Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
wtorek, 30 listopada 2010

Mam kilka płyt zapewniających mi niezły jazzowy odjazd. Tym razem znów awangarda, esencja improwizacji, free jazz. Świetna wytwórnia Clean Feed - można płyty zamawiać w ciemno jak w naszym Not Two czy istatnio w litewskim No Business. Zresztą tych małych wytówrni jest obecnie bez liku, tyle ciekawych nagrań, tyle pasji, za którą nie stoi nawet cień komercji, wielka przemiana w jazzie, ba, w muzyce. Dostępność muzyki, nieprawdopodobna łatwość wydania płyty, pomimo wszystkich przeszkód, w efekcie powstaje mnóstwo wyrafinowanej, niezwykłej muzyki.

Na tej płycie spotkają się przy tym wszystkim wyjątkowi muzycy. Oczywiście naszą uwagę przyciąga najpierw Ken Vandermark. Niemalże rezydent legendarnej krakowskiej Alchemii i czołowy artysta wspomnianego wyżej Not Two Marka Winiarskiego. Jego ekspresja na saksofonie tenorowym jest po prostu niepowstrzymana. Ktoś porównał go do Johna Coltrane'a - niesłusznie, bo w naszych czasach Trane nie miałby żadnych szans na taką karierę jaką zrobił w swoich czasach, ale słusznie w jednym aspekcie - Vandermark to demon, hellboy, wcielenie saksofonicznego libido tak jak jego wielki poprzednik. A przy tym muzyk uduchowiony, szukający non stop jakiejś głębi, nasycający znaczeniem każdy projekt, w który się angażuje.

Wszakże nie wiem czy nie wieksze wrażenie na tej płycie wywiera na mnie gra Joe Morrisa. Niewielu kojarzę gitarzystów free jazzowych, a do tego takiej miary! Jego gra przywodzi na mój przytłoczony jazzową erudycją umysł same najszlachetniejsze skojarzenia. Ma dźwięk naturalny, niczym nie udziwniony, arystokratyczny niemal jakim niegdyś czarował Jim Hall na kompletnych antypodach free jazzu jakimi był west coast jazz. Dawno, dawno nie słyszałem gitary grającej z maestrią, dla której jedynym odpowiednim porównaniem byłoby zestawienie z postacią takiego choćby Billa Frisella. Kogo jeszcze umieścić na tej krótkiej liście? Od dzisiaj uważniej się będę przysłuchiwać właśnie Joe Morrisowi, bo może to on wskoczy do mojej osobistej najlepszej trójki jazzowych gitarzystów.

Natomiast prawie nic nie wiem o grającym na perskusji Lutherze Grayu. Poza tym, że zna on swoją robote wyśmienicie, a perkusja trzeszczy, szeleści i stuka jak stara stodoła pod naporem tsunami. Może ktoś z Was słyszał o nim coś więcej?

Nie udało mi sie znaleźć ani kawałka muzyki z tego albumu w sieci, zatem posłuchajcie przez Joe Morrisa, o którym napisałem z takim entuzjazmem (na płycie brzmi to jeszcze wiele razy lepiej!):


15:01, trener66
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 listopada 2010

Ok, jakby to powiedzieć...? Ta płyta jest genialna. Po prostu.

Dumny jestem z tego, że obaj Panowie wcześniej gościli na moim blogu i nie muszę już ich Wam przedstawiać:

Jah Wobble: http://kochamjazz.blox.pl/2010/05/Pharoah-Sanders-Jah-Wooble-La-Corporacion.html

Evan Parker: http://kochamjazz.blox.pl/2010/04/Evan-Parker-Electro-Acoustic-Ensemble-The-Moment.html

Już wtedy wyrażałem się o ich muzyce w samych superlatywach, to jakie teraz mam znaleźć słowa? Kto czytał Odyseję wie, że przejście przez Hades ma znaczenie symboliczne. Jest to rytuał żywy w naszej kulturze od tysiącleci, o czym świadczy Boska Komedia Dantego czy Ulisses Jamesa Joyca. Jaki jest jego sens? Chyba nie chodzi o to bym go tu objaśniał, zresztą próba jego racjonalizacji byłaby ośmieszaniem samego siebie. Przypomnę zatem na koniec scenę z innego genialnego dzieła inspirowanego tym tematem. W Jądrze Ciemności Josepha Conrada w wersji Francisa Coppoli zatytułowanej Czas Apokalipsy pułkownik Kurtz rzuca w kulminacyjnej scenie filmu uwięzionemu przez siebie kapitanowi Willardowi uciętą głowę. Otóż posłuchajcie muzyki, o której dzisiaj piszę uwaznie, aby się nie okazało, że ta ucięta głowa jest Wasza...    

12:12, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 listopada 2010

Kenner Werner już gościł na moim blogu http://kochamjazz.blox.pl/2010/04/Kenny-Werner-North-Sea-Jazz-2005.html i obiecałem sobie wracać co czas jakiś do tej znajomości. Bo chyba warto posłuchać uważniej muzyka, u którego boku grają takie sekcje rytmiczne jak Dave Holland i Jack DeJohnette czy nasi wspaniali bracia Olesiowie. Jazz jakiego słuchamy na tej płycie to mainstream, wszakże Werner ma swój styl, który określiłbym jako wirtuozerski, erudycyjny i klasycyzujący. Słuchając jego perfekcyjnych pasaży człowiekowi przypominają się tacy wielcy jazzowi pianiści jak Michel Petrucciani, Keith Jarret czy Chick Corea. Przy czym jednak Werner ma ciągotki w kierunku awangardy, o czym świadczy zresztą właśnie płyta z naszymi Olesiami, i zawsze jakoś poigra sobie z tymi połamanymi, spiczastymi rytmami i melodiami, które dla jazzowej awangardy są tak charakterystyczne. Najwięcej tu inspiracji muzyką Theloniusa Monka i w ogóle tytuł pierwszego utworu czyli Amonkst będący jednoczesnie nawiązaniem do postaci tego kultowgo pianisty świetnie pasowałby do tej płyty. Którą postawiłbym obok dzieł tak wielkich kontynuatorów dzieła tego pianisty jak Cedar Walton czy Steve Lacy. Na koniec posłuchajcie klipu z muzyką o bardziej klasycznym charakterze, utworu Larraine, gdzie melodia płynie wolno, wręcz chciałoby się powiedzieć majestatycznie, jak tytułowa rzeka wśród swych pałaców i zamków:




09:47, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 listopada 2010

Henry Threadgill to jedna z kluczowych postaci modern jazzu, od samego początku obracający się w świecie chicagowskiej awangardy (AACM), współpracujący blisko z muzykami tej miary co Anthony Braxton, Phil Cochrane czy David Murray. Jeśli dzisiaj jazz spod znaku takich młodych gwiazd jak Jason Moran, Matthew Shipp czy Gerald Cleaver brzmi tak, a nie inaczej to jest to zasługa tych właśnie gości. To oni wyznaczyli kierunek w jakim idzie dzisiaj szpica innowacji w jazzie i chociaż kocham mainstream (tak dominujący w Polsce) to jednak przyszłośc jazzu tkwi w muzyce tworzonej właśnie przez wymienionych przeze mnie wyżej artystów.

Pomimo, że Threadgill, saksofonista i flecista, przekroczył już 60-tkę (rocznik 1945 z tego co pamiętam) to nadal jest aktywny, twórczy, wręcz szalony. Nie miałem latami dostępu do jego płyt, nie sprowadza się ich do naszych sklepów jazzowych, gdzie na półkach dominują gwiazdy minionej epoki Chick Corea, Keith Jarrett czy Pat Metheny. Tymczasem ta płyta, pochodząca z 1993, jest o wiele ciakawsza niż produkcje wyżej wymienionych Panów z ostatnich kilkunastu lat. Usłyszycie NIGDY wcześniej przez nikogo nie wykorzystywane kombinacje dźwieków, śpiewów, połamanych rytmów, w które kilkunastu uczestniczących w nagraniu artystów włożyło całe swoje serce i doprawdy wybitne umiejetności. Jest to jazz odjechany na maksa, dziki, nieokiełznany, a przy tym cudownie wręcz zagrany, selektywnie brzmiący, wyrafinowany. Na pewno wrócę do płyt tego artysty w przyszłości!

Muzyka w klipie oczywiście nieco inna niż na płycie, ale zachowany jest bandowy format. Natomiast posłuchajcie i popatrzcie jak wygląda czarna, jazzowa orkiestra w akcji. Karajan by sie zdziwił ;-)))


07:22, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 listopada 2010

W moim jazzowym "pamiętniczku" przyszedł czas na powrót do "złotych" lat 60-tych. Bo chociaż mój umysł jest otwarty jak parasol i zbieram wszystkie dźwieki jakie z zaskoczenia jazzmani dla mnie ugotują, to jednak lata 50 i 60te są tą krynicą, z której zawsze czerpię świeżość jazzowego spojrzenia i ochotę do dalszego słuchania tej muzyki. Tym razem płyta absolutnie wyjątkowa z wielu różnych względów.

Po pierwsze oddajmy hołd wielkiemu Alfredowi Lionowi, dzięki któremu Blue Note była w tamtych czasach tym czym była czyli najlepsza jazzową wytwórnia płytową na świecie i kuźnią, w której wykuwano najwyższej jakości muzykę jazzową. Jeśli dzisiaj składamy hołd takim wspaniałym postaciom jak Eicher z ECM czy nasz Winiarski z Not Two, to pamiętajmy zawsze o człowieku, dzięki któremu to wszystko się zaczęło. Następnie oddajmy szacunek genialnemu Rudy Van Gelderowi, którego praca na konsoli sprawiła, że te nagrania brzmią po prostu cudownie mimo upływu lat. Ten standard nagrania (przekleństwo polskiego jazzu, którego perły często brzmią po latach po prostu fatalnie) upowszechnił się w następnych latach i dzisiaj jest dla nas czymś oczywistym, a przecież nie zawsze tak było. Bez tych ludzi, nie muzyków przecie, nie byłoby jazzu jaki znamy. Pamiętajmy o tym!

Skład na tej płycie jest po prostu totalny! O Jacku McLeanie już pisałem i zapraszam ciekawych tej postaci na http://kochamjazz.blox.pl/2010/02/Jackie-McLean-Right-Now.html. Towarzyszy mu Charles Tolliver, muzyk, który mnie ostatnio fascynuje, a o którym znajdziecie wiecej informacji choćby tu: http://kochamjazz.blox.pl/2010/03/Charles-Tolliver-All-Stars-1971.html. Kim jest Herbie Hancock nie muszę pisać. Cecil McBee i Roy Haynes uzupełniają ten obraz, a doprawdy trudno sobie wymarzyć lepszą sekcje rytmiczną. Prawdziwy All Star, możliwy do zebrania tylko w Blue Note w tamtych czasach!

Muzyka oczywiscie jest najważniejsza w tym wszystkim, a ta jest bardzo interesująca z nastepujacego względu: materiał na płycie jest skomponowany po połowie przez Charlesa Tollivera i Jackie McLeana. Po kompozycji jednego nastepuje utwór drugiego, to jest zabieg świadomy. O ile bowiem utwory pióra lidera to kapitalne hard bopowe kawałki, o tyle Tolliver idzie dalej, jego kompozycje to już prawdziwy post-bop, z pięknie wplecionymi nutami free jazzowymi. Często słyszę pytania jak odróżnić hard bop od post bopu? No to jeśli chcecie poczuć tę różnicę, nauczyć się jej, a jest to subtelne rozróżnienie, takie jak mniej więcej między dźwiękiem kontrabasu a wiolonczelą, to uważam nie ma lepszej płyty by się z tym wyzwaniem zmierzyć. Polecam, muzyka ponadczasowa!

Utwór z tej płyty, kompozycja Charlesa Tollivera, zatytułowana Revillot. Przy okazji zagadka: jak sądzicie skąd się wziął tytuł tego utworu?


19:16, trener66
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 listopada 2010

Natknąłem się na to nagranie w internecie, nawet nie wiem czy kiedykowiek wyszła płyta z tym materiałem, Tolliver to geniusz trabki, wspaniały kompozytor i jak się okazuje aranżer. Jest jednym z muzyków, na którego punkcie mam ostatnio obsesję. A jak ciężko jest znaleźć jakiekolwiek jego nagrania! Ale zapewniam Was, że włożony w to wysiłek opłaca sie bardzo. Tutaj Charles nagrywa z doskonałym, znanym nam skądinąd big bandem. Wśród muzyków znajdują się prawdopodobnie (bo graniczy z cudem znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tego nagrania) znany amerykański saksofonista Herb Geller i trębacz Benny Bailey oraz niemiecki pianista Woldgand Dauner. Jakość wsparcia słyszalna jest w nagraniu, które pod względem muzycznym jest doskonałe, a pod względem stylu jest to hard bop tak bliski każdemu prawdziwie jazzowemu sercu. W celach archiwalnych podaję jeszcze program płyty (może ktoś jeszcze w Polsce będzie chciał kiedyś wrócić do tego nagrania):

1. Impact (8:10)
2. Grand Max (6:15)
3. Linsome (7:13)
4. Rejoicing (7:44)
5. Ruthie's Heart (8:44)
6. Mother Wind (7:12)
7. Plight (5:30)

Posłuchajcie jak Tolliver posluguje się trąbą, jest czego (oczywiście inny gig)!


22:19, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 listopada 2010

Amon Tobin, kapitalny brazylijski DJ, do tej pory kojarzył mi się z doskonałą muzą głównie taneczną, ale ta plyta jest czymś o wiele ciekawszym, bardziej odważnym, awangardowym. Doprawdy jestem zszokowany tą płytą! Nie myślałem, że w tym elektroniczno-tanecznym paradygmacie można osiagnąć taki poziom muzyki. Muzyka jest drapieżna, oniryczna, transowa, oscylująca między jawą a snem. Przerażające krzyki, świsty, odgłosy miasta, ludzkie krzyki plus rytmy, od których włos jeży się na głowie - wszystko to sprawia, że mamy do czynienia z prawdziwym tour de force Tobina. Pozycja obowiązkowa (polecam zwłaszcza Litoslavowi, chociaż nie zdziwiłbym się gdybyś dawno odsłuchał i opisał te płytę ;-) dla każdego audioawanturnika!


20:57, trener66
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 listopada 2010

Im jestem starszy i dojrzalszy (mam nadzieję...) tym bardziej cenię ludzi, którzy mają odwagę robić coś po SWOJEMU. W cenie jest u mnie indywidualność, podążanie własną ścieżką, choćby wyboistą, rzadziej uczęszczaną, pogardzaną przez innych. Weźmy takiego choćby Michaela Franksa: od 30 z górą lat śpiewa on smooth jazzowe kawałki głosem, który brzmi trochę infantylnie, wręcz śmiesznie, a jego teksty w których porównuje miłość heteroseksualną do gry w baseballa brzmią w najlepszym wypadku naiwnie, a w najgorszym głupio, jednak już od pierwszej nuty słychać, że to JEGO muzyka, nikogo nie naśladuje, nie małpuje, co powoduje, że nie tylko lubię go, szanuję, ale wręcz podziwiam. Cokolwiek dobrego człowiek robi, a co jest jego wydaje mi się warte UWAGI, może więc i wy poświęcicie chwilę na posłuchanie jak śpiewa ten artysta? Moim zdaniem, WARTO...



09:52, trener66
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 listopada 2010

Po tej płycie spodziewałem się nieco więcej. Bez wątpienia bowiem sound Pata Martina jest wyjątkowy i przywodzić nam może na myśl miękkie i eleganckie brzmienie gitary Johnny Smitha czy samego Charlie Christiana. Jednak ostro funkująca sekcja rytmiczna na tej płycie złożona z takich muzyków jak Saksofonista tenorowy Eric Alexander, basista James Genus i pałkarz Kenwood Dennar bardziej mi przeszkadza na tej płycie niż pomaga cieszyć się pięknym głosem gitary Martino. Nie podobają mi sie też aranżacje utwórów: zbyt oczywiste melodyjki, łatwe rozwiązania, słyszane już tyle razy, wszystko to skłania mnie, by płyte tę uznać za niezły produkt mass-jazzowy, ale nic ponadto. Przypomina mi ta płyta troche ostatnie płyty naszego Michała Urbaniaka: silą się one na młodzieżowość, a przez to tym bardziej wydają się staroświeckie.

A oto próbka mozliwości tego Pana z płyty znacznie lepszej, bo nagranej ze wspaniałym Joeyem DeFrancesco, szalejącym na organach Hammonda i niezrównanym Billy Hartem na perskusji. Kapitalne nagranie!

09:51, trener66
Link Komentarze (2) »
środa, 03 listopada 2010

Tim Hagans, jeden z najbardziej intrygujących trębaczy naszych czasów, zawitał niedawno do Polski i nagrał wspaniałą płytę (http://kochamjazz.blogspot.com/2010/11/piotr-lemanczyk-naha-people-2009.html) z naszym doskonałym basistą Piotrem Lemańczykiem. Cały czas słucham muzyki z tej płyty, której złożona faktura i wyrafinowanie bardzo mi odpowiadają. A przy okazji zainteresowałem sie bliżej Timem Hagansem i tak po nitce do kłębka dotarłem do tej płyty. Wydana została w zacnym wydawnictwie ACT kojarzonym z muzyką tyleż ambitną co przystępną dla słuchacza i której artystą jest od niedawna nasz kapitalny młody pianista Paweł Kaczmarczyk, którego płyta Complexity in Simplicity była jednym z jazzowych objawień zesżłego roku (http://kochamjazz.blogspot.com/2010/01/paw-kaczmarczyk-audiofeeling-band.html).

A wracając do Hagansa, jak każdy artysta, jak każdy człowiek normalny zresztą, który podchodzi do życia z miłością, ma on wiele twarzy, idzie szeroko, ławą, zagarnia do siebie co tylko wpadnie mu w ucho, do czego skłania go jego muzyczne serce. Jednym z jego wspaniałych projektów jest właśnie Norrbotten Big Band, rewelacyjna jazzowa orkiestra, której przewodzi od wielu już lat, pokazując jak nowoczesnie i awangardowo może brzmieć wydawałoby się wysłużony i zgrany do bólu bigbandowy format. Artystę dodatkowo inspiruje swoją obecnością na tej płycie Scott Kinsey, bardzo interesujacy keybordzista, wychowanek samego Joe Zawinula.

Na płycie klimaty tradycyjnego big bandowego jazzu melanżują się z jazzowa awangardą, acid jazem, a nawet hip hopem. Czy to się może podobać? A to ocenicie oczywiście sami, natomiast teraz zapraszam do posłuchania jak gra Hagans i jego orkiestra. Niestety kawałek z innym programem, muzyką i składem, ale pokazujący jaki ci ludzie maja power:


21:10, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 listopada 2010

Trio MMM jest chyba znane większości jazzmanów, natomiast ta płyta jest płytą dla... dzieci. Koncept uroczy i wykonanie baaardzo udane. Co z tego wszakże, gdy ze względów jezykowych album ten docenić będą mogły zapewne wyłącznie dzieci anglojęzyczne. Zatem doceniam itd. natomiast dorosły słuchacz może sobie to wydawnictwo spokojnie odpuścić.

21:09, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...