Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
piątek, 31 grudnia 2010

Od paru lat nie przepadam za Świętami, o różnej prowienencji, w tym za Nowym Rokiem. Jedną z przyczyn jest komercjalizacja tego wszystkiego, która sprawia, że kiedy ktoś mi składa życzenia, to najczęściej chce mi coś sprzedać, zaskarbić moją wdzięczność, zobowiązać do czegoś. Poza tym życzenia stały się tak przewidywalne, sztampowe, automatyczne. Dostaję je najczęściej mejlem albo smsem. Są to jakieś wierszyki z internetu, nieraz różne osoby przesyłają ten sam wierszyk, który znalazły w internecie. Bezosobowość, jednowymiarowość, powierzchowność - oto cechy współczesnych życzeń świątecznych i noworocznych, które jednak zupełnie mi nie odpowiadają, sprzeczne są z moją naturą, przerażają mnie. Moje życzenia to byłby uścisk ręki, spojrzenie w oczy, uśmiech, kilka niezdarnych słów, wypowiedzianych głosem nieco drżącym z miłości, sympatii czy szacunku. Bo czym byłbym bez wspaniałych ludzi, którzy mnie otaczają? Wszystko co dobre wydarza się dzięki ich obecności. Także ten blog.

Tak, nie potrafię o tym dobrze napisać, nie potrafię złożyć najprostszych życzeń, musi wystarczyć to co jest w tytule tego posta, nic mniej ani ponadto, szczerze, acz raczej niezdarnie, jak pierwsze życzenia w życiu jakie małe dziecko składa rodzicom, którzy stworzyli świat.

09:27, trener66
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 grudnia 2010

Z wielkim zdziwieniem odnotowuję, że to pierwszy na moim blogu wpis poświęcony Jimmy'emu Giuffre, a przecież w mojej kolekcji posiadam sześć czy siedem jego płyt i w ogóle jest to jeden z moich ulubionych jazzowych instrumentalistów. W świetnym biogramie jaki poświęca temu muzykowi Encyklopedia Jazzu Dionizego Piątkowskiego czytamy, że jak wielu muzyków z jego pokolenia (ur. 26 kwietnia 1921) w roku 1942 został powołany do służby w wojsku, którą odbył jako członek orkiestry wojskowej szlifując w ten sposób swoje umijętności gry na saksofonie i klarnecie. Po jej zakończeniu grał w kilku big bandach, tej swoistej wyższej szkole jazzu, o czym często zapominamy, a w których grali tacy twórcy modern jazzu jak Dizzy Gillespie czy Charlie Parker, a nawet Miles Davis i John Coltrane, w początkach swoich wielkich karier.

Giuffre wkrótce pokazał, ze jego ambicje nie kończą się na grze w dobrym big bandzie, bo na początku lat 50tych związał się z Shorty Rogersem, ważna postacią west coast jazzu, zaczął grać z mniejszej grupie, co przygotowało go do założenia w połowie lat 50tych pierwszej własnej formacji, trio, w skład którego wchodził między innymi wielki gitarzysta Jim Hall. Od tamtej pory Giuffre szedł na szpicy rozwoju modern jazzu, chociaż raczej nie w samym mainstreamie, bo wychodząc z pozycji west coast jazzowych, głównie przyczynił się do rozkwitu cool jazzu. Jego nagrania z Lee Konitzem, Modern Jazz Quartet czy Anitą O'Day,  o których wspomina Piatkowski, mówią same za siebie.

Bardzo dobrze świadczy o Giuffre, że nie przegapił także (jak wielu w tym Miles Davis) nadchodzącej rewolucji free jazzowej. Bo w latach 60tych założył kolejne ważne trio, tym razem z awangardowym pianistą Paulem Bleyem i genialnym wprost kontrabsistą Stevem Swallowem, z którymi nagrał szereg bardzo pięknych pyt, na których wyżej wymieni Panowie improwizowali bez wytchnienia, przyczyniając sie do kolejnego, po bopowym, przewrotu w jazzie. Co absolutnie niezwykłe to fakt, że relacja między tymi muzykami przetrwała kolejne kilkadziesiąt lat, o czym świadczy ta właśnie płyta, nagrana w 1993, a wydana w 1996, dokładnie w tym samym składzie co ich pierwsza płyta (o ile dobrze pamiętam) w tym składzie zatytułowana 1961 (1961) i nagrana dla ECM.

To tyle o Giuffre, do którego wrócę postaci wrócę na pewno kiedyś w przyszłości, podobnie jak do jego wspaniałych kompanów, a póki co zapraszam Was do posłuchania muzyki Jimmy'ego Giuffre (utwór Jesus Maria ze wspomnianej płyty 1961), dla której taka oto ukułem etykietkę "cool free jazz":



środa, 22 grudnia 2010

Pamiętacie taki kierunek, który się w jazzie nazywał "third stream"? Chodziło, z grusza rzecz biorąc, o jazzową wycieczkę w kierunku muzyki klasycznej, poważnej, ciężko o adekwatne określenie, wszyscy wiedzą o co chodzi. Sztandarową formacją tego nurtu był mój ulubiony Modern Jazz Quartet, a i potem, od czasu do czasu, ten czy inny jazzman podejmował próby tego rodzaju, w mojej ocenie, w większości nieudane. W przypadku tej płyty propozycja jest o tyle ciekawe, że wycieczka ta jest podejmowana z terytorium free jazzu na terytorium klasycznej muzyki awangardowej, dokładnie kameralistyki awangardowej. Nie trzeba daleko szukać, bo kto się wychował na utworach Pendereckiego, Lutosławskiego czy Grażyny Bacewicz, ten będzie się bardo znajomo czuł w stylistyce, do jakiej nawiązują, no właśnie, kto?

I to jest dodatkowy smaczek tej płyty, bo jest to chyba jedyny znany mi przypadek, gdy jazzowe trio, do tego świetne, tworzą same kobiety. Sylvie Courvoisier jest szwajcarską pianistką, jak się należało spodziewać, wykształconą klasycznie, której w jazzowych peregrynacjach towarzyszli tak wielcy muzycy jak Erik Friedlander czy John Zorn. Gra w zespole Herba Robertsona z z Timem Bernem i w trio z Ellery Eskelinem. A czego więcej może chcieć muzyk na tym free jazzowym łez padole?

Joelle Leander (Francuzka) gra na kontrabasie i musi być bardzo dobra, skoro zdarzyło się jej grać "pod" samym Pierrem Boulezem i współpracować z Johnem Cage'em. A jeśli chodzi o jazz to też nie jest bynajmniej gorzej, bo nazwiska w rodzaju Marylin Crsipell, Steve Lacy czy Evan Parker mówią same za siebie.

Co do Susie Ibarra, która gra na perkusji, to wyznam szczerze, że mógłbym się z nią ożenić (gdyby bigamia została zalegalizowana). Spójrzcie zresztą sami:

Pochodzi z Filipin, i abstrahując od moich seksistowskich uwag wyżej, jest po prostu kapitalnym muzykiem, nagrała płytę z Dawidem S. Ware'm, Matthew Shippem i Williamem Parkerem w 1999, w 2002 z Craigiem Tabornem, a potem jeszcze z Wadada Leo Smithiem i Johnem Zornem. To chyba mówi jasno jakiej jest to klasy artystka.

A co do muzyki na tej płycie, to już możecie sobie ja zapewne  wyobrazić: kameralna, improwizowana, bardzo europejska, nawałbym ją wersją cool muzyki free jazzowej. Mnie się to bardzo podoba, bo lubię w muzycę samokontrolę, instrospekcję, operowanie ciszą, no i wysoki poziom wykonania. Dlatego też polecam tę płytę tym z Was, którym podobne klimaty są bliskie.

Muzyka w troszkę innym składzie i nie z tym programem (bez elektroniki!) na klipie, ale dająca pojęcie o stylu płyty:




poniedziałek, 20 grudnia 2010

Charles Gayle to bardzo interesująca postać, a do tego po raz pierwszy zagościł na moim blogu, zatem dzisiaj parę słów o nim. Urodził się w 1939 roku, ale pozostawal właściwie kompletnie nieznany aż do roku 1988. Co robił do tej pory? Nie chce się wierzyć, ale wszystko wskazuje na to, że przynajmniej przez część tego czasu żył jako człowiek bezdomny, włóczęga, często bez środków do życia, niebieski ptak. A może to tylko legenda, którą chętnie sam podtrzymuje? Nie wiem, natomiast faktem pozostaje, że właściwie przez większą część swojego życia pozostawał nieznany, aby nagle w wieku 49 lat zabłysnąć na nowojorskiej scenie free jazzowej serią koncertów w słynnym klubie The Knitting Factory i zacząć nowe życie.

Jego styl nie przynosi jakis nadzwyczajnych niespodzianek i jest bardo podobny do stylu wczesnego Ornette'a Colemana, Alberta Aylera czy Archie Sheppa. Zresztą saksofonistów tenorowych grających w tej stylistyce jest zatrzęsienie. Podobnie jak kiedyś wszyscy małpowali Charlie Parkera, tak teraz dotyczyczy to wymienionych przeze mnie postaci. Dzieje się to z pewnym opóźnieniem, bo w końcu od czasu powstania free jazzu minęło z górą 40 lat i dlatego pewnie część tych lat Gayle przeleżał w rynsztoku. Powód prozaiczny: publiczność nie chciała tego słuchać, tak jak wcześniej odrzuciła awangardowe eksperymenty w obrębie muzyki klasycznej o czym świadczą historie takich muzyków jak Schoenberg, Berg, Webern czy Hindemith. Obecnie publiczność, a właściwie jej niewielka, bardzo niewielka część, jakby do tego dojrzała, powstały wytwórnie, ludzie kupują odrobinę tych płyt, chodzą na koncerty, no i muzycy mają dzieki temu co włożyć do garnka, chociaż skromnie z tym jest, jak sądzę.

Oprócz tenora, Gayle gra na alcie i na fortepianie. Oprócz czystego free eksperymentuje z be bopem. Poszukuje jakiegoś modus vivendi między niczym nie skrępowaną improwizacją, a strukturą, formą, mądrze moim zdaniem, jeśli znowu się nie chce znaleźć na bruku. Bowiem free jazz bez żadnej formy, jako czysta nieustrukturalizowana improwizacja, prędzej czy później znów się ludziom znudzi. I to właśnie myślę stanowi o orginalności Gayle, że niekiedy udaje mu się połączyć te dwa wydawałoby się sprzeczne żywioły, ogień (free-impro) z wodą (w jego przypadku to bop). Rzadko na tym albumie, ale zbliża się do tego kamienia filzoficznego współczesnego jazzu. Posłuchajcie koniecznie jego interpretacji standardu, który wszyscy prawdopodobnie znamy na pamięć I Can't Get Started Vernona Duke. Mooooc!!!

Odnotujmy, że muzykowi towarzyszą tu wspaniali sajdmeni w osobach grającego na basie Sirone'a i na bębnach Geralda Cleavera, na grę z którym chrapkę ma Tomasz Stańko.


niedziela, 19 grudnia 2010

Nie zbliża się to do poziomu http://kochamjazz.blox.pl/2010/04/Gatton-Watson-Hargrove-Redman-New-York-Stories.html, które jest jedną z moich najbardziej ulubionych płyt, zwłaszcza na długich trasach jakie pokonuję dość często w Polsce i za granicą. Ale filmik chyba warto obejrzeć: co prawda opuszczamy tu już królestwo jazzu, ale chłopcy świetnie się bawią, atmosfera jest pełna luzu i wzajemnej akceptacji, no i Danny grający butelka od piwa na swoim Telecasterze - widok bezcenny ;-)))

PS. Płyta wydana oczywiście pośmiertnie w 2005, nagranie pochodzi z 1984 roku.

środa, 15 grudnia 2010

Miałem 2 lata kiedy nagrano na tę płytę: za wcześnie na marihuanę, free jazz i wolny seks. Powoli jednak dorastam do tych wszystkich rzeczy, a elementem tej ewolucji jest uważne studiowanie dyskografii Ornette'a Colemana jak niegdyś dyskografii Milesa Davisa, Johna Coltrane'a czy Billa Evansa. Jeśli macie ochocie poczytać na ten temat coś, co już zostało napisane na tym blogu to może to być na przykład ten tekst, chyba jeden z moich najlepszych w ogóle, który właśnie płycie Colemana jest poświęcony: http://kochamjazz.blox.pl/2010/08/Ornette-Coleman-Sound-Grammar-2006.html.

My jazzmani (i jazz women) tak wyrabiamy sobie opinię o muzyce: powiedz mi stary kto tam gra? Ornette Coleman, Dewey Redman, Jimmy Garrison, Elvin Jones. Niepotrzebne są informacje kto na jakim gra instrumencie ani dalsze wyjaśnienia czy uzasadnienia. Wystarczy. Ach, to dawaj, w domyśle, to musi być warte przesłuchania. I z reguły okazuje się, że jest to bardzo dobre, czasami dobre, niekiedy - genialne.

Ale właściwie skąd wiadomo, że ta płyta jest bardzo dobra? Ciekawy jestem jak Wy dochodzicie do takich wniosków? U mnie to jest bardzo prosty proces, który pewnie zbyt dobrze o mnie nie świadczy. Bo przypomina mi to co dzieje się wtedy, gdy jakaś kobieta wpadnie mi w oko. Oj, mówię sobie, podobasz mi się strasznie dziewczyno! Oczu od Ciebie oderwać nie mogę! Masz coś w sobie, co sprawia, że moja krew burzy się i pieni jak tafla morza podczas sztormu. Wiatr rwie się do biegu jak pies na łańcuchu i w głowie rodzą się szalone myśli, jakie, to przecież wiecie, bo chyba też nie jesteście ze stali i kamienia.

Ale ktoś zachęcony tą moją metaforą, kupuje tę plytę, slucha tego free, a tu żadnej melodii, żadnej w ogóle miłej i fajnej muzyki do posłuchania przy kawie czy herbacie. I do mnie z pretensjami: puknij się w głowę czlowieku, jeśli porównujesz tęmuzykę do fascynacji płcią niewieścią, to jaka ta Twoja kochanka? Szpetna, pokręcona, niezrozumiale coś pod nosem bełkocze. A ja (i parę jeszcze innych bratnich dusz jak sądzę też) na to w śmiech! O, bracie, mówię do niego, a największa szpetota właśmie tam, gdzie tak ładnie, słodko i milusio. A piękno tam, gdzie nagość taka jak w Raju, zanim Ewa dała Adamowi figę do skosztowania, i zanim zobaczyła, że jest naga.

Brednie? Chyba macie rację, ale nie potrafię tego inaczej wyjaśnić. Zatem, żeby ten post miał jakikolwiek sens chociaż podam program tej niezwykłej płyty:

1. The Garden Of Souls

2. Toy Dance

3. Broad Way Blues

4. Broad Way Blues (alternate version)

5. Round trip

6. We Now Interrupt For A Commercial

Na koniec muzyka z tej płyty, kompozycja Round Trip. A ponieważ ten blog wiele już widział i słyszał to na deser możecie posłuchać tego samego utworu w bardzo interesującej interpretacji Bobby Watsona http://kochamjazz.blox.pl/2010/08/Bobby-Watson-Round-Trip-1985.html.






wtorek, 14 grudnia 2010

Kto z nas nie oglądał i nie kochał filmów Jima Jarmusha? Moim ulubionym jest zwłaszcza Poza Prawem z genialnymi rolami Roberto Benigniego, Toma Waitsa i Johna Lurie. Ten ostatni pojawił się też przy okazji następnej produkcji Jarmusha, to jest nie mniej słynnego Inaczej niż w Raju, do którego napisał ścieżkę dźwiękową. I tak zaczęła się moja przygoda z muzyką Johna Lurie, której ślady możecie znaleźć zresztą i na tym blogu: http://kochamjazz.blox.pl/2010/04/The-Lounge-Lizards-Quenn-Of-All-Ears-1998.html Wreszcie greenfoxy zachęciła mnie do podążania tym śladem, co też czynię, acz z niejakim trudem, bo do muzyki Luriego niełatwo dotrzeć, a od wielu lat nie jest już aktywny muzycznie (maluje), bo cierpi na tajemniczą chorobę (ducha?).

Do tej ścieżki dźwiekowej przyłożył on ręki podobnie jak US3 czy trio Medeski, Martin & Wood.  I rzeczywiście buja to nieźle, jest bardzo funky i acid jazzowo, z solidną psychodeliczną wkładką tak charakterystyczną dla stylu Lurie'go. A przy okazji można sobie przypomnieć dowcipny film, który w tym wypadku nie gorszy jest od towarzyszącej mu muzyki, której chociaż fragmentu koniecznie posłuchajcie:



niedziela, 12 grudnia 2010


Spiritual black jazz, oto być może właściwa etykietka dla tego rodzaju jazzu, który należy do moich najbardziej ulubionych. Na tym blogu znajdziecie notki o takich muzykach, których można by zaliczyć do tego nurtu jak Horace Tapscott, Pharoah Sanders w dawnych czasach, a obecnie opisywany tu niedawno Henry Threadgill, M-Base Collective Steve'a Colemana czy oktet Davida Murraya. W nurcie tym bardzo często muzykowanie odbywa się w formacie mniejszej lub większej orkiestry, obficie pojawiają się wokale, nawet tak wspaniałe jak Cassandry Wilson, której nagrania właśnie w ramach tego szalonego i pełnego duchowości gatunku jazzu uważam za najbardziej udane.

Krótko mówiąc, jest to jazz czarny jak smoła, odjechany na maksa, nad którym unoszą sie opary marihuany, haszyszu i opium. Dotyczy to zwłaszcza tej płyty, nagranej w 1972, a powtórnie wydanej stosunkowo niedawno na CD w roku 2005. Pamiętacie zapewne najważniejsze emblematy tamtej epoki: dzieci kwiaty, hippisi, kokaina i wolny sex. Zapytam przy tej okazji jak niegdyś w słynnym skeczu Krzysztof Daukszewicz: "I komu to Panie przeszadzało?" ;-)))

Kilka słów o muzykach. Doug Carn gra na Fenderze, wspaniale po prostu, no i jest bardzo utalentowanym aranżarem. Stworzył na tej płycie niepowtarzalny klimat, a jednak nie zasłużył sobie choćby na to, żeby znaleźć się w Encyklopedii Jazzu Dionizego Piatkowskiego. Ze stratą jak sądzę dla tej Encyklopedii, wszakże nic w tym dziwnego, bo pozostaje muzykiem bardzo mało znanym. A ponieważ jeśli chodzi o muzyków mało znanych, a grających muzykę najwyższych lotów, możecie zawsze na mnie liczyć, więc i po tę płytę koniecznie, ale to koniecznie powinniście sięgnąć.

Poza liderem na płycie pojawia się wspaniale śpiewająca Jean Carn, jego żona, której wykonanie Blue In Green na długo pozostaje w pamięci. Na saksofonie tenorowym, flecie i bodajże klarnecie usłyszycie Georgesa Harpera, na trąbce samego Charlesa Tollivera, na puzonie Garnetta Browna, na tubie gra Earl McIntyre, a na perksuji doskonały Alphonse Mouzon. Nie mogę tylko znaleźć informacji, kto grał na kontrabasie, a musiał to byc niezły grajek, bo groove w tej muzyce silny jest Andrzej Gołota przed walką z Tysonem ;-)

Na koniec zauważmy, że tytuł płyty nawiązuje do opisywanego na tym blogu nagrania Lee Morgana http://kochamjazz.blox.pl/2010/05/Lee-Morgan-Search-For-The-New-Land-1964.html, jak sądze nieprzypadkowo, skoro kompozycja Morgana My Spirit jest jedyną obok wspomnianej wyżej Blue In Green pióra Milesa Davisa i Billa Evansa, która nie wyszły na tej płycie spod ręki samego Douga Carna.

Posłuchajcie jaka to wspaniała muzyka:

piątek, 10 grudnia 2010

Dopiero teraz dotarła do mnie smutna wiadomość, że 18 października odszedł od nas Marion Brown. Od dawna schorowany, wiódł samotne życie w domu starców, opuszczony niemal przez wszystkich, praktycznie zapomniany. Nieliczni koneserzy free jazzu na całym świecie kultywowali jego pamięć, z mniejszym bądź większym powodzeniem. Żałuję, że tak późno zetknąłem się z jego muzyką, która wszakże zachwyciła mnie właściwie od pierwszego słuchania, czego dowód znajdziecie w tym tekście: http://kochamjazz.blox.pl/2010/03/Mal-Waldron-Marion-Brown-Much-More-1988.html.

Jest mi smutno :-( Odszedł muzyk wielki, którego talentowi dorównywało kompletne niezrozumienie i niedocenienie jego osoby u współczesnych. Może któryś z naszych wspaniałych alcistów (bo właśnie na saksofonie altowym grał najczęściej) przypomniał by coś z jego wspaniałych kompozycji, na którejś ze swoich przeznaczonych dla polskiego słuchacza płytach? Może Pierończyk, może Trzaska, może Zimpel? Pokażcie Panowie, że pamiętacie tego wybitnego muzyka, którego duchowymi spadkobiercami poniekąd jesteście i któremu tak wiele zawdzięczacie. Bo bez takich postaci jak Marion Brown nie byłoby dzisiaj tego cudownego fenomenu jakim jak współczesna muzyka improwizowana. Tego zjawiska, które jest ożywczym prądem w całej naszej kulturze, już nie nowinką, słuchaną i podziwianą przez garstkę, ale czymś co z każdym rokiem porusza wyobraźnię coraz większych rzesz słuchaczy, kształtuje na nowo ich muzyczny gust.

Na tej płycie, zawierającej nagrania z roku 1965, a wydanej niedawno, bo w roku 2005, znajdziemy muzykę bez żadnej przesady po prostu NAJWYŻSZYCH lotów! Tylko cztery, ale jakie kompozycje!

1. Carpicorn Moon (23:02)

2. 27 Cooper Square (3:53)

3. Exhibition (17:59)

4. Mephistopheles (18:41)

I wspaniali muzycy u boku Browna:

Alan Shorter na trąbce, Bennie Maupin na tenorze, Ronnie Boykins i Reggie Johnson na kontrabasie oraz Rashied Ali na perkusji.

Żegnaj Marion, będzie nam Ciebie bardzo brakowało.........


środa, 08 grudnia 2010

Aleksandrowi Wielkiemu nie brakowało szczęścia w żadnym z jego przedsięwzięć, z wyjątkiem jednego, że nie znalazł historyka godnego swojej wielkości, który godnie opisał by jego nieśmiertelne czyny. Bo niemal każde wielkie ludzkie dzieło potrzebuje ludzi życzliwych, przyjaciół, kontynuatorów, którzy podtrzymają i rozwiną to, czemu jego twórca dał początek. I tak jest z kompozytorską spuścizną Herbie Nicholsa, o którym pisałem już na tym blogu: http://kochamjazz.blox.pl/2010/04/Mengelberg-Lacy-Lewis-Gorter-Bennink-Change-Of.html. Dzięki takim wspaniałym muzykom jak Roswell Rudd (puzon), Greg Millar (gitara) i John Bacon, Jr. (perkusja) odradza się szalenie interesujące i orginalne działo tego kompozytora, niemal nieznanego za życia, w latach 50tych i 60tych, a dzisiaj cieszącego się (pośmiertnie niestety) zasłużonym uznaniem. Także w Polsce, o czym niech świadczy fakt, że nasz doskonały pianista Piotr Wyleżoł umieścił jego niezwykłą kompozycję zatytułowaną Double Exposure na swojej godnej polecenia płycie Piano Trio nagranej w roku 2006.

A cieszy się Herbie Nichols tą sławą dlatego, że wyprzedzając o lata świetlne swoją epokę igrał z jazzem i awangardą na sposób, który stał się bliskim młodym lwom współczesnej awangardy. Jego kompozycje chociaż dają mnóstwo miejsca na swobodne interakcje muzyków i ich improwizacje, mają jednak jakąś strukturę i cechuje je pewna powściągliwość jakże inna od niepowstrzymanej, lecz nieco chaotycznej ekspresji takich ikon free jak Ornette Coleman, Albert Ayler czy Don Cherry. Krótko mówiąc, płyta warta grzechu, zwłaszcza dla wieblicieli nutek awagardowych, Herbie Nicholsa i puzonu. Z pewnością znajdzie się ich wielu ;-)

Nie znalazłem ani odrobiny muzy z tej płyty w necie, ale zamiast tego koniecznie posłuchajcie Roswella Rudda w świetnym towarzystwie Steve'a Lacy'ego pokazującego jak radośnie igrać można z arcytrudną przecież muzyką Theloniusa Monka:




 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 06 grudnia 2010

Do czego można porównać ten duet? To tak jakbyśmy słuchali płyty nagranej, dajmy na to, przez Hannę Banaszak z Wojciechem Karolakiem. Wspaniałe postacie, wielcy muzycy, prawdziwe gwiazdy... na rynku kanadyjskim. Nie słyszeliście? Ja też nie słyszałem.

Z nowszej płyty, ale głos i styl podobny:


19:27, trener66
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 grudnia 2010

John Hollenbeck po raz pierwszy pojawia się na moim blogu i czas już najwyższy, bo to jeden z najciekawszych głosów we współczesnym jazzie. Urodzony w roku 1968, od wielu lat działa w Nowym Jorku, w środowiskach związanych z free jazzem i szerzej muzyczną awangardą. Współpracował z takimi znakomitościami jazzowymi jak Bob Brookmayer, Fred Hersch, Tony Malaby czy Kenny Wheeler. A od 2005 pracuje nie tak daleko od nas, bo prowadzi klasę perkusji i improwizacji w Berlińskim Instytucie Jazzowym (może zatem ktoś wpadnie na pomysł by go zaprosić do Polski?).

Trzeba przyznać, że Hollenbeck ma swój styl, bardzo specyficzny, orginalny, inspirujący dla innych. Ponieważ jest perkusistą, to nie mówimy tu tyle o jego indywidualnym brzmieniu, co specyficznej tożsamości dźwiękowej jaką nadał zespołowi, w ramach którego od lat tworzy najważniejsze płyty - The Claudia Quintet. Jego styl określany bywa jako "eklektyczny post-jazz", bo znajdziemy w nim echa mnóstwa luźno ze sobą powiązanych gatunków muzycznych takich jak muzyka klezmerska, amerykański folk, flamenco, współczesna kameralistyka. Generalnie jest w tej muzyce jakaś zjawiskowa duchowość, lirycznośc, delikatność, a jednocześnie niesamowita wewnętrzna energia, skupienie, moc.

W zespole oprócz Hollenbecka grającego jako się rzekło na perkusji znajdziemy Drew Gressa, jednego z nabardziej utalentowanych kontrabasistów nowojorskiej awangardy, którego ostatnio (2009 - płyta Brewster's Rooster) słyszeliśmy także u boku Johna Surmana, w którego kwartecie zastapił samego Dave'a Hollanda; dalej Matta Morana na wibrafonie, którego gra jest kapitalna, nie słyszałem nic takiego od czasu Miltona Jacksona, Bobby Hutchersona i Gary Burtona; Tech Reichamn grający na akordeonie jest mi najmniej znany, w niczym jednak nie odstaje od doskonałego poziomu reprezentowanego przez resztę muzyków; wreszcie na koniec Chris Speed, którego najmniej chyba muszę przedstawiać polskiemu słuchaczowi, bo pojawił się na wydanej 4 lata temu doskonałej płycie Walk Songs u boku naszych Braci Olesiów.

Polecając Wam z całego serca tę doprawdy nadzwyczajną muzykę nie mogę się powstrzymać od kolejnych nasuwających mi się polskich asocjacji. Oto bowiem w tym roku za jeden z najciekawszych debiutów na naszej scenie jazzowej należy uznać nagrany przez formację z Lublina o nazwie Dwootho album Space Pressures. CD bez wątpienia warty uwagi także ze względu na to, że w czytelny spoób nawiązuje do stylu prezentowanego przez ów znakomity The Claudia Quintet:


 

14:25, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 grudnia 2010

James Moody lekko już zaznaczył swoją obecność na moim blogu http://kochamjazz.blox.pl/2010/06/James-Moody-The-Blues-And-Other-Colors-1969.html. Natomiast jest przepaść między jego nagraniem z 1969 roku, a ta płytą nagraną zaledwie 2 lata temu, w momencie gdy artysta świętował 84 urodziny. Podobnie jak powrót po latach Sonny Rollinsa tak i come back Jamesa Moody'ego niestety mnie nie przekonuje. Respekt mam wielki dla ich dokonań, natomiast na tle współczesnego jazzu ich muzyka brzmi już zbyt archaiczne.

Powiedziawszy wszystkie te straszne rzeczy zapraszam Was do obejrzenia tak jazzowego nagrania, że aż mowę mi odjęło jak je zobaczyłem, bo James Moody wyśpiewuje na nim (i to jak!) swój najsłynniejszy standard. Chryste chciałbym mieć takie luźne szelki jak ten facet!


18:54, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...