Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
poniedziałek, 28 lutego 2011

RGG należy do moich ulubionych jazzowych formacji, nie tylko w Polsce, ale i w ogóle. Ich muzyka ma w sobie wszystko co kocham: elegancję, prostotę i tę bezpretensjonalność jaka charakteryzuje wielką klasę. Do ich płyt wracam ciągle, są jak starzy przyjaciele, których kolejne odwiedziny nigdy się nie nudzą, bo zawsze przynoszą jakieś nieoczekiwane i satysfakcjonujące odkrycia.

Nic zatem dziwnego, że ucieszyła mnie bardzo informacja o ich nowej płycie "One", która powinna już niedługo trafić do sklepów. Z niecierpliwością na nią czekam i z nadzieją, żę przyniesie kolejny ciekawy krok w rozwoju tego niezwykłego zespołu, który tworzą: pianista Przemysław Raminiak, kontrabasista Maciej Garbowski i perkusista Krzysztof Gradziuk.

A najlepsze na koniec, możliwość wysłuchania kilku utworów z tej płyty:


19:54, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 lutego 2011

Kiedy miałem jakieś 10 lat, ojciec zabrał mnie do kina na film fantastycznonaukowy zatytułowany „Spotkanie na Kasjopei”. Oto fabuła: grupa radzieckich pionierów leci w kosmos , aby udzielić internacjonalistycznej pomocy kasjopejczykom. Kiedy docierają na miejsce, zamiast nich spotykają jednak tylko roboty przypominające nieco hippisów w spodniach z rozszerzanymi nogawkami i metalowym afro na głowach, które - jak się okazało - przejęły w międzyczasie władzę nad globem. Jak udało im się tego dokonać? Otóż wybudowały na planecie coś w rodzaju pułapek mamiących tubylców muzyką. Kto raz jej posłuchał, nie był w stanie jej się oprzeć i ginął przepojony złudnym poczuciem szczęścia. „Co to za muzyka?” – zadałem szeptem pytanie ojcu. „To jazz” - odpowiedział. 
Skąd te wszystkie skojarzenia? Z powodu płyty amerykańskiego saksofonisty Keira Neuringera i polskiego basisty Rafała Mazura, zatytułowanej „Unison Lines”. Mam ją od początku grudnia zeszłego roku, ale zamiast przesłuchać i od razu napisać recenzję, wpadłem w Czarną Dziurę. Podzieliłem los mieszkańców Kasjopei, muzyka przejęła nade mną władzę, weszła ze mną w relację na tyle  głęboką, że nie chciałem się nią z nikim dzielić. Kiedy największym wysiłkiem woli oderwałem się w końcu od niej (być może mam jednak w sobie coś z radzieckiego pioniera!), postanowiłem jakoś odnotować fakt istnienia tak niezwykłej płyty.
Kiedyś zadano Billowi Evansowi pytanie: co to jest jazz? Na co ten odparł, że szukając odpowiedzi nie trzeba pytać, „czym jest jazz” tylko „jak się go tworzy”. Z punktu widzenia „jak” muzyka grana przez Neuringera i Mazura to bez wątpienia jazz: świeża, kreatywna, stanowiąca wyzwanie dla słuchacza, a przede wszystkim ich własna. To free jazz ostry jak skalpel, równie jak on bezkompromisowy i wymagający, którym twórcy tej płyty, niczym para chirurgów-czarnoskiężników ze słynnej książki Jurgena Thorwalda, błądzą po ludzkim ciele w poszukiwaniu duszy. I odsłaniają w nas to, co najpiękniejsze: wewnętrzne światło, dzięki któremu każdy człowiek może nawiązać bezpośrednią więź z niematerialnym, duchowym, transcendentnym. Muzyka ta wpisuje się doskonale w tradycję wielkich mistycznych polskich płyt, takich jak  kiedyś „Matka Joanna Od Aniołów” Tomasza Stańki, „Salve Regina” Piotra Barona czy niedawno „The Passion” Undivided czy „Hera” Wacława Zimpela.
Z poziomem muzycznym koresponduje rewelacyjny design artystyczny wydawnictwa autorstwa Piotra Jakubowicza z RedBoxDesign i mecenat Marka Winiarskiego z dumy polskiego jazzu jaką stało się wydawnictwo Not Two. Krótko mówiąc, obowiązkowa płyta w katalogu każdego wielbiciela free jazzu.

Warto posłuchać tego nagrania, żeby uslyszeć jaki sound ma Rafał Mazur!

I obaj Panowie razemna koncercie Kawiarni Naukowej:

Neuringer, Mazur, d'incise @ Kawiarnia Naukowa (1 of 2) from Keir Neuringer on Vimeo.

Publikowane na Impropozycji 22 stycznia 2011.

piątek, 25 lutego 2011

Dopadło mnie przeziębienie, ale na szczęście przyszedł piątek, a dzień spędziłem w bardzo miłym towarzystwie (pozdrowienia dla załogi Air Clubu!), zatem wieczorem herbatka z soczkiem malinowym i oczywiście jazz. Tak, kocha się ten jazz, a zatem zwłaszcza to, co w nim nowatorskie i jeszcze nie znane, ale z drugiej strony nie byłoby jazzu bez tradycji. A że tradycja to coś EKSTRA możecie się przekonać na tym choćby zaprzyjaźnionym blogu: Historia Jazzu. Wejdźcie nań koniecznie i polubcie, bo autor wykonuje naprawdę pożyteczną robotę.

Tym razem pod jego wpływem sięgnąłem zatem nie po jakąś nowość (a jest ich wiele i wspaniałych), ale do przeszłości po piękny czteropaczek nagrań słynnego pianisty Buda Powella nagranych dla wytwórni Blue Note i Roost. Nie będę Wam pisał o muzyku - jest to gigant po prostu, o którym komplet informacji jest łatwo dostępny w sieci, a jego gra nie wymaga komentarza, jest po prostu kapitalna pod każdym względem i właśnie stylowi Buda Powella zawdzięczamy charakterystyczne dla bopu szorstkie, energetyczne i pełne dysharmonii brzmienie fortepianu w modern jazzie.

Nie o tym wszakże wszystkim chciałem dzisiaj napisać, a o standardach, bo te cztery płyty to jeden nieśmiertelny standard po drugim. A ja mam fioła na punkcie standardów! Czy tylko ja jeden je uwielbiam? Czy tylko dla mnie nie mam radochy większej jak słysząc jakieś współczesne wykonanie stwierdzić bez patrzenia na program płyty: o to "Chelsea Bridge", tamto "Blue in Green" a jeszcze tamto "Round Midnight". Albo słuchając medleyów bawić sie ze znajomymi w to kto wychwyci i prawidłowo nazwie śmigające w powietrzu strzępy najrożniejszych melodii.

Zgadza się, to śmieszne trochę, a może nawet żałosne, ale wiece co: dzięki tej erudycji potęguje się w jakiś tajemniczy sposób satysfakcja płynąca ze słuchania jazzu. Muzyka potężnieje bowiem przez bogactwo kontekstu w jakim się pojawia, zwłaszcza kiedy kontekstem tym jest umysł i ucho dobrze wyrobionego sluchacza.

Zatem słucham sobie niespiesznie jednego standardu w wykonaniu Buda Powella po drugim i staram się by zapadły mi w pamięć na jak najdłużej, bez wysiłku, bez przymuszania się, popijając od czasu herbatkę z soczkiem malinowym, z błogim przekonaniem, że łączę przyjemne z pożytecznym...

"Bouncing With Bud":


środa, 23 lutego 2011

Quantic należy do mocih ulubionych DJów i dlatego pisałem już o nim przy okazji jego dwóch płyt: "Tropidelico" i "Flowering Inferno". Zanurzony w klimatach latonoamerykańskich, ale na szczęście nienachalnie, triphopowy, a więc taneczny, pięknie buja i kręci tego superzimowego dnia w Warszawie, gdzie zaczynające się zapalenie skrzeli przyprawi mnie zapewne o drogęprzez mękę przez kilka najbliższych dni. Ale co tam! Damy radę! Posłuchajcie koniecznie dostępnej w sieci Ep-ki:

Quantic and his Combo Bárbaro - Caliventura EP by Tru Thoughts


wtorek, 22 lutego 2011

Ten tekst noszę w sercu od dłuższego jazzu, bo o płycie tej klasy, co najnowszy album pianisty Leszka Kułakowskiego zatytułowany Code Numbers, trzeba napisać coś, co wykracza poza zbyt oczywiste przymiotniki w rodzaju: najlepsza, doskonała, wybitna. Kolejny zatem raz siadam do pisania o tej płycie, ale chyba wreszcie znalazłem klucz do tej muzyki.
Pamiętacie może teorię strun, jedną z najpiękniejszych teorii wszystkiego, jaką kiedykolwiek stworzono? Podobnie jak najnowsza płyta Kułakowskiego, teoria strun pełna jest liczb, które podobno wyjaśniają wszelkie tajemnice budowy naszego świata. Wg niej struny to jednowymiarowe struktury o wielkości 10¯³¹ metrów, z których składają się dwuwymiarowe membrany wibrujące w dziesięciowymiarowej przestrzeni, stanowiące budulec wszystkich znanych nam cząstek elementarnych.
To nieważne, że nic z tego nie rozumiem, nie wiadomo, czy to wszystko jest czymś więcej niż ślepą uliczką, w którą zabrnęli fizycy w poszukiwaniu współczesnego Graala. Wszakże pamiętam, że w VI wieku p.n.e Pitagoras, badając dźwięki greckiej liry odkrył, że harmonii brzmienia drgających strun o różnej długości odpowiada przejrzystość łączących je stosunków matematycznych (½, ⅔, ¾ itd.) . To odkrycie było początkiem teorii muzyki i tak mocno wpłynęło na światopogląd Pitagorasa, że sformułował on pojęcie „harmonii sfer”, podjęte później przez Platona, zgodnie z którym u podstaw całej rzeczywistości tkwi jakaś podstawowa idea, logiczna i niepodważalna, zatem możliwa do wypowiedzenia tak językiem matematyki, jak muzyki, filozofii, a nawet religii.
Jest w tym jakieś szaleństwo bez wątpienia, ale jednocześnie wzlot ducha na niespotykaną skalę i taka też jest muzyka Leszka Kułakowskiego, nie tylko na tej płycie. W kraju pełnym wybitnych pianistów jazzowych (bo gdzie indziej w jednym pokoleniu współistnieją talenty tej miary co Leszek Możdżer, Marcin Wasilewski, Paweł Kaczmarczyk, Piotr Wyleżoł i wielu innych), Leszek Kułakowski zajmuje pozycję kogoś w rodzaju polskiego Theloniusa Monka, Cecila Taylora albo Cedara Waltona, przy czym nie mówię tu o pokrewieństwie brzemienia, lecz o osobowości i twórczym temperamencie. Outsider z natury, ale może i z upodobania, podąża ścieżką rzadziej uczęszczaną, traktem porośniętym burzanem i chwastem. W dziele tym wspaniale go wspomagają jego syn Piotr Kułakowski na basie i Krzysztof Gradziuk na perkusji, którego podziwiamy bardzo za grę w RGG Trio.
I właśnie do stylu tej ostatniej formacji - muzyka ta ma najwięcej podobieństw: wyrafinowana, chłodna, otwarta, improwizująca, rozbrzmiewająca w ciszy impresjonistycznie ledwie naszkicowanej. Nie do pominięcia, jeśli w Waszym krwiobiegu płynie chociaż jedna kropla jazzu.

Tekst opublikowany dnia 1 grudnia 2010 na Impropozycji.

Poniżej film z You Tube z muzyką z tej płyty oraz link do podcasta z zapisem całego koncertu dostępnego dzięki wspaniałej pracy Kazimierza Zagórskiego z gdańskiego Radia Patrycjusz!!!

piątek, 18 lutego 2011

Polscy pianiści jazzowi mają nazwiska trudne do wymówienia dla obcokrajowców: Lesław Możdżer, Paweł Kaczmarczyk czy Piotr Wyleżoł. To chyba jedyny powód, dla którego nie są równie znani i doceniani w jazzowym świecie jak ich - mający nieco łatwiejsze nazwiska - zagraniczni koledzy w rodzaju Enrico Pieramuziego, Esbjorna Svenssona czy Brada Mehldau’a. Odnotujmy więc, że Piotr Wyleżoł, artysta którego sylwetkę chcę dzisiaj nakreślić, nagrał niedawno płytę dla wydawnictwa Fresh Sounds, która od lat wydaje płyty właśnie Mehldau’a, najjaśniejszej chyba młodej gwiazdy amerykańskiego mainstreamu. Wielki sukces, a co najważniejsze nieprzypadkowy, bo będący efektem wielu lat wytrwałej pracy, której owoców bez trudu możecie skosztować, jeśli przeczytacie ten post do końca, a następnie poprosicie św. Mikołaja o stosowne podarunki…

Najpierw parę słów o ludziach, którzy siódmego dnia pomogli Panu Bogu stworzyć ten jazzowy światek: Bill Evans – bez niego nie wyobrażam sobie cool jazzu, a przede wszystkim kwintesencji jazzowej elegancji, jaką jest trio: fortepian, kontrabas i perkusja. Evans, LaFaro, Motian – Mane, Tekel, Fares – synonim równowagi, harmonii proporcji, pełni. No i nasz Mietek Kosz z jego nieznośną lekkością improwizacji, uderzeniem delikatnym jak skrzydła motyla o poranku wśród gasnących gwiazd. Ale do rzeczy, bo te wszystkie wolne skojarzenia prowadzą nas nieuchronnie do drugiej płyty w dorobku Piotra Wyleżoła zatytułowanej po prostu Piano Trio (do pierwszej, o tytule Yearning niestety nigdy nie udało mi się dotrzeć). Nagrana z towarzyszeniem najwyższej jakości muzyków w osobach: grającego na kontrabasie Michała Barańskiego i na perkusji Łukasza Żyty przypomniała nam, że polska pianistyka jazzowa nie tylko samym Marcinem Wasilewskim stoi. Jedna po drugiej, kompozycje Piotra Wyleżoła (kapitalny Dr Holmes!!!), przeróbka Steve Wondera (Taboo To Love), kompozycja Bronisława Suchanka (Lonesome Dancer) i absolutnie rewelacyjne, monkowskie w klimacie Double Exposure samego Herbie Nicholsa sprawią, że prędzej pożegnacie się z pieniędzmi, samochodem czy licznymi kochankami niż z tą rewelacyjną płytą, skoro raz zawita do Waszej kolekcji. A przecież to dopiero początek.

Po niej następuje wspomniany wyżej, ubiegłoroczny, bardzo ważny debiut dla Fresh Sound zatytułowany Children’s Episodes, na której to płycie Piotr i jego wspaniali kompani ani na moment nie obniżają lotów, a jak trudno jest po znakomitej płycie nagrać jeszcze lepszą - tego nie muszę nikomu chyba tłumaczyć. Wyróżnikiem muzyki Wyleżoła są bardzo melodyjne kompozycje, prawdziwe wampy, zgrabne i pełne seksapilu, jak piękne warszawianki, przemykające latem gdzieś między Ogrodem Saskim a Marszałkowską. Nie sposób oczu od nich oderwać i kiedy śmigają po stołecznych chodnikach tak lekko, jak wspomniane wyżej motyle, to chciałoby się rzec, że tańczą tak, jak nutki w tych piosenkach, jakie komponuje dla nas Piotr (na przykład Nicholas Patu, Dr Holmes czy Snake). Ale nie brakuje też momentów pełnych powagi, refleksji i głębi, jak w tytułowym Children’s Episodes (pióra Davida Dorouzki) czy szaleństwa, jak w improwizacji na temat Introspection Theloniusa Monka.

 

Trzecia płyta Wyleżoła, którą musicie mieć, póki nie znikną one z dystrybucji, a wtedy będziecie sobie z żalu długo i boleśnie pluć w brodę, to nagrany w tym roku, tak wspaniałym dla polskiego jazzu, album zatytułowany po prostu Live. Album ten to niestety porażka roku, na szczęście tylko pod względem edytorskim. Okładka brzydka i kompletnie bez związku z muzyką na płycie, a to niestety nie wszystko: krzywo wydrukowany tekst z tytułami utworów, w tytule Dr Holmes z kropką czyli kłania się znajomość ortografii i wreszcie pomyłka na liście utworów, gdzie bonus track to właśnie rzeczony Dr Holmes, a nie Snake, jak wydrukowano na okładce. Wszakże poza tymi qui pro quo ta płyta to sam miód, bo po raz pierwszy od lat Piotr staje na czele formacji innej niż trio i pojawia się tu w kwintecie z Adamem Pierończykiem (saksofon tenorowy i altowy), Davidem Dorouzką (gitara), Adamem Kowalewskim (kontrabas) i Krzysztofem Dziedzicem (perkusja). Wszyscy muzycy na tej płycie grają zjawiskowo: Pierończyka po prosu nie poznacie, gra miękko i lirycznie, jak sam Coleman Hawkins; Dorouzka to wielki talent, gra bezpretensjonalnie, jak niegdyś Jim Hall czy – obecnie - John Abercrombie; Adam Kowalewski ma głęboki i mocny bas, który nie raz przyprawi Was o ciarki na plecach; a gra Krzysztofa Dziedzica to po prostu poezja, jak mawiają Francuzi, chapeau bas! I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zachęcić Was do przesłuchanie wszystkich wyżej opisanych płyt.

Tekst ukazał się 14 grudnia 2010 roku na blogu Marcina Kicińskiego "Impropozycja".

poniedziałek, 14 lutego 2011

Walentynki... Czy ja jeden co roku zapominam kiedy one wypadają? Z drugiej strony nic dziwnego, że wyparłem je ze swojej świadomości: kojarzą mi się z wydatkami, kiczem  i pełną hipokryzji słodyczą, której moja rogata dusza nie trawi. Ale jednak trzeba o nich pamiętać, bo jak śpiewał David Byrne w niezapomnianym songu Talking Heads zatytułowanym: "Girlfriend Is Better":

"Everyone's getting involved,

As we get older and stop making sense...".

Postanowiłem zatem połączyć ogień z wodą i na walentynkowy prezent zaprosiłem moją flamę na koncert jazzowy. Dokładniej na występ zespołu bardzo zdolnego polskiego trębacza  Jerzego Małka. "Nie słyszałam" - odpowiedziała. "A Marcina Wasilewskiego pamiętasz, tego pianistę, który grał z Tomaszem Stańką?". "Oczywiście!" - wykrzyknęła z radością. "A widzisz! Też będzie tam grał razem z perkusistą Michałem Miśkiewiczem z tego niezapomniego składu". "Cudownie, w takim razie idziemy" - odparła i zaczęła grzebać w szafie, z której wynurzyła się po kilku minutach z nieszczęśliwą minką: " Co sie stało?" - zapytałem zaniepokojony. "Nie idziemy. Nie mam się w co ubrać..."- oświadczyła bliska płaczu. "Zaczęło się..." - pomyślałem.


Zaczęło się! Muzycy pojawili się na scenie warszawskiego klubu Skwer: oprócz wyżej wymienionych, skład kwintetu uzupełniają grający na saksofonie altowym Łukasz Poprawski i na kontrabasie Max Mucha. Od pierwszych nut wiemy, że znajdujemy się w głównym jazzowym nurcie ze szczególnym uwzględnieniem jego bopowej fali. Dziwi to zwłaszcza w tym kontekście, że grają tu Marcin Wasilewski i Michał Miśkiewicz, którzy tak długo i z tak wielkimi sukcesami współtworzyli najlepszy cool jazz nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Ale właśnie oni, jakby chcieli pokazać, że mają też zupełnie inne oblicze, najbardziej zadziwiali energią, spontanicznością i witalnością. W ogóle między tymi dwoma istniała jakby niewidoczna, ale potężna więź, jakby pole siłowe spajające fortepian z perkusją. Było to najwyraźniej słychać w czasie solówek Marcina, którego improwizacje nicowaly, dekonstruowały i rozszczepiały na atomy bardzo melodyjne kompozycje Jerzego Małka, tak że chwilami wydawało się, że betonowe światy sali koncertowej rozsadzi atomowa zawierucha. Dobrze się w tym wszystkim odnajdował Max Mucha, który po raz kolejny pokazuje, że potrafi dotrzymać kroku najlepszym w Polsce magom kontrabasu (jego solówka na długo zapadła mi w pamięci).

Ale oczywiście w kwintecie, formacie nawiązujacym czytelnie do legendarnych zespołów tworzonych choćby przez Milesa Davisa i Johna Coltrane'a, najważniejsze są dęciaki! Zacznijmy od grającego na alcie Łukasza Poprawskiego, którego znamy chociażby ze składu Audiofeeling Band Pawła Kaczmarczyka: chociaż Łukasz wygląda jakby chorował na suchoty, a jego ubiór moja żona skomentowała krótko jako "tragiczny", to muszę przyznać, że o jego grze trzeba napisać w samych superlatywach. Nie tylko grał dobrze, po prostu wpółtworzył sound bandu, umiejętnie zmieniająć dźwięk swojego instrumentu w zależności od nastroju danego utworu. Potrafi wydobyć z saksofonu ogromną paletę dźwięków wywołujących tak skrajne emocje jak entujazm, swoboda, radość, ale także zadumę, skupienie i refleksję.

Intelektualny i introwertyczny alt Łukasza był doskonałym uzupełnieniem dla pewnej siebie, asertywnej i łobuzerskiej trąbki Jerzego Małka (od czasu do czasu zmiękczanej użyciem efektu wah wah lub zastępowanej flugelhornem). Nie od dzisiaj wiadomo, że trebacz ten posiada wielki talent i jego obecność z reguły gwarantuje najwyższej jakości support na płytach innych artstów (vide wspomniany wyżej Paweł Kaczmarczyk, zeszłoroczna doskonała płyta Tomka Sowińskiego "Synergy" czy tegoroczna bardzo dobra Krzysztofa Pacana "Facing the Challenge"). Natomiast jego liderskie dokonania, zarejestrowane na wydanej z dużym opóźnieniem w zeszłym roku płycie "Bop Beat" nie były jeszcze, moim skromnym zdaniem, na miarę jego talentu. Myślę jednak, że okres kształtowania jego muzycznej tożsamości powoli dobiega końca, bo na scenie warszawskiego skweru słyszeliśmy w pełni dojrzałego artystę, przemawiającego swoim własnym językiem, kreślącego wizje mainstreamu takim jakim on chciałby go widzieć na początku XXI wieku. Jaki to mainstream? Bez wątpienia eklektyczny, nawiązujący do tak różnych insporacji jak hard bop, blues, funky i groove, a nawet jazzowej awangardy, słyszalnej szczególnie w prowokujących publiczność, monkowkich czy taylorowskich z ducha dysonansach, jakie podrzucał od czasu do czasu Marcin Wasilewski.


Wreszcie odnotujmy, że w dwóch utworach pojawił się na scenie Radek Nowicki, towarzyszący Małkowi w nagraniu wspomnianej wyżej płyty "Bop Beat", którego saksofon tenorowy wniósł do zabawy nie mniej ciekawe elementy jak te wspomniane przy okazji wymienionych wyżej muzyków. Z tego co się dowiedzielismy od lidera grupy już w przyszłym miesiącu Jerzy Małek Group zaczyna nagrywać nową płytę, na której niewykluczone, że poza Radkiem Nowickim pojawią się jeszcze inni znamienici goście. Nie ma co ukrywać, że szykuje się prawdopodobnie jedna z najciekawszych mainstreamowych płyt tego roku.

Po zakończeniu koncertu, który bardzo ciepło został przyjęty przez niestety niezbyt licznie zgromadzoną publiczność z zazdrością obserwowałem jak moja żona podbiega do Jerzego Małka i Marcina Wasilewskiego by pogratulować im doskonałego występu. "OK" - pomyślałem sobie w duchu - "na następne Walentynki kochanie zaproszę Cię do kabaretu na pokaz kan kana i po koncercie zrobię to samo co Ty!".

niedziela, 13 lutego 2011

Jazz jest rodzajem melancholii z dużą domieszką nonszalancji i autoironii, której nikt w Polskim Jazzie nie uosabiał pełniej niż Krzysztof Komeda Trzciński. Jego wpływ wykraczał daleko poza muzykę, był fenomenem, który dostrzegło bystre oko Andrzeja Wajdy i uwieczniło w znanym filmie Niewinni Czarodzieje. Bo przecież Tadeusz Łomnicki z blond włosami, śmigający lambrettą po Krakowskim Przedmieściu to nikt inny jak Komeda właśnie. Co najmniej od roku 1997, w którym ukazał się album Tomasza Stańki Litania poświęcony Komedzie, obserwujemy renesans zainteresowania muzyką tego wybitnego jazzmana, i to tak w kraju, jak i za granicą. A ponieważ koniec roku się zbliża, postawmy pytanie: jakie płyty „Komedowskie” nagrane w tym roku warto umieścić w swojej kolekcji?

Po pierwsze zwróćcie uwagę na NBS Trio. Rozumiem Wasze zdziwienie, bo mi także ta nazwa nic nie mówiła. I nic dziwnego, bo zespół tworzą Klaudius Kovac (fortepian), Robert Ragan (bas) i Peter Solarik (perkusja) ze Słowacji. NBS znaczy Nothing But Swing i - jak sama nazwa wskazuje - że grają jazz nawiązujący do złotych lat 50tych i 60tych, przy czym ich wycieczka w stronę Komedy siłą rzeczy powoduje, że na płycie więcej jest cool jazzu, którego Komeda był jednym z najważniejszych eksponentów na Starym Kontynencie. W ogóle trzeba wyrażać się o tej płycie z najwyższym uznaniem! Jej poziom muzyczny jest niesamowicie wysoki, a i Komeda jest tu zarazem tym Komedą, którego kochamy, rozpoznawalnym, czytelnym, znajomym, a jednocześnie zagranym tak świeżo, bezpretensjonalnie i z takim urokiem, że po prostu dawno nie pamiętam tak świetnej komedowskiej płyty, a przecież nie brakuje ich bynajmniej.

Druga płyta to krążek formacji Kattorna o tytule Straying To The Moon, płyta nagrana przez bardzo młody, polsko-duński skład w osobach Dawida Główczeskiego (saksofon altowy i tenorowy), Grzegorza Rogali (puzon), Łukasza Pawlika (fortepian), Maxa Nauty Simonsena (bas) i Krzysztofa Szmańdy (perkusja). Jest to płyta kompletna, jakich nie tak dużo na naszym rynku muzycznym, bo oprócz rewelacyjnej - moim zdaniem - warstwy muzycznej, wyróżnia się i projekt graficzny płyty, za który należy pochwalić Kubę Karłowskiego. A oto, co widzimy na okładce: bezwietrzna noc, nagi mężczyzna, być może lunatyk, do połowy zanurzony w ciemnej, spokojnej i gęstej jak ołów wodzie, przyciągany jak przez magnes ku wiszącemu nad ciemnym lasem Księżycowi w pełni. Kto zna biografię Komedy, jego obsesje i lęki, ten wie, że żaden szczegół w tym obrazie nie jest przypadkowy. Dalej jest tylko jeszcze lepiej (oczywiście muzycznie). Doprawdy, trudno byłoby mi ułożyć się spokojnie do snu z myślą, że nie mam tej płyty w swojej kolekcji.

Ale najsmakowitszy kąsek zachowałem dla Was na koniec: to najnowsza, wydana zaledwie kilka dni temu płyta Adama Pierończyka, zatytułowana nie inaczej jak Komeda – Innocent Sorcerer i nagrana z takimi muzykami jak Gary Thomas (saksofon tenorowy), Nelson Veras (gitara), Anthony Cox (kontrabas) i Łukasz Żyta (perkusja). Zdziwiłbym się, gdyby nagranie to nie spowodowało sporego szumu na naszej scenie jazzowej, bo w muzyce, jaką usłyszeć można na tej płycie, ogniskuje się jak w soczewce wszystko to, co w nowoczesnym jazzie wydaje mi się najważniejsze: szacunek dla tradycji, odwaga do awangardowych eksperymentów, witalność i dodatkowo śmiałość, by z tym genialnym Polskim Jazzem pchać się w świat. Płyta roku? Muzyk roku? Kto wie?

środa, 09 lutego 2011

Ok, czas napisać szczerze co się myśli: mam już po dziurki w nosie tych jazzowych Szopenów, od których uginają się w tym roku półki sklepów muzycznych. Czy tylko ja jeden słyszę w tym prowincjonalność, sztampowość i zaściankowość? Kolejny raz, z uporem ćmy obijającej się o żarówkę, eksploatujemy tylekroć przeorane pole, doprawdy czyniąc krzywdę temu geniuszowi, któremu tak bliski był przecież duch improwizacji i nieogarniona kreatywność. Mam zatem mocne postanowienie znaleźć inną muzykę: niecodzienną, bezkompromisową, lecz piękną i szczęście mi sprzyja, bo na wspaniałym portaluhttp://freejazz-stef.blogspot.com przeczytałem notkę o wydanej, w zacnym niemieckim wydawnictwie Jazzwerkstatt, najnowszej (do niedawna…) płycie Adama Pierończyka zatytułowanej „El Buscador”.
Oprócz lidera grającego na saksofonach tenorowym i sopranowym, na płycie grają puzonista Adrian Mears, basista Anthony Cox i perkusista Krzysztof Dziedzic. Nie ma tu miejsca na rozbudowane wizytówki tych panów, ale wierzcie mi, to najwyższa jazzowa półka, po którą, słuchając Polski Jazz, chciałoby się sięgać jak najczęściej. Najbardziej podoba mi się duch tej płyty: ryzykancki, awanturniczy, przypominający podróż w nieznane. I rzeczywiście muzycy igrają z etnicznymi klimatami, o czym świadczą także tytuły utworów: tu buddyjski monastyr gdzieś na Syberii, tam andaluzyjski ogród, ówdzie Marrakesz, a wreszcie i krakowski klub „U Muniaka”. Nie dajmy się jednak zwieść poetyce tych tytułów, bowiem najważniejszy tu jest jazz, i nigdy nie przestaje być to jazzem.
Ten jazz nawiązuje to wielkiej tradycji takich muzyków jak późny John Coltrane, który w muzyce Wschodu, w jego żywej tradycji, szukał autentycznej duchowości, oświecenia, a może i nirwany. Naprawdę rzadko nam się w Polszcze zdarzają akcje tego typu, oczywiście od razu przypomina nam się legendarny Stańkowski „Music from Taj Mahal and Karla Caves” i być może „EL Buscador” po latach będzie się wymieniać jednym tchem z tym kultowym nagraniem.
Krótko mówiąc, transowe rytmy, awangardowa drapieżność, etniczna świeżość i jeszcze, a jakże!, nieco mainstreamowa przystępność, wszystko to sprawia, że mamy tu doprawdy do czynienia z wydawnictwem wyjątkowym.


czwartek, 03 lutego 2011

Po ostatniej jazzowej niedzieli wszystko wskazywało na to, że w chodzeniu na koncerty nastąpi przerwa. Bo było jak w tym starym kawale: mąż wraca do domu w środku nocy, a tu czeka na niego żona i pełnym wyrzutów głosem pyta: "Aaa! To o której się wraca do domu, co???". Na to mąż: "Kto mówi, że wracam? Wpadłem tylko po gitarę...". Kiedy zatem oznajmiłem mojej lepszej połowie, że właśnie dostałem zaproszenie na koncert inauguracyjny VIII Międzynarodowego Konkursu Wiolonczelowego im. Witolda Lutosławskiego i że bardzo chciałbym tam pójść ze względu na anonsowany występ Leszka Możdżera, sytuacja w domu zaczęła przypominać tę w Egipcie. Postanowiłem jednak sięgnąć do starej polskiej tradycji, zasiedliśmy przy okrągłym stole i udało mi się wynegocjować zielone światło na dalsze jazzowanie pod warunkiem, że towarzyszyć mi będzie nasza cudowna latorośl czyli moja 12-letnia córka.

"Tato!!! Gdzie??? Na jazz???" - ofuknęła mnie moja mała miłość, gdy złożyłem jej tę propozycję i wiedziałem już, że czekają mnie kolejne trudne rozmowy. W końcu stanęło na tym, że ona może i pójdzie pod warunkiem wszakże, że w mojej kiesie znajdą się brzęczące dukaty na tak obecnie modne wśród płci pięknej kozaczki EMU (rodzaj walonek, które z niezrozumiałego dla mnie powodu są obecnie tak pożądane i niestety drogie).

Trudno o lepsze "okoliczności przyrody" niż te w jakich odbywało się samo to wydarzenie: Zamek Królewski, cudowna Sala Balowa jakby wyrzeźbiona z marcepanu i złota, gdzie ponad naszymi głowami szybowały nagie boginki i bogowie Bacciarellego, także najwidoczniej szykujący się na ten koncert. Publiczność wspaniała, brylantowe kolie, perły, tiule, a co najważniejsze sala pęka w szwach, pełno młodzieży jak i takich starych koni jak ja, zatem wszystko gra, a obok moja córeczka wodzi pełnymi przejęcia oczami to po sali, to po pełnej dostojnych gości publiczności.

Wreszcie zaczęło się! Pominę pełen swady wstęp przedstawiciela organizatorów przedsięwzięcia, przed którymi chylę czoła, że potrafili wspólnym wysiłkiem powołać do życia tak wspaniałe wydarzenie i utrzymać je przy życiu przez lat kilkanaście, na tyle długo, że nabrało cech instytucji. Brawo, brawo!

Jako pierwsza występowała Agata Zubel (głos) z towarzyszeniem Cezarego Duchnowskiego (fortepian, komputer) i Andrzeja Bauera (wiolonczela), która wykonała "wizje szlagierów Witolda Lutosławskiego pisanych pod pseudonimem Derwid". Owe szlagiery były podlane sosem elektroakustycznym a la Evan Parker, Rob Mazurek czy Autechre, co moja córka i publiczność przyjęła dość ciepło oklaskami, a co mnie przyprawiło o lekki ból głowy. Ale jak mawiali starożytni: de gustibus non est disputandum.

Następnie usłyszeliśmy prawykonanie utworu Aleksandra Nowaka "Ulica Spokojna 3 na 8 wiolonczel", które wykonała warszawska Grupa Cellonet pod dyrekcją wspomnianego wyżej Andrzeja Bauera.

Leszek Możdżer (autorem tego wspaniałego zdjęcia jest Maciej Moskwa)

Wreszcie on! Słuchajcie! Coś niesamowitego! Możdżer wkracza do olśniewajacej Sali Balowej Zamku Królewskiego, natychmiast podchodzi i siada do wspaniałego fortepianu i zanim umilkły oklaski, a publiczność zdołała umościć się na swoich krzesłach, zaczyna grać, jednocześnie preparując fortepian. Widzę zdezorientowane spojrzenia: czy to początek czy dopiero przygotowanie do recitalu? Ach! to już początek, nagle publiczność zostaje wrzucona w zupełnie inny muzyczny wymiar, przestrzeń wielkiej muzycznej indywidualności, która potrafi niby czarodziejską różdżką kreować z dźwięków jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny i nieskończenie piękny wszechświat.

Słuchamy kompozycji samego Możdżera zatytułowanej "Siedem miniatur na fortepian i smyczki" (pochodzącej z płyty nagranej z AUKSO w roku 2004), a towarzyszy mu wspomniana wyżej Warszawska Grupa Cellonet pod wodzą Andrzeja Bauera. Jak to zwykle u Możdżera muzyka jest bardzo emocjonalna: stąpamy po wzorzystej łące pełnej rozkwitających krystalicznie czystymi dźwiękami kwiatów, nad którą przeciągnie niekiedy ciemna chmura romantycznej rzewności i żalu jakby żywcem wyjęta z tak drogiego naszemu sercu dzieła Szopena. Możdżer trzyma już swoją publiczność w aksamitnym uścisku, nasze myśli, uczucia, pragnienia biegną szlakiem nut, które podsuwa jego wyobraźnia. Chciałbym podkreślić wspaniały dialog jaki pianista nawiązał z zespołem młodych wiolonczelistów, którzy pod czujnym okiem Andrzeja Bauera współtworzyli niezapomnianą atmosfere tego występu. Aż tu nagle: trrrrach! Możdżer wstaje i szykuje się do wyjścia! To już koniec? Jak to możliwe? - pytają setki zdziwonych oczu. Niemożliwe, żeby czas tak nagle, tak szybko przyśpieszył swój bieg...

Ogłuszające oklaski nie milkną pomimo, że artysta opuścił już salę, lecz w końcu z ociąganiem wraca do fortepianu by zagrać jeden utwór na bis. Jest to bez wątpienia moment kulminacyjny koncertu, przynajmniej dla mnie, bo jak wiecie moje serce bije dla jazzu, a szczególnie dla tego polskiego, dlatego już pierwsze takty "Kołysanki Rosemary" Krzysztofa Komedy sprawiają, że po prostu łzy same cisną się do mych oczu. Kołysanka w wersji Możdżera i Cellonet jest bardzo bluesowa, pełna zadumy, wręcz trwogi i skutecznie gasi nadmierny już może entuzjazm publiczności, by pogrążyć ją w skupieniu, jakże odpowiednim dla dobiegającego końca koncertu.

"Mieliśmy okazję uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu..."- usiłuję coś wyjaśniać mojej córce, ale słowa nie są tu potrzebne. Wystarczy mi rzut oka na jej błyszczące oczy, by stwierdzić, że następnym razem, na hasło "jazz", nie trzeba będzie już składać żadnych kosztownych dla ojcowskiej kiesy obietnic. Jaka ulga...

wtorek, 01 lutego 2011

Ostatnia niedziela stycznia czyli 30 stycznia 2011 została w moim kalendarzu przeznaczona na jazz. Bo ile można słuchać płyt? A przy okazji koncertu człowiek spotka się z dawno niewidzianym znajomym, napije się drineczka albo dwa i poogląda się za ładnymi dziewczynami, których jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu nigdy tam, gdzie grają jazz nie brakuje. Okazją zaś do tych wszystkich przyjemności był koncert Pawła Kaczmarczyka w staromiejskim oddziale Fabryki Trzciny czyli w tak zwanym Skwerze.

Miejsce ulubione przez takich zniewieściałych burżujów jak ja, bo poza jazzem wspaniała kuchnia, wykwintne drinki, przeurocza obsługa, no i miejsce pięknie położone rzut beretem od Zamku Królewskiego. Na górze znajdziecie tylko mały, przeszklony pawilon z całkiem zwyczajną warszawską kawiarnią, natomiast na dole klub ze sceną, na której instrumenty czekają już na artystów.

Pierwszy pojawia się Dawid Fortuna, młody perkusista, z którym od jakiegoś czasu Paweł Kaczmarczyk grywa w krakowskim Piecarcie. Nie znajdziecie tego nazwiska w składzie Audiofeeling Band z obsypanej nagrodami płyty "Complexity in Simplicity", bo z tej orkiestry w składzie pozostał tylko lider! Ale wrócmy do Dawida: długo przygotowuje sprzęt, próbuje różne brzmienia, rozgrzewa ciało jak przed bitwą. Strasznie jestem ciekawy jak wypadnie na koncercie?!

Powoli schodzą się ludzie, wiele znajomych twarzy, tłumów jednak nie ma, czy to możliwe? Przecież Paweł Kaczmarczyk to jedna z najjaśniejszych młodych gwiazd polskiego jazzu?! Ale taka jest prawda o dzisiejszym jazzie: brak informacji, brak mecenatu Państwa powoduje, że artyści z najwyższym trudem walczyć muszą o publiczność, o przetrwanie. Smutne i budzi mój wewnętrzny sprzeciw, bo muzyka, jazz jest przecież przejawem naszej narodowej kultury, naszej tożsamości. Ale pewno mądrzejsze głowy wiedzą co robią i przeznaczają państwowe środki na ważniejsze sprawy....

Wkracza wreszcie Paweł Kaczmarczyk i siada za elektryczną Yamahą, której podły dźwięk (a może to fatalna akustyka betonowych ścian piwnicy?) nie przeszkodzi mu przeobrazić tego wieczoru w niezapomniane wydarzenie. Kontrabas w dłoniach tuli czule jak kochankę Maciej Adamczyk, który razem ze wspomnianym wyżej Dawidem Fortuną tworzą świetnie zgraną z liderem sekcję rytmiczną o dawno przeze mnie nie słyszanej witalności i energii.


Wreszcie zjawia się...nie, to niemożliwe...przecieram oczy ze zdumienia...sam Piotr Baron! To na niego czekają klarnet basowy oraz dwa saksofony sopranowy i tenorowy (pamięć mnie myliła, a za zwrócenie uwagi dziękuję Małgorzacie Michalskiej). Jego udział jest olbrzymim zaskoczeniem i wielkim wzmocnieniem dla Audiofeeling Band. Zespół gra już w tym składzie od roku, dał wspólnie kilkanaście koncertów i patrzę z wielką nadzieją na ich wspólne poszukiwania nowego brzmienia. Krótko mówiąc, był to świetny koncert, z materiałem głównie z ostatniej płyty Kaczmarczyka, o którym więcej możecie przeczytać tutaj w doskonałej notce Kajetana Prochyry: http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/2011/01/pawe-kaczmarczyk-audiofeeling-band.html ,

Po zakończeniu tego koncertu udałem się biegiem do Tygmontu, gdzie jak się dowiedziałem tego dnia miał grać Zbigniew Wegehaupt (kontrabas oczywiście) z parą bardzo młodych i obiecujących muzyków, studentów Wydziału Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach: Jarkiem Bothurem (saksofon tenorowy) i Kubą Płużkiem (fortepian - na zdjęciu). Bardzo chciałem ich zobaczyć na żywo, bo ich doskonałe płyty "Lilla Chezquiz" i "Detour Ahead" Arka Skolika należały do moich bardziej ulubionych jeśli chodzi o ubiegłoroczny mainstream.


I nie zawiodłem się: Bothur na tenorze gra bardzo melodyjnie i romantycznie, w stylu wielkiego Colemana Hawkinsa czy wczesnego Johna Coltrane'a. Każde jazzowe serce musi się uśmiechnąć słysząc taką wrażliwość jaka towarzyszy temu muzykowi. Kuba Płużek wręcz zachwycił mnie na wymienionych tu płytach, ma on niesamowitą łatwość swingowania, do której daleko nawet samemu Pawłowi Kaczmarczykowi. Ale niestety nie był to jego wieczór: grał przygaszony, bez energii, jakby czymś rozdrażniony. Trafiłem na końcówkę trzeciego seta, było po dwudziestej trzeciej, więc może muzycy byli zmęczeni? Z drugiej strony miałem wrażenie, że dopiero się zgrywają, nie są zespołem. Wegehaupta gry nie będe komentował, nie mam ku temu kwalifikacji, ale zachowanie już mogę: udzielanie młodszym muzykom reprymend przy widzach wydaje mi się dość niesmaczne. Ale może to tylko ja tak odebrałem.

W każdym razie po Kubie Płużku i Jarku Bothurze w dalszym ciągu oczekuję wielu dobrych rzeczy. I cierpliwości i spokoju: bo przyda się, oj przyda ;-)))

PS. Jedno pytanie: czy nasi muzycy muszą przychodzić na koncerty ubrani jak do drewutni? Panowie warto zadbać o image! Zwróćcie uwagę na Tomasza Stańkę: ubiór jest częścią osobowości artysty, którym komunikuje on swoją tożsamość publiczności. Stare, niewypastowane buty, wyciągnięty sweter albo szara, flanelowa koszura - nie!!! W Warszawie, w najlepszych klubach publiczność ma prawo oczekiwać czegoś więcej...

Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...