Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
sobota, 27 lutego 2010

Muzyka Billa Frisella juz od pierwszego mojego z nią kontaktu wywiera na mnie olbrzymie wrażenie. Zdumiewa mnie swoboda z jaką artysta ten porusza się po różnych stylistykach, raz po raz nagrywając płyty, które cechują się nieziemskim wręcz pięknem. Tak jest i tym razem. Znów Bill zadziwia nas, tym razem tworząc muzykę ilustracyjną, która wszakże jest tak orginalna i wartościowa, że zasługuje na same superlatywy. Po prostu obok tych dźwieków nie da się przejść obojętnie. Posłuchajcie zresztą sami i sprawdźcie na sobie działanie tej magii:


17:02, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 lutego 2010

Napisałem przed chwilą piękną notkę na temat tej płyty, ale beznadziejny interfejs bloxa i brak funkcji autosave sprawił, że się skasowała. Bardzo mało jazzowe myślenie panów programistów tego serwisu :-( Wystarczy wejść na blogger.com i zapożyczyć kilka oczywistych, wygodnych dla użytkowników rozwiązań. Ale na blox mam wrażenie jest czasami jak kiedyś w mięsnym. Inny przykład to tagi, których liczbę w ogóle i do notki bezsensownie ograniczono. Warto się naprawdę puknąć w głowę! Dla kogo jest ten serwis pytam? Dla użytkowników czy dla informatyków?

I tak chcąc nie chcąc, już w złym humorze, muszę notkę napisać raz jeszcze (a po głowie zaczynają krążyć myśli o migracji tego bloga na blogspota czy wordpressa...).

Ostatnia płyta Johna Patitucciego, którą miałem okazję słuchać, zatytułowana Line by Line, niespecjalnie mnie zachwyciła. Melanż muzyki klasycznej i jazzu jaki proponowała był dość schematyczny i pozbawiony zalet każdego z tych gatunków z osobna. Na szczęście nowa płyta tego artysty jest powrotem do jazzowych korzeni i zasługuje na znacznie wyższą ocenę. Ba, jest to nawet właściwie swego rodzaju podróż sentymentalna do jazzowych żródeł, bo odnajduujemy tu inspiracje muzyką Coltrane'a, Monka, Hendersona, Hubbarda i wielu innych. Wszyscy oni od nas już odeszli, ale zostawili nam muzykę, która radością napełnia nasze serca. Przy czym płyta nie ma w sobie nic z klimatu zaduszkowego, żałobnego i smutnego, ale raczej przypomina nowoorleański pogrzeb, którego ekstrawagancja, energia, emocjonalność, tyleż budzą żal za zmarłym, co miłość do życia i wszelkich jego przejawów, w tym i muzyki, a w szczególności jazzu, który tak bardzo kocham.

Kontrabas Patitucciego wybrzmiewa na tej płycie w świetnym towarzystwie saksofonu Joe Lovano i perkusji Briana Blade'a. Odnotujmy tu zwłaszcza jak pięknie dojrzał tenor Lovano, który obecnie, w pełni ukształtowany i rozponawalny od pierwszej nuty, należy umieścić obok największych gwiazd grających dziś i w przeszłości na tym szlachetnym instrumencie. Niestety klip, na którym panowie grali razem został skasowany przez YouTube (coraz częstsze ostatnio) i zamiast niego tylko maleńka próbka brzmienia tego wyśmienitego trio jednak w trosze innym składzie, bo zaiast Lovano gra John Ellis:



17:36, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lutego 2010

Ten post i wczorajsza wcześniejsza notka o albumie Taking Off Herbiego Hancocka tworzą całość ponieważ porównywałem ze soba, zestawiałem dwie, w pewnym sensie debiutanckie płyty, dwóch artystów, ktorych wpływ na jazz w XX wieku był zasadniczy, no i dalej trwa co najważniejsze. W tym poście zatem zamieszczam tylko brakujące akcenty muzyczne w postaci dwóch filmów. Z płyty Hancocka proponuję wysłuchać piosenki Watermelon Man, która odniosła wielki sukces, stała się jazzowym standardem i od tamtej pory była nagrywana dziesiątki, jeśli nie setki razy przez różnych artystów.


A jeśli chodzi o nagranie z płyty Night Dreamer Wayna Shortera to wybrałem wspaniałe, równie szybko wpadające w ucho Virgo.


16:54, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 lutego 2010

Ostatnio przesłuchuję dwie ważne płyty, tę właśnie, debiutancką, panisty Herbiego Hancocka i Night Dreamer, również w pewnym sensie debiutancką Wayne'a Shortera, bo chociaż już wcześniej nagrał kilka albumów jako lider, to ta płyta była pierwszą dla tak słynnej wytwórni jak Blue Note (podobnie zresztą jak album Hancocka).

Herbie Hancockowi w nagraniu towarzyszą takie wielkie gwiazdy jak trębacz Freddie Hubbard, saksofonista Dexter Gordon, perkusista Billy Higgins i może nieco mniej znany, ale nie mniej znakomity basista Butch Warren. Muzycy, którzy towarzyszyli zaś Shorterowi grającemu jak wiadomo na saksofonie nie są bynajmniej gorsi, bo znajdziemy u jego boku całą sekcję rytmiczną Johna Coltrane'a w osobach pianisty McCoy Tynera, basisty Reggiego Workmana i perkusisty Elvina Jonesa, a dodatkowo jeszcze Shorter uzyskał wsparcie wspaniałego trębacza Lee Morgana, swojego kolegi z legendarnego zespołu Arta Blackeya, w którym był dyrektorem muzycznym.

Taking Off został wydany w roku 1963, a Night Dreamer niecały rok później. Ów rok 1963 i 1964 był też dla nich arcyważny z zupełnie innego powodu, gdyż były to lata formowania się tzw. Drugiego Wielkiego Kwinetu Milesa Davisa, do którego obaj zostali zaproszeni. Obok tych trzech artystów w tej wiekopomnej formacji znaleźli się basista Ron Carter i perkusista Tony Williams. Wiele dobrego dla jazzu miało się zadziać z tej właśnie wtedy zawiązanej współpracy tych wybitnych indywidualności.

Chociaż Wayne Shorter i Herbie Hancock są z nami do dzisiaj i ciagle nagrywają znaczące płyty jak na przykład uhonorowany nagrodą Grammy album Hancocka River: The Joni Letters z 2007 roku czy Shortera Allegria z 2003 i Beyond The Sound Barrier z 2005, to przecież ciągle z uporem bedziemy wracali myśląc o nich do wspaniałych lat sześćdziesiatych i ich współpracy z Milesem, a potem do lat siedemdziesiatych i fusion jazuu, który współtworzyli w ramach takich supergrup jak Weather Report czy Headhunters. Zresztą dla obu następne lata bywały trudne, zdarzały im się chwile artystycznego zwątpienia, lata milczenia bądź albumy wyraźnie słabsze. Jakby na kompasie zabrakło nagle igły wyznaczającej kierunek.

A jakie są te ich debiutanckie płyty? Pytam o to, bo na moim anglojęzycznym blogu omawiałem ostatnio kilka debiutów polskich młodych jazzmanów i zastanowiło mnie na ile z takiej debiutanckiej płyty można wywróżyć przyszły los artysty. Hmm, moim zdaniem te płyty są bardzo dobre, bo nie mogą być inne ze względu na jakość towarzyszacych debiutantów artystom. Ale nie sa też wolne od wad. Shorter brzmi często jak kalka Coltrane'a, a Hancock nie tylko nie startuje do startosfery, a raczej laduje na mieliźnie w takiej choćby balladzie jak Alone and I, która jest po prostu banalna i bez wyrazu.

Zatem odwagi nasze młode lwy jazzu! Nie święci garnki lepią! Najważniejsze, że na tych płytach są też momenty świetne jak u Hanckocka wspaniały Watermelon czy u Shortera Charcoal Blues. I te zapamiętała jazzowa publika, a kariery tych doskonałych muzyków rozkwitły w nastepnych latach wspaniale ku uciesze ich samych i jazzowej publiczności oczywiście. Czego życzę także wszystkim naszym utalentowanym młodym jazzmanom, których z każdym rokiem więcej i więcej :-)

Tyle w tej notce, a próbka muzyki z obu albumów znajdzie się na późniejszym o 2, 3 notki poście na temat płyty Shortera Night Dreamer.

16:51, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2010

Andy Sheppard albo już jest albo wkrótce stanie się nową wielką gwiazdą wytwórni ECM. Bo jego debiutancka płyta nagrana dla tej wytwórni, będacej synonimem najwyższej jakości zarówno artystycznej jak i dżwiękowej, sprawia jak najlepsze wrażenie. I chociaż Sheppard nie jest postacią nieznaną w jazzie, grał we wspanialym trio z wybitnymi muzykami w osobach pianistki Carli Bley i basisty Steve'a Swallowa, to jednak idiom tworzonej przez niego do tej pory muzyki, awangardowy i raczej trudny w odbiorze, skazywał go na dość wąskie grono słuchaczy. I znów, jak było przedtem w przypadku chociażby i "naszego" Tomasza Stańki, geniusz Manfreda Eichera, który umie namówić muzyków do kreowania na płytach jego wytwórni muzyki ambitnej, ale i bardziej przystępnej dla przeciętnego słuchacza, sprawi zapewne, ze pojawi się nam kolejna, autentyczna podkreślam, gwiazda jazzu. Ja nie widzę w tym nic złego, ale podejrzewam, że wielu oskarży Shepparda o pójscie w pop.

Zanim przystapimy do przesłuchania albumu rzućmy okiem kto towarzyszy Andy'emu w tej podróży i jaki jest program wycieczki. Poza Sheppardem, który czaruje na saksofonach sopranowym i tenorowym na płycie gra na gitarze John Parricelli, na basie Arild Andersen, na gitarze i na intsrumentach elektronicznych Eivind Aarset, a na perkusji, w tym na indyjskiej tabli, Kuljit Bhamra. Wszystkie kompozycje to orginały pióra samego lidera. Posłuchajmy zatem jak brzmi muzyka z tego albumu zarejestrowana na jednym z koncertów tego kwintetu we Francji:


Kilka słów po przesłuchaniu płyty: jak przystało na ECM muzyka jest bardzo przestrzenna i refleksyjna, ale Sheppard dodał do niej też bardzo ciekawe elementy elektryczne, elektroniczne i orientalne, co zbliża ją do fusion, od której to estetyki ECM wydajwało się do niedawana znajdować w odległości lat świetlnych. Ja uważam, że jest to bardzo ciekawa propozycja, niby wszystkie dźwięki są nam znane  z katalogu różnych artystów nagrywajacych dla tej wytwórni, ale  jednak melanż jaki z tego uwarzył Sheppard i jego kompania brzmi na tyle intrygująci i świeżo, że chce się słuchać i słuchać tej płyty. Będę z niecierpliwością czekał na następne płyty tego artysty!


 

21:02, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lutego 2010

Gdzieś przeczytałem następujące określenie na gatunek w jakim z powodzeniem można umieścić muzykę formacji o nazwie Hypnotic Brass Ensamble (na której temat pisałem już na tym blogu): AFROFUNKYBRASSJAZZ!!! Jest to muzyka, która mojej żonie przywodzi na myśl granie orkiestry strażackiej, ale jeśli są to strażacy, to raczej, wierzcie mi, nie zajmują sie oni gaszeniem, ale wzniecaniem pożarów. Muzyka ta bowiem jest gorąca jak taniec czarnej piekności, w środku dżungli, gdy dookoła tropikalny las buja się, rozkwita, dyszy tysięcznymi odgłosami najbujniejszej z możliwych wegetacji. Ta muzyka doprawdy może umarłego postawić na nogi i wcale bym się nie zdziwił, że jeśli mielibyśmy nieco bardziej precyzyjne dane na temat niejakiego Jezusa, to okazało się, że pomógł on Łazarzowi wrócić do świata żywych za pomocą trąbki, puzonu i tuby. Amen :-)

A poniżej mała wizytówka tej kapitalnie swingującej kapeli:


13:53, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 lutego 2010

To moje pierwsze zetknięcie z tą orkiestrą i przyznaję, że jest to bardzo, bardzo pozytywne zaskoczenie. Grupę można zaliczyć do kapel twórczo rozwijających gatunek jakim jest acid jazz w stylu takich zacnych formacji jak Hypnotic Jazz Orchestra czy Quantic Soul Orchestra. Liderem formacji jest Ben Lamdin, człowiek pochodzący z Brighton, pięknego nadmorskiego kurortu w Anglii, z którym łączy się nieco miłych memu sercu wspomnień. Facet rozpoczął ten projekt w pojedynkę, posiłkując się głównie samplami, a z czasem udało mu się zaangażować do współpracy doskonałych muzyków, z którymi teraz tworzy muzykę na żywo, orginalną i improwizowaną. Doprawdy przykład do naśladowania dla wszystkich innych utalentowanych ludzi bawiących się w składanie nutek w miłe uchu kombinacje!

Obok wspomnianego już Lamdina grającego na gitarze, na płycie muzykę tworzą używający skrzypiec Graham Fox, kontrabasu -Riaan Vosloo, fortepianu - Ross Stanley, trąbki - Tom Allan, puzonu - Trevor Mires, saksofonu altowego - Johnny Spall i saksofonu tenorowego Mark Hanslip. Razem wnoszą oni ożywczy powiew na salony brytyjskiego jazzu, które od niepamiętnych czasów były zarezerwowane dla takich jego luminarzy jak John Surman, Dave Holland, John Taylor czy Kenny Wheeler. Oj, idzie nowe także i tam, podobnie jak w Polszcze, gdzie młodzi atakują i to udanie jazzowy Parnas.

Poniżej zamieszczam ciekawy klip, piosenkę Quiet Dawn autorstwa Borderlands zremiksowaną przez doskonałego brytyjskiego DJ o ksywce Bonobo (którego materiał też omawiałem na tym blogu). O to jak twórczo łączą sie jazz z trip hopem i muzyką klubową. A pamiętacie jeszcze wspólne akcje naszego Tomasza Stańki i Smolika? To tylko pokazuje, że wcale nie jesteśmy w tyle za jazzowym światem. Oczywiście muzyka na tej konkretnie płycie jest o wiele bardziej ortodoksyjnie jazzowa (brak elektroniki, skład czysto instrumentalny i niezliczone, przepiękne cytaty z nieśmiertelnych jazzowych standardów), ale co ciekawe nic nie traci ze swego tanecznego i przystępnego charakteru. Naprawdę warto się skusić i posłuchać tej płyty!


17:04, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2010

Wirtuozi gry na indyjskiej tabli zawsze przyciągali moją uwagę. A szczególne miejsce wśród nich zajmuje właśnie Zakir Hussein. Stało się tak dzięki płycie zatytułowane Making Music, którą nagrał w roku 1986 w towarzystwie wielkich gwaiazd światowego jazzu w osobach Jana Garbarka i Johna McLaughlina. Do dzisiaj muzyka ta pozostaje dla mnie jednym z najdoskonalszych połączeń jazzu z muzyką etniczną. Od tamtej pory Zakir Hussein na stałe zagościł w moim jazzowym sercu i chociaż ta płyta, która nagrał ze swoim ojcem, jest czysto hinduska i ne ma w niej ani kropli jazzu, to jednak sądzę, że powinna się znaleźć na mym blogu. Jak napisał bowiem jakiś czas temu w komentarzach na tym blogu Piotr Iwicki: nie ma nie jazzowych instrumentów czy muzyków. Wsłuchajmy się zatem w jazzowe klimaty jakie płyną do naszych uszu wypowiedziane jednak zupełnie innym językiem niz ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni...

Poniżej zdjęcie ojca i syna "przy robocie"

oraz klip jaki znalazłem na nieocenionym YouTube:


18:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lutego 2010

Płyta ta towarzyszy mi od lat i jeśliby liczyć ilością odtworzeń to znalazłaby się na pewno w pierwszej trójce moich ulubionych. Klimaty tutaj są co najwyżej smooth jazzowe, znacznie więcej tu ambientu, loungu i chill out z bardzo róznorodnymi elementami etnicznymi. Natomiast wszystko to tworzy harmonijna całość, idealną wręcz na łagodne rozpoczęcie poranka czy na wieczór, który ma nam przynieść ukojenie po ciężkim, pełnym stresów dniu. A skoro pełen wypoczynek to przyda się butelka wina, a jeśli białego to koniecznie porządnie schłodzonego. Poniżej klip Chilled White Wine z jednym z moich ulubionych utworów z tego albumu.


16:51, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 lutego 2010

To już druga płyta amerykańskiego gitarzysty Johnny Smitha, o której piszę na swoim blogu. Poprzednio wyraziłem po prostu swój zachwyt jego muzyką, teraz chciałbym napisać parę słów o samym muzyku. W Encyklopedii Jazuu Dionizego Piątkowskiego znajdziemy notki biograficzne na temat dziesiąciu różnych Smithów, ale niestety nie ma informacji na temat interesującego nas artysty. Rzadka to sytuacja, gdy czujnemu oku autora tego doskonałego wydawnictwa umknął muzyk wielkiego doprawdy kalibru. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, bo choć muzyka Johnnego Smitha była doprawdy najwyższej jakości, to jego kariera muzyczna już nie rozwijała się tak wspaniale jak można by oczekiwać.

Kiedy nagrał w 1952 roku ze Stanem Getzem wielki hit Moonlight In Vermont był na ustach wszsytkich, zarówno słuchaczy jak i innych muzyków i pojawiał się na wielkiej liczbie nagrań przez całe lata 50te. Wszakże kiedy w latach sześćdziesiatych komercjalne zainteresowanie jazzem w USA zdecydowanie osłabło, a jazz zaczął się zmieniać i stawać coraz bardziej muzyką awangardową i eksperymentalną, Johnny Smith przeprowadził się do spokojnego Colorado, otworzył sklep muzyczny, zajmował się nauczaniem i tylko okazjonalnie pojawiał się w Nowym Jorku by nagrać nowy materiał...w swoim starym stylu. I ja jestem mu za to wdzięczny, bo pozostał sobą, jego styl jest niepowtarzalny, bardzo osobisty i na tyle dopracowany, że dostosowywanie go na siłę do nowych czasów (free jazz, fusion itd.) tylko mogłoby mu zaszkodzić. Przeminęła zatem sława, ale pozostała muzyka o nieprzemijającej wartosci.

Styl Johnnego Smitha, stonowany, elegancki, ciepły, przypomina mi nieco styl Milta Jacksona grającego na wibrafonie czy Paula Desmonda na saksofonie altowym. Jego wpływ zaś na innych gitarzystów, w tym na tak wybitnych jak Pat Metheny czy Chet Atkins, jest na tyle znaczący, że śmiało porównywać jego znaczenie w jazzie z rolą takich gigantów jazzowej gitary jak legendarny Django Reinhardt czy Charlie Christian. Nie mam najmniejszych watpliwości, że obcowanie z muzyką tego mistrza będzie dla was prawdziwą przyjemnością, czego przedsmak może Wam dać wysłuchanie poniższego nagrania zamieszczonego na serwisie YouTube:



17:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2010

O tym trio grającym klubowo-taneczną odmianę acid jazzu już pisałem na "łamach" mojego bloga. Jest to pełen dowcipu, lekki, seksowny sposób zabawy z jazzową tradycją, który bardzo mi się podoba. Jeśli dodać do tego dobrą kawę, wolny dzień w pracy i jajecznicę zrobiona przez miłą i ładną kobietę, to wszystkie te czynniki mogą spotęgować do rozkoszy jeden z poranków naszego życia.





22:11, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 lutego 2010

Trójka muzyków występujących na tej płycie to ekstraklasa światowego jazzu i chluba wytwórni ECM. Każdy z nich pojawił sie już na niezliczonej wprost ilości nagrań, jako lider czy sajdmen, ale mimo, że po raz pierwszy zagrali razem już w 1981 roku ciągle do siebie powracają, by nagrać kolejną płytę. I wcale się nie dziwię! Słyszałem bowiem tych muzyków w wielu różnych konfiguracjach, czasami wychodziło to dobrze, czasami wyjątkowo dobrze (nigdy kiepsko, bo co klasa to klasa), ale kiedy zaczynają grać razem to od razu czuć, że ten skład motywuje ich do osiągania nadzwyczajnych rzeczy, do przesuwania granic jazzu coraz dalej i dalej w rejony jeszcze wczoraj dla nas trudne do wyobrażenia. I tak jest właśnie z tą muzyką. Krytycy wszakże przypną jej zapewne łatke kojarzonego z ECM jazzu kameralnego (chamber jazz) i powiedzą, że nia ma to wiele wspólnego z jazzem, przyznajmy, jest w tym odrobina racji. Tylko co to jest jazz? Jazz to jazz to jazz trawestując słynne motto do Imienia Róży Umberto Eco.

Poniżej nagrania z koncertu z 1994 roku czyli sprzed więcej niż 10 lat, ale chłopcy nadal grają swoje i muzyka na tym klipie daje całkiem dobre wyobrażenie tego, co znajduje się na niniejszej płycie.


 



13:50, trener66
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 lutego 2010

Obok Charlesa Lloya grającego na saksofonie tenorowym płytę współtworzyli John Abercrombie (gitara), Dave Holland (kontrabas) i Billy Higgins (perkusja). O muzykach nie będę pisał, wszyscy powinni ich dobrze znać, bo to gwiazdy ECMu. Ja bardzo cenię Charlsa Lloyda. Jego styl przemawia do mnie, jest pełen zamyślenia, medytacyjny, awangardowy. Na tej płycie znajdziemy głównie melodyjne, przyjemne dla ucha utwory, które idealnie nadają się na to, by umilić zimowy wieczór spędzony przy kominku nad ciekawą książką. Propozycja dla tych co nie lubią hałasu i nadmiernych wzruszeń ani pozytywnych ani negatywnych. A ja przy tej płycie doskonale wręcz i bezproblowo zasypiam, za co chce serdecznie podziękować artystom, chociaż nie jestem pewien czy o taki efekt im chodziło ;-)

A oto jak pięknie może brzmieć saksofon Lloyda, gdy towarzyszą mu muzycy (jak Brad Mehldau), którzy potrafią wlać nieco elementu metafizycznego w szarą rzeczywistość. Klip z piosenką "Georgia" z wydanej w roku 1999 płyty "Water is Wide":

16:59, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lutego 2010

Na płycie grają:

Micheal Brecker - saksofon tenorowy

Pat Metheny - gitara

Herbie Hancock - fortepian (utwory 1, 5, 8, 9)

Brad Mehldau - fortepian (utwory 2, 3, 4, 6, 7)

John Patitucci - kontrabas

Jack DeJohnette - perkusja

Wszystkie utwory na płycie są kompozycjami Micheala Breckera. Nagrana w 2006, a zmiksowana i wydana w roku następnym. Jest zarazem ostatnią płytą jaką dla nas nagrał Micheal Brecker. Waham się jak pisać o tej płycie. Nie dlatego, że jest słaba, Broń Boże, wręcz przeciwnie, ta płyta trzyma dobry poziom, do jakiego zresztą przyzwyczaił nas Michael Brecker, jeden z najważniejszych saksofonistów tenorowych epoki po Johnie Coltranie. Po prostu trudno mi pogodzić się z tym, że nigdy więcej nie usłyszymy już tego charakterystycznego zaśpiewu saksofonu Breckera, który towarzyszył nam w tylu wybitnych nagraniach, rozpoznawalny od razu, melodyjny, tęskny, pełen bluesa jak każdy dobry jazz.

Kiedy Brecker nagrywał tę płytę był już śmiertelnie chory, ale płyta kipi energią, nowymi pomysłami, optymizmem. To właśnie klimat tej muzyki, witalny, afirmujący, kreatywny jest zdumiewającym i wielkim osiagnięciem Michaela biorąc pod uwagę punkt życia w jakim nagrywał tę płytę. Analiza zarówno przesłania całej płyty jak i poszczególnych utworów utwierdza mnie w przekonaniu, że artysta dokładnie wiedział co chciał nam przekazać i że jest to wiadomość z rodzaju arcyważnych. Jako przykład wziąść można tytuł ballady "When Can I Kiss You Again?", który jak wieść niesie jest cytatem pytania jakie zadał Michaelowi jego syn, gdy artysta leżał w krytycznym stanie na oddziale intensywnej terapii po operacji  przeszczepu szpiku kostnego. Płytę kończy nagranie tytułowe, które jest zarazem ostatnim nagraniem Breckera w ogóle.

A ja zachęcam do rzucenia okiem na promujacy płytę klip, gdzie można zobaczyć jak ciepło i z jakim szacunkiem  (uczmy się wszyscy takiego podejścia, jest jak szczepionka na agresję i chamstwo, które płynie do nas z politycznych dyskusji obecnych na telewizyjnym ekranie) wypowiadają się muzycy o Michaelu Breckerze, a także pochwycić kilka nut z poszczególnych nagrań, które jak sądzę mogą jeszcze zaostrzyć Wasz apetyt na tę godną ze wszech miar polecenia płytę.



16:13, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 lutego 2010

Na tej płycie wydanej w roku 1987 w niewielkiej włoskiej wytwórni Red grają:

Bobby Watson - saksofon altowy

Curtis Landy - kontrabas

John Hicks - fortepian

Martin "Smitty" Smith - perkusja

Jest to jedna z tych płyt, na które trafiłem przypadkowo, nie mając żadnego nastawienia ani pozytywnego ani negatywnego. I zostałem wręcz porażony tym jak wspaniała jest muzyka na tej płycie. Po przesłuchaniu jednej płyty (następne potwierdziły moje wrażenie) Bobby Watson awansował do absolutnej czołówki saksofonistów altowych na mojej liście, a obecnie uważam go po prostu za najlepszego saksofonistę altowego epoki po Jacku McLeanie.

Plyta nie jest awangardowa, ale też nie trąci bynajmniej bopową myszką. W nowoczesny, twórczy i niezwykle atrakcyjny nawet dla niejazzowego ucha sposób eksponuje to co w mainstreamie jazzowym jest najlepszego. Gdyby ta pozycja nie była wydana w małym włoskim wydawnictwie, a w Blue Note, Prestige czy Atlantic Records to byłaby obsypana nagrodami, uznana za genialną, a krytycy, a wraz znimi i my pialibyśmy z zachwytu nad Bobby Watsonem i jego kapitalną załogą. A tak mamy płytę, która jest jak diament ukryty pośród skał, którego wydobycie na światło dzienne i docenienie zależy włyącznie od naszej dobrej woli i odrobiny wysiłku. Bobby, nagrywając ta płytę, pokazałeś jak wielki jesteś! Niniejszym składam hołd niezmierzonemu talentowi tego muzyka.


21:06, trener66
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...