Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
czwartek, 31 grudnia 2009

United Future Organization, w skrócie UFO, proponuje nam melanż acid jazzu, trip hopu i spy soundu. Tak czytamy na reklamującej album stronie słynnej wytwórni Verve Music. Ale co właściwie znaczą te wszystkie terminy? Może to dobra okaja, by trochę zabawić się w te muzykologiczne rozważania. Muzyka do tego inspiruje, niełatwo ją bowiem sklasyfikować.

Zacznijmy od acid jazzu. Jego powstanie to proces rozłożony na lata 80-te i 90-te XX wieku. Acid jazz jest gatunkiem muzycznym łączącym elementy jazzu, dunku i hip hopu, gdzie cechą charakterystyczną muzyki jest użycie sampli (kilka taktów muzyki z albumów innych wykonawców), połączonych w powtarzającą się pętlę. Acid jazz jest zatem silnie zrytmizowany, chętnie wykorzystuje instrumenty elektroniczne, a z popem łączy go bardziej przystępny, często taneczny charakter. Zastanawia mnie jednak ciagle skąd ta nazwa? Dlaczego na "kwasie"? Przez analogię do stylu acid house.

Acid house powstał w połowie lat osiemdziesiątych w Chicago. Acid house jest podgatunkiem muzyki house, w którym bardziej uwydatnione są cechy powtarzalne, hipnotyczne i transowe muzyki, a sample i mówiony tekst występuje częściej niż śpiew. House zaś możemy najprościej opisać jaką muzykę do tańca komponowaną z użyciem instrumentów elektronicznych, chociaż z silnymi wpływami soulu, funku i różnych odmian disco. Skąd jednak wzięło się określenie "acid" ? Różne są teorie na ten temat, a mnie przekonuje najbardziej ta mówiąca, że określenie "acid" pojawiło się, bo było powszechnie wiadomo, iż muzycy tworząc i grając tę muzę nie stronili od narkotyków.

 Czym w takim razie jest trip hop? Rozumiem, że tu mamy do czynienia z połączeniem hip hopu i muzyki elektronicznej. W przeciwieństwie do amerykańskiego rapu czy hip hopu, w nagraniach trip hopowych rzadko pojawia się vocal, tempo nagrania jest dość wolne i oscyluje wokół słynnych 80bpm. Klimat muzyki jest raczej mroczny i zimny, jak to z angielską pogodą.

Spy sound nawiązuje to klimatu bondowskich filmów i w ogóle klimatu kina sensacji lat 70-tych. A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że tę konkretną kapele tworzą japońscy artyści i Francuz rezydujacy w Japonii. Dodatkowo i owszem daje się tego słuchać, ba, jest to nawet świetne! Posłuchajcie tej perełki, której blasku dodaje niezapomniana muzyka orkiestry Lalo Schiffrina, autora ścieżki dźwiekowej do kultowego Enter The Dragon z Brucem Lee:

18:35, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 grudnia 2009

Ten blog stał sie dla mnie dobrym pretekstem, by siegnąć po płyty, które dobrze znam, mam głęboko zakamuflowane, na przykład w walizkach pod łóżkiem, a po które ostatnio sięgałem rzadziej. Ponieważ teraz potrzebuję materiału do notek na mój blog, odkurzam je i przesłuchuję znowu. Okazuje się, że niemal każda płyta to przypływ emocji, wspaniałe składy, niezwykła muzyka i wielka, wielka przyjemność słuchania. Nie inaczej jest z płytą, której w tej chwili słucham, wystukując jednocześnie te kilka słów o niej na moim rozgrzanym do czerwoności laptopie HP Pavillon (brrr, nikomu nie polecam tego badziewia).

Herezja, którą teraz wypowiem przeraża mnie samego. Gdybym, udajac się na przysłowiową bezludną wyspę, miał dokonać wyborumiędzy płytami Milesa Davisa a płytami Billa Evansa, wahałbym się którego wybrać. Miles to jazz, ale ja kocham fortepian Billa Evansa tak mocno, że doprawdy nie wyobrażam sobie jazzu bez niego. Straszny wybór, niemal taki jak ten sprzed laty, polityczny, na kogo głosować, na Wałęsę czy na Kwaśniewskiego. Jednego jestem jednak pewien, jeśliby zapytano mnie czy na bezludną wyspe wziałbym Stana Getza, odpowiedziałbym uprzejmie, lecz z całym spokojem, nie, dziekuję. Zdaję sobie sprawę, że wielu dałoby sie pokroić za dźwięk saksofonu Stana Getza, ale ja za nim nie przepadem. Może to kwestia zbyt częstego słuchania, ale chyba chodzi o coś innego. Ja najbardziej kocham jazz czarny jak etiopska kawa, a Stan Getz to esencja "białego" stylu West Coast Jazz. Nie przemawia on do mnie, choć i tu są oczywiście wyjatki, bo jestem zdeklarowanym wielbicielem talentu takich kojarzonych z West Coastem muzyków jak Paul Desmond, Chet Baker czy Jim Hall.

Wracając jednak do omawianej plyty, to w moich uszach ratuje ją on, Bill Evans, każde dotknięcie klawiszy fortepianu przez tego wirtuoza, wywołuje u mnie emocje, drżenie ciała, jakąś dziwną i nieokreśloną tesknotę. Dopóki Getz współgra z tym lirycznym, pastelowym klimatem wybaczam mu jego obecność, ba, nawet go doceniam. Gdy tylko zaczyna hałasować jak późny David Sanborn w swoich do bólu przewidywalnych smooth jazzowych solówkach, wtedy zapłaciłbym mu za to, żeby podarował sobie tę płytę i pozwolił się zastąpić Johnem Coltranem (wtedy nie żył już niestety), Joe Hendersonem czy Waynem Shorterem.

Poza wspomnianymi wyżej Billem Evansem na fortepianie i Stanem Getzem na saksofonie tenorowym na płycie grają pozostali dwaj czlonkowie słynnego Billy Evans Trio, Eddie Gomes na basie i Marty Morell na perkusji. Billy Evans Trio to zresztą jedno z najlepszech trio w historii jazzu, jeśli nie najlepsze chociaż to najlepsze to w składzie nieco innym, bo z nieodżałowanym Scottem LaFaro na basie i Paulem Motianem na perkusji. Niniejsze nagranie zostało zrealizowane na żywo w roku 1974 podczas koncertów mających miejsce w Holandii i Belgii. Materiał ten przeleżał w sejfach wytwórni muzycznych prawie 20 lat, by wreszcie łaskawie zostać wydany w roku 1996.

Posłuchajmy utworu tytułowego z tej płyty, utrzymanego w najczystszym możliwym evansowskim stylu, chromatycznym i bardzo, bardzo bluesowym.


21:51, trener66
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 grudnia 2009

 

Dla mnie zawsze dżwięk wibrafonu Miltona Jacksona i brzmienie Modern Jazz Quartet było jakby z innej planety, po prostu nieziemskie i jedyne w swoim rodzaju. Poza Jacksonem w nagraniu z roku 1967 (reedycja na CD z 2003 roku) bierze udział John Lewis grający na fortepianie, Percy Heath na bassie i Connie Cay na perkusji. Grane na płycie utwory to: Blue Necklace, trzyczęściowa suita Three Little Feelings, Exposure i tytułowy Under The jasmin Tree.

Niech zatem Milt Jackson weźmie swoje czardziejskie różdżki, byśmy mogli się cieszyć niepotarzalmym dźwiękiem jego instrumentu (tu w słynnym standarcie jazzowym o tytule Django):


10:11, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 grudnia 2009

Niedawno w JazzGazecie Piotr iwicki zamieścił wpis o nowej płycie Molvaera, wpis pochlebny, zatem postanowiłem wejść w posiadanie tej płyty. Dokonania Molvaera z ostatnich kilku lat raczej mnie rozczarowywały, teraz miałem nadzieję na coś ciekawszego. Przesłuchałem tę płytę i postanowiłem nie pisać recenzji, bo płyta jest bardzo popularna i wielokrotnie już recenzowana przez polskich oraz zagranicznych słuchaczy. Niech mój post zatem będzie źródłem pewnych dodatkowych informacji o płycie, którą bez wątpienia warto się zainteresować i wysłuchać.

Iwicki w swojej krótkiej, lecz treściwej recenzji na stronie JazzGazety zwraca naszą uwagę na słowo "hamada" znajdujące się w tytule albumu. Cóż ono oznacza? W języku arabskim słowa tego używa się na określenie kamienistej pustyni. Dobrym przykładem takiej pustyni jest znana wielu Polakom pustynia na półwyspie Synajskim. Zresztą wg Arabów niegdyś jedna z najgroźniejszych arabskich pustyń. Jej moc była tez przyczyną, dla której starożytny Egipt był względnie bezpieczny przed inwazją wojowniczych plemion azjatyckich. oczywiście dzisiaj pokonuje się ją wygodnie autokarem, ba, nawet rowerem, co miałem okazję widzieć na własne oczy.

Hamada jest zatem groźna, ale i niezrównanie piekna. Wręcz patetyczna. To na takiej pustryni właśnie Bóg objawił sie Izraelitom. Bo czyż żródlem boskości nie jest tyleż lęk przed smiercią, unicestwieniem co surowe piękne natury, jej niemożliwy do oddania artystycznymi środkami majestat... Niszczymy naszą planetę, niemiłosiernie ją zaśmiecamy, urbanizujemy i tym samym rugujemy z naszej rzeczywistości magię, tajemnicę, ba, może nawet świętość. Zatem w moim odczuciu płyta ta jest czymś na kształt zbioru muzycznych haiku, komponowanych i granych w stanie zachwytu oraz zdziwienia nad pięknem, nawet najbardziej surowych miejsc i najbardziej okrutnych zjawisk na naszej planecie. W tym kontekście można patrzeć na tytuły kilku utworów znajdujących sie na płycie utworów:

Exhumation to w geologii termin opisujący odsłonięcie, poprzez na przykład erozję, dotąd ukrytej formacji skalnej, krajobrazu czy jego cechy, która do tej pory była schowana pod pózniejszymi warstwami.

Sabkah to po arabsku solne równiny. Powstają, gdy morze wedrze się na ląd, by następnie odcięte wyparować, zostawiając na lądzie samą sól.

Icy Altitude to moim zdaniem ta wysokość w górach, na której temperatura spada stale poniżej zera. Nie może się tam już utrzymać roślinność, zostaje skała, lód i chłód, kto choć raz jechał kolejką na Halę Gąsienicą ten wie o czym mniej więcej tu mowa.

Friction to w geologii słowo na oznaczenie "tarcia". "Trą" o siebie na przykład płyty tektoniczne co prowadzi do takich zjawisk jak trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów etc.

Monoclineto skała, wysunięta i wyeksponowana w stosunku do reszty skalnego podłoża, słynne monokliny znajdują się w Wielkim Kanionie w USA i tworzą opadające stromo w dół brzegi kanionu.

Lahar to inaczej spływ popiołowy czyli rodzaj katastrofy naturalnej podobnej do powodzi, wywołanej przez aktywność wulkaniczną.

I tak dalej. Na pewno nie powiemy o tej płycie, że jest taneczna, chill-outowa, klubowa itd., które to określenia do tej pory świetnie pasowały do wielu produkcji Molvaera. Tym krążkiem wraca on do klimatów obecnych na wydanym 12 lat temu swoim kultowym albumie Khmer. I oby nie trzeba było czekac kolejnych ponad 10 lat na porządną płytę Molvaera. Poniżej próbka muzyki z koncertu promujacego niniejsza płytę:


 

19:59, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 grudnia 2009

 

Podoba mi się okładka tej płyty, jest piękna, a dodatkowo oddaje ducha muzyki znajdującej się na płycie. Martwię się trochę o los okładek w świecie post-płytowym. Mam nadzieję, że jakoś przetrwają, w takiej czy innej formie. Dla mnie są częścią doświadczenia związanego ze słuchaniem muzyki.

Kim jest Walter Wanderley? Urodził się w Brazylii, w Recife w roku 1932. W ojczyźnie zdobył uznanie jako wybitny pianista i organista, a w późnych latach pięćdziesiątych stał się słąwny dzięki współpracy z Astrud Gilberto i jej mężem. Szczyt jego kariery to lata 1966-67, kiedy to wyemigrował na Zachodnmie WYbrzeże USA i tam nagrał trzy albumy dla legendarnej amerykańskiej wytwórni Verve. Potem jego kariera zaczęła nieco przygasać, ale śmiało możemy go zaliczyć do najważniejszych graczy na hammondzie, przynajmniej jeśli chodzi o bossa novę i muzykę lounge. W tym sensie stanowi kolejny odcinek mojego miniserialu o organach hammonda i wybitnych graczach na tym istrumencie (płyty "Back At The Chicken Shack" Jimy'ego Smitha i "Like That" Jimmy'ego Bruno z udziałem Joeya DeFrancesco).

Oczywiście jest to zupełnie inne granie na hammondzie. Przywołuje ono swym brzmieniem cały ów mit brazylijski: szeroką, piaszczystą plażę, turkusowe morze z pluskającymi się w nim delfinami i gorące słońce, w którego promieniach opalone na braz cariocas tańczą sambę popijając drinki. Posłuchajcie sami:

16:23, trener66
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 grudnia 2009

Amina Alaoui to artystka rangi Anne Sophie Mutter, Marty Argerich czy Cecili Bartoli. Tak jak one funkcjonuje w obrębie muzyki klasycznej, tylko że arabskiej, dlatego daleko jej jest do popularności i uznania jakim słusznie cieszą się wymienione wyżej trzy gwiazdy europejskiej muzyki klasycznej. Arabska muzyka klasyczna jak to w ogóle brzmi! Przyzwyczailiśmy myśleć o muzyce klasycznej w kategoriach czysto europejskich, ale prawda jest taka, ze każda wielka cywilizacja posiada własną muzykę klasyczną tylko my jej nie znamy. Często jest ona mniej ciekawa od muzyki europejskiej, ale czasami równie ciekawa, a nawet bardziej, i tak jest moim zdaniem w tym konkretnym przypadku.

Amina Alaoui jest artystką pochodzącą z Maroka, które ma bardzo szczególną pozycję w muzyce arabskiej. Otóż kiedy Arabowie w końcu XV stracili ostatnie przyczółki w Andaluzji i tym samym dobiegła końca niemal 800-letnia obecność Arabów na Półwyspie Iberyjskim, część z nich wyemigrowala z Hiszpanii właśnie do Maroka. Była to najczęściej elita społeczna i kulturalna, bo tylko ta dysponowała śrdokami niezbędnymi by sfinansować taką przeprowadzkę. Wśród tych ludzi znaleźli się muzycy, którzy w całości i w stanie nienaruszonym przenieśli tracycję muzyki arabskiej Hiszpanii do Maroka, a następnie przechowali ją do naszych czasów. Nagrania tej muzyki wprawiły w osłupienie muzykologów w Europie, bo pokazują brakujące ogniwo w rozwoju, które łączy muzykę europejską i arabską. Muzyka ta posiada rytmiczność i duchowość arabską jak i europejskie uporządkowanie oraz pewien intelektualny chłód, cechy które później nieraz uznawano za wykluczające się czy niemoźliwe do pogodzenia.

Wracam do biogramu Aminy Alaoui podanego m.in. na Amazon.com: "jako pianistka koncertowała z takimi marokańskimi artystami jak Djamchid Chemirani, Pedro Soler, Hameed Khan, Pablo Cueco, Hughes de Courson i Luis Llach, a także komponowała i wykonywała dla najlepszych w kraju choreographów. Urodzona w Fezie, Alaoui wstąpiła do Konserwatorium w Rabacie w wieku lat 6. Poza studiami w klasie klasycznego fortepianu, studiowała także tradycyjną muzykę Arabsko-Andaluzyjską, Marokańską i taniec bliskowschodni. Swój pierwszy tom wierszy opublikowala w wielu lat 10. Chociaż studiowała także filozofię i lingwistykę (arabski, francuski i hiszpański)  na Uniwersytecie w Rabacie, Alaoui pozostała wierna muzyce. Studiowała klasyczną muzykę perską z Djalalem Akhbari i europejską muzykę średniowieczną z Henri Agnelem".

Natomiast o samej płycie znajdujemy następujące informacje pióra Karen Karleski (wolne tłumaczenie): "Starodawna poezja andaluzyjska, którą marokańska wokalistka Amina Alaoui przywraca do życia na tym albumie, jest obecna w jej rodzinie od wielu generacji. Ta płyta, której tytuł można przetłumaczyć jako "most", przenosi słuchaczy poprzez czas i przestrzeń do epoki muzułmańskich dynastii w średniowiecznej Hiszpanii, gdzie muzyka ta powstawała. Nagranie to jest zatem rodzajem testamentu dla dawno zapomnianej muzyki, której niezrównane piękno wypływa z zadziwiajacej prostoty. Muzyka powstaje przez połączenie delikatnego, nasyconego orientalnym aromatem śpiewu Aminy, lekkiego, ale pełnego ekspresji dźwieku gitary i akompaniamentu arabskiej perkusji, za którym stoją Henri Agnel i Bijan Chemirani. Nagranie wolne jest od wszelkiej pretensjonalności czy maniery charakterystycznej dla gwiazd arabskiej muzyki pop, śpiew jest prosty i dojrzały, przeniknięty miłością dla przebogatej andaluzyjskiej tradycji muzycznej (siegającej poprzez Królestwo Wizygotów czasów Imperium Rzymskiego!). Styl Alaoui przypomina styl Cesarii Evory - wykonania, których celem nie jest li tylko uwodzenie słuchacza, ale zachowanie pewnej niezwykle ważnej tradycji muzycznej, o której jakości świadczy niewymuszona elegancja i liryzm tych nagrań. W istocie sluchanie tych utworów jest niczym dobywanie skarbów, głęboko ukrytych do tej pory przed nami przez kilkaset lat historii i niewiedzy Zachodu na temat arabskich korzeni jego własnej kultury muzycznej".

I właśnie to podejście do tradycji, jednocześnie pełne atencji, ale i twórcze, jest tym co łączy według mnie tę muzykę, chociaż luźno, z jazzem. I dlatego z przyjemnością opisuję ją na moim poświęconym jazzowi blogu i mam nadzieję do Aminy Alaoui jeszcze na tych stronach powrócić. Na rozbudzenie smaku proponuję wysłuchać sefardyjskiej pieśni miłosnej Hija Mia (My Girl, My Beloved) z tej właśnie płyty:


11:14, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 grudnia 2009

Długo polowałem na płytę Roberta Mazurka. W miedzyczasie odkryłem wszakże coś smutnego. Wiecie jakie miejsce zajmuje ta bez wątpienia genialna płyta w rankingach sprzedaży Amazonu? Sześćset dwadzieścia tysięcy trzecią. Nie wiem jak czuje się Rob Mazurek z takimi wynikami sprzedaży czy w ogóle zwraca na nie uwagi. Nie powininien. Inaczej mogłby poczuć się jak Mozart przed śmiercią: zapomniany, pogardzany, wyśmiewany i jednocześnie świadomy, że jest jednym z najwybitniejszych muzyków epoki.

Na płycie znajduja sie jedynie dwa utwory:

1. Body Parts (Spectral White)

2. Electric Eels (In Half Light)

Każdy z nich trwa pół godziny dlatego nie znajdzie sie tu oczywiście klip promujący te dwie konkretne propozycje. Posluchajcie innego nagrania Roba Mazurka, które mam nadzieję da Wam wyobrażenie o możliwościach tego muzyka:

Dla osób zainteresowanych jeszcze garść bardziej szczegółowych informacji o płycie dostępnych u dystrybutora płyty: "Mazurek jest związany z awangardową sceną jazzowa w Chicago, ale bardziej znany jest jako współtwórca Tortoise, zdaniem wielu najważniejszej amerykańskiej formacji post-rockowej. Wspópracował między innymi z Jimem O'Rourke, Stereolabem, Gastr del Sol, Brokeback, Pan American, Samem Prekopem a nawet z God Speed You Black Emperor... Mazurek od dawna zafascynowany był europejskim noisem elektronicznym i laptopowymi improwizacjami. "Sweet and Vicious like Frankenstein" to płyta składająca się z dwóch długich utworów, tętniących elektro-akustycznym życiem, składa się zarówno z field-recordings (w skali makro i mikro), elektroniki (analogowej i cyfrowej) i setek trudnych do zdefiniowania dźwięków. Abstrakcyjne improwizacje Mazurka mają w sobie wiele transowości i pasji, choć zdecydowanie nie należą do dzieł lekkich, łatwych i przyjemnych. Lap-topowe hałaśliwe eksperymenty mieszają się tu z łagodną emo-elektroniką (podaję w tłumaczeniu ze strony www.serpent.pl)".

13:07, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 grudnia 2009

Kiedy sięgałem po tę płytę moje ręce drżały jakby rozbierał piekną, seksowną kochankę. Już samo spojrzenie na skład sprawiło, że nie mogłem opanować podniecenia, zresztą sami spójrzcie: Mal Waldron na fortepianie, Eric Dolphy na saksofonie altowym i klarnecie, Booker Erwin na saksofonie tenorowym, Ron Carter na wiolonczeli, Joe Benjamin na kontrabasie i Charles Esip na perkusji. Nagrane w roku 1961 dla legendarnej wytwórni Prestige.

Znajdujące się w dołączonej do albumu książeczce notes Nata Hentoffa informują nas dokładnie jaka była idea stojąca za nagraniem znajdujących się na płycie utworów. Pierwszy na płycie Status Seeking opisuje szarpaninę w jaką się wdajemy na co dzień, aby osiagnąć tak zwane coś w tym życiu. Przy czym według Waldrona oprócz muzyków (czy szerzej ludzi w ogóle) nastawionych materialistycznie zdarzają się też tacy, jak na przykład John Coltrane, ktorych celem jest jak najpełniejsze ujawnienie swojego potencjału. To materialistyczne życie jest pełne pośpiechu, bezrefleksyjne i przebiega w schemacie napięcie i krótkotrwałe odprężenie, ta pętla powtarza się bez końca jak taniec w zaklętym kręgu.

Duquility to neologizm stworzony od słów Duke (Ellington) i tranquility. Mal przyznaje się do dużego wpływu jaki wywarła na niego muzyka Ellingtona (inne ważne dla niego żródła inspiracji to Thelonius Monk i Charles Mingus), a zwłaszcza jej pogodny i zrelaksowany charakter. Nie przypadkiem też utwór ten następuje po rozbieganym i pełnym chaosu poprzednim utworze.

Thirteen to perełka awangardowej kompozycji, gdzie Mal i pozostali muzycy bawiąc sie strukturą utworu przekształcają melodię w podkład rytmiczny, a następnie w typowo jazzowy sposób improwizują solo wariacje na temat pierwszych trzynastu nut utworu. Cała ta dość złożona zabawa nie ma jednak w sobie nic z cięzkiego akademizmu, a jest przesycona żywotnością i żywiołowością typowego jam session.

Tytuł czwartego utworu na płycie We Diddit łatwo wytłumaczyć, bo nawiązuje on do bardzo charakterystycznego motywu wystepujacego w tym utworze, dżwięku dwóch sąsiadujących ze sobą szesnatek wygrywanych agresywnie przez instrumenty dęte. I przypomina trochę słynne Two Bass Hit Milesa Davisa i Johna Coltrane'a.

Warm Canto to prawdziwy wamp, kiedy się go słucha na myśl przychodzą takie wielkie standardy jak Blue In Green, Chelsea Bridge czy Along Came Betty. Cichy, pełen słodyczy i nostalgii utwór z cudownym solo na klarnecie Ericka Dolphy'ego, którego po prostu nie sposób zapomnieć. Cudo!


W Warp And Woof  muzycy eksperymentują z dość niezwykłym tempem jakim jest 5/4. A w końcu następuje Fire Waltz, które miało zyskać status standardu, napisane przez Waldrona dla Dolphy'ego i rozsławione na słynnej płycie o takim też tytule nagranej z udziałem Waldrona przez Erica Dolph'ego i Bookera Little. Nieodżałowanych i wielkich muzków, którzy odeszli wkrótce, a którzy mogli osięgnąć status Milesa, Coltrane'a czy Morgana gdyby mieli szczęście żyć nieco dłużej. Mówiąc w skrócie, Fire Waltz to koniec, który wspaniale wieńczy to niezwykłe dzieło. Czapki z głów także przed Natem Hentoffem, wielkim jazzowym erudytą, piszącym dla Wall Street Journal i Washington Post, postaci wybitnej także na innych niż jazzowe polach. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz przyjdzie się nam spotkać z nimi wszystkimi, w ktorejś z moich kolejnych notek.


19:32, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 grudnia 2009

Pop, który w niczym nie ustępuje, a nawet przewyższa niezliczone produkcje jazzowe, dlatego stawiam go na piedestale i ubóstwiam. Kto by zreszta nie chiał się modlić do takiej boginii jak Roisin Murphy?

A ponieważ doświadczenie uczy, że kiedy modłom towarzyszą śpiewy, raźniej na sercu robi się nam maluczkim, to podkładam ściężkę dźwiękową stanowiącą fragment z wymienionej wyżej płyty. Dodatkowym smaczkiem jest kozacki taniec towarzyszący tej muzyce w wykonaniu dzieciaków z pewnej brytyjskiej szkoły. Wow!!!


 

12:03, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 grudnia 2009

Płyta wydana w roku 1994, a w 2004 przypomniana i bardzo slusznie, w reedycji przez znane wydawnictwo Winter&Winter. Na płycie pojawia się Marc Johnson grający na basie oraz Ben Monder grający na gitarach i Arto Tuncboyaciyan grający na perkusji (użyczający także głosu do licznych na płycie wokaliz w stylu wczesnego Patha Metheney'ego). Na płycie grany jest całkowicie oryginalny program pióra wszystkich trzech pojawiających się na płycie muzyków. Marc Johnson jest doskonałym muzykiem, wystarczy tylko powiedzieć, że był ostatnim basistą w słynnym trio Billa Evasa, a także grał w niemniej słynnym kwartecie Bass Desires z gitarzystami Billem Frisellem i Johnem Scoufieldem, oraz perkusistą Peterem Erskinem. Potem też nie zwalniał tempa i współpracował z tej klasy muzykami co Enrico Pieramunzi i Joey Baron, by wymienić tylko tych dwóch bardzo znanych spomiędzy wielu innych, też wybitnych.

Twórczość Marca Johnsona podoba mi się, bo z miłością wraca on do drogiego mojemu sercu okresu, gdy na scenach jazzowych królowało fusion. A łączy to z pełnym poetyckości i ciszy brzmieniem, które nie przypadkiem zaprowadziło go w końcu do wytwórni Manfreda Eichnera. Doskonałym tego przykładem jest właśnie utwór tytułowy z tej płyty czyli "Right Brain Patrol". Pobrzmiewają w nim w pełnej harmonii dwie piękne, choć odległe od siebie epoki: milesowski fusion i ecmowski postbop. Do tego wszystkiego należy dodać nieprawdopodobnie wysoki poziom realizacji nagrania. Muzyka wręcz niebiańsko wybrzmiewa z głośników Tannoy Merkury M3, a podejrzewam, że będzie brzmiała podobnie na każdym dobrej jakości sprzęcie. Zdumiewa mnie i smuci, że płyta ta jest w sumie tak mało znana i doceniana. Bez względu na to należy do jednych z najbliższych memu sercu.

To nagranie z swerwisu You Tube daje niestety tylko odległe pojęcie jak wspaniale brzmi muzyka na płycie:

 

 

 


10:10, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 grudnia 2009

Czas na zawarcie bliższej znajomości z tymi dwoma muzykami, legendami jazzowej i w ogóle muzycznej awangardy. Dzieci jeszcze w szkole, a żona w pracy, psa zostawiłem u matki, mogę więc śmiało włożyć tę płytę do odtwarzacza pewien, że nikt przez to nie wyskoczy przez okno albo nie zacznie wyć do księżyca. Takie niestety są bolączki każdego wielbiciela free jazzu. Nikt z reguły nie podziela jego perwersyjnych gustów muzycznych. Nigdy nie puści swojej ukochanej muzyki na randce, wieczorem, przy zapalonych świecach. Ale cóż, miłość nie wybiera, kto się zakochał we free jazzie, ten wiecznie bedzie wracał do tej szalonej muzyki, jak Żyd Tułacz albo Latający Holender.

Wypada zacząć od płci żeńskiej czyli Marylin Crispell. Jej wspaniale napisany biogram pióra Pawła Baranowskiego mogą Państwo znaleźć na nieocenionym Diapazonie. Krótko mówiąc Marylin Crispell już od samego początku kariery gustowała w jazzie awangardowym, o czym świadczy nawiązana w roku 1978 współpraca z legendą free jazzu, Anthony Braxtonem. Od tamtej pory współpracuje w róznych składach z muzykami zakochanymi w jazzie eksperymentalnym (m.in. Gerrym Hemingwayem, Regie Workmanem czy Barry Guyem), gdzie pojawia sie nie tylko jako doskonała pianistka, ale i kompozytorka. Od połowy lat osiemdziesiatych Crispell nagrywa także dzieła kompozytorów współczesnej muzyki tzw. poważnej, m.in. Johna Cage'a, Manfreda Niehausa, Anthony Davisa i wielu innych.

Saksofonista altowy Tim Berne pochodzi z tego samego co Marylin Crispell pokolenia (przełom lat 40-tych i 50-tych ubiegłego stulecia) i tak jak w jej przypadku, jego muzyczny gust wykształcił  się i dojrzał przy okazji współpracy z Anthony Braxtonem, a także Juliusem Hemphillem. Tim Berne to prawdziwy gigant amerykańskiej sceny free jazzowej. Lista projektów, które zapoczątkowal i muzyków, których udało mu się skłonić do współpracy w tej trudnej przecież w odbiorze, nie skomercalizowanej dziedzinie jazzu jest doprawdy imponująca. Wymienić wystarczy takie nazwiska jak: Paul Motian, Bill Frisell, Joey Baron, John Zorn czy Herb Robertson, którego dokonania niedawno omawiałem w notce poświęconej płycie "Shades Of Bud Powell".

Ale nie myślcie sobie, że życie muzyka grającego free jazz jest usłane różami. Nikt mu nie daje jak Dodzie za darmo Porsche do pojeżdżenia. Dionizy Piątkowski w swym biogramie wspomina, że w trakcie swojej kariery Berne przeżywał tak ciężkie chwile, że musiał się między innymi zatrudniać po prostu jako sprzedawca w nowojorskim oddziale Tower Records. Wytrwał i wdzięczni mu dzisiaj jesteśmy za to, bo dzięki temu tworzy muzykę, której spontaniczności, bezkompromisowości i nowatorstwa nie da się porównać z niczym innym.

A jak brzmią przedstawieni powyżej muzycy na omawianej właśnie, wydanej w 1992 roku, płycie? Fortepian Crispell klasycznie, a saksofon Berna jazzowo, nawet chwilami swingująco, co summa summarum wytwarza mieszankę wrecz niebiańską dla takich miłosników jazzu, ktorzy jak ja mają klasyczną proweniencję. Utwory na płycie to całkowicie nowe kompozycje autorstwa obu artystów. Muzyka ma mnóstwo przestrzeni, klarowności i tego wewnętrzengo zdziwienia, które jest charakterystyczne dla współczesnej awangardy w najlepszym wydaniu. Mocna propozycja dla każdego miłośnika muzyki awangardowej i free jazzowej!


18:46, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 grudnia 2009

Tym razem chciałbym zaproponować czytelnikom mojego bloga zapoznanie się z muzyką na płycie "Like That" (wydanej w 1997 roku) gitarzysty jazzowego Jimmy'ego Bruno. Proponuję tę płytę także i z tego powodu, ze specjalnym na niej gościem jest Joey DeFrancesco, młody wirtuoz gry na nieco zapomnianym już instrumencie, jakim są organy Hammonda. Ale po kolei... Zacznijmy od samego Jimmy Bruno, o którym ktoś powiedział, że jest najwiekszym nieznanym gitarzystą jazzowym. I rzeczywiście na tej płycie znajdziemy wystarczające powody, by postawić go w jednym szeregu z największymi gitarzystami naszych czasów.

Jimmy urodził się w roku 1953 w znanej z najlepszych jazzowych tradycji Filadelfii, ale na ścieżkę solowej kariery wkroczył nie wcześniej niż dopiero na początku lat 90-tych, wcześniej grał jako muzyk sesyjny i sideman we wszystkich możliwych gatunkach muzycznych. Jego debiut solowy to wydany w 1992 roku Sleight Of Hand, którym od razu określił swoją jazzową orientację i pokazał, że jest gitarzystą, z którym trzeba będzie się liczyć na jazzowym podwórku. Brzmienie gitary Bruno przypomina mi najbardziej Johnny'ego Smitha, a przede wszystkim wspaniałego Jima Halla. Jest eleganckie, stonowane, jedwabiste, nie ma w nim za grosz Methenowskiej emfazy czy Townerowskiej aseptyczności. To prawdziwie jazzowy grojek, który najlepiej brzmi grając z innymi muzykami i to im lepsi Ci muzycy, tym wybitniejsza pojawia się muzyka, nie ma w nim nic z primadonny czy gwiazdy. Z kolei obecność Joeya DeFrancesco na tej płycie jest dla mnie istotna ze względu na zainteresowanie organami Hammonda, któremu dałem wyraz w notce sprzed kilku tygodni (płyta Back At The Schicken Shack Jimmy'ego Smitha) i w której obiecałem też sobie zaprezentować któregoś z młodych, bardzo zdolnych muzyków grających na tym instrumencie. Ponadto w dwóch utworach na płycie Joey pojawia się grając na trąbce (i to całkiem nieźle). Poniżej zdjęcie Joeya DeFrancesco grającego na kultowym Hammndzie model B3 (źródło: wikipedia):



Na płycie znajduje się sześć orginałów Jimmy'ego Bruno i na okrasę kilka dobrze znanych standardów. Możliwości techniczne muzyków grających na tej płycie są wprost nieogarnione. Wystarczy posłuchać na przykład utworu zatytułowanego Pat's House (na cześć wspaniałego gitarzysty Pata Martino), w którym stosunkowo prosta melodia zostaje dziesiątki razy przetworzona przez gitarę Bruno i hammonda Defrancesco w dzikim, pełnym pasji dialogu między solistami jakby żywcem wziętym z czasów birdowskich i pojedynków jazzmanów a la Kansas City. A potem jakby dla kontrastu pojawia się Night Dreamer cudownie stonowana, monochromatyczna ballada, w której nie ma nic z bójki między instrumentalistami, a raczej wzajemne obejmowanie się i przytulanie jakby oczarowanych sobą kochanków. Cóż za fantastyczna plastyczność, elastyczność i wrazliwość cechuje muzykę graną przez tych dżentelmenów! Dzielnie akompaniuje im na perskusji Steve Holloway i Craig Thomas na akustycznym i elektrycznym basie (który jest dodatkowo kompozytorem jednego z utworów na płycie). Dość słów! Dajmy przemówić muzyce, trzeci utwór na płycie Waltz For Nancy:







08:58, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 grudnia 2009

Bela Fleck to urodzony w 1958 roku w Nowym Jorku amerykański wirtuoz gry na banjo. Banjo to rodzaj gitary, której pudło rezenansowe wykonane jest jednak nie z drewna, a przypomina znany nam ze szkolnych lekcji muzyki tamburyn. Dżwiek banjo jest znany wszystkim miłośnikom westernów, bo banjo jest kluczowym elementem muzycznej tożamości Południa Stanów Zjednoczonych Ameryku Północnej, na równi z gitarą bluesową, skrzypcami ludowymi ("fiddle") czy ustną harmonijką. Stamtąd brzmienie banjo trafiło do muzyki country, bluesa, a w końcu oczywiście i do jazzu.

Z oficjalnej biografii Beli Flecka dowiadujemy się, że grą na tym instrumencie Bela zajał się w wieku lat 15. Już na studiach ciągnęło go do jazzu i eksperymentował z graniem bebopowych coverów w adaptacji na swój instrument. Pierwszy solowy album nagrał w roku 1980, gdzie obok muzyki country w jej ortodoksyjnej odmianie zwanej blue grass, zmieścił także standard Chicka Corei "Spain". W 1989 założył grupę The Fleckstones i stopniowo, nagrywając kolejne płyty, stał się legendą muzyki country nagrywając osiagające fantastyczne nakłady płyty (głównie w USA) i siegając po Nagrody Grammy w latach 1995, 1996, 1998, 2000, 2001 i 2007. A nominacje do Nagrody Grammy zdobywa właściwie seryjnie każdego roku od roku 1986 począwszy (łacznie 27 nominacji).

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z muzyką Beli Flecka (stało się to pod wpływem utrzymanego w stylistyce blue grassowej albumu Nashville Billa Frisella), wydawało mi się, że będzie to przelotna znajomość. Dźwięk banjo wydawał mi się mieć ograniczone możliwości i byłem pewien, że tylko na chwilę zstępuję do pewnej niszy, z której co prędzej będę uciekał na szersze wody. Tymczasem Bela Fleck okazał się artystą o prawdziwie jazzowym podejściu do grania i zadziwił mnie swoją skłonnością do eksperymentowania, do poszerzania swoich muzycznych horyzontów w kierunku jazzu (za album "Hidden Land" otrzymał Nagrodę Grammy za najlepszą płytę jazzową roku!), muzyki etno (nagrywał ze świetnymi muzykami afrykańskimi, składając tym samym hołd afrykańskim korzeniom banjo) czy muzyki klasycznej (jego album Perpetual Motion zdobył w 2001 Nagrodę Grammy za Best Classical Crossover Album).

Podsumowując, nawet wziąwszy pod uwagę pewną łatwość zdobywania Nagród Grammy przez amerykańskich artystów, do tego w niszowych kategoriach, musimy uznać, że mamy do czynienia z muzykiem wybitnym, który pomimo jednokrotnej obecności na Warsaw Summer Jazz Days, wydaje sie w naszym kraju raczej niedoceniany i mało znany. Naprawiam więc to niedociągnięcie, przynajmniej w małej części, polecając polskim słuchaczom jego płytę "Outbound" z roku 2000. Pod wieloma bowiem względami jest idealna na początek przygody z Bela Fleckiem: stanowi bowiem wycieczkę Flecka i jego zespołu w bardziej popowe rejony, przy czym koniecznie trzeba podkreślić, ze artyści grający na płycie nie idą na ŻADNE kompromisy jeśli chodzi o jakość grania i oryginalność repertuaru. Sądzę jednak, że doskonałe popowe aranżacje znajdujacych się na płycie utworów sprawią, że niejeden miłośnik innych gatunków muzyki niż blue grass, country czy nawet jazz, z przyjemnością sięgnie po tę płytę by, zapewniam, mile się zaskoczyć.

Udało mi się znaleźć na YouTube ciekawy klip z koncertowym nagraniem utworu A Moment So Close z omawianej powyżej płyty. Dodatkowym smaczkiem na tym wykonaniu jest obecność mongolskiego artysty na na początku nagrania i jego śpiew w stylu khoomei, o którym pisałem kilka notek wcześniej przy okazji albumu Stepmother City tuwimki Sainkho Namtschylak.

09:53, trener66
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 grudnia 2009

Nazwa zespołu i tytuł albumu przywodzą na myśli skojarzenia z flimami sci-fi drugiej kategorii (moje ulubione!) z lat sześćdziesiątych tego strasznego i wspaniałego ubiegłego stulecia. Zapytajmy więc jakiego rodzaju nieziemskie stwory zamieszkują Planetę X? Brett Garsed gra na gitarze, na instrumentach klawiszowych Derek Sherinian, Virgil Donati na perkusji a Jimmy Johnson i Rufus Philpot na gitarach basowych (z wyjątkiem 5 i 9 ścieżki). Dodatkowo na płycie pojawia się słynny Alan Holdsworth (2 i 3 ściezka), jedyny znany mi muzyk na tej płycie.

Płyta została nagrana w 2007 roku, ma charakter studyjny, brzmienie jest rockowe, a właściwie precyzyjniej rzecz ujmując metalowe. Jak to brzmi dla mojego nieobeznanego z tym rodzajem muzyki ucha? Dość ciekawie. Na duży plus zapisuję muzykom doskonały warsztat, słychać, że są to doskonali rzemieślnicy, a nawet (jak w przypadku Holdswortha) mistrzowie gry na swych instrumentach. Bardzo mile zaskakują, rzadkie na płytach rockowych, częste zmiany tempa, które sprawiają, że o żadnym utworze znajdującym się na płycie nie można powiedzieć, że brzmi nudno i monotonnie.

Nie byłbym wszakże sobą, gdybym nie przypiął tej produkcji kilku łatek. Po pierwsze nie czuję, żebyśmy mieli tu do czynienia, jak chcą niektórzy recenzenci, z nagraniem łapiącym się do szeroko pojętej kategorii fusion jazzu. Na to, by zaliczyć to nagranie do fusion, muzyka jest zbyt przewidywalna, mechaniczna w brzmieniu, nieobecny jest całkowicie element improwizacji. To dlatego, gdy porównać to nagranie z recenzowanym przeze mnie kilka tygodniu temu albumem Jima Blacka "Alasnoaxis" (oba utrzymują sie w podobnej stylistyce pogranicza jazzu i rocka), to jest tak jakbyśmy porównywali codzienną jazdę PKSem do pracy z jazdą odkrytym kabrioletem z piękną dziewczyną w nieznane. Wiele jeszcze musi wody upłynąć w Odrze zanim muzycy rockowi zrozumieją i zaryzykują bardziej spontaniczne i nieprzewidywalne granie nad ciągle te same chwyty, przewidywalne do bólu schematy, które można usłyszeć na metalowo-rockowych płytach w co drugim nagraniu. Z drugiej strony płyta ta jest na pewno krokiem w tym kierunku. Czy metal doczeka się swojego Milesa Davisa czy Johna Coltrane'a, który katapultuje tę muzykę w nieśmiertelność? A może to już stało, tylko ja tego nie wiem, biorąc pod uwagę moja nikłą znajomośc tego gatunku? Jeśli sądzisz, ze znasz takie nagrania proszę koniecznie wspomnij o nich w komentarzach do niniejszego postu.

Poniżej prezentuję nagranie z tej płyty, w którym muzycy oprócz dobrej muzyki uraczyli nas ciekawymi zmianami tempa, o ktorych wspominałem w notce:


17:24, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...