Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
niedziela, 31 stycznia 2010

Album (2 CD) z koncertu w słynnym jazzowym klubie Village Vanguard wydana w roku 1995 przez Warner Bros. Sygnujacy płytę młody ówczesnie saksofonista Joshua Redman (syn znanego miłosnikom free jazzu Deweya Redmana) to prawdziwa jazzowa maszynka do robienia pieniędzy. Podobnie jak powiedzmy Diana Krall. Co nie znaczy, że Diana czy Joshua to wyłącznie komercyjne kreacje wielkich wytwórni płytowych. Tak się do końca jednak w jazzie ani w muzyce klasycznej nie da. Chociaż z drugiej strony trzeba otwarcie napisać, że Redman nie jest żadnym jazzowym bogiem, po prostu dobrym saksofonistą, po którym ja i wielu innych sporo sobie obiecuję, ale nie lepszym niż wielu innych z jego pokolenia. Dodatkowo muszę przyznać, że drażni mnie nieco towarzyszący mu marketingowy hype i myślę sobie, że po płytach Redmana widać trochę jakby temu ulegał, inaczej niż na przykład tacy muzycy z jego pokolenia jak Dave Douglas czy Christian McBride, z którymi zresztą dużo nagrywał.

Oprócz Redmana grającego na tenorze, Peter Martin gra na fortepianie, Christopher Thomas na kontrabasie i Brian Blade na perkusji. Repertuar to głównie orginały autorstwa muzyków grajacych na płycie i garść standardów, w tym "My One And Only Love" (Wooda i Mellina), "Remember" (Irvinga Berlina) i "St. Thomas" (Sonny'ego Rollinsa).

A teraz najważniejsze: warto czy nie warto? Bez wątpienia płyta ta należy do najlepszych w dyskografii Redmana. Czuć atmosferę koncertu, czasami nawet aż za bardzo, jakby entuzjazm publiczności był reżyserowany, mimo tego wszakże brzmi tu Redman bardziej spontanicznie, żywiołowo i free niż na swoich płytach studyjnych. Dla kulturalnego jazzmana jest płyta ponadto smakowita, bo Redman jest wielkim jazzowym erudytą i sprawne ucho słuchacza wychwyci w poszczególnych utworach granie na modłę takich wielkich poprzedników Redmana jak Coleman Hawkins, John Coltrane, Joe Henderson i wielu innych. Ta zabawa ze słuchaczem w zgadnij kogo teraz naśladuję nigdy nie przekraza granic dobrego smaku i jest czymś bardzo przyjemnym, a jednoczesnie pokazującym jakie niezrównane mistrzostwo w opanowaniu instrumentu posiadł Joshua Redman.

Z drugiej strony te mocne punkty w jakiś paradoksalny sposób można też zaliczyć do słabości tego albumu. Żonglerka stylami prowadzi to poczucia, że koncert ten przypomina listę przebojów, brakuje mu myśli przewodnej, jedności stylistycznej. Ma się poza tym pewne wrażenie, że tego się już słuchało, chociaż to bez wątpienia najwyższej jakości granie, nawiazujące do tradycji, dzięki której wszyscy kochamy jazz. Innymi słowy czujemy się jakbyśmy czytali książkę, w której jest za dużo cytatów, bardzo zresztą mądrych, dobranych celnie i ze smakiem, ale za mało jest własnego tekstu autora. Podsumowując, czekam jeszcze na płytę Redmana, na której przemówi on własnym, niepowtarzalnym głosem. Taką jego płytę będę mógł z czystym sercem polecić, bo to naprawdę wybitny muzyk o nieprzeciętnych możliwościach.

A oto jak się bawił Joshua Redman i jego załoga na jednym z koncertów:


16:57, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 stycznia 2010

Znajomość z Lee Morganem zawdzięczam koledze z pracy, prawdziwemu jazzmanowi nie tylko muzycznie, ale i w życiu, Mirkowi, który parę lat temu nie słuchał niczego innego niż jazzu ze złotych lat 50tych i 60tych, a w tym właśnie niezrównanych nagrań tego herosa jazzowej trąbki. Po omawianej 2 dni temu doskonałej płycie Christiana Scotta nie zwalniamy tempa i nie zaniżamy poziomu, bo płyta jest zdecydowanie uptempowa, a jej poziom artystyczny jest po prostu najwyższy z możliwych.

Bajeczny skład jaki udało się zebrać Morganowi w studio to saksofonista altowy Jackie McLean, saksofonista tenorowy Hank Mobley, pianista Cedar Walton, basista Paul Chambers i perkusista Billy Huggins. Uff! Same przymiotniki naj naj naj są tutaj oczywiście na miejscu, ale oczywiście najważniejsza jest muzyka. Jaka ona jest na tej płycie?

Moim zdaniem to jedno z najlepszych nagrań hard bopowych lat sześćdziesiatych. Aż się nie chce wierzyć, że po nagraniu tej sesji w 1963 roku nagranie przeleżało w Blue Note aż 3 lata zanim zostało wydane, a potem właściwie przeszło bez większego echa. Jesli jednak zetknąłeś się z takim słynnymi płytami Morgana z tego okresu jak Sidewinder i Search For The New Land, to sięgając po tę płytę napewno się nie zawiedziesz. A tylko utwierdzisz się w przekonaniu, że przedwczesna śmierć (w wieku zaledwie 33 lat) zasztyletowanego przez zazdrosną kochankę Morgana zabrała Davisowi jedynego realnego kontrkandydata do miana króla jazzowej trąbki.

I w istocie moim zdaniem zapoznanie się z twórczością Lee Morgana powinno być obowiązkowe dla każdego chcącego zagłębić sie w jazzowej tradycji, bo jego granie było rodzajem antytezy dla przywołanego wyżej Davisa: zdecydowane, mocne, czyste i wirtuozerskie bez najmniejszego jednak śladu wkładanego w ten efekt wysiłku. Ta charakterystyka brzmieniowa, jasna, słoneczna, gorąca jak letni, upalny dzień zbliżała Morgana w naturalny sposób do gorących rytmów kubańskich i w ogóle latynoskich. Te klimaty są obecne zwłaszcza w utworze Hey Chico, który uważam zresztą za jeden z najlepszych na tej zasadniczo doskonałej w każdym calu płycie:

12:18, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 stycznia 2010

"Rewind That" wydany w roku 2006 w doskonałym amerykańskim wydawnictwie Concord to debiut 22-letniego trębacza amerykańskiego Christiana Scotta, którego talent jest po prostu kosmiczny. Na nagraniu słychać wyraźna fascynację twórczością Milesa Davisa, zwłaszcza z jego okresu elektrycznego, ale nigdy nawiązania do twórczości mistrza nie są zbyt nachalne i oczywiste, jak to się zdarza u wielu jego naśladowców. Do chromatycznego i bluesowego brzmienia trabki Scott dodaje to coś charakterystyczne jedynie dla niego, wewnętrzne ciepło i młodzieńczą energię. Muskularność tej muzyki podkreślają ponadto silne wpływy rocka i muzyki rhytm bluesowej.

9 na 11 utworów to orginały , a wśród dwóch standardów uwagę przyciąga mające chyba znaczenie symboliczne So What Davisa, którym Christian pokazuje jak wysokie ma aspiracje. Prezentuje bowiem podobną jak Miles pewność siebie, bezczelność i łatwość w kreowaniu muzyki, z której biją emocje, melodyjność i rytm. A same orginały? Moim zdaniem to kapitalne kompozycje, gęste, a jednocześnie wpadające w ucho, mające potencjał jazzowych standardów i mogę je porównać co do jakości z kompozycjami Manu Katche z jego także debiutanckiej płyty Neighbourgood. Ci co słyszeli tamtą bajeczną płytę wiedzą co oznacza ta rekomendacja :-)

Kto pomagał Scottowi na tym pierwszym nagraniu? W sekcji dętej towarzyszy mu saksofonista tenorowy Walter Smith i altowy Donald Harrison (wujek artysty, który pomagał mu w muzycznej edukcacji, zanim chłopak nie wstąpił w progi znamienitego, bostońskiego Berklee College). Brzmienie uzupełniają Matt Stevens na gitarze, Zaccai Curtis na Fenderze (kapitalna gra!) i sekcja rytmiczna w osobach Luquesa Curtisa na basie akustycznym i elektrycznym (elegancki i bardzo melodyjny akompaniament) oraz Thomas Pridgen na perkusji.

I własnie temu ostatniemu muzykowi chciałbym poświęcić jeszcze słów kilka zanim zaprezentuję jedno nagranie z płyty i zachęcę Was do jak najszybszego odsłuchania tej rewelacyjnej płyty. Praca Thomasa Pridgena na perkusji przypomina dokonania szturmujących jazz rockowych z ducha pałkarzy w rodzaju Steve'a Gadda czy Michaela Schrieve, a ostatnio młodszych Jima Blacka (jego płytę Alasnoaxis omawiałem jakiś czas temu) czy Magnusa Ostroma ze słynnego E.S.T. Jego styl jest bardzo indywidualny, rozpoznawalny od razu, atakujący, bezkompromisowy, wspaniale kontrastujący z miękkim, ale gorącym jak wulkan brzmieniem Scotta. Także i jemu należy wróżyć oszałamiającą wręcz karierę. Zresztą ona już się zaczyna, vide jego gra w bardzo ciekawym zespole Mars Volta, o którym niebawem także opowiem na łamach tego bloga.

Podsumowując, przyszłość amerykańskiej trąbki za sprawą Christiana Scotta wygląda doprawdy obiecująco, a przecież są jeszcze zaledwie 44-letni Wynton Marsalis, a także jeszcze młodsi Dave Douglas, Roy Hargrove i całkiem już młody  Nicolas Payton. Ludzie! wracają złote czasy jazzu. Wow!!!

Poniżej niemalże smoothjazzowe Like That z tej płyty, ale ja po prostu dostaję gesiej skórki jak tego słucham ;-)))


16:22, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010

Wydany w 2006 roku debiutancki album austryjackiego muzyka Marcusa Furedera ukrywającego się pod pseudonimem Parov Stelar. "Cuts" na tym albumie wcale nie są takie "rough", a raczej "mellow, soft and jazzy". Klimat płyty jest zdecydowanie downtempowy, muzyka nie jest wystarczająco gęsta ani oryginalna, aby przykuć uwagę samodzielnie na dłużej, ale sprawdza się nieźle jako nie intruzywny dodatek do innych wykonywanych w tym czasie czynności (dłubanie w nosie, praca na laptopie, konsumpcja posiłku wieczorem).

Najmocniejsze momenty na płycie to kiedy Stelar sam bawi się elektroniką, beatami i samplami. Poziom płyty pikuje w dół kiedy pojawiają się wokale Anity Riegler (na szczęście dość rzadko). Słychać oczywiście, że to jest album debiutancki. Zgranie sampli jest dość mechaniczne, muzyce brakuje "ciała", ale podoba mi się, że autor stara sie nadać jej przestrzeń. Bardzo oszczędnie dozuje perkusję i bass. Dzięki temu muzyka na płycie ma dość swobodny "oddech".

Mówiąc w skrócie (bo się nie ma nad czym specjalnie rozwodzić), ot taki fajny album ze spokojną elektroniczno-taneczną muzą, którego autora warto zapamiętać, bo może nas w przyszłości jeszcze pozytywnie zaskoczyć. Poniżej bardzo prosty i taneczny utwór For All I Know, który naprawdę nieźle wciąga:


18:03, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 stycznia 2010

To nagranie to bootleg (prawdopodobnie, bo w dyskografii artysty nie znaduję żadnej informacji na ten płyty z takim materiałem). Jak podaje wikipedia "geneza wyrazu bootleg wywodzi się z czasów amerykańskiej prohibicji alkoholu w latach '20 i '30 XX wieku, gdzie mianem "bootleg" określano alkohol wyrabiany bez zezwolenia i jakiejkolwiek kontroli państwa lub bary, nielegalne kluby lub miejsca, gdzie można było ów alkohol nabyć. Ściślej, słowo bootleg czy bootlegging odnosiło się do procesu przelewania nielegalnego alkoholu do butelek (butelkowanie), w których był on rozprowadzany dalej". Oby walka wielkich korporacji ze swobodą wyboru słuchacza muzyki skończyła się jak onegdaj walka amerykańskiego rządu z prohibicją.

Ale mnie nie obchodzi polityka, kasa, władza, skupiam się na muzyce. A ta na tej płycie jest doskonała. Ach! jak to swinguje, jak pulsuje, jak kręci! Pierwszej klasy jazz. Zżera mnie ciekawość kto oprócz Petruccianiego grał tego wieczora i jaki był grany repertuar, ale nie jest to łatwo odtworzyć po przeszło 20 latach. Przeprowadźmy więc małe dochodzenie w tej sprawie...

Co do składu to zadanie jest łatwe. Przed drugim utworem Petrucciani wymienia nazwiska dwóch muzyków: Paolo Fresu (trąbka) i Roberto Gatto (perkusja). Słychać jeszcze gitarę, ale nie wiem kto na niej gra.

Najłatwiej rozpoznać trzeci utwór, to słynne So What, kompozycja Milesa Davisa. Pierwszy utwór wiem, że skądś znam, ale na początku nie mogę sobie przypomniec skąd. W końcu nasuwa mi się skojarzenie z trąbką Chrisa Bottiego z jego płyty Italia i już mam! Ta piosenka to Estate (po włosku Lato) pióra Bruno Brighettiego i Bruno Martino. Doskonałe nawiązanie to miejsca koncertu jak i do włoskich korzeni Petruccianiego. Także czwarty utwór ma wyraźna linie melodyczną i mogę mieć nadzieję, że go rozpoznam. Mam tytuł na końcu języka. Acha! To słynne bluesowe i melancholijne You Don't Know What Love Is, które wryło się w pamięć dzięki wykonaniom Milesa Davisa, Sonny'ego Rollinsa i Cheta Bakera (jeden z nielicznych wypadków, gdy jego śpiew wspominam miło). A utwór drugi? Od pierwszych taktów wiadomo, że to kompozycja Theloniusa Monka? Pozostaje jeszcze przypomniec sobie która? Moim zdaniem to Straight No Chaser, ale posłuchajcie sami.


18:45, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 stycznia 2010

Squad na te płycie jest kosmiczny, bo poza Johnem Pattituccim (gra na kontrabasie i elektrycznej gitarze basowej) pojawiają się na niej takie tuzy jak Brian Blade na perkusji, Chris Potter na saksofonie oraz Adam Rodgers na gitarze. Mamy zatem na tej płycie obecne wszystkie składniki niezbędne dla uwarzenia dobrej muzyki: wspaniałe perkusyjne bity, soczyste saksofonowe wejścia, solidne gitarowe wsparcie i melodyjny, nienaganny technicznie bas . Niestety z tych wspaniałych składników nie wychodzi danie jakiego bym się spodziewał. Na usta ciśnie sie pytanie: z jakiego powodu tak się dzieje?

Poprzeczka jaką stawiamy Patitucciemu musi być niezwykle wysoka. grał on i to przez bardzo długi czas w zespołach prowadzonych w latach 80 i 90-tych przez Chicka Coreę i Wayna Shortera. Zespołach, których słuchał każdy i które nadawały jazzowi nowoczesne oblicze. Niestety ta płyta nawet nie zbliża się do tego poziomu. Nie oferuje ona nic nowego, inspirującego czego byśmy do tej pory nie znali.

Próby wycieczek w kierunku myzuki klasycznej (w tych utworach Patitucciemu towarzyszy na wiolonczeli żona) są bardzo piękne, ale niespójne z resztą płyty. Wolałbym, żeby Pattitucci zdecydował sie w jakiej stylistyce chce utrzymać tę płyte, a tak mamy tu przeplatankę kawałków jazzowych, third streamowych i czysto klasycznych, które raczej do siebie nie pasują, mimo że każdy z osobna brzmi nieźle. Brakuje czegoś co spinało by jakaś klamrą całą tę muzyke, jakiejś idei, nastroju, emocji etc. Tymczasem rzeczywiście mamy sytuację jaka sugeruje jakby tytuł płyty: linia (melodyczna) za linią. Fajnie się tego słucha, jest to oczywiście świetne zagrane, ale przypomina to oglądanie pięknych potraw przez szybę, nie czujemy smaku, nie czujemy aromatu, zatem nasza ochota by je skosztować jest tylko średnia. Mówię to żalem, ale płyta raczej nie zagości ponownie w moim odtwarzaczu.

Poniżej jedno w mojej ocenie najlepszych nagrań z albumu. Czysto jazzowa akcja we wspanialym monkowskim standardzie Evidence. Jaka szkoda, ze takich klimatów jest na tej płycie zbyt mało.


19:18, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 stycznia 2010

Album koncertowy, który został wydany 30 lat po śmierci Jimmi Hedrixa przez nigdy nie syty zysków przemysł fonograficzny. Na płycie oprócz Jimmiego grają Buddy Miles na perkusji i Billy Cox na gitarze basowej. Wszyscy panowie dają od czasu do czasu też głos, ale ten ma moim zdaniem drugorzędne znaczenie na tej płycie.

Gra Hedrixa, ale i pozostałych muzyków, jest na tej płycie tak mocarna, energetyczna, pełna wigoru, że po prostu nie znajduję słów by wyrazić swój podziw. Trudno się dziwić, że wielki Miles Davis  skłaniał swych gitarzystów do naśladowania Hendrixa. W ogóle chociaż nie bezpośredni, ale wpływ Hednrixa na jazz był olbrzymi. Całe lata siedemdziesiate fusion jazz rozwijał się jakby w cieniu jego potężnej osobowości. I dlatego sądzę, że każdy porządnie wykształcony jazzman powinien od czasu do czasu brać korepetycje u Jimmiego. Co też niniejszym czynię i do czego i Was zachęcam :-)

Poniżej kawałek słynnego Machine Gun:

 

18:24, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2010

Świetna awangardowa muza taneczna na tym albumie. Wiem, awangarda i taneczność, czy to w ogóle możliwe jest. A jednak JEST!!! Obecne na płycie strzępy rytmów, melodiii, gąszcz zapętlonych i mozolnie rozplątywanych prez Willa Hollanda sampli wskazuje na wspaniałą erudycje muzyczną i wrodzoną łatwość w kreowaniu autentycznej, swingujacej jak biodra dziewczyn muzyki. Jazz, funk, exotic, reagge i co tam jeszcze, wszystkie style mieszają się na tej płycie jak ingrediencje w dobrym drinku, by przenieść nas na brzegi tropikalnych wysp istniejacych jedynie na ocenanach wygaszaczy komputerowych ekranów. Waham się wyrokować czy ta muzyka ma jakąś wartość, wiem jedno, dla mojego zmęczonego umysłu jest złudzeniem, które przynosi wytchnienie po męczącym dniu spędzonym w wiecznie spóźnionych Polskich Kolejach Państwowych.

17:46, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 stycznia 2010

Wydawnictwo składa się z czterech płyt kompaktowych. Na pierwszej (jak i na pozostałych) znajdują się same hity: 1. East of the Sun, 2. For All We Know, 3. I Get A Kick Out Of You, 4. Greensleeves, 5. Two Degrees East, Three Degrees West, 6. Time After Time, 7. You Go To My Head, 8. Susie, 9. Out Of Nowhere, 10. The One I Love, 11. Polka Dots And Moonbeams, 12. Samba De Orfeu. Paula Desmonda oraz Jim Halla nie trzeba nikomu przedstawić. Obaj muzycy należą w mojej opinii do aboslutnych czempionów jazzu, zwłaszcza jego odmiany west coast. W tym wpisie kilka słów chciałem poświęcić Desmondowi.

Jego kariera rozkwitła, osiągnęła niewiarygodne szczyty, a nastepnie zgasła wraz z gwiazdą jednego z najsłynniejszych kwartetów jazzowych w historii jakim był Kwartet Dave'a Brubecka. Kwartetu ważnego też ze wzgledu na jazz polski, bo odwiedził on Polskę w latach 50tych wywierając znaczny wpływ na rozwój polskiego jazzu, jego unikalnej stylistyki. Do dzisiaj to, co najlepsze w polskim jazzie jest raczej cool niż bop. Jednak sam Paul Desmond, genialny altoista w kwartecie Brubecka, był na tyle niepowtarzalnym zjawiskiem, że nie znalazł naśladowców ani w Polsce ani nawet w Stanach Zjednoczonych. Jego brzmienie, co jest charakterystyczne jedynie dla najwiekszych muzyków, jest łatwo i natychmiast rozpoznawalne od pierwszego dźwięku. Co więcej, jest tez bardzo orginalne moim zdaniem, bo jako jeden z naprawdę bardzo nielicznych altoistów Desmond zdecydował się nie podążać śladami wielkiego Charliego Parkera.

Paul Desmond sam o swoim brzmieniu mawiał, iż chciałby żeby było równie eleganckie i wyrafinowane jak włoskie martini. I jak martini właśnie w niezliczonych konfiguracjach z innymi składnikami stanowi zawsze inspirujący element wielu drinków, tak  alt Desmonda uszlachetniał każdy skład, który miał szczęście towarzyszyć temu nietuzinkowemu muzykowi. Nie sposób wyobrazić sobie Kwartetu Brobecka bez dźwięku saksofonu Desmonda, tak jak przy całym szacunku dla geniuszu Jima Halla, płyta ta byłaby niczym nie wyrózniająca się produkcją gdyby nie koronkowe, delikatne jak marcepan, gładkie jak jedwab improwizacje Desmonda. Poza wymienionymi wyżej muzykami na płycie na basie gra Gene Cherico, a na perkusji Connie Kay.

Posłuchajcie co ten artysta robi na tej płycie ze znanym wszystkim tematem przewodnim z "Czarnego Orfeusza":


22:19, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2010

Kwartet Tomasza Stańki w znanym wszystkim składzie: Tomasz Stańko (trąbka), Marcin Wasilewski (fortepian), Sławomir Kurkiewicz (kontrabas), Michał Miśkiewicz (perkusja) z gościnnym udziałem włoskiego saksofonisty Gianluigi Trovesi'ego (jego płytę In cerca di cibo omawiałam na łamach tego bloga niedawno). Nagranie nie do dostania, bo nie wyszło z tego, co wiem na żadnej płycie, a jest zapisem koncertu, który miał miejsce na odbywającym sie w Parmie festiwalu Jazz Frontiere, 7 grudnia 2003 roku. Materiał został wyemitowany w raiu RAI Tre 13 kwietnia roku następnego. W lepszych czasach dla jazzu zaraz byłby wydany na płycie, w obecnych, i tak nie najgorszyh Tomasz Stańko wydaje jedną płytę na 2 lata. Marketing, marketing i jeszcze raz marketing... Ale dla nas, jazzowej publiki z najwyższej półki (bo tak się skromnie powinnismy oceniać ;-) jest to strata niepowetowana.

Na zdjęciu poniżej Tomasz Stańko:

I jeszcze zdjęcie Gianluigi Trovesiego:


Zwłaszcza, że z polskiego punktu słyszenia materiał ten jest niezmiernie wprost ciekawy. Rzućcie okiem sami, co było grane:

1. Litania
2. Svantetic
3. Ballada
4. Sleep, safe and warm
5. Night-time, daytime requiem
6. Ballad for Bernt

Same największe komedowskie covery. Najlepszy (ok, rzecz gustu, ale jednak) polski kwartet jazzowy i Gianluigi Trovesi, wspaniały włoski saks, o bardzo jednak indywidualnym brzmieniu, o bardzo specyficznej wrażliwosci muzycznej. Doprawdy arcyintrygująca konfiguracja, na którą trudno nie czekać niecierpliwie, wprost czuję gęsią skórkę wkładając płytę do mojego odtwarzacza (skąd mam płytę? Zapis koncertu ściagnąłem z internetu. Ktoś nagrał z radia i zamieścił na swojej stronie. Jak się pojawi w sklepach na pewno kupię).

Poniżej fantastyczna uptempowa wersja komedowskiej kołysanki z filmu Romana Polańskiego (wypuście go wreszcie!!!) Rosemary's Baby:

 

17:09, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 stycznia 2010

Włoski jazz jak włoskie kino, nie mówiąc o włoskiej kuchni, to wszystko rzeczy, za które powinniśmy być wdzięczni słonecznej Italii. A saksofonista (i częściej klarnecista przynajmniej na tej płycie) Gianluigi Trovesi i akordeonista Gianni Coscia ugotowali tu dla nas bardzo smaczne danie, muzykę czerpiącą pełnymi garściami z włoskiej muzyki ludowej i popularnej, jakby  ścieżkę dzwiękową do jeszcze nie nakręconego filmu. Filmu utrzymanego w najlepszych klimatach niezapomnianego włoskiego neorealizmu, cudownych i poruszających filmów Felliniego, Viscontiego czy De Sici. Jeśli zaś szukamy jakiś bliższych żródeł inspiracji to wskazalibyśmy na Dino Saluzziego i jego pełne mroku oraz sex appilu jazzowe wyprawy do żródeł argentyńskiego tanga. Płytę wydał ECM.

Kilka notek temu przy okazji omawiania płyty "Under The Jasmin Tree" przypominałem (poprzez dołączony film z You Tube) jeden z najsłynniejszych standardów jazzowych Django w nieśmiertelnym wykonaniu Modern Jazz Quartet. Jednym ze smaczków tej płyty jest właśnie kolejne wykonanie Django. Zanim o tym wykonaniu, słów kilka o samym standardzie. Django skomponowane przez Johna Lewisa, jedną z tych postaci kalibru Paula Desmonda czy Scotta LaFaro, mam na myśli wielkich muzyków, wybitne indywidualności, ale realizujące się w ramach raczej jednej formacji, często z innym muzykiem jako liderem. W przypadku Scotta LaFaro było to trio Billa Evansa, w przypadku Paula Desmonda kwartet Dave'a Brubecka, a w przypadku Johna Lewisa Modern Jazz Quartet Milta Jacksona.

Ten właśnie John Lewis skomponował ów standard na cześć wielkiego gitarzysty pochodzenia cygańskiego Django Reinhardta (mam nadzieję kiedyś napisać o nim na łamach tego bloga). Django jest o tyle ważny w historii jazzu, że jego nagranie uznano za artystyczny manifest trzeciego obok bebopu i cool jazzu (west coast jazzu) najpoważniejszego nurtu w jazzie. O ile bebop jest kojarzony ze wschodnim wybrzeżem Stanów Zjednoczonych, z graniem pełnym funku (rytmu) i swingu (taneczności), o tyle cool jazz kojarzony był bardziej ze znajdującym się na zachodnim wybrzeżu Hollywood, a jego brzmienie było bardziej stonowane, muzyka mniej spontaniczna, rzadziej improwizowana, a częściej komponowana jak w muzyce klasycznej. Bardzo upraszczając bebop w swojej skrajnej formie stał się z czasem free jazzem, a cool jazz, a precyzyjniej west coast sound dał początek wszelkim formom smooth jazzu. A czym się według ktytyków charakteryzował third stream jazz?

Third stream starał się godzić flirt cool jazzu z muzyką klasyczną z nieodłączną dla bebopu improwizacją. Czyli mamy tu do czynienia z klasyczną heglowską triadą: teza, antyteza i synteza. W przypadku Django mamy zatem do czynienia z niezwykłą mieszanką czystej wody jazzowej improwizacji Milta Jacksona na wibrafonie ze stanowiącym podstawę muzyczną rytmem jakby żywcem wyjętym z muzyki barokowej, przywołujacym na myśl chociażby Bacha. Na zakończenie niech mi wolno będzie stwierdzić, że właśnie ta zdolność syntezy okazała sie najbardziej żywotną w jazzie i przyczyniła sie do renesansu jazzu w naszych czasach. By się o tym przekonac wystarczy posłuchac tej właśnie płyty, a na zaostrzenie smaku proponuję wysłuchać poniższego nagrania:


18:02, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 stycznia 2010

Płyta wydana aż w 1976, ale wznowiona w pięknej reedycji 3 lata temu przez zacne wydawnictwo ENJA. Na fortepianie oczwyiście Mal Wadron, a poza nim grają: Terumas Hino (kornet), Steve Lacy (saksofon sopranowy), Hermann Breuer (puzon), Cameron Brown (kontrabas) i Makaya Ntchoko (perkusja). Spośród 8 kompozycji na płycie, siedem jest autorstwa Waldrona, a jedna, I Thought About You, to standard pióra Jimmy Van Heusena. Ponieważ niektóre kompozycje Waldrona mają też rangę standardów, więc odnotujmy, że na płycie znajduje się też jego Soul Eyes, onegdaj skomponowany dla Johna Coltrane'a.

W tej notce chciałbym kilka słów powiedzieć na temat współpracy Mala Waldrona ze Stevem Lacy. Może zresztą współpraca nie jest odpowiednim słowem, lepiej byłoby na opisanie takiej relacji użyć słowa przyjaźń, a nawet miłość, gdyby to ostatnie nie było zarezerwowane w naszej epoce wyłącznie dla relacji erotycznych. No bo oceńcie sami: od pierwszej płyty nagranej razem w roku 1958 (Reflections) aż po wydaną w 2002 roku One More Time, 44 lata wspólnego grania i 22 płyty, na których pojawiają razem! Cóż za wspaniała relacja! Niewiele podobnych znajdziemy w jazzie czy nawet poza nim ;-)

Myślę jednak, że tak trwały i, dodajmy, kreatywny związek mógł być możliwy, bo obaj panowie dzielą wspólną pasję, tą pasją jest jazz inspirowany muzyką Theloniusa Monka. Po przedwczesnym w roku 1971 zakończeniu kariery przez  Monka (zmarł dopiero w roku 1982), to właśnie na barkach w głównej mierze tych dwóch artystów leżało trudne zadanie: jak ocalić od zapomnienia dzieło genialnego pianisty. Za życia bowiem niewiele chwały przypadło w udziale Monkowi: był daleko mniej znany niż inni jazzowi muzycy, niektórzy w ogóle kwestionowali wartość i nowatorstwo jego osiągnięć. Na szczęście byli Lacy i Waldron, którzy konsekwentnie przypominali brzmienie Monka i rozwijali jego koncepcje, byli dla Monka tym czym Feliks Mendehlsson-Bartholdy dla Bacha, i dzięki nim muzyka Monka doczekała się obecnie należnego jej uznania i przeżywa renesans zainteresowania. Do tych współczesnych kontynuatorów tradycji monkowskiej będę z pewnością wracał w moich następnych notkach na tym blogu, po prostu z tego powodu, że sam lubię monkowskie klimaty w jazzie.

Wracając do płyty, którą omawiam w niniejszej notce to wypada zauważyć, że obaj przyjaciele są na niej w wybornej formie. Idąc śladem Monka jazzmeni ci sięgają głeboko do bluesowych korzeni gatunku, dzięki czemu muzyka na płycie jest rzewna, emocjonalna, niezapomniana. Kawał prawdziwego jazzu w najlepszym wydaniu. Żadne tam smooth jazzy, acid jazzy czy nu jazzy. Polecam dosłownie każdemu ;-)


 

16:20, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 stycznia 2010

Na tej wydanej w 1987 roku przez wydawnictwo Soul Note płycie grają muzycy z bardzo różnych jazzowych bajek. Charlie Haden to wielki jazzowy basista, z wielką predylekcją do jazzowej awangardy. Chet Baker to wielki indywidualista, silnie kojarzony ze nurtem west coast, którego styl jest równie łatwo rozpoznawalny jak styl Milesa Davisa. Enrico Pieramunzi to ikona włoskiego jazzu, który wydobywa z fortepianu dźwięki, których elegancję i dobry smak można porównać do przechadzki po florenckiej Galleria degli Ufficii. A Billy Higgins? To właśnie jemu chciałbym poświęcić kilka słów więcej. Jego perskusja bowiem szepcze i tętni na tej płycie jak serce młodej dziewczyny na widok pieknego chłopca, delikatnie, słodko i z wielką tesknotą. To jego obecność w dużej mierza sprawia, że muzyka na płycie staje się niezapomniania.

Billy Higgins urodził się w 1936 w Los Angeles. Sławę zdobył grając od roku 1958 do 1960 w kwartecie Ornette'a Colemana, w tym na epokowym albumie zatytułowanym Free Jazz. Następnie w latach 60, 70 i 80tych grał w najlepszych składach i na niezliczonych płytach z takimi tuzami jak choćby Donald Byrd, Dexter Gordon, Joe Henderson, Milt Jackson, Steve Lacy, Jackie McLean, Hank Mobley, Thelonius Monk, Lee Morgan, Art Pepper, Sonny Rollins, Mal Waldron. W powyższym wyliczeniu skupiłem sie na grajkach z pokolenia Billy Higginsa. Jak widać grał z najlepszymi i doprawdy trudno znaleźć lepszych, do których bardziej pasowałoby określenie gigant jazzu. Jak podaje słynny krytyk jazzowy Scott Yanow Billy Higgins pojawił się na przeszło 700 nagraniach!!!

Repertuar na płycie otwierają dwie kompozycje Hadena Vista i Silence, następnie słyszymy Pieramunziego Echi, niemal obowiązkowe na każdej płycie Cheta Bakera My Funny Valentine (gdzie Chet także śpiewa, dla jednych stety, dla innych w tym i mnie, niestety), 'Round Midnight Monka i Conception George'a Shearinga na koniec. Ten ostatni utwór to zresztą jedyny up-tempowy kawałek w całym zestawie, a szkoda (z drugiej strony tytuł płyty zobowiązywał do raczej spokojnieszego grania), bo skład brzmi w nim po prostu świetnie.

Reasumując, uważam, że warto odkurzyć na półce to nagranie, mamy tu bowiem do czynienia z nieco zapomnianą, aczkolwiek niewątpliwie perełką. Poniżej próbka dźwięków z tej płyty, a dokladniej pierwszy utwór:

 

 

19:27, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 stycznia 2010

Tytuł albumu (wyd. w 2007) jest jednocześnie nazwą zespołu z dodatkiem rzymskiej dwójki wszakże, która oznacza 2 album o tym tytule. Na płycie jesteśmy bliżej acid jazzu niż trip hopu czy nu jazzu. Orkiestra jest liczna (12 muzyków), a jej trzon stanowią instrumenty dęte i ostro, atakująco grająca sekcja rytmiczna. Muzyka ta mieści się w szerokim spektrum acid jazzu gdzieć między Hypnotic Brass Ensamble (bardzo blisku jazzu) a Groove Collective (blisko trip hopu). A ponieważ obie te kapele są z Nowego Jorku (chociaż HBE to import z Chicago) to nie dziwi nas, że i Budos Band z tego właśnie miasta pochodzi.

 

The Budos Band i podobne mu kapele przypominają mi troche orkiestry jazzowe z lat 30tych i 40tych. Brak w nich wybitnych indywidualności, ale w nich właśnie wykuwała się wspaniała przyszłość jazzu. Była to poza tym epoka, gdy jazz był bliską masom muzyka taneczną. Czy ta, współczesna nam, fala jazzowych orkiestr grających muzykę mniej awangardową, bliską za to słuchaczowi i bardziej strawną będzie kuźnią, z której wyłonią się artyści równie wielcy jak onegdaj Charlie Parker, Dizzy Gillespie cz Duke Ellington? Posłuchajcie i spróbujcie sami wyrobić sobie zdanie: 


17:13, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 stycznia 2010

Niebanalna płyta mimo etykietki nu jazzu jaką należy jej przypisać. Na szczęście Lars Danielsson, nadał muzyce na tej płycie bardziej induwidualne oblicze niż to się zwykle dzieje na lekko smętnych i jednostajnych produkacjach, które sygnują obecni na płycie: Nils Petter Molvaer czy Bugge Wesseltoft.

Danielsson rrodził się w szwedzkim Gothenburgu w roku 1958 i odebrał klasyczne wykształcenie muzyczne, specjalizując się w grze na wiolonczeli. W Lars Daniellson Quartet udało mu sie zebrać tak wybitnych muzyków jak saksofonista Dave Liebman, onegdaj współpracujący z Milesem, pianista Bobo Stenson i perkusista Jon Christensen. Zespół ten przez ponad 20 lat wspólnie tworzył jazz na najwyższym poziomie, a basowe brzmienie Danielssona stało sie rozpoznawalne dla tysięcy słuchaczy płyt i koncertów. Christenssen może sie pochwalic współpracą z najwybitniejszymi muzykami. Dla przykładu podać można takie nazwiska jak John Abercrombie, Bill Evans, Michael Brecker, John Scofield, Jack DeJohnette, Mike Stern, Billy Hart, Charles Lloyd czy Trilok Gurtu.

Gdybym miał najkrócej jak można oddać ideę tej płyty to powiedziałbym tak: próba twórczej syntezy postbopu, muzyki klasycznej i elektronicznej. Stąd jak sądzę pojawia się w tytule płyty słowo melange. Muzyka obfituje w sample, ale praca perkusji i basu jest klasycznie postbopowa, ecmowska, dzieki czemu słucha się tego bez uczucia znużenia i jednostajności. A ponieważ w tytule pojawia się obok słowa melanż, także słowo bleu, to płyta jest konsekwentnie downtempowa.

Najlepszym muzykiem na tym nagraniu jest moim zdaniem Jon Christensen. Jego praca na perkusji sprawia, że na płycie pojawia się (przynajmniej w niektórych utworach) calkiem niezły groove, pomimo ogólnie depresyjnego, wolnego i zimnego klimatu płyty. Fortepian Wesseltofta brzmi ckliwie. Trąbka Molvaera jak zsamplowany Miles Davis. Inne instrumenty dają głos, ale nie wnosza do nagrania swojej indywidualności. Wyrażnie, soczyście i intrygująco brzmi kontrabas Danielsson w tym dziwnym elektroniczno-klasycznym sosie. Reasumując bez Danielssona i Christensena byłaby to bardzo przeciętna płyta, która można by sobie odpuścić (na przykład jak większość produkcji Molvaera z ostatnich lat). Ponieważ jednak znajdują się oni na tym nagraniu, ba, odgrywają główne role, zatem można tę płytę z czystym serce polecić tak zwolennikom nu jazzom jak i bardziej ortodoksyjnym jazzzmanom.

 Tytułowy utwór z płyty:


11:40, trener66
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...