Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
środa, 31 marca 2010

Zastanawiałem się kilka tygodni jak przedstawić trębacza Charlesa Tollivera na moim blogu. Notki biograficzne, które znalazłem w Encyklopedii Jazzu czy w publikacjach anglojęzycznych nie zadowalały mnie. Wyliczały muzyków, z którymi współpracował, płyty, które nagrał, dodawały kilka słów o jego wykształceniu, ale nie trafiały w sedno. A tym sednem jest pytanie jak muzyk, który na tej choćby płycie, w wieku zaledwie 30 lat, z łatwością zebrał do JAZZU skład złożony z samych największych gwiazd tej muzyki w osobach pianisty Herbie Hanckocka, saksofonisty Gary Bartza, basisty Rona Cartera i perkusisty Joe Chambersa, nagle zniknął i pozostaje nieznany większości jazzowej publiczności jakby nigdy nie istniał?

W końcu natrafiłem na doskonały artykuł w JazzTimes z marca 2007 roku autorstwa Davida Frencha (http://jazztimes.com/articles/18592-charles-tolliver-it-s-time), w którym relacjonuje on swoją rozmowę z Tolliverem, do której okazją było nagranie przez niego nowej płyty With Love, którą jakby powstał dla światowego jazzu z martwych. Juz pierwsze zdanie tego tekstu uderza w sedno problemu, o którym pisałem wyżej, gdy Tolliver stwierdza:

"Nigdy nie zniknąłem. Zawsze tu byłem i grałem"

i dodaje z goryczą:

"Rozumiem (że to wyglądało jakbym zniknął). Ale ja po prostu nie nagrywałem z żadną dużą firmą i nikt ważny o mnie nie pisał. Po prostu robiłem swoje, szedłem prosto tam, gdzie należało".

A jakimi niestety krętymi ścieżkami chadza sława, uznanie publiczności i krytyków... Dlaczego nie potrafimy sami, świadomie i z serca wybrać naszej własnej muzyki, tylko słuchamy tego, co nam podsunie paru sprytnych "macherów od losu", umiejscowionych w radiu czy telewizji? Tak, pewnie jesteśmy zapracowani, zabiegani, umęczeni kłopotami dnia codziennego, upodleni ciągłą pogonią za dolarem, funtem cy złotówką. Do tego płyty są drogie jak cholera, bo chciwe i nigdy nie syte kasy jak Drakula krwi koncerny fonograficzne każą nam płacić horrendalne kwoty za płyty, które kochamy. Zresztą często nawet jak chcemy je kupić to i tak są niedostępne. Wciskają nam za to swoje ładnie opakowane gówno, muzykę bez smaku jak hamburgery w McDonaldzie i doprawdy niełatwo jest się przeciwstawić tym wszystkim barierom, ograniczeniom, trudnieniom. Ale warto :-)

Bo wtedy przychodzi taka chwila jak ta właśnie, gdy zmęczona życiem listonoszka przynosi opakowany szczelnie w papier winyl, stary, porysowany, z okładką w strzepach, który wszakże, gdy go odpalamy sprawia, że na chwilę można zapomnieć o "nieznośnej lekkości bytu", co tak dziwnie ciąży mi na sercu:


18:03, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 marca 2010

Po najnowszy, dwupłytowy, nagrany na koncercie w Dreźnie album Jana Garbarka sięgałem z pewnym wahaniem. Podobnie jak w przypadku wszystkich wielkich muzyków jazzowych, z którymi łączy mnie 20 albo i więcej lat znajomości. Po prostu boję się, że wylądują gdzieś na mieliźnie, że zabraknie im weny, wigoru by kolejny raz mnie zachwycić, by odkryć we mnie coś nowego, podtrzymać to uczucie, które nas łączy, niezwykłą relację twórca słuchacz. Na takiej mieliźnie znalazł się dla mnie kiedyś David Sanborn, a ostatnio Pat Metheny. I w Polsce nie mało takich historii by się znalazło, z których szczególnie mnie boli ta dotycząca Michała Urbaniaka, onegdaj przeze mnie ukochanego, a obecnie kompletnie zagubionego w rzeczach miałkich i nieistotnych. Na szczęście ich wielkie płyty z przeszłości pozostają i je chcę pamiętać. Co zaś się tyczy Jana Garbarka to nie musimy sięgać do jego starszych nagrań, bo nowe, jak choćby te właśnie, ktore tu omawiam, wcale nie są gorsze, a może nawet lepsze niż dawniejsze i w pełni mogą nas zadowolić.

Muzyka na albumie jest bardzo zróżnicowana, od czysto akustycznej po "ciężkie" w brzmieniu fusion, o wiele bardziej enegetyczna niż na płytach studyjnych, na których pojawia się Garbarek (znalazłem nawet informację, że jest to pierwszy album nagrany Live przez słynnego Norwega, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć). W kreowaniu tej twórczej i witalnej atmosfery pomagają temu wyśmienitemu saksofoniście pianista Rainer Nruninghaus, grający na kontrabasie Yuri Daniels, a przede wszystkim odprawiajacy prawdziwe czary na perkusji Manu Katche. Muzyka jest taka, że potrzeba dwóch lasek dynamitu, brunetki w typie Ani Przybylskiej i blondynki w typie Dody, naraz, by oderwać nas od słuchania, przerwać urok, który na nas niechybnie rzuci ta muzyka, jak tylko wejdziemy w posiadanie tych dwóch srebrnych krążków, za marne 102 złote za całość. Tym bardziej mam nadzieję docenicie ten oto darmowy klip z próbką muzyki z tegoż albumu, który wyszperałem dla Was na niezawodnym jak zwykle YouTube:



18:14, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 marca 2010

Ze zdumieniem stwierdzam, że ten kawałek ma prawie 10 lat! A naprawdę nic sie nie zestarzał. Dedykuję go bratniej muzycznej duszy ze wspaniałego bloga http://szulc888.blox.pl/html, z którego czerpię wiele inspiracji. Serdeczne pozdrowienia :-)))


09:40, trener66
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 marca 2010

Frank Morgan, w krótkim czasie, już po raz drugi gości na moim blogu. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo jego płyty nie należą do łatwych do zdobycia. Tym razem do naszych rąk trafił zapis skompilowany z kilku występów na żywo w słynnym nowojorskim klubie Jazz Standard, tym samym, w którym niedawno występował Mateusz Kołakowski z Davem Liebmanem (nota bene jedna z ciekawszych płyt roku 2009). Jak wielki dystans dzieli oba te nagrania! Nie mówię tu oczywiście o poziomie artystycznym, bo oba są doskonałe, ale o tym jak wielce różni się tradycyjny jazz jakim obdarzał nas Frank Morgan od jazzu awangardowego Liebmana i Kołakowskiego. Jednak łączy je tradycja, bo na obu płytach goszczą największe standardy jazzowe, a w przypadku płyty Morgana są to m.in. Georgia On My Mind, Summertime, All Blues, I Mean You, Round Midnight czy Equinox. Nie ukrywam, że Frank Morgan podbił moje serce, gra tak śpiewnie jakby sam Charlie Parker zstąpił do nas z Nieba by pocieszyć nas po tych wszystkich zmartwieniach, których nie szczędzi nam życie codzienne. Skosztujcie nieco tej słodyczy słuchając i oglądając klip z koncertu podczas którego Frank grał inny niezapomniany standard jazzowy Well You Needn't:


12:42, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 marca 2010

To kolejna płyta Quantic Soul Orchestra, której słucham i o której piszę na tym jazzowym blogu. Tym razem muzycy eksplorują bardziej klimaty zwiazane z Południową Ameryką. Twórca kompozycji i lider grupy Will Holland specjalnie przeniósł sie z Europy do Kolumbii, by nasiąknąć tamtejszymi hałasami i rzeczywiście płyta brzmi bardzo intrygująco, pozwala zanurzyć się nam w świecie macho w ciemnych okularach, kokainy i latynoskich piekności pięknych jak marzenie, lecz zdradliwych jak kobra.

Muzycznie zauważmy wysoką jakość gry tej orkiestry, potwierdzoną faktem, że wszystko jest zagrane na żywca, a nie zsamplowane i zmiksowane. Płyta jest hołdem dla rozkwitającegow tych rejonach w latach 70tych funku, który powinien być bliski każdemu jazzowemu sercu, bo stanowi jeden z ważnych dopływów tej wielkiej i pięknej rzeki jaka jest dziesiejszy jazzowy mainstream. W ogóle obiecuję wrócić niebawem na tym blogu do tych wspaniałych funkowych lat 70tych i ich prawie nieznanych bohaterów. A poniżej próbka radosnej twórczości TQSO:



14:46, trener66
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 marca 2010

Ta płyta ma już prawie 30 lat! Ech, jak szybko czas leci... Na takich właśnie płytach poznawało się ECM i ten zupełnie nowy jazz, jazz par excellence europejski, jakże inny od tego tworzonego po drugiej stronie Atlantyku. Czy to jest zaleta czy wada nie wiem, ale album brzmi jakby był nagrany wczoraj, a ponieważ tyle już o nim napisano, i grano już w tym stylu setki razy, zatem mogę sobie odpuścić wymyślanie orginalnych rzeczy na jego temat, post kończę pisać w stylu równie ekonomicznym jak muzyka na płycie i po prostu zapraszam na pełną zadumy, spokoju i niebiańskich dźwieków ucztę serwowaną przez wymienione wyżej trio:

20:58, trener66
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 marca 2010

Ci, którzy czytają mój blog wiedzą o tym: kocham muzykę, a szczególnie jazz. Ale Ci, którzy czytają go z pewną uwagą, i znajomością rzeczy, zauważyli na pewno, że najczęściej i najchętniej piszę o LUDZIACH jazzu. Nie ma w tym nic dziwnego, taki jest mój świadomy wybór, bo jazz jest dla mnie czymś ważniejszym niż tylko te czy inne dźwięki, jazz to pewien styl myślenia, ba, może nawet życia. Zresztą jestem pewien, że i inne osoby piszące o muzyce na blogach czy w innych miejscach zogodziłyby się ze mną: tu nie chodzi wyłącznie o gamy, nuty, dury i molle, w grę wchodzi coś ważniejszego. A dlaczego piszę o tym przy tej okazji? Bo chcę się podzielić następującym swoim przekonaniem: dobry jazz, w ogóle dobra muzyka, nie jest możliwa jeśli artysta, kompozytor, wykonawca, nie ma osobowości na tyle interesującej, by nią nasycić muzyczną formę. Tak jest właśnie w przypadku Matthew Shippa, który jest tak wybitnym muzykiem, że na naszych oczach dołącza do największych wirtuozów jazzowego fortepianu: Buda Powella, Theloniusa Monka, Cecila Taylora, Chicka Corei, by wymienić tylko kilku, z którymi łączą go najbliższe związki stylistyczne.

Osobowość i muzyka Matthew Shippa są tak dziwne i zaskakujące, że na pewno nie uda mi się napisać wszystkiego w tym jednym poście. Ja zetknąłem się z nim przed laty słuchając niewiarygodnie wręcz dobrych nagrań awangardowo i free jazzowych zespołów stworzonych w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku przez basistę Williama Parkera i saksofonistę Davisa S. Ware'a. Formacje te nigdy nie zdobyły wielkiej popularności, jak cały free jazz, nawet najwyższej jakości, pozostały zaklęte w niszy, która ma bardzo niewielu odbiorów. Jednak pomimo relatywnej ekskluzywności tej muzyki zmieniły bieg historii jazzu na taki jaki obecnie mamy, czyli w kierunku muzyki improwizowanej, a sam Matthew Shipp dzięki tej współpracy wykształcił swój niepowtarzalny i indywidualny styl, którego nowatorstwo wzbudza najwyższy mój zachwyt.

Płyta, którą tu obecnie prezentuję to najnowsze dzieło tego artysty, które stworzył wspólnie z basistą Joe Morrisem i perkusistą Whitem Dickeyem. Pomimo tego, że obcujemy tu z samą szpicą nowojorskiej (i światowej oczywiście) awangardy jazzu to najbardziej fascynującym aspektem tej płyty jest fakt, że równoczesnie śmiało można ją zaliczyć do jazzowego mainstreamu, bo muzyka wybrzmiewa pięknem, nie męczy, lecz raduje ucho i serce, chociaż żadna nuta, żaden akord nie składa się w tu znaną uprzednio formę, rytm cy melodię. Obecność na płycie dwóch nieśmiertelnych jazzowych standardów to jest There Never Will Be Another You i Someday My Prince Will Come stanowi potwierdzenie, że ów ruch w kierunku mainstreamu jest całkowicie świadomym zabiegiem artystów. Dla mnie to po prostu jedna z najważniejszych płyt zeszłego roku!

Poniżej próbka Matthew Shippa solo i okazja by go poznać podczas spotkania z wielbicielami jego muzyki:

06:58, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 marca 2010

To już kolejny wpis na temat Billa Frisella na tym blogu i na pewno nie ostatni. Jest to jeden z tych przykładów, gdy artystaznany i ceniony zarówno przez publiczność jak i krytykę w pełni zasługuje na te achy i ochy. Dźwięk gitary Frisella jest częścią historii jazzu podobnie jak trąbka Davisa, saksofon Coltrane'a czy fortepian Evansa. I choć w przeszłości jak i obecnie mamy sporo dobrych muzyków grających na tym instrumencie nikt moim zdaniem nie może się z nim równać. Bo nikt oprócz wielkiej muzykalności jak i pefekcyjnej techniki nie potraił ani nie potrafi jak on poruszać się z pełną swobodą od mainstreamu do awangardy, od rocka do country, jakby na świecie nie było nic łatwiejszego niż takie właśnie skakanie z jednej estetyki w drugą. Wszystko perfekcyjnie, wszystko twórczo, wszystko z tym nieomylnym znakiem undywidualnosci, której na imię Bill Frisell.

Vi

Tyle o Billu, ale jego postać nie powinna nam przesłonić innych muzyków grajacych na tych nagraniach, a są to:

Kenny Wollesen na perskusji

Tony Scherr na basie na dysku East

i Viktor Krauss na dysku West.

I grają po prostu bajecznie. I choć krytykowałem już na tym blogu Wollesena i Schera za wygłupy w formacji Sex Mob, które niezbyt przypadły mi do gustu, to tym razem słyszę ich w epokowym nagraniu, a ich stopień zgrania z Frisellem moge pórównać jedynie... no właśnie z czym? Chyba ze wspomnianym juz wyżej Billem Evansem i jego pierwszym legendarnym trio ze Scottem LaFaro i Paulem Motianem. I w ogóle jest dla mnie czymś niesamowitym po prostu, że ja, miłośnik czerwonego wina, pięknych kobiet i jazzowych trio z fortepianem w roli głównej, oto porównuję ten mityczny w swojej elegancji skład z trio, w którym zamiast fortepianu w roli głównej występuje gitara, do tego często elektryczna! Taka bowiem jest miara talentu owych muzyków, a zwłaszcza Billa Frisella, że sześć strun wystarczy mu za całą klawiaturę, która stoi do dyspozycji mistrzów fortepianu!

I tak mógłbym ciągnąć moja gawędę o tej płycie praktycznie bez końca. Bo przecież i o muzykach możnaby jeszcze długo i ciekawie opowiadać, a co dopiero jeśli wzięlibyśmy na celownik repertuar płyt, gdzie każdy utwór kryje dziesiątki i setki znaczeń, które z jakąż przyjemnością możnaby dyskutować. Takie są jednak wymogi bloga, że notka musi byc krótka, zatem dajmy przemówić muzyce, Panie, Panowie, na gitarze gra Bill Frisell, utwór czwarty z pierwszej płyty zatytułowanej West, o tytule Shenandoah:



07:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 marca 2010

No tak, ta płyta jest po prostu genialna. Dawno nie słyszałem Chicka Corei w takiej dyspozycji. Dość ciężko mi pisać, bo ilekroć wkładam tę płytę do mojego niezrównanego Marantza po prostu kopara opada mi ciężko na glebę i nie mogę jej za nic poruszyć ani o milimetr. Moja postawa wobec muzyki jest taka, że na każdej wysłuchiwanej płycie staram się przede wszystkim znaleźć coś dobrego. Ale tu nie muszę niczego szukać, tu WSZYSTKO jest dobre.

Odsłuch tej płyty nasuwa mi też pytania o tajemnicę jazzowego trio czyli fortepianu, kontrabasu i perkusji. Żaden inny jazzowy format nie porusza mego serca tak mocno jak ten właśnie skład. Być może dlatego, że hałas jest na tyle pod kontrolą, że z łatwością można śledzić linię każdego instrumentu i dociera do nas w pełni ich WSPÓŁGRANIE. W zadziwiający sposób dobre trio gra razem, ale jednak każdy instrument zachowuje swoją indywidualność. Niby razem, ale jednak osobno, to jest dla mnie tajemnica dobrego trio.

Na deser proponuję jak zwykle muzyczny akcent. Tym razem w postaci jednej z najbardziej znanych kompozycji Herbiego Hancocka zatytułowanej Spain. Na początku usłyszymy tu cytat z Concierto de Aranjues Joaquina Rodrigo, klasycznie zagrany, który następnie muzycy przekształcą improwizując w prawdziwą jazzową perłę. Warto posluchać!!!


08:11, trener66
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 marca 2010

Joshua Redman ma już 41 lat, ale ciągle sie o nim mówi jako o młodym zdolnym, nadzieji światowego jazzu i takie tam dyrdymały. Miał status jakim kiedyś cieszył się Wynton Marsalis czy "trzy nudziary" Diana Krall, Norah Jones i Cassandra Wilson. Jest to, mówiąc w skrócie, jazz na skrojony na użytek wielkich wytwórni płytowych i raczej mało ciekawy dla wyrobionego jazzowo słuchacza. Ile razy można słuchać Nory Jones? Zawodzi ona zawsze w ten sam sposób niestety. A kolejne płyty Cassandry Wilson? Przewidywalne do bólu. Nie mogą się one równać z taką chociażby Dee Dee Bridgewater, Diane Reeves czy nawet Patricią Barber. Ale miałem pisać o Joshua Redmanie, tym doprawdy wielce utalentowanym saksofoniście tenorowym, który jednak rozmieniał swój talent na rzekę dolarów, jak wiadomo, ostatnio coraz szybciej tracących na wartości... Tą płyta wszakże po raz pierwszy próbuje wkroczyć na tereny bardziej ambitne, porywa się na muzykę bardziej spontaniczną i improwizowaną. Zostawia za soba całą marketingową machinę i próbuje coś zrobić na własny muzyczny rachunek bez sztucznego dopingu różnych specjalistów od PRu robiących wokół niego niemożebny marketingowy hałas.

Jaki jest efekt? Ciekawy, ale bynajmniej nie wybitny i pokazujący, że Joshua Redman póki co raczej jakimś wielkim, przełomowym saksofonistą w historii jazzu raczej nie będzie. Pomysł płyty wszakże jest doskonały! Redman zatrudnił po dwóch specjalistów od kontrabasu to jest Larry Genadiera i Reubena Rogersa oraz dwóch perkusistów Briana Blade'a i Gregory Hutchinsona. Sa to panowie, którzy naprawdę wiele potrafią dobrego uczynić ze swoimi instrumentami. A tutaj w różnych konfiguracjach, od jazzowego trio po bardzo nietypowy kwintet, bawią się utworami całkowicie nowymi, z wyjątkiem interpretacji Sonaty Księżycowej Beethovena, chociaż w każdym utwórze wytrawne ucho miłosnika jazzu wychwyci liczne cytaty z dzieł tak różnych od siebie jazzmanów jak Thelonius Monk i Pat Metheny. Wszystko to jest bardzo charakterystyczne dla Redmana, który jest wielkim jazzowym erudytą, przy czym jest to jego PIERWSZA płyta, w której to wszystko ZACZYNA brzmieć świeżo i prowokacyjnie. Jakość gry muzyków i jakość nagrania jest KOSMICZNIE WYSOKA. Płyta nadaje się do wielokrotnego słuchania, wciąga jak ruchome piaski i daje nadzieję, że może jeszcze Redmanowi uda się uratowac duszę przed zaprzedaniem diabłom światowego rynku fonograficznego. Trzymam kciuki, bo szkoda byłoby, żeby ten ciekawy muzyk podzielił los takiego choćby Davida Sanborna, który tez zapowiadał się doskonale, ba, nagrywał płyty wybitne, ale potem zniknął nagle przywalony totalnie kupą zarobionych na smooth jazzie dolarów.

Poniżej, na klipie YouTube, Redman opowiada o swojej nowej płycie (dla tych co kumają po angielsku), a w tle slychać urywki muzyki z albumu:



11:43, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 marca 2010

Billy Higgins, jeden z najlepszych perkusistów w historii, odszedł od nas w 2001 roku. Ten album, składający się z dwóch płyt, jest ostatnim jaki tan muzyk nagrał przed śmiercią. W tej sesji towarzyszył mu wyłącznie jego długoletni przyjaciel i doskonały saksofonista amerykański Charles Lloyd. Nagranie odbyło się zresztą w jednym z pokojów w jego właśnie domu. Wspaniałe są te wielkie jazzowe przyjaźnie! Charles Lllyod zresztą celuje w nich. Pisałem juz na tym blogu o jego podobnej długoletniej relacji tyle, że z pianistą Malem Waldronem.

Jeśli zaś chodzi o samą muzykę to jest ona intrygującą. Mniej jazzowa niż możnaby się spodziewać, a bardziej eksplorująca wątki etniczne, zwłaszcza wschodnie. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, Wiemy, że Charles Lloyd jest praktykującym buddystą, a Billy Higgins był amerykańskim czarnoskórym wyznawcą islamu. Przyznajmy, jest w muzyce wschodu coś transcendentnego, coś duchowego, coś dającego duszy wytchnienie, czego w muzyce zachodu, nawet w jazzie, próżno czasem szukać. Sam John Coltrane zwrócił niegdyś wzrok jazzmanów w tym kierunku i od tej pory róźni kontynuatorzy jego przedwcześnie przerwanego dzieła podróżują ku tym pełnym tajemnicy klimatom. Czy to jest Bliski Wschód czy Daleki czy Afryka albo nawet Bałkany, zawsze chodzi o jakieś miejsce, lud, tradycję, gdzie bije jeszcze żywe serce muzyki, bliskie tajemnicy, duszy, bogom.

Patrząc z tego punktu widzenia płyta ta jest wyjatkowa. Muzycy bawią sie kilkunastoma egzotycznymi instrumentami, rzecz nie ma spójnej formy, ani konkretnego celu, do jakiego zmierza, jest poszukiwaniem kierunku, jak zresztą sugeruje tytuł albumu. Ale właśnie to jest czymś tak niespotykanym, że aż pięknym, bo czyż może byc coś bardziej zaskakujacego niż taka pokora, ciekawość i cierpliwość wobec dźwięków w obliczu, powiedzmy to wprost, śmierci? Dla mnie jest to osobiscie ważne przesłanie płynace z tej płyty i by zgłębić tę tajemnicę wracam i wracam do tej płyty. I staram się nauczyć tej zdumiewajacej niespieszności.

Na YouTube znajduje się, niewiarygodne wprost!!!, nagranie dokumentujace tą absolutnie wyjątkową sesję:


07:46, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 marca 2010

Cóż to jest w ogóle ten jazz? Niezwykle trudno jest podać jego definicję, określić jego granice, wyliczyć cechy nieodzowne by coś do jazzu zaklasyfikować bądź z niego wykluczyć. Bez wątpienia jednak jednym z takich najważniejszych wyróżników jazzu jest swing (pisał o tym niedawno Piotr Iwicki na swoim blogu http://jazzgazeta.blox.pl/2010/02/Porzuccie-wszelkie-kryteria-i-posluchajcie.html). A ten kojarzy się nam ze wspaniałymi orkiestrami jazzowymi, które jak grzyby po deszczu powstawały (i znikały) w Stanach Zjednoczonych w tych okrutnych i szalonych latach drugiej wojny światowej i powojennych. Jedną z takich orkiestr-legend był zespół Stana Kentona. Bardzo czesto zdarzało się, że brzmienie takiej orkiestry stawało sie rozpoznawalne, wyjątkowe dzięki wokaliście lub wokalistce, która na stałe była z taką orkiestra związana. W przypadku orkiestry Stana Kentona była to wielka Anita O'Day, która wszakże odeszła z grupy w 1945 roku, a zastąpiła ją właśnie artystka o pseudonimie artystycznym June Christy, która pod wieloma względami nie tylko dorównała, ale i przewyższyła swoją poprzedniczkę.

W latach pięćdziesiątych, chyba najlepszych dla jazzu, wzniosła śpiewania jazzowe na niewiarygodne wyżyny, a jej głos stał się dla cool jazzu tym samym co saksofon altowy Paula Desmonda, gitara Johnny Smitha czy fortepian Billa Evansa. Nie znajduję po prostu słów by wyrazić swój podziw dla tej artystki, której głos, styl, maniera stała się tak charakterystyczna i rozpoznawalna, że właściwie od razu kojarzymy ten styl ze swingiem i tą właśnie epoką w muzyce, z którą jest nierozerwalnie związana. Do dzisiaj jest obecna jako niedościgły wzór do naśladowania dla wielu wokalistek w najprzeróżniejszych gatunkach muzcznych, które świadomie bądź nie nawiązują do jej dziedzictwa.

A gdy w latach 60tych ubiegłego wieku jazz i swing odeszły w zapomnienie przynajmniej jeśli chodzi o masowe gusta muzyczne (bo przecież jazz przetrwał jako synonim awangardy i tego co kreatywne w muzyce w ogóle), to i June Christy zamilkła, tak piękna i niepowtarzalna jak cenny owad zaklęty w bursztynie, jakby w kapsule czasu, niezdolna by ze swoim głosem odnaleźć się w epoce rock'and'rolla i następnych. Umarła w czerwcu 1990 roku, pamiętana jedynie przez najbliższych i przyjaciół, a i my dzisiaj ją wspominamy, udowadniając tym samym, że prawdziwa sztuka nie zna żadnych granic, ani w czasie ani w przestrzeni. Poniżej genialny standard Theloniusa Monka Round Midnight w jej interpretacji, która jest moim zdaniem najlepszą wokalną wersją tego utworu jaka istnieje na tej planecie:

09:16, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 marca 2010

Powinniście posłuchać tej muzyki. To żadne podrabiane etno, ale najprawdziwszy afrykański blues, wykonany z maestrią jaką odnajdziemy u na przykład Johna Lee Hookera. Tak, to jest ta klasa. A jaki  jazzowy życiorys! W latach 60tych, tuż po odzyskaniu przez Mali niepodległości, Boubacar stał się bardzo znany, głównie poprzez występy w radiu, stał się bardem milionów Afrykańczyków w tym kraju, dumnych z odzyskanej wolności. Po czym przepadł bez śladu, przygnieciony biedą, kłopotami z utrzymaniem licznej rodziny, prozą życia, która dopadła go jak wściekły zwierz i trzymała w swym stalowym uścisku lat bez mała trzydzieści. Bo dopiero w roku 1987 pojawił się powtórnie publicznie we francuskiej telewizji, choć wielu sądziło, że dawno już nie żyje, a od roku 1990 zaczął nagrywać płyty i znów koncertować. Tym razem zła karta odwróciła się na dobre, przyszło wielkie uznanie, najpierw w Europie, potem w Ameryce Północnej i na całym świecie.

A jak wiele stracilibyśmy gdyby los nie ulitował się wreszcie nad tym zgnębionym materialnymi troskami artystą oceńcie sami słuchając tej jakże prostej piosenki, która jednak w interpretacji Boubacara Traore przemienia się w czarowne zaklęcie, które bez trudu przenosi nad w odległe kraje, gdzie lwy, gdzie żyrafy, gdzie słonie i dżungla:


06:51, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 marca 2010

Płyta dla miłośników Simona Greena, których jak się przekonałem nie brakuje wśród bloggerów piszących o różnych przejawach dźwiękochłonności ;-) Jest to bowiem przegląd perełek z płyty Animal Magic i utworów, które na tej płycie sie nie znalazły, zremiksowanych przez przyjaciół, doskonałych Djów w osobach Pilote, Joe Kennedy'ego, Amona Tobina czy wreszcie Quantica, którego płytę już wspominałem na tym blogu (http://kochamjazz.blox.pl/2010/01/Quantic-Presents-Flowering-Inferno-Death-Of-The.html).

Możecie oczywiście spytać jaki to ma związek z jazzem? Silny, moim skromnym zdaniem, bo jazz bardzo się otwiera na klimaty jakie znajdziemy na tym na przykład albumie, nawet w Polsce, czego dobry przykładem niech będzie nasz Contemporary Noise Quartet/Quintet/Sextet, na którego sobotnim koncercie w warszawskim POWIĘKSZENIU mam wielką nadzieję się znaleźć. "Zagranicom" zaś te przenikanie nikogo w ogóle nie dziwi czego ilustracją niechaj będą opisane przeze mnie akcje w rodzaju Bonobo miksującego utwory na płycie jednej z największych nadziei jazzu brytyjskiego to jest Nostalgia 77 Octet Bena Lamdina (http://kochamjazz.blox.pl/2010/02/Nostalgia-77-Octet-Borderlands-2006.html).

Muzycznym potwierdzeniem tych moich wszystkich wolnych skojarzeń niech będzie utwór Plug w miksie wspomnianego wyżej Quantica:


19:28, trener66
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 marca 2010

Nie jest chyba żadnym zaskoczeniem, że od czasu do czasu na tym jazzowym blogu odwiedzamy Południową Amerykę, a zwłaszcza Brazylię. Pomiędzy bowiem ojczyzną bossa novy i samby, a ojczyzną jazzu i bluesa istnieje silny i twórczy związek. Pod pewnymi zresztą względami muzyka brazylijska i amerykańska wykazują zaskakujące podobieństwo. W obu krajach tradycyjna muzyka jest niezwykle wprost zróżnicowana, co jest związane z wnoszeniem przez liczne grupy imigrantów różnych tradycji do kultury tych krajów. W obu też krajach istnieje spona mniejszość o pochodzeniu afrykańskim, które wzbogaca gatunki muzyczne spotykane w tych krajach o element ekstatyczny i rytmiczny, który je tak odróżnia od tradycjnej muzyki klasycznej obecnej na Starym Kontynencie.

Egberto Gismonti jest w tym kontekście wyjątkowym artystą, może mniej kojarzonym z muzyką brazylijską niż Antonio Carlos Jobim czy Astrud Gilberto, ale nie mniej ważnym, zwłaszcza, że mija właśnie 40 lat jego pracy artystycznej, począwszy od roku 1969 i jego debiutanckiej płyty, którą tu właśnie przedstawiam, a skończywszy na Saudacoes wydanej dla ECM w roku 2009.

Muzyka na tej płycie jest bardzo brazylijska i pozostaje w nurcie bossa novy, tej bardziej cywilizowanej i o lepszych manierach córy szalonej, wybuchowej samby. Podobnie jak jeden z najważniejszych twórców bossa novy Joao Gilberto, Gismonti śpiewa cicho i gra w stonowany sposób na swojej gitarze.  Na płycie naszą uwagę przyciągają doskonałe aranżacje i mistrzowskie wykorzystanie akompaniujacej orkiestry, której to sztuki Gismonti nauczył się w Paryżu studiując u boku legendarnej Nadii Boulanger i Jeana Barraqua, ucznia Schoenberga i Weberna (chociaż nie wiem co oni sądziliby o tej muzyce :-).

Jeśli zatem pamiętacie wspaniały film z końca pięćdziesiątych zatytułowany Czarny Orfeusz, będący genialnym przeniesieniem mitu o Orfeuszu i Eurydyce na grunt współczesnego nam Rio De Janeiro i pamiętacie przewodni motyw muzyczny z tego filmu, ukochany zresztą przez jazzmanów, to płytą na pewno się nie zawiedziecie. Poniżej nieśmiertlena scena z tego filmu, w której kluczową role odgrywa właśnie ta piosenka i w ogóle brazylisjka muzyka:


17:50, trener66
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...