Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
niedziela, 30 stycznia 2011

Wszyscy wielbiciele talentu Brada Mehldau, do kórych zresztą należę, wiedzą, że jest on jednym z tych pianistów, którzy mają naprawdę bajeczne wręcz przygotowanie klasyczne. Z innych przykładów takich pianistów jazzowych wymienić można Kenny Wernera, Freda Herscha czy Simona Nabatova. No i słychać to w ich grze, oj słychać! Coś pewno w tym także jest, że właśnie do nich mam w jazzie wielką słabość. Po prostu wychowałem się na klasyce i przyzwyczajony jestem do technicznej perfekcji w grze na fortepianie. Perfekcji, która nie jest w jazzie niezbędna, aby osiagać szczyty, ba!, nawet czasami może przeszkadzać! A właśnie zorientowalem się, że do wymienionych wyżej pianistów jazzowych o klasycznym backgroundzie powininem oczywiście dodać naszego Adama Makowicza...

Zatem każdy wielbiciel jazzu wie kto to jest Brad Mahldau, bo takiego talentu w jazzowej pianistyce mainstreamowej dawno nie było. I w drugą stronę: każdy wielbiciel muzyki klasycznej, a zwłaszcza wokalistyki, zna świetnie sopran Renee Fleming, bo jest ona po prostu divą wielkiej, wielkiej klasy od wielu, wielu już lat. Wydawałoby się zatem, że skoro tak bardzo cenię Mehladaua i Fleming to powinienem się rzucić na to nagranie jak łysy na grzbień. Nic z tych rzeczy. Nigdy Małysz nie usiądzie za sterami samolotu i nie wyląduje nim na Okęciu. Oczywiście jest on specjalistą od latania, ale na nartach. Zatem chociaż płyta jest przyzwoita, to nie wnosi nic specjalnego zarówno do świata jazzu jak i do świata klasyki. Chyba, że ktoś chce zobaczyć jak Małysz ląduje Boeingiem? Ale to już zupełnie inna sprawa i proszę taką decyzję podejmować na własną odpowiedzialność....


sobota, 29 stycznia 2011

Nie tak dawno, z jednym z moich przyjaciół, mieliśmy okazję prowadzić długą rozmowę na temat jazzu, na trasie Warszawa – Jastrzębia Góra i z powrotem. Zadałem wtedy pytanie, gdzie są polscy perkusiści podobnego kalibru jak niegdyś Art Blackey, potem Jack DeJohnette, a obecnie Jim Black czy Jeff „Tain” Watts. Nie było nam łatwo znaleźć podobne typy na scenie polskiej lat minionych i obecnych. W końcu jeden z nas powiedział: „A Jacek Olter?” No tak, przed Jackiem wszystkie drogi były otwarte, ale samobójcza śmierć sprawiła, że nie ma już go między nami. Kto zatem jeszcze? – pytaliśmy rozglądając się bezradnie wokół.

A tu zaraz po powrocie, w moim ulubionym Empiku w Domach Towarowych Centrum w Wawie, gdzie istnieje jedyna chyba w Polsce póła z wyłącznie polskim jazzem (czy w innych miastach istnieją takie enklawy?) znajduję dwa te oto wydawnictwa, na których to właśnie perkusiści wiodą rej i to w wielkim stylu!

Zacznę od płyty „Synergy” perkusisty Tomka Sowińskiego, któremu towarzyszy prawdziwa śmietanka polskiego młodego jazzu w osobach Darka Herbasza grającego na saksofonie tenorowym, Jerzego Małka – na trąbce i instrumentach pokrewnych, Piotra Manii – na fortepianie, Piotra Pawlaka – na gitarze, Adama Żuchowskiego – na basie i Łukasza Ruszkowskiego szalejącego na różnych instrumentach perkusyjnych o etnicznej proweniencji. Doprawdy groove w tej muzie silny jest jak kiedyś moc w rodzinie Skywalkerów! Grupa ta nazwała się bardzo pięknie The Collective Improvisation Group i można o nich powiedzieć tylko i aż to, że to prawdziwych siedmiu wspaniałych, siedmiu samurajów, których granie jest dynamiczne i ostre jak miecz Musashiego, uciszający ostatecznie wszystkich maruderów, którzy zdają się wątpić, że modern jazz może być jednocześnie awangardowy i posiadać sex appeal! Zresztą staje się to powoli polską specjalnością, o czym świadczą wspaniałe płyty Audiofeeling Band Pawła Kaczmarczyka i Contemporary Noise Quintet/Sextet.
A ponieważ internetowa notka nie powinna być zbyt długa, na koniec chcę podkreślić rolę jaką odegrał w nagraniu Piotr Mania. Jego styl przypomina mi nieco sposób w jaki grał Kenny Drew, jak tamten Mania potrafi pozostając na drugim planie, zachować swoją wyrazistą indywidualność i subtelnie acz czujnie podąża za najlżejszymi zmianami rytmu w jakie obfituje ta wspaniała muzyka. Płyta warta nie tylko złamanego szeląga!

Drugie wydawnictwo, na które chciałbym zwrócić Waszą uwagę to album „Detour Ahead”, na której gra trio muzyków pod wodzą kolejnego perkusisty Arka Skolika. O ile na pierwszej płycie słuchamy obecnej śmietanki polskiego młodego jazzu, to na tej kto wie czy nie słuchamy przyszłej śmietanki. O ile bowiem Arek Skolik to muzyk znany nam od lat, którego klasa nie podlega dyskusji, to towarzyszący mu na fortepianie Kuba Płużek i na kontrabasie Max Mucha to absolutni debiutanci (przynajmniej tak mi się zdaje!), których do tej pory mogliśmy słyszeć tylko na płycie „Lilla Chezquiz” kwartetu Jarka Bothura, płycie znakomitej zresztą.
Repertuar tego CD złożony jest z samych standardów jak choćby Nobody Else But Me (J. Kern), Detour Ahead (H. Ellis, J. Frigo, L. Carter), Five Brothers(G. Mulligan), 9:20 (C. Basie) czy September Second (M. Petrucciani), ale swinguje to jak biodra pięknych dziewczyn w niezapomnianym Along Come Betty Arta Blackeya. Talent Kuby Płużka jest niezmierzony, bas Maxa Muchy obiecujący, a rola Arka Skolika nie do przecenienia, bo jak kiedyś Miles Davis czy później nasz Tomasz Stańko wziął pod swoje skrzydła muzyków, z których jazz może mieć wiele pożytku w przyszłości.
Podsumowując, wypada się przyznać do błędu: okazuje się bowiem, że rok obecny udowadnia nam, że w polskim jazzie mamy perkusistów wybitnych, o wyrazistym liderskim potencjale. Dzięki nim możemy cieszyć dwoma wyśmienitymi nagraniami, pierwszym z domieszką awangardy, drugim o bardziej klasycznym brzmieniu, które jednak powinny się znaleźć wśród najlepszych płyt tego doskonałego jazzowego rocznika Anno Domini 2010.

Tekst opublikowany 21 listopada 2010 na http://impropozycja.blogspot.com/

czwartek, 27 stycznia 2011

Nie lubię zimna :-( Zimę lubię, owszem, przy kominku, ze szklaneczką grzanego wina w ręce, w ciepłych skarpetach i zawinięty po uszy w koc. Nie ja jeden zapewne. Nawet kotki, chociaż mają gęste futerko, nie przepadają za mrozem i wolą ciepełko. U mnie na podwórku żyją dwa czarne behemoty. Kiedy parkuję samochód, czekają chwilę aż odejdę, a potem hyc, wskakują na maskę, gdzie jeszcze bucha gorąco od silnika. Boję się, że pazurkami podrapią karoserię mego wypieszczonego autka, ale nie mam serca ich zgonić.

Zatem na rozgrzanie dla wszystkich lubiących ciepło płyta, na której amerykański puzonista Rosewell Rudd (http://kochamjazz.blox.pl/2010/12/Roswell-Rudd-The-Unheard-Herbie-Nichols-Vol-1-2.html) i kilku muzyków z Mali (http://kochamjazz.blox.pl/2010/03/Boubacar-Traore-Kongo-Magni-2005.html) wyczarowuje gorącą Afrykę w naszych głośnikach:


niedziela, 23 stycznia 2011

Trzech jest pianistów, których uważam najbardziej w jazzie: Bill Evans, Thelonius Monk i właśnie Wynton Kelly. Pierwszy kojarzony jest najbardziej z cool jazzem, drugi z awangardą, a trzeci z bopem. Który oczywiście kocham. Który jest tą krynicą, powtarzam to za każdym razem, z której od czasu do czasu muszę zaczerpnąć, aby kontynuować tę moją relację z muzyką jazzową.

Zatem dzisiaj mam szczęście, bo spędzam sobie popołudnie słuchając płyty z 1958 roku, z samego środeczka złotej ery bopu i cieszę uszy oraz duszę figlowaniem Wyntona z klawiaturą fortepianu. A towarzyszą mu Paul Chambers na kontrabasie, który strzela nutami tak pewnie i mocno jak czerwonoarmista ze swojego zagubionego gdzieś na dońskim stepie Maksima. Kenny Burrel na gitarze swingujący tak słodko i kusząco jak kołyszące się palmy na jakiejś tropikalnej wyspie zagubionej pośrodku szmaragdowego oceanu. I na bębnach Philly Joe Jones, którego każde uderzenie jest jak dobrze wymierzony klaps niegrzecznej dziewczynie. Kupujcie, pożyczajcie, kradnijcie - róbcie po prostu co chcecie - byle wejść w posiadanie tej płyty i móc się nią cieszyć w zaciszu waszej sypialni. I nie zapomnijcie o szampanie i truskawkach ;-)

Poniżej kompozycja Don't Explain, spokojna i melancholijna ballada, z którymi Kelly mniej jest może kojarzony, a którąpotrafił zagrać tutaj bardzo po swojemu:


piątek, 21 stycznia 2011

Amerykański muzyk Drew Grass jest w tej chwili na fali, wszędzie go jest pełno i jest to całkowicie zrozumiałe: po prostu gra na kontrabasie świetnie! Także na moim blogu znajdziecie go jako sajdmana na płytach Johna Hollenbecka czy Johna Surmana (w którego zespole zastąpił samego Dave'a Hollanda) czy wreszcie na omówieniu wielkiego festivalu nowej amerykańskiej awangardy jaki odbył się niedawno w Rzymie pod nazwą (zaczerpniętą od słynnego utworu Ornetta Colemana) "New York is Now". Ale jako lider Drew Grass występuje na mym blogu po raz pierwszy, zatem pozwólcie na kilka słów na temat tego wybitnego jazzmana.

 

Urodził się w 1959 roku w Yardley w Pennsylvanii, ale od wielu lat mieszka i tworzy w Nowym Jorku. Chociaż dzisiaj kojarzony jest głównie z awangardą bądź najambitniejszym mainstreamem to zaczynał w latach 80tych sekundując na basie takim klasykom jazzu jak Sonny Stitt, Zoot Sims czy Marc Copland, z którym zresztą gra do dzisiaj (część informacji podaję za biografią umieszczoną na stronie artysty, a część za Wikipedią). Ale wkrótce potem zetknął się z wybitnym saksofonistą free jazzowym Ellerym Eskelinem i tak przypadli sobie do gustu, że powstała z tego formacja o nazwie Joint Venture, z udziałem Paula Smokera i Phila Haynesa. W tym składzie wydali w latach 1987-1994 3 albumy dla znanej wytwórni Enja.

A potem było jeszcze lepiej, bo w 1997 zaczął grać razem z Timem Bernem i Tomem Rayneyem w ramach trio o nazwie Paraphrase, z którym wydali kilka płyt. By w 1998 zadebiutować wreszcie jako lider z zespołem Jagged Sky z muzykami tej miary co David Binney, Ben Monder i Kenny Wollensen płytą Heyday. Swój następny album zatytułowny Spin & Drift nagrał z towarzyszeniem takich gigantów jak Uri Caine, a potem to się już potoczyło samo i grał od tamtej pory po prostu ze wszystkimi największymi i najlepszymi muzykami jazzowymi na tej zagubionej w nieogarnionej przestrzeni kosmicznej planecie.

A jak brzmi płyta, o której piszę dla Was dzisiaj, nagrana razem Timem Bernem (saksofon), Ralphem Alessim (trąbka), Craigiem Tabornem (fortepian) i Tomem Raineyem (perksuja)? Intrygująco. Jest to jazz tyleż awangardowy co mainstreamowy poprzez swoją komunikatywność i nawiązywanie do tradycji. Kluczem do tej muzyki jest oczywiście prawdziwie nowojorski, bopowy groove, który rzadko gdzie rozbrzmiewa tak jak w mieście położonym nad zatoką Hudson. Podsumowując, na tej płycie usłyszycie śmietankę nowojorskiej awangardy, poruszającą się bliżej raczej mainstreamowego idiomu. Dlatego płyta jerst świetną propozycją dla tych co chcą się dowiedzieć z jednej strony na czym polega świeżość współczesnego modern jazzu, a z drugiej strony nie chcą się zbytnio oddalać od jazzowego brzmienia jakie znają z kultowych płyt z lat 50tych i 60tych. Posłuchajcie proszę utworu z tej płyty:



czwartek, 20 stycznia 2011

Ostatnie płyty Freda Herscha są doprawdy świetne jak choćby ta: http://kochamjazz.blox.pl/2010/04/Fred-Hersch-Pocket-Orchestra-Live-At-Jazz.html. Warto przy tym pamiętać jak zaczynał czyli od pracowitego szlifowania swoich umiejętności jako sajdmen u boku wielkich mistrzów (Stan Getz, Joe Henderson, Charlie Haden) czy podczas interpretacji największych jazzowych standardów jak na przykład na tej, nagranej w 1993 płycie. W programie płyty takie szlagiery jak "I Fall In Love Too Easily", "All The Things You Are", "My Funny Valetine" czy "Bye Bye Blackbird". Może niekoniecznie trzeba wracać do tej płyty, aby poznać Herscha z najlepszej strony. Natomiast jest to wskazówka dla tych co w jazz wchodzą zarówno jako muzycy jak i słuchacze do czego warto ucząc się jazzu sięgnąć: tradycja, standardy, wielkie nazwiska i wielkie wykonania. Żeby wyrobić sobie ucho, nasiąknąć tym co najlepsze, a potem móc samemu oddzielić ziarno od plew. Jak Fred Hersch, jak wielu innych, którzy poszli drogą harmonijnego rozwoju, ewolucji w swojej muzyce i w swoim zyciu.

Film z muzyką nie z tej płyty, ale słychać jakość grania na fortepianie i współdziałania muzyków:



środa, 19 stycznia 2011

Znacie jakiegoś jazzmana z Kanady? Ja też nie i chyba niewiele straciłem... Takie letnie granie, bardzo przypominające współczesne granie niegdysiejszych wielkich gwiazd Polskiego Jazzu. Ok, może jestem nazbyt krytyczny. Przecież tacy Rolling Stonesi od stu lat grają to samo i publika tak ich podziwia, chodzą w aurze geniuszy. Niestety! W jazzie wymagamy nieco więcej. Tu trzeba cały czas się rozwijać, żeby nadążać. Dlatego żadne Stingi (poza okresem, gdy grał w Police oczywiście!), Madonny i Micheale Jacksony na dłużej tutaj nigdy nie zagościły. To nie jest przypadek. A że mają więcej kasy? Niech mają. Na pocieszenie. Że ich muzyka przeminie jak sen, a muzyka Davisa, Coltrane'a, Monka czy Mingusa zostanie na wieki...


wtorek, 18 stycznia 2011

W mojej kweście śladami obu szalonych brani Lurie tym razem sięgnąłem po płytę Evana. Na krążku znajdują się utwory na akordeon, głównie tanga. Nie moja para kaloszy zupełnie, ale co tam, jeden czy dwa kawałki też mogę wysłuchać.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Coś a la nasz Bogdan Hołownia: bardzo konserwatywny mainstream. Zdecydowanie nie moja para kaloszy, ale przyznaję, że ładnie zagrane.


niedziela, 16 stycznia 2011

Jest to ścieżka dźwiękowa do filmu "Nagi lunch", którego nie widziałem. Ale nazwisko Ornette'a Colemana jeśli o mnie otwiera każde drzwi. I nie żałuję, bo muzyka jest interesująca, na tyle, że postanowiłem dotrzeć do filmu. Po skróconym opisie fabuły jaki znalazlem w WIkipedia wygląda na koszmarny sen naćpanego scenarzysty, coś w rodzaju mojego ulubionego "Brazil". Kto wie może zatem to będzie miła niespodzianka?


sobota, 15 stycznia 2011

Ta płyta była chyba najbardziej promowana ze wszystkich okołojazzowych albumów w zeszłym roku, przynajmniej w Polsce. Dlatego nabrałem podejrzeń i unikałem jej czas dość długi. W końcu jednak nie minęła mnie okazja do zapoznania się z nią i stwierdzam, że jest to przyjemne rozczarowanie. Głos Melody Gartot jest przyjemnie niski, bluesowe klimaty wywołują tęskne myśli o miłosci i szybkiej jeździe autostradą przez spaloną słońcem pustynię. Świetna muzyka czy to do samochodu czy do porannej kawy czy do wieczornej lektury czy wreszcie do ranki z dziewczyną, która po wysłuchaniu tej płyty, niewykluczone, że zauroczy się nie tylko nami, ale i tak ukochanym przez nas jazzem...



poniedziałek, 03 stycznia 2011

Kiedyś Zbyszek Wodecki, ten facet od Pszczółki Maja, ale i od Piwnicy Pod Baranami, zaśpiewał bardzo fajną piosenkę "Zacznij Od Bacha". Ja tam zacząłem i nie żałuję. Po latach robię mniej więcej to samo co Wodecki, na szczęście nie śpiewam, ale piszę, po to by się podzielić muzyką, którą kocham i zachęcić publikę do słuchania tej przez duże M. Zatem zacznijmy dzisiaj ten jazzowy felieton od Haydna.

Dlaczego od Haydna? Bo jego kwartety smyczkowe należą do moich najbardziej ulubionych muzycznych kawałków. Słucham ich na okrągło, od wielu, wielu już lat. Na szczęście raczej nieprędko mi się znudzą, bo jeśli chodzi o formy kameralne, tria i kwartety, to Haydn skomponował aż kilkaset utworów! Ale gdzie Haydn a gdzie jazz? Otóż te kwartety to szczyty muzycznej elegancji i wyrafinowania. Wiem, wiem, co powiecie: a Mozart, a Beethoven? Przecież ich nazwiska są bardziej znane? Cóż, wypada mi stwierdzić, że prawdziwi znawcy (czy ja do nich należę? Nie, ale od czego jest pewien godny pochwały snobizm!) właśnie Haydna cenią wyżej. Mozarta uważają za zbyt czułostkowego, a Beethovena za zbyt głośnego. Ha, ha! Nie bierzcie tego zbyt poważnie, posłuchajcie po prostu sami i wyróbcie sobie zdanie....

Ale do rzeczy! Powstaje pytanie: dlaczego kilkaset lat temu powstawała muzyka tak dobra, tak wyrafinowana, tak nieziemsko skomplikowana, a teraz lud, wykształcony przecie, cywilizowany, kulturalny wydawałoby się, słucha Dody, Edytki Górniak czy Miecia Szcześniaka? Powód jest prosty i nazywa się Esterhazy. Wielki węgierski magnat, u którego przez lat bez mała 30 Haydn był na posadzie kapelmistrza i dla którego skomponował wszystkie te cudeńka. Mecenat (poeta Horacy i jego opiekun Mecenas, przyjaciel ceszarza Oktawiana Augusta - tak, tak, to już prawie 2 tysiące lat!) od wieków, od tysiącleci był motorem powstawania dzieł wyższych niż przeciętne lotów. Ale po co sięgać aż tak daleko? Nawet za obmierzłego komunizmu istniał przecież w jakiejś formie mecenat państwa i dlatego mieliśmy pożądne polskie kino na przykład. Dzisiaj nasi liberałowie polikwidowali te według nich "przeżytki" i mamy "Kiepskich" oraz "Nianię Frania" zamiast kina dla inteligentnych ludzi.

Nie inaczej było z jazzem. Nie tylko u nas. Nawet w Ameryce. Nawet w złotych latach jazzu. Przenosimy się teraz do studia naganiowego legendarnej amerykańskiej firmy Blue Note. Nowy Jork, rok 1955, swój kontrabas czule obejmuje Al McKibbon, za bębnami jak król na tronie siedzi Art Blackey, a za fortepianem poprawia się na swoim stołku 36-letni wówczas (rocnik 1919) Herbie Nichols. Kolor skóry ma czarny, mówi po angielsku, ale poza tym ma wszystko to, co Haydn: talent, talent i jeszcze raz talent. Gra muzykę z pogranicza bopu (właśnie bujnie rozkwitającego) i czegoś co dopiero jest przeczuwane, na co zwrócił mu uwagę Thelonius Monk, na muzykę free, improwizowaną, awangardową jak obrazy Picassa czy kino Godarda. I co? I nic. Nagrał dla Blue Note tylko 3 płyty (chwała i za to Alfredowi Lionowi!). Przeszły niezauważone. Że przez publiczność to normalka. Ale przez krytyków także.... A 7 lat później Nichols umiera zapomniany na białaczkę.

Nie było Esterhazy'ego. Została nam tylko ta garsteczka nagrań (ledwie 3 CD) zamiast kilkuset utwórow jakie skomponował dla nas Haydn. Cóż mogę powiedzieć?


Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...