukces, o czym świadczy licznie przybyła na koncert publiczność. Również opinie, które zbierałem wśród znajomych po koncercie były pozytywne. Jeśli o mnie chodzi to tej opartej na skomponowanym materiale muzyce brakuje charakterystycznej dla jazzu swobody i spontaniczności. Taki niestety ze mnie zakuty (free) jazzowy łeb! Z "Hadronów", ku mojemu wielkiemu żalowi, musiałem wyjść przed końcem, aby przemieścić się do klubu Katofonia, gdzie gitarzysta Kamil Pater, perkusista Rafał Gorzycki, kontrabasista Paweł Urowski i saksofonista Irek Wojtczak mieli zagrać materiał z jednej z najciekawszych płyt tego roku czyli albumu "A-Kineton". Jak wiele innych projektów muzyków pochodzących z okolic Bydgoszczy i związanych z legendarnym klubem Mózg, zespół ten gra muzykę, do której pasuje określenie post yass. To co najbardziej mnie urzeka w tym nurcie to bezkompromisowość, nieuleganie wszelkim estetycznym naciskom z jazzowego establishmentu i konsekwentne poszukiwanie własnego języka. A-kineton to przede wszystkim projekt Kamila Patera znanego nam z Contemporary Noise Sextet. Tą płytą Kamil znacznie przekroczył ramy, w których poruszał się na krążkach nagranych z CNS. W ogóle ten koncert świetne na mnie wywarł wrażenie poza jednym elementem, mianowicie publicznością, która wyjątkowo na to zdarzenie stawiła się bardzo nielicznie. Szkoda, bo muza warta była uwagi! Aby posłuchać A-Kinetonu musiałem podarować sobie któryś z następnych koncertów i ku zaskoczeniu wielu mój wybór padł na... Larsa Danielssona i jego kwartet. Z tego co słyszałem Lars nie zawiódł i zaproponował coś co jest nam już świetnie znane z innych jego płyt czyli ECMowski jazz oparty na fundamencie muzyki klasycznej podobny nieco do szwedzkiego Volvo. Samochodu jak wiadomo bardzo bezpiecznego, którym bez ryzyka można się wybrać na zakupy do supermarketu, ale którym jazda dostarcza bardzo niewielu emocji. Stąd zamiast Volvo czekało na mnie teraz Stryjo czyli trio Nikola Kołodziejczyk na fortepianie, Maciej Szczyciński na kontrabasie i Michał Bryndal na perkusji. Szczyciński i Bryndal to muzycy młodzi, ale już wyraźnie rozpoznawalni na naszej scenie. Ciekaw byłem zatem zwłaszcza Kołodziejczyka. Poza tym wiadomo, że w trio zawsze główny akcent spoczywa na fortepianie. Trzeba przyznać, że Kołodziejczyk ma papiery na granie. Technika, muzykalność, wyobraźnia są. Nie ma koncepcji. Do czego użyć tych wszystkich narzędzi. Bo przecież koncepcją nie jest zgrywa. Zwłaszcza, gdy żarty niezbyt śmieszą. Z Hipnozy przenieśliśmy się na ostatni koncert do Gugalandera, gdzie czekało nas powtórne spotkanie z Irkiem Wojtczakiem. Tym razem z jego autorskim Projektem Region Łódzki, w skrócie, PRL. Rzadki to u nas przypadek poważnego potraktowania rodzimej, ludowej tradycji muzycznej. Nie Cepelia, a gra w duchu takich kultowych już albumów w polskim jazzie jak Zbigniewa Namysłowskiego "Kujaviak Goes Funky". Nadto udało się Wojtczakowi zebrać interesujący skład, bo na fortepianie Piotr Mania i na kontrabasie Adam Żuchowski znani z bardzo zgrabnej cool jazzowej Triomanii, a na perkusji i trąbce odpowiednio Kuba Staruszkiewicz i Tomek Ziętek, których wszyscy pamiętamy z gry w Pink Freud. Nadali oni prostym ludowym melodiom, które wyszperał Irek Wojtczak, takiej energii, że muzyka zabrzmiała świeżo, a wreszcie nieco liczniejsza tego dnia publiczność zareagowała entuzjastycznie. W opinii wielu to był najlepszy koncert tego dnia, a może nawet na całym festiwalu! Ja bym nie poszedł tak daleko. Widzę spore rezerwy tak w zgraniu muzyków jak i w płynnym połączeniu folkowego materiału z nowoczesnym jazzowym językiem, ale była w tym przede wszystkim... koncepcja! A dzisiaj czyli w poniedziałek, ostatniego dnia JazzArt Festiwalu, powinno nie być gorzej, a wielu twierdzi, że napięcie jeszcze wzrośnie! Zacznie Tomek Dąbrowski z Tyshawnem Soreyem, jednym z najlepszych młodych perkustistów na świecie, który przyleci na ten koncert z Nowego Jorku. Potem projekt jak zawsze kreatywnego Macieja Obary z całkiem nowym, międzynarodowym kwartetem. Następnie duma brytyjskiej sceny czyli Portico Quartet. A na koniec Piotr Damasiewicz z Power of the Horns. Tym razem zamierzam jakimś cudem nie pominąć żadnego z tych, miejmy nadzieję, niezapomnianych koncertów... Autor: Maciej Nowotny * relaja ukazała się pierwotnie na festiwalowym blogu, do którego odwiedzin serdecznie zapraszam: http://jazzart-festival.blogspot.com/
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Bum bum bum bum! Grzmiało mi w głowie, gdy wczoraj w nocy wychodziłem z katowickiego klubu Gugalander po kończącym pierwszy dzień JazzArt Festival koncercie grupy Polar Bear. A to za sprawą perkusisty tej formacji Seba Rochforda, którego mogę określić adekwatnie jedynie słowem: "zwierzak". I nie chodzi mi tutaj o jego czuprynę wyglądającą jak rodzaj afro, w które przed chwilą uderzył piorun o rekordowym natężeniu. Tu chodzi o jego organiczne zrośnięcie z instrumentem muzycznym jakim jest perkusja, o niesłychaną swobodę gry i o rytm, który chociaż był skomplikowany jak gambit hetmański w wykonaniu Kasparowa brzmiał jednocześnie komunikatywnie i kipiał nieogarnioną wręcz energią. Gdyby nie było Rochforda pozostali muzycy tej formacji czyli grający na saksofonach Pete Wareham i Mark Lockhart, na kontrabasie Tom Herbert oraz na elektronice i gumowym baloniku John Leafcutter, musieliby go wymyśleć. Bez niego ich muzykę dałoby się zaszufladkować jako zagrany na free jazowo dość standardowo brzmiący indie pop. Z nim jednak, wraz z upływem kolejnych minut koncertu, widać było jak rosną im skrzydła. A wkrótce za nimi podążyła cała scena Gugalandera, aby powoli, ocieżale, lecz konsekwentnie, unieść się do nieba. Wtedy klęknąłem na drugie kolano i zacząłem wołać: Hosanna! Bo kocham jazz, zwłaszcza taki jak ten grany przez Polar Bear: autentyczny, ekstatyczny, swobodny i niczym nieograniczony jak skowronek na błękitnym, wiosennym niebie. Napisałem na drugie kolano, bo pierwsze miałem już od dawna ugięte po poprzedzającym ten koncert występie trio Neila Cowleya w innym katowickim klubie Hipnoza. To trio zaproponowało cudownie spójną, do końca przemyślaną i perfekcyjnie zaaranżową muzykę pop zagraną z prawdziwie jazzową dezynwolturą. Porażający był profesjonalizm muzyków w każdym dosłownie elemencie, a energia, entuzjazm, emocje jakie rozbudzili są niezapomniane. Prosta jak budowa cepa muzyka ta jeszcze raz konfrontuje tabuny krytyków piejących z zachwytu nad przekomplikowanymi płytami Keitha Jarretta czy Brada Mehldaua z pewną trudną prawdą: do wywołania efektu artystycznego nie trzeba wcale wyrafinowanych środków. Ludzie nie chodzą na koncerty w celu wysłuchania pełnego patosu kazania, które uświadomi im ich ograniczoność i rozbije w pył złudzenia, które pozwalają żyć. Grający na pianinie Cowley i jego partnerzy czyli kontrabasista Richard Sadler, perkusista Evan Jenkins (nie zapominajmy też o kwartecie smyczkowym, który im towarzyszył) przypomnieli nam lekcję jaką dał światu brytyjski rock i pop. Lekcję, którą rozumie każdy kto słuchał kiedykolwiek The Beatles: otóż prosta melodia i prosty tekst potrafią nieraz powiedzieć więcej o nieznośnej lekkości naszego bytu niż tysiące opasłych dzieł filizofów i teologów. Te wszystkie ochy i achy byłyby niemożliwe bez ludzi, którzy w Katowicach zebrali się razem, by zaplanować i wcielić w życie ideę festiwalu będącego rodzajem upamiętnienia przypadającego na 30 kwietnia światowego dnia jazzu. Piękny to przykład, gdy miasto obejmuje mecenatem inicjatywę tyleż potrzebną mieszkańcom co wartościową pod względem artystycznym. Piszę potrzebną mieszkańcom, bo chociaż termin rozpoczęcia festiwalu przypadł na początek długiego majowego weekendu to publiczność dopisała i tłumnie wypełniała sale tak w wymienionych wyżej klubach Gugalander i Hipnoza jak i w kinoteatrze Rialto, gdzie miało miejsce otwarcie festiwalu. Możemy dzisiaj uchylić rąbka tajemnicy i poinformować Państwa, że do końca trwała walka by festiwal otworzył się występem Roberta Glaspera. Bez wątpienia jednego z najzdolniejszych pianistów młodego pokolenia w Stanach i gwiazdy legendarnej wytwórni Blue Note. Nie udało się i zamiast niego festiwal otworzył Courtney Pine, który pokazał nieokiełznaną wprost chęć podzielenia się z nami tym jak dobrze mu się gra klarnecie basowym (rzecz nowa dla niego, gdyż do tej pory grał głównie na saksofonie). Energia tak rozpierała artystę, że właściwie nie zwaracał uwagi na swoich partnerów, którzy smętnie pobrzękiwali na fortepianie, kontrabasie i perkusji. Katowicka publiczność pokazała wielką klasę łaskawie nagradzając brawami zmagania artysty ze swoim wybujałym ego. To była druga wizyta Pine'a w Polsce, po około 10 latach nieobecności. Życzę mu oczywiście by zagrał jeszcze w naszym pięknym kraju, pod warunkiem jednak, że nastąpi to po upływie nie krótszego niż poprzednio okresu... Tego dnia wystąpił jeszcze polski skład pod nazwą Orange The Juice w klubie Katofonia, ale niestety nie udało mi się tam dotrzeć. Niemniej od znajomych słyszałem, że było świetnie! Jaka szkoda, że nie opanowałem sztuki bilokacji czyli bycia jednocześnie w dwóch różnych miejscach! Przydałaby mi się ona i dzisiaj, bo od rana siedzę i zastanawiam się, który z dzisiejszych pięciu koncertów wybrać: Piotra Damasiewicza z Orkiestrą Kameralną Aukso w projekcie Hadrony? Patera, Gorzyckiego, Wojtczaka i Urowskiego z materiałem z ich najnowszej płyty A-Kineton? Kwartet Larsa Danielssona? Stryjo z Kołodziejczakiem, Bryndalem i Szczycińskim? Czy kwintet Irka Wojtczaka z projektem PRL? O la la... Jedno jest pewne... będzie się działo i zapowiada się kolejna, szalona, jazzowa noc w Katowicach z JazzArt Festival! PS. Relacja z drugiego dnia wkrótce na festiwalowym blogu: http://jazzart-festival.blogspot.com/ Autor: Maciej Nowotny
piątek, 27 kwietnia 2012
Już jutro zaczyna się pierwszy JazzArt Festival w Katowicach, który zapowiada się smakowicie. Posłuchajcie audycji, aby dowiedzieć się więcej o tym kto i co będzie grał. Więcej informacji o tym wydarzeniu (program, bilety etc.) znajdziecie na festiwalowym blogu: jazzart-festival.blogspot.com
środa, 25 kwietnia 2012
Był Gagarin, był pies Łajka i major Hermaszewski, a dzisiaj czyli w środę o 21.00 będzie też Jerzy Mazzoll z ojcem i synem Janickimi. Spotykamy się jednak nie na przylądku Canaveral ani na kosmodronie Bajkonur, ale w Warszawie na ul. Koszykowej 55 w klubie Kosmos, gdzie odpali rakieta i zabrzmi muzyka z ich najnowszej, wydanej na początku roku płyty 'Minimalover". I ja tam będę, bo to pierwszy album Mazzolla od 6 lat i niepowtarzalna okazja, aby posłuchać co nabroił. Do zobaczenia i usłyszenia!!!
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
W najbliższym, wtorkowym wydaniu audycji Kocham Jazz zagości Wojtek Sobura. Niedawno czyli w marcu wydał swój pierwszy album "Organic Lo-Fi", który jest bardzo nietypowym projektem solo na perkusji. Brzmi ciekawe, ani to to jazz ani to awangarda, coś zupełnie jego własnego. Postanowiliśmy zatem porozmawiać i przyjrzeć się temu jak młoda generacja podchodzi do muzyki, czerpiąc z tak wielu różnych żródeł jak tylko się da. Dlatego właśnie spodziewajcie się tego wieczoranie nie tylko jazzu, ale i popu, R&B, rocka, a nawet... hip hopu. Do wygrania będzie także chyba najpiękniejsza nagroda w dziejach audycji Kocham Jazz czyli winylowa edycja płyty "Organic Lo-Fi" wydana po prostu z bajeczną starannością i smakiem. Polecam zatem słuchanie radioJAZZ.FM (LINK) we wtorek o 21.00 i wizytę na fejsbukowej stronie audycji Kocham Jazz (LINK), aby w trakcie audycji porozmawiać z innymi słuchaczami i podzielić się z nimi radością płynącą ze słuchania dobrej muzyki! Do usłyszenia - Maciej Nowotny
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Pod koniec tego miesiąca od 28 do 30 kwietnia 2012 roku pakuję manatki i jadę do Katowic. A powód jest prosty. Wygląda bowiem na to, że na kilka dni stolica polskiego jazzu przenosi się właśnie na Górny Śląsk. Nie wierzycie? To posłuchajcie wtorkowej audycji Kocham Jazz, która będzie poświęcona temu właśnie wydarzeniu. Mnóstwo informacji o koncertach jakie nas czekają w czasie tego festiwalu, a przede wszystkim zróżnicowana i inspirująca muzyka artystów, którzy wezmą udział w tym wydarzeniu. Zapraszam we wtorek o 21.00 do radioJAZZ.FM (LINK aby posłuchać w internecie) i na fejsbukową stronę audycji Kocham Jazz (http://www.facebook.com/pages/Kocham-Jazz/128684567224169), gdzie możecie pogadać z innymi słuchaczami i z prowadzącym. PS. Program: 28.04 sobota Kinoteatr Rialto 29.04 niedziela Kościół ewangelicko-augsburski 30.04 poniedziałek Katofonia godz. 22.00 > Power Of The Horns Damas Ensemble
czwartek, 12 kwietnia 2012
Ostatnio w Cafe Karma miałem okazję spędzić miły piątkowy poranek na wyśmienitej kawie z muzykiem, o którym ostatnio bardzo głośno nie tylko u nas, ale i w szerokim świecie. Czy mówią coś Państwu nazwy takich zespołów jak Undivided czy Hera? Jeśli nie to koniecznie nadróbcie te zaległości, bo takich combo nie było w Polsce, ho ho, może nawet od czasów słynnych grup Komedy i Stańki w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych! Liderem tych zespołów jest polski klarnecista Wacław Zimpel, który podczas naszej rozmowy wypowiedział opinię, że czuje się muzykiem ludowym. Nie dopytałem go wtedy o ten wątek, ale kropla drąży skałę i kiedy myślałem o tym w kontekście tego jak widzę przyszłość jazzu, coraz bardziej docierało do mnie, że jest w tej opinii coś niezwykle inspirującego...
Może zresztą są to naciągane przykłady, może lepiej dać inny. Prowadzę blog na temat polskiego jazzu (polish-jazz.blogspot.com) i dostałem pewnego razu mejl z dalekiej Kalifornii od Jasona McGuinessa członka kolektywu analogburners.com. Zmiksował on kilka utworów z wydanej w 1977 płyty Czesława Bartkowskiego “Drums Dream”. Napisał do mnie tak: “Kochamy tę muzę. Aha! To dopiero początek: teraz pracuję nad “Alter Ego” Czesława Gładkowskiego i Krzysztofa Zgraji!”. Naprawdę tak napisał! Mam kopie mejla na dowód. Z polskimi znakami “ł”. Czy ktoś pomyślałby w roku 1964 kiedy powstawała seria Polish Jazz, że kiedyś młodzi Amerykanie będą uważali muzykę nagraną kilkadziesiąt lat temu nad Wisłą za swoją własną?!
Autor: Maciej Nowotny *tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress (LINK)
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Święta, Święta i już... Kocham Jazz. Tym razem witamy serdecznie gościa, a będzie nim Maciej Garbowski. Znacie go zapewne z wyśmienitego trio RGG, chociaż pojawia się także na wielu innych płytach i w licznych projektach. Wymieńmy tylko współpracę z Tomaszem Stańko i Zbigniewem Namysłowskim, a z młodszego pokolenia z Maciejem Obarą, Piotrem Damasiewiczem, Przemysławem Strączkiem i Danielem Popiałkiewiczem. Ukończył słynną szkołę muzyczną w Katowicach, gdzie pracuje także jako wykładowca. I już mi się zdawało, że jest "skazany" na mainstream, gdy nagle na początku tego roku wydał album 'Elements' utrzymany w zupełnie innej stylistyce, bliższej free jazzowi i współczesnej kameralistyce. Krótko mówiąc, bardzo mnie ciekawi co ma w głowie ten młody przecież jeszcze artysta i o tym proponuję, abyśmy sobie z nim porozmawiali plus jak zwykle potężna dawka wyśmienitego jazzu!!! Zapraszam zatem już w najbliższy wtorek o 21.00 do radioJAZZ. FM (bezpośredni LINK, aby posłuchać), a także na stronę fejsbukową tej audycji (LINK), aby: - zadać pytania naszemu gościowi, - zasugerować muzę do tej audycji albo do następnych tematy, - pogadać z innymi zakochanymi w jazzie sluchaczami, - podrażnić się z prowadzącym... Zapraszam - Maciej Nowotny
czwartek, 05 kwietnia 2012
Kliknijcie po prostu TUTAJ i już możecie poczytać najnowszy, kwietniowy numer JazzPressu. Jest naprawdę "grubo"!!! Mnóstwo wyśmienitych tekstów o jazzie moich szanownych kolegów, w tym i moje trzy grosze czyli recenzje płyt: Rafała Gorzyckiego 'Akineton', The Fonda & Stevens Group 'Trio +2" nagranej z Maciejem Obarą i Irkiem Wojtczakiem oraz Ircha Quartet 'Watching Edvard'. Nadto relacja z koncertu Piotra Damasiewicza z projektem The Power of the Horns w warszawskiej Szpulce i zapowiedź programu festiwalu JAZZART w Katowicach, który zapowiada się bardzo smakowicie. Polecam!!! Maciej Nowotny
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Wszystko w jazzie zaczyna się od ludzi i tak było w tym przypadku, gdy mój przyjaciel Mirek dał mi do przesłuchania album Paula Chambersa zatytułowany tak właśnie czyli 'BASS ON TOP'. Nagrany w roku 1957 przez legendarnego inżyniera dźwięku Rudy Van Geldera dla wytwórni Alfreda Liona BLUE NOTE uosabia to co dla mnie najdroższe w złotych latach jazzu: perfekcję wykonania, urodę dżwięku, spontaniczność, lekkość i świeżość muzyki jaką tworzono w tamtych latach w Ameryce. Z przyjemnością podzielę się nią z Państwem, chociaż będzie to jedynie punkt wyjścia do dalszej podróży. Podóży, w której tym razem towarzyszyć nam będą basiści, bo zgodnie z tytułem płyty oni będą w tym wydaniu audycji Kocham Jazz "na topie" . Zresztą nie potrafię sobie wyobrazić jazzu bez ich twórczego i jakże orginalnego wkładu! Zagrają zatem na pewno obok Paula Chambersa: Scott Lafaro, Charles Mingus, Charlie Haden, Jaco Pastorius, Dave Holland i William Parker. Czy uzupełnilibyście te listę o jakieś nazwisko? Jeśli tak to zostawcie swoją sugestię w komentarzach do tej notki na blogu albo zalogujcie się na fejsbukową stronę Kocham Jazz (LINK), gdzie możecie pogadać tak z innymi przyjaciółmi tej audycji jak i z jej prowadzącym. Zapraszam już w najbliższy wtorek o 21.00 do radioJAZZ.FM (bezpośredni LINK, by posłuchać w internecie) - Maciej Nowotny
czwartek, 29 marca 2012
Jerzy Mazzoll - bass clarinet, a, b, c clarinets Sławek Janicki - double bass Qba Janicki - drums, electronics
Minimalover (2012) Mazzoll, jeden z ojców założycieli yassu i legenda polskiej awangardy, nie lubi bardzo kiedy tak się o nim mówi. Lubi patrzeć w przyszłość, urodzony w 1968, ma przecież dopiero nieco ponad czterdziestkę. I oto wraca po sześciu latach od ostatniej płyty i zapowiada aż dwa albumy w tym roku, z których pierwszy ukazuje się “Minimalover” z premierą zaplanowaną na 1 marca 2012. Pod jednym względem na pewno może on służyć za wzór dla większości byle jak wydanych krążków na polskim rynku: ładna i korespondująca z zawartością okładka, a poza CD z muzyką, także DVD z zapisem koncertu. Po prostu perfekcja i więcej chciałbym widzieć tak wydanych płyt jazzowych! Co do zawartości to jest ona dokładnie taka jakiej można się spodziewać po Mazzollu, który kilka jazzowych Bastylii już zdobył i dalej atakuje to co w muzyce nowe, zaskakujące, niespotykane. Tym razem jest to wycieczka w świat minimalizmu, w ciekawy sposób zbieżna z tym co robi w tej chwili inny muzyk związany z tym środowiskiem czyli Rafal Gorzycki na równie oszczędnej płycie “They Were P” swej formacji o nazwie Ecstasy Project. Jeśli jeszcze Contemporary NOISE Sextet nagra płytę, której głównym aktorem będzie cisza to stwierdzę, że wszystkim im coś rzuciło się na MÓZG. To żart. Ale nie bez kozery, bo wszyscy wyżej wspomniani muzycy blisko są kultowego bydgoskiego klubu o tej właśnie nazwie, a “Minimalover” został wręcz nagrany podczas sesji w samym klubie z ojcem i synem Janickimi, którzy obecnie prowadzą tą zasłużoną dla kultury placówkę. A jaka jest muzyka? Na pewno zaspokoja gusta takiego jak ja wielbiciela awangardy, bo Mazzol i Janiccy wedrują ścieżką rzadziej wędrowaną. Patrząc z tego punktu widzenia jest to niewątpliwie jedna z najciekawszych płyt freeimprov jakie powstały w ostatnim czasie w polskim jazzie. Bardzo ważne, że nie przypomina niczego nie tylko u nas, ale i poza naszym krajem. Mazzollowi bowiem nie można zarzucić chęci kopiowania czegokolwiek czy kogokolwiek. Z drugiej strony trzeba powiedzieć jasno, że muza ta dość daleko lokuje się od smooth jazzu jaki umila łyk porannej kawy czy jazdę windą do biura. Nie jest to muzyka łatwo wpadająca w ucho i nie sądzę, aby na Mazzola spadł teraz deszcz pochwał za wysiłek jaki włożył w nagranie tego materiału. Moim skromnym zdaniem jednak powinniśmy tej płycie okazać zainteresowanie, bo w zalewie polskiej produkcji, dobrej technicznie, lecz co najwyżej wiernie imitującej afroamerykański wzorzec, to co robi Mazzoll i Janiccy wyróżnia się orginalnością i odwagą... Autor: Maciej Nowotny http://polish-jazz.blogspot.com/ * Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress, z którym zapoznać się możecie klikając na ten LINK! |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Audycja Kocham Jazz w radioJAZZ.FM
Czytane
Mój blog o polskim jazzie
|