Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
niedziela, 29 listopada 2009

Sainkho Namtchylak pochodzi z Tuwy, która jest niewielką (jak na warunki rosyjskie, bo mówimy tu o kraju wielkości Polski, w którym wszakże mieszka nieco ponad 300,000 ludzi) republiką autonomiczną w azjatyckiej części Federacji Rosyjskiej przy granicy z Mongolią. Republikę zamieszkują głównie Tuwimcy i Rosjanie. Tuwimcy to koczownicy, hodują bydło, konie, wielbłądy, a nawet renifery (co jest dość niespotykane tak daleko na południe). To, co nas interesuje jeśli chodzi o ten dość niezwykły naród to fakt, że w tuwimskiej muzyce występują gardłowe śpiewy zwane xoomei.

Wikipedia podaje, że "ta technika wokalna pozwala na jednoczesne wydobywanie z gardła kilku niezależnych od siebie dźwięków, od niskich, przypominających dźwięk didgeridoo (styl kargyraa), aż po wysokie poświsty (styl sygyt), przywodzące na myśl japoński, buddyjski flet shakuhachi. Najwybitniejsi wykonawcy potrafią emitować nawet do 6 niezależnych dźwięków w różnych tonacjach. Inna nazwa tej techniki to "śpiew alikwotowy".

Słowa tego używa się zarówno na określenie jednego ze stylów tuwińskiego gardłowego śpiewu, jak i szerzej na wszystkie jego rodzaje. Muzyka ta zainspirowana jest życiem na stepach i słowa piosenek często opowiadają o koniach. Tuwiński śpiew zainspirował muzykę wielu innych kultur – w starożytności zaadaptowali go tybetańscy mnisi, zaś współcześnie robią to amerykańscy muzycy new age'owi." Z innych znanych mi wykonawców stosujacych xoomei polecić mogę Huun-Huur-Tu, a także Yat-Kha i Gennadija Czamzyryna zwanego Gendosem.

Posłuchajmy jak brzmi melanż neaw agu i mongolskich zaśpiewek:





09:31, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 listopada 2009

Groove Collective to założona roku 1990 formacja, która oferuje nam acid jazz o najwyższym możliwym stężeniu funky. Wszystko gra i buczy, mimo że zespół nie pochodzi z Kampuczy tylko z Nowego Jorku, a w jego skład wchodzi plejada wybitnych muzyków, z których wymienię na pierwszym miejscu włoskiego trębacza Fabio Morgerę, którego doskonałą płytę o tytule Slick miałem okazję omawiać w październiku. Poza Fabio w zespole grają: Richard Worth na flecie, Itaal Shur na klawiszach, Gengi Siraisi na bębnach, Jonathan Maron na basie, Bill Ware na wibrafonie, Jay Rodriguez na saksofone, Josh Rouseman na puzonie, Chris Theberge na perkusji oraz DJ Smash obsługujacy konsole oraz Nappy G  odpowiedzialny za rapping.

Jaka jest muzyka grana na tej wydanej w 2001 roku płycie? Wielbiciele mainstreamowego jazzu odrzucą ją być może ze wzgardą jako płytką, pospolitą i komercyjną. I rzeczywiście mnie także wydaje się, że Groove Collective to formacja stworzona głównie z myślą o tym, żeby muzycy mieli co do garnka włożyć i nie pomarli z głodu. Faktem jest jednak, że dzięki takiemu charakterowi płyta jest bardzo taneczna, spodoba się także żonom i przyjaciółkom hardcorowych free jazzmanów (czy są jakieś kobiety, które same, z własnej nie przymuszonej woli słuchają muzyki granej przez Dona Cherry'ego, Alberta Aylera czy Artura Blythe'a?). Słuchając wiekszości kawałków na płycie, stopy same będą Wam wybijały rytm, łepek bedzie chodził w prawo i w lewo, mówiąc w skrócie ucieszy się Wasze taneczne ucho, choć to żadna jazzowa 5 Symfonia. Ale za to jest to kawał porządnego acid jazzu, za którego powołanie do życia dziekujęmy boskiemu Milesowi (patrz notka do płyty "Doo Bop Sound" Milesa Davisa recenzowanej kilka tygodni temu).

Oto jak gra ów kolektyw:



 

09:08, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 listopada 2009

Muzyka na tym albumie jest tak czarna jak tło na moim blogu. Jeśli czasem myślę za co kocham jazz, co burzy i mąci moją krew kiedy słucham tej muzyki, to właśnie za takie płyty i z powodu takich muzyków. Chociaż bowiem cenię różne gatunki jazzu, a nawet i okolice jazzu przynoszą mi nieraz zaskukujące i miłe odkrycia, to jednak mój największy entuzjazm budzi jazz czarny i dziki jak etiopska kawa. Piliście kiedyś etiopską kawę? Można zamówić filiżankę takiej kawy w jednej z rozsianych po Polsce kawiarń o nazwie "Pożegnanie z Afryką". Przyjrzyjmy się zatem co oferuje nam ta kawa?

Najlepsza etiopska kawa pochodzi z dziko rosnących krzewów, kawa z plantacji tylko udaje prawdziwą kawę rosnącą na niedostępnych etiopskich wyżynach. Najlepszą kawę uzyskuje się z dojrzałych, ciemnoczerwonych owoców, dlatego wytrawni zbieracze zrywają tylko dojrzałe ziarna. Nastepnie przez długi czas ziarna te suszone są na klepiskach domów lub na specjalnych platformach z drewna, zaś na noc przykrywa się je liśćmi bananowca. Pod wpływem słońca owoce czernieją i marszczą się. Po wyschnięciu miąższ owocu kawy jest kruchy i rozsypuje się pod lekkim naciskiem - to znak, że ziarna są wystarczająco suche. Wówczas kobiety wsypują je do stępy wydrążonej w drzewnym pniu i ostrożnie tłuką długim drągiem z nacięciem w środku. Jeśli ziarno jest za bardzo wysuszone, wówczas przy silniejszym uderzeniu można je łatwo rozłupać. Gdy zaś jest jeszcze wilgotne w środku, łatwo je rozgnieść na miazgę. Wysuszone i zmielone ziarna kobiety przesiewają na plecionych z trawy sitach, oddzielając plewy od miąższu. Tak przygotowaną kawę transportuje się w workach z koziej skóry, gdyż do dłuższych przewozów na mułach worki jutowe są nieprzydatne.

W Etiopii prawdziwą kawę należy przygotować samemu i zwykle jest to obowiązek kobiet. Istnieje wręcz cały rytuał jej przyrządzania. Zielone ziarna są po umyciu wysypywane na blachę i prażone do uzyskania ciemno-brązowego koloru. Po kilku minutach izba wypełnia się gorzkim aromatem. Jeszcze gorące wsypuje się je do małego moździerza i tłuczkiem ubija na proszek. Po takim zmieleniu kawę wsypuje się do specjalnego dzbanka i gotuje. Kiedy napój jest prawie gotowy gospodarz odmawia krótką modlitwę. W końcu ciemnobrązowy napój zostaje rozlany do malutkich czarek i dostajemy kawę tak aromatyczną jak tylko to możliwe (informacje na temat etiopskiej kawy zaczerpnąłem ze strony www.etiopia.pl).  

Jak widzicie wszystko robione jest ręcznie, kawa taka jest zrywana, przerabiana i przyrządzana w warunkac domowych, a nie na wielkich planatacjach czy w wielkich palarniach z jakich pochodzą pospolite Jacobsy, Maxwelle czy inne badziewia. Nie inaczej jest z muzyką Horace'a Tapscotta. Przeczytajcie zresztą fantastyczną notkę na temat tego muzyka autorstwa Dionizego Piatkowskiego umieszczoną na najlepszym polskim serwisie jazzowym Diapazon.pl. Czy muzyk ten nie jest jak dzika, etiopska kawa rosnąca na leżącej odłogiem, skalistej, położonej bliżej nieba niż ziemi afrykańskiej wyżynie? Zaznajamiając sie z tym muzykiem posłuchajcie w międzyczasie próbki jego niezwykle orginalnego stylu w zaprezentowanym poniżej nagraniu z płyty "The Call". Chociaż nagranie pochodzi z płyty o kilka lat pózniejszej sądzę, że daje dobre pojęciu o klasie tego jazzmana:


11:48, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 listopada 2009

Pan Bóg bawi się ze mną w kotka i myszkę. Nie tak dawno temu napisałem, że współczesny wokalista jazzowy to ktoś równie trudny do znalezienia jak uczciwy polityk w Nadwiślańskim Kraju i nagle okazało się, że muszę pełen wstydu napisać, że to jest jednak możliwe. A to za sprawą Jose Jamesa, którego płyta "The Dreamer" przypłynęła pewnej bezsennej nocy z Tannoyek M3 prosto do moich uszu jak homerowy śpiew syren, tak iż moja dusza jest już odmieniona, nie potrafię tego głosu zapomnieć i tęsknię kiedy znowu go usłyszę.

Kim jest Jose James? Ponieważ do tej pory nic o nim nie wiedziałem, zacząłem gorączkowo szukać informacji w internecie. Wśród recenzji wrzucanych na Amazon. com (stanowiących przeważnie dobre źródło informacji) znalazłem interesującą pióra Olukayode Balogun, która tak mi się spodobała, że poniżej podaję jej tłumaczenie (z niewielkimi skrótami):

"Mieszkający na Brooklinie, pół-Irlandczyk i pół-Panamczyk Jose James brzmi jak soulowa krzyżówka Gila Scotta Herona, Terry'ego Calliera i Kurta Ellinga. (...) Na płycie śpiewa jako członek kwartetu, w którym poza nim grają, Nori Ochiai na fortepianie, Alexi David na kontrabasie i Steve Lyman na perkusji - poza nimi w utworze "The Dreamer" pojawia się Luke Damrosh na perkusji, a w "Spirits Up Above" na fortepianie gra Junior Mance. Ponadto drobną zmianę w składzie jak i w brzmieniu odnotowujemy w utworze "Park Bench Poeple", gdzie Ryan Blum gra na instrumentach klawiszowych, a Gal Ben Haim na gitarze. Bluma słyszymy także w zamykającym album, inspirowanym drum&bassem, utworze o tytule "Love". Wreszcie na albumie pojawia się dźwięk trabki Omara Abdukarima, w piosence tytułowej.

Nie jest to najbardziej ekscytująca płyta jaką słyszałem w życiu (skala głosu Jamesa jest ograniczona), niemniej z pewnościa jest interesująca i to czego brakuje jeśli o chodzi o możliwości wokalne, James nadrabia z nawiązką tonacją i ciepłem swojego głosu. Nigdy wczesniej nie słyszałem o Jamesie (o ile pamiętam to mój znajomy zwrócił mi uwagę na niego - dzięki Joe!)  i z tego co się orientuję jest to pierwszy album tego artysty. Na tej płycie pokazał niewatpliwy talent do pisania ciekawych tekstów piosenek, nadto do produkcji i aranżacji, a szczególnie należy mu się szacunek za to, że poszedl bardziej jazzową ścieżką, a nie popową czy R&B, które prawdopodobnie szybciej przyniosłyby mu sławę i pieniądze. Najwyrażniej kocha i wierzy w to, co robi. Z optymizmem należy patrzeć na karierę tego artysty i z nadzieją na kolejne, planowane przez niego płyty. (...)".

A oto jeden z ciekawszych utworów z tej płyty :


10:36, trener66
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 listopada 2009

Jazz band, którego odkrycie jest dla mnie naprawdę wydarzeniem! A stało się to przy okazji niedawno redagowanej notki na temat płyty Milesa Davisa "Doo-Bop". Byłem ciekawy jacy artyści poszli śladem Milesa próbując łączyć estetykę hip-hopową i jazz. Hypnotic Jazz Ensamble robi to w sposób naprawdę wyjątkowo udany.

W 9-osobowej kapeli, w skład której wchodzą instrumenty dęte i perkusja, gra 8 synów znanego amerykańskiego jazzmana Kelana Phila Cohrane'a. Cohrane urodził się i mieszka w Chicago, grał w Sun Ra Orcehstra, był zaanagażowany w powstanie AACM czyli Association for the Advancement of Creative Music. Z tą założoną przez muzyków organizacją non-profit związane były najważniejsze postacie jazzowej awangardy lat sześćdziesiatych, w tym na przykład Anthony Braxton, Jack DeJohnette, Wadada Leo Smith i słynne Art Ensamble of Chicago Lestera  Bowie. Od tamtej pory na jazzowej mapie Ameryki Chicago jest kojarzone z free jazzem, działaniami awangardowymi, a także kultywowaniem tradycji jazzowych big bandów w takich na przykład grupach jak Lester Bowie's Brass Fantasy. Właśnie z tą ostatnią formacją nieodżałowanego i niezapomnianego Lestera Bowie najwięcej pod względem jazzowej prowieniencji łączy orkiestrę, której dokonania omawiamy w niniejszej notce.

Zespół zaczynał roku 2004 od grania po prostu na ulicach Chicago. Jednocześnie było to znaczącym przypomnieniem jazzowej publiczności jak skromnie w istocie, ludowe i prześne były początki jazzu (jak wielu wielkich zjawisk muzycznych w ogóle). Płyta "New York City Live" jest najświeższym nagraniem zespołu, pochodzi z roku 2009 i dokumentuje ten właśnie "uliczny" charakter muzyki Hypnotic Brass Ensamble. Spójrzcie na ten klip, by zapoznać się z atmosferą tej płyty:


W takim momentach jak ten pokazany na klipie człowiek żałuje, że nie jest nowojorczykiem. Chociaż z drugiej strony każdy jazzman po części musi nim być, nawet jeśli nigdy nie spędził ani jednej nocy w Wielkim Jabłku. Bo czymże byłby jazz bez Nowego Jorku?

Gęstość, innowacyjność i groove jaki ma ta muzyka wskazuje wyraźnie, że grupa ma już za sobą okres formowania i gra obecnie dojrzałą, przykuwającą uwagę, a jednocześnie miłą dla ucha muzykę. Z całego serca polecam każdemu kto ma dwoje uszu i wie co z nimi robić :-)

 


13:37, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 listopada 2009

Płyta z roku 1995, na której obok Johna Surmana,  pojawiają się: wokalistaka Karin Krog, gitarzysta Terje Rypdal i pianista Vigleik Storaas. Niedawno pisałem na tym blogu o płycie zatytułowanej Thimar nagranej przez Surmana z tunezyjczykiem Anouarem Brahemem. Tamta płyta tchnie słońcem i Saharą, a tu przeskok do w 3/4 skandynawskiego składu i muzyki zimnej jak morze i lód w norweskich fiordach. Co wybieram?

Zawsze lubiłem ciepło i słońce :-) A tak na poważnie, to mimo że przynajmniej Surman i Rypdal to ekstraklasa światowego jazzu płyta jest dla mnie ZBYT skandynawska. Słuchając tej muzyki czuję się jak mały Kaj, którego przytulała Królowa Śniegu, a serce chłopca w wyniku tych uścisków stopniowo zmieniało się w kawał lodu. Żegnaj więc Nordycki Kwartecie, niech Cię słuchają białe niedźwiedzie, pingwiny i foki. Moje serce jest czarne i gorące jak wnętrze Afryki. Tam wracam.

Poniżej film z jednym z piękniejszych utworów z tej płyty. "Offshore Piper":


20:54, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009

Kolejne nagrania z przezacnej serii Biblioteki Polityki. Tym razem prezentuje się nam Jimmy Smith na organach Hammonda. Mówiąc w największym skrócie: Jimmy Smith jest tym dla ogranów Hammonda w jazzie czym Bud Powell dlla fortepianu, Charlie Parker dla saksofonu a Fats Navarro dla trąbki. Jednym słowem klasyk. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć o Jimmym jak i o płycie umożliwiają Wam to profesjonalnie i z pasją napisane linear notes do płyty autorstwa Pawła Brodowskiego. Cóż zatem mnie, sierotce, pozostanie do napisania przy tej okazji? Ano napisze wobec tego słów kilka o samym instrumencie czyli o Hammonda organach.

Wynalazł je w latach trzydziestych ubiegłego stulecia amerykański zegarmistrz Laurens Hammond. W epoce przedelektronicznej organy miały dość duże gabaryty i składały się z dwóch skrzynek wygladających tak oto (zdjęcie z wikipedii):

Ciężko było to nosić, kosztowało to kupę kasy i żarło mnóstwo prądu. Dodatkowo wynalazca zazdrośnie strzegł swojego wynalazku, który jego zdaniem miał służyć Bogu i grać w kościołach. A tu jak na złość przywłaszczyły go sobie diabły wcielone (narkomani, pijacy, dziwkarze w przeważającej częsci :-))) czyli jazzmani i nastąpiła eksplozja zainteresowania instrumentem tak jak wcześniej zdarzyło się z fortepianem, pianinem i klawikordem przed dziesiątkami i setkami lat, tylko że w Europie.

Hammondy przypominały trochę dinozaury, były duże i ciężkie, zatem...wymarły jak one. W latach siedemdziesiątych XX wieku, w ramach wielkiego postępu elektroniki, zaczęły sie pojawiać niezliczone nowe instrumenty klawiszowe (Rolandy, Korgi itp.). Skutecznie wyparły one drogie i brzmiące ciągle tak samo hammondy. Najgorsze, że także muzycy w poszukiwaniu nowych brzmień odwrócili się od zasłużonego dla jazzu, bluesa i rocka instrumentu. Nastała cisza zapomnienia, w której organy hammonda czekały na swojego Spielberga...

W końcu pojawili sie tacy muzycy jak Larry Goldings (rozcznik 1968) czy Joey DeFrancesco (urodzony w 1971), którzy tchnęli w stare hammondy nowe życie. Może los pozwoli i spotkamy się z nimi, w którejś z kolejnych moich notek :-)

PS. Poniżej próbka możliwości Johnny Smitha i jego instrumentu ;-)



15:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 listopada 2009

Dzisiaj trochę mniej jazzowo, chociaż pozostajemy w obrębie "czarnej" muzyki, o smaku powiedzmy cafe au lait w moim ulubionym Cofee Heaven w Blue City. Na moje ucho jest to R&B z silną składową soulu, muzyka równie dobrze pasuje do jajecznicy rano jak i do drinka wieczorem. O artyście i piosence się nie będę rozpisywał, brzmi to zacnie, kołysze i buja, buja i kołysze, piosenka jest o miłości, co się dobrze kończy przypadkowym seksem bez zobowiązań, a ponieważ oto w tym wszystkim chodzi słucham tego z przyjemnością nie zapominając o kawie. Au lait.

 

PS. Za znajomość z D'Angelo dziękuję autorowi niniejszego bloga http://andrzejcala.blox.pl/html . Polecam wszystkim!


20:08, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 listopada 2009

Tym razem nie sięgnąłem po nowy nabytek, ale wracam do płyty dobrze mi znanej, ba, ukochanej przeze mnie.  Moja opinia nie jest zresztą odosobniona, album dostał w 2005 roku Nagrodę Grammy za najlepszy album jazzowy roku. Co stanowi o wyjątkowości tego nagrania? Zanim przekażę swoją opinię zapraszam Was do posłuchania jednego z utworów o tytule "1968":

Bill Frisell. Co jest największym osiągnięciem w jazzie? Słyszeliście kiedyś trąbkę Milesa Davisa, saksofon Johna Coltrane'a, fortepian Billa Evansa czy Theloniusa Monka? Nie potrzebowaliście WIEDZIEĆ kto gra, SŁYSZELIŚCIE, że to oni, bo ich styl grania jest na tyle specyficzny, niepowtarzalny i osobisty, że nie sposób go pomylić z innym. To samo powiemy o stylu Mozarta, Beethovena, Chopina i Mahlera. To coś jest nieuchwytne, ciężko to nazwać, wypowiedzieć czym jest, ale słyszymy to wyraźnie, czujemy to. Szczególnie ciężko, ze względu na konstrukcję instrumentu, osiagnąć taki efekt grając na gitarze. Ile osób gra na gitarze? Miliony. A o ilu można powiedzieć powyższe? O niewielu, muszę się ratować postaciami spoza jazzu, Jimmi Hendrix, Mark Knopfler, kto jeszcze "chodzi" w tej kategorii?

Co? Acha. Że niby zapomniałem o Pacie Methenym. Nie, nie zapomniałem. Trzymałem go w rękawie dokładnie na ten moment. Bez wątpienia pod wieloma względami obu tych muzyków można porównywać. Podobnie jak Frisell Metheny wypracował własne, unikalne brzmienie, ale Methenemu w przeciwieństwie do Frisell z dużą trudnością, rzadko i z wątpliwym skutkim przychodzi zagranie czegokolwiek w stylu innym niż ten, do którego przyzwyczaił nas 20 lat temu. Tymczasem Frisell jest włóczegą w milesowskim stylu i inspiruje pojawiając się na nagraniach w tak różnych gatunkach muzycznych jak pop, rock, country i awangardowy free jazz.

Ponieważ chcę tę notkę ograniczyć do jakiejś przyzwoitej długości dodam tylko jedną ciekawostkę dotyczacą tego nagrania i gorącą zachętę do wysłuchania tej płyty. Skład grający na płycie jest dość liczny, ale ja chciałbym zwrócić uwagę na dwóch muzyków: Tony Scherra grającego na basie i Kenny Wollensena - na perkusji. Lista muzyków, z ktorymi Scherr grał jako sideman jest aimponująca: Al Di Meola, John Lurie, Steven Bernstein, John Scofield, Norah Jones i wielu, wielu innych. W 2002 (Come Around) i 2008 (Twist In The Wind) wydał pierwsze solowe płyty, których odsłuch mógłby nam wiele powiedzieć na temat przyszości tego obiecującego muzyka. Z kolei Kenny Wollensen, perkusista i bębniarz, nagrywał z takim postaciami jak Tom Waits, David Byrne, Norah Jones czy John Zorn. Obaj muzycy pojawili się także na innym nagraniu omawianym przeze mnie niedawno na tym blogu, mianowicie na płycie Solid Sender formacji Sexmob. Trudno o dwie bardziej różne płyty pod względem stylistyki, chociaż przecież obie należą do muzyki jazzowej. Żeby jednak nie zabrakło w recencji małego prztyczka, wyznam, że praca gitary basowej i perskusji jakoś specjalnie nie zachwyciła mnie na tej płycie. Ciągle czekam na płytę, na której usłyszę w pełni zrealizowany potencjał tych dwóch niesamowicie uzdolnionych muzyków.




17:29, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 listopada 2009

Cyfrowa reedycja nagranego w 1956 roku dla Blue Note Records albumu niemieckiej pianistki Jutty Hipp z udziałem wielkiego saksofonisty amerykańskiego Zoota Simsa. Skład uzupełniają inni dobrzy muzycy: Jerry Lloyd on trąbce (w owym czasie z braku lepszego zajęcia jeżdżący na taksówce), Ahmed Abdul-Malik on basie i Ed Thigpen perkusji. Posłuchajcie utworu "Violets For Your Furs" z tej właśnie płyty:

Historia Jutty Hipp, młodej wówczas pianistki, uciekinierki z Niemiec Wschodnich, to materiał na dłuższą opowieść, na którą jeszcze dla mnie jest za wcześnie. "Królowa jazzu z Niemiec" to bowiem jedna z nielicznych jeśli nie jedyna pianistka jazzowa, która w tamtych czasach odniosła sukces artystyczny i komercyjny. Stała się bowiem pierwszą kobietą, a zarazem pierwszym muzykiem jazzowym z Europy zakontraktowanym przez słynną wytwórnię Blue Note Records. Nota bene sprowadził ją do Stanów i polecił w Blue Note Leonard Feather, drugi współautor amerykańskiej Encykopedii Jazzowej, o której wspominałem w poprzednim poście. Oto jak wyglądała w tym czasie; zdjęcia z sesji nagraniowej z Zootem Simsem:

Niestety jej kariera po świetnym początku nie rozwinęła się tak jak mogła tego oczekiwać. Wkrótce po 1956 roku boom na jazz zaczął mijać, zamykano mnóstwo małych klubów jazzowych, a wielu muzyków stanęło przed problemem braku podstawowych środków do życia. Trudno w to uwierzyć, ale Jutta była zmuszona zarabiać na życie jako szwaczka. Po jakimś czasie rzuciła fortepian na zawsze (sic!!!), ale w końcu udało sie jej nadać trochę lepszy kierunek swojemu życiu, zajęła się malowaniem i rysowaniem, w czym znów osiągnęła pewne sukcesy. Postać fascynująca, do której obiecuję sobie jeszcze kiedyś powrócić...

16:53, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 listopada 2009

Poza Malem Waldronem na fortepianie, na płycie pojawia się saksofon altowy Steve'a Colemana (na Judy i Soul Eyes), Andrew Cyrille na perkusji, Joe Henderson na saksofonie tenorowym (w Git Go), Reggie Workman na basie oraz wokaliści Jeanne Lee (Soul Eyes, Fire Waltz, No More Tears) i Abbey Lincoln (Straight Ahead, God Bless The Child). Płyta nagrana dla BMG w roku 1997 w Belgii, w Brukseli.

W Europie Waldron mieszka na stałe już od 1965 roku, ale ta płyta, nagrana z wybitnymi amerykańskimi muzykami jazzowymi, jest niczym innym jak hołdem dla pełnego wydarzeń, nowojorskiego etapu kariery Waldrona. To wtedy Mal, jako pianista wytwórni Prestige, uczestniczył w niezliczonych sesjach z najwybitniejszymi muzykami jazzu lat piędziesiatych i ujawnił swój nietuzinkowy talent kompozytorski. To spod jego pióra wyszły takie piosenki jak Fire Waltz napisany dla Erica Doplhy'ego, Left Alone dla Billie Holiday, Straight Ahead dla Abbey Lincoln czy wreszcie słynny Soul Eyes, który John Coltrane wykonywał w taki oto sposób:

A co znajdujemy na tej konkretnie płycie? Pierwszy utwór Portrait of Bud Powell jest hołdem złożonym twórcy, który nadał bopowe brzmienie jazzowemu fortepianowi, zresztą na spółkę z Theloniusem Monkiem, którego duch w tym nagraniu jest równie słyszalny. Potem słyszymy dwie piękne piosenki, w tym słynną Soul Eyes zaspiewaną przez Jeanne Lee, którą Mal przypomina nam jak wiele znaczyła dla niego współpraca z Billie Holliday. W czwartym na płycie Dakarze wracamy ponownie do bopu, a nawet hard bopu i możemy się delektować monkowskimi klimatami pełnymi dzikich zmian rytmu, niesptotykanych temp i dysonansów. I tak już będzie do końca: rzadko spotykany melanż tradycyjnej w brzmieniu wokalistyki jazzowej i ostrego, hardbopowego, monkowskiego jazzu instrumentalnego. Żadna płyta Mala Waldrona mnie dotąd nie rozczarowała i to nagranie nie jest wyjątkiem.

16:41, trener66
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 listopada 2009

I tak po kilku płytach Johna Taylora, który budziły mój niewielki entuzjazm, trafiłem wreszcie na tę, solową, która wznieciła mój niekłamany zachwyt. Ciary dosłownie chodziły mi po plecach podczas odsłuchów tej płyty. A przecież wybór właśnie solowego albumu wydaje sie najbardziej z punktu widzenia słuchacza ryzykowny. Niewielu muzyków, a tym bardziej jazzowych, jest w stanie udźwignąć ciężar całkowicie solowej płyty. Można nawet powiedzieć, że jest to do pewnego stopnia sprzeczne z duchem jazzu. Nigdy Miles Davis czy John Coltrane takiej płyty nie nagrali...

Bo też i gra solo to ukłon w stronę tradycji muzyki klasycznej. Muzyki europejskiej w swych korzeniach, której John Taylor czuje się częścią, słyszymy to wyraźnie. Frazowanie jazzowe jest na tej płycie delikatne jak haleczka młodej dziewczyny wiosną na łące pełnej stokrotek i róż. I to jest najsilniejsza strona tej płyty, dla której jazz jest inspiracją, ale nigdy ciężarem. Muzyka, której nie sposób sobie odmówić zwłaszcza w długie jesienne i zimowe wieczory, gdy już zdejmiemy kożuch, rękawice i wełniany szalik, a światło z płonącego kominka zaiskrzy w szklaneczce whisky, którą warto się uraczyć słuchajac płyty tego genialnego Szkota.

Brzmienie jakiego możecie spodziewać się na płycie obecne jest na klipie, który zamieszczam poniżej (piosenka pochodzi z płyty "Whirlpool"):

19:58, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 listopada 2009

Na tej nagranej w 2004 roku w Nowym Jorku płycie obok Kenney Wheelera grającego na flugellhornie (polska nazwa to chyba skrzydłówka?), pojawia się doskonały amerykański saksofonista tenorowy młodego pokolenia Chris Potter oraz dwóch brytyjskich weteranów (którzy niczym dobre wino grają tym lepiej im są starsi) John Taylor na fortepianie i Dave Holland na kontrabasie.

W bardzo ciekawych linear notes autorstwa słynnego amerykańskiego dziennikarza jazzowego Iry Gitlera (jest współautorem amerykańskiego odpowiednika naszej polskiej Encyklopedii Jazzu Dionizego Piątkowskiego) znajdujemy mnóstwo ciekawych informacji o muzykach i samym nagraniu. Na przykład komentarz Wheelera do braku perkusisty w  zespole: "Dzięki temu na nagraniu pojawia się jakaś niezwykła przejrzystość, dynamika. Bez dźwięku perkusji, zaczynasz po prostu słyszeć".

Inna ciekawa wypowiedź to cytat z wypowiedzi Boba Brookmeyera na temat trąbki Wheelera: "Jego dżwięk jest pełen słodyczy i piękna, a ponieważ doskonałe piękno jest nieosiągalne, zatem jest też pełen smutku." Sformułowane z siłą aforyzmu. Naprawdę warto nie tylko posłuchać, ale i poczytać. Bo też i nie często autor linear notes jest także gościem na nagraniu płyty. Brawo dla wytwórni C.A.M. za ten pomysł i sugestia  dla naszych wydawców i muzyków jazzowych: pamiętajcie słowa Aleksandra Macedońskiego, który ubolował nad tym, że pozostanie nieznany jeśli nie znadzie się historyk równie wielki jak on sam, by przekazać potomnym jego czyny.

Ale do rzeczy, jaka jest muzyka na tej płycie? Piękna. Mamy szansę uchwycić naszym uchem brzmienie jednych z najlepszych grajacych muzyków jazzowych na tej planecie, którzy chociaż grają w tym skladzie po raz pierwszy, to stopień ich wzajemnego zrozumienia, empatia wydają się kompletne. Każdy kolejny odsłuch, jak w rosyjskiej matrioszce, odsłania nam nieznane wcześniej rozkosze czystego, przestrzennego i jasnego grania, które jakby nie koncentruje sie na dawaniu odpowiedzi, lecz na stawianiu pytań. Wyjatkowo dobrym posunięciem było zaangażowanie do nagrania Chrisa Pottera. Mam pewien dystans do tego nowego pokolenia jazzmanów amerykańskich (obok Chrisa Pottera należy do nich zaliczyć Joshuę Redmana, Christiana McBride'a czy Dave Douglasa). Mam wrażenie, że są tak silnie promowani przez wytwórnie płytowe, że nagrywają zbyt wiele płyt, które niczym specjalnym się nie wyrózniają. Choć są to fantastycznie utalentowani muzycy obawiam się czy nie powtórzy się casus Branforda Marsalisa, gdy zbyt duży hype marketingowey zaszkodził karierze wybitnie utalentowanego jazzmana (iinnym takim przykładem jest Artur Blythe). W przypadku tej płyty jednakże Christ Potter odnalazł sie znakomicie w grającym składzie, a jego muskularny, lecz liryczny tenor doskonale komponuje sie z delikatnym dźwiękiem trąbki Wheelera, jak niegdyś w innym wspaniałym duecie jaki przez czas jakiś tworzyli Miles Davis i John Coltrane.

Reasumując, w tytule albumu muzycy stawiaja pytanie "Co teraz?". Niewykluczone, że w tym przypadku znaki zapytania układają się jednocześnie w odpowiedź. Po prostu tak doskonale współpracujący skład powinien koniecznie kontynuować wspólne granie. Silnie rekomenduję tę płytę do wysłuchania i ewentualnego zakupienia. A poniżej próbla iście anielskiego brzmienia tego kwartetu w tytułowym utworze z płyty:



20:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 listopada 2009

Cóż, proszę o wpisy osób, które słyszały kiedyś o tych dwóch gitarzystach. A jednak można śmiało postawić tezę, że są to jedni z najwybitniejszych gitarzystów w historii jazzu i prawdziwi twórcy brzmienia jazzowej gitary. Z ich dokonań czerpali następcy, których nazwiska są nam o wiele lepiej znane: Jim Hall, Pat Metheny, Ralph Towner, John Abercrombie, Al Di Meola, Bill Frisell i wielu, wielu innych. Podłóżcie sobie na glebę miękką poduszkę, żeby nie zabolała Was szczęka...

22:33, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 listopada 2009

Ta płyta Patricii Barber jest jednym z nielicznym powodów, dla których taki miłośnik opery jak ja powinien jednak zrobić wyjątek i posłuchać wokalistki jazzowej (wokaliści jazzowi to jeszcze większy horror). Generalnie bowiem nie znoszę współczesnej wokalistyki jazzowej, a zwłaszcza tych przereklamowanych trzech nudziar to znaczy Norah Jones, Diany Krall i Cassandry Wilson. Wiem, o gustach się nie dyskutuje, dlatego ja nie gadam, tylko włączam kawałek w wykonaniu Patricii Barber, abyście i Wy mogli ocenić co skłoniło mnie to zmiany zdania w tym konkretnym przypadku...

13:02, trener66
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...