Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
czwartek, 31 marca 2011

Tytuł albumu "The Empty Foxhole" czyli "Pusta lisia jama" jest cudownie dwuznaczny i można go tłumaczyć nieco bardziej odważnie, ba, obscenicznie! I równie dwuznaczna, odważna, obsceniczna jest nie tylko muzyka na tej płycie, ale i cała artystyczna koncepcja Ornette'a Colemana. Jeden z największych jazzmanów w historii, którego należy stawiać obok postaci tej miary co Thelonius Monk, Charles Mingus czy Miles Davis, za którego przykładem podążał sam wielki John Coltrane, budził tyleż podziwu co pogardy i trudno się dziwić, bo jego muzyka jest rękawicą rzuconą wszystkim takim mędrkom jak ja, zadufańcom, intelektualistom i krytykom. Grając na plastikowym saksofonie jaki można kupić w sklepie z dzięciecymi zabawkami, chwytając się trąbki i skrzypiec, o grze na których nie miał większego pojęcia niż piszący właśnie te słowa, obsadzający na perkusji, uwaga!, swego 10-letniego podówczas syna, Denardo, potrafił stworzyć album, który jest świetny, wywarł wpływ na historię jazzu i skutecznie oparł się upływowi czasu. Duża w tym zasługa trzymającego rytm Charlie Hadena na basie, bo Don Cherry grający na trąbce okazuje się tu nie mniej szalony jak sam Coleman.

A przypominam ten album, bo znajdująca się na nim kompozycja "Faithful", została wykorzystana przez Marcina Wasilewskiego na jego ostatniej płycie i sądzę, że warto posłuchać orginału, aby móc dobrze ocenić nagraną przez Wasilewskiego, Kurkiewicza i Miskiewicza wersję:

środa, 30 marca 2011

Nareszcie dzień wolny! Poświęcę go zatem...wytężonej pracy nad jazzem ;-))) Ale mam ochotę zacząć dzień lekko i radośnie: na swingującą nutę. A kto może w taki nastrój wprowadzić lepiej niż Stan Kenton i jego Orkiestra? Zatem słucham sobie tej wspaniałej muzyki jednocześnie nieśpiesznie snując gawędę na temat tej postaci w oparciu o bardzo ciekawy cykl artykułów na stronie Jazz Profiles.

Dowiaduję się z niego, że orkiestra ta istaniała w latach 1941-1979 czyli prawie 40 lat! Zaczęli jeszcze w latach 40tych czyli w erze swingu, ale świetnie odnaleźli się także w latach 50tych, ponieważ orkiestra została sformowana orginalnie w Kalifornii, czyli na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych i to właśnie w niej szlifowali swoje brzmienie najwięksi muzycy kojarzeni z west coast jazzem czyli Art Pepper, Stan Getz, Shorty Rogers, Bud Shank, Laurindo Almeida (ach, te wpływy latynoskie).

Wszakże w tym okresie, z którego pochodzi ta płyta, czyli w roku 1953, orkiestra ogrywała głównie aranże napisane przez Gerry Mulligana, Billa Holmana i Billa Russo, a zatem swingowała jak sam diabeł wcielony, a muzyka była bardzo taneczna, melodyjna i wpadająca w ucho. Wśród artystów, których możemy usłyszeć na tym nagraniu warto wymienić przede wszystkim Lee Konitza, Maynarda Fergussona i Conte Candoli (odmiana jego nazwiska przez polskie przypadki sprawia mi zbyt wielką trudność tego pogodnego ranka ;-)))

A teraz meritum sprawa czyli piosenka z tej płyty:


poniedziałek, 28 marca 2011

Słabo jest, gnie mnie do ziemi nieznośna lekkość bytu, sięgam zatem po jazz, gdy już inne piguły nie działają. Odrzucam na bok czas, miejsce, to co wiem i co mi się wydaje: organizuję walczące o przetrwanie resztki mojej egzystencji wokół dźwięku gitary Granta Greena. Jego głos jest unikalny, niepodobny do nikogo, jak to często piszą krytycy jazzowi, jego własny. Mogę bez problemu rozpłynąć się w nim, jak kawałek cukru w gorącej herbacie, bo kim jestem, zeschniętym liściem na progu wiosny.

Tło dla Granta tworzą Yusef Lateef grający na saksofonie tenorowym i flecie, Al Harewood na perkusji i Jack McDuff na organach Hammonda. Ten skład może nie dokonuje tu przełomu w jazzie, ale jest to charakterystyczne dla Blue Note najwyższej jakości bopowe granie, które wprawia rozum i serce w bardzo przyjemne rozkołysanie.

A jako wisienkę na torcie proponuję wersję "My Funny Valentine" w wykonaniu tych panów, jedną z najlepszych jakie słyszałem w życiu:

sobota, 26 marca 2011

Kilkanaście kilometrów dzielące egipską Tabę od jordańskiej Akaby pokonuje się w pół dnia. Dlaczego? Bo po drodze jest Izrael. Przejście graniczne po egipskiej stronie to cały ten kraj w pigułce: piękne krzewy i drzewa, a na nich pachnące nieziemsko kwiaty, w których tonie posterunek wyglądający, jakby miał się zaraz zawalić. Izrael to zupełnie inna bajka. Wszystko tu nowoczesne i dobrze zorganizowane, jak na amerykańskim lotniskowcu, który jakimś cudem zarył dziobem w środku najbardziej suchej z arabskich pustyń. Kiedy wreszcie po długich godzinach oczekiwania w bezczynności, rewizjach i pytaniach o cel wyprawy, dotarliśmy do Akaby, przygniótł nas tak potworny upał, że aż zatykało dech w piersiach. Bo Akaba to jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi. Temperatura przekraczała 50 stopni. Przeszedłem w inny stan skupienia. Przestałem być białym człowiekiem. Musiałem odrzucić tę rasową tożsamość. Powyżej 50 stopni okazała się ona fikcją.

W czasie, gdy reszta wycieczki zaszyła się w hotelu, a dokładniej pod prysznicem - jedynym działającym urządzeniem  przynoszącym złudzenie ochłody, ja udałem się na bazar. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, wzywała mnie pustynia. Wiem, brzmi śmiesznie, ale tak było. Oczami wyobraźni widziałem, jak T.E. Lawrence zbiega tu z gór, prowadząc korowód wielbłądów w karmazynowych czaprakach.

Postanowiłem napić się kawy. Dostałem filiżankę świeżo zmielonej arabiki z obfitą domieszką kardamonu. Upał i ta upiornie mocna kawa wyostrzyły moje zmysły do ostateczności: wtedy usłyszałem muzykę… Cały bazar nią rozbrzmiewał, każdy sklep był pełen dźwięków niczym miniaturowa muszla koncertowa, chodziłem od jednego do drugiego, łowiąc dźwięki. Szybko uznano mnie za szaleńca, który stracił rozum pod wpływem tego nieznośnego upału. Zamiast bowiem targować się o cenę chlebów, przypraw, koszul czy butów, pytałem sprzedawców, co za muzyka rozbrzmiewa z ich straganów i gotów byłem słono płacić za należące do nich kasety i płyty CD.

Zewsząd dobiegały mnie zmieszane ze sobą dźwięki arabskiej perkusji, wprawiającej moją duszę w przypominający taniec derwiszów transowy wir, oraz dudnienie muzyki ludów z Czarnego Lądu, której ekstatyczny charakter przyprawiał mnie o zawrót głowy. Pod sklepieniem nieba zaczęły drżeć błyskawice, nadchodziła tak rzadka na pustyni burza. Tylko w mojej głowie rozbrzmiewał jeszcze jeden niezwykły dźwięk, wśród tej bujnej jak dżungla i gorącej jak pustynia rytmicznej wegetacji – zimny jak lód fortepian.

Kiedy  wracałem do Sharm-EL-Sheikh, izraelska straż graniczna skonfiskowała cały, z takim trudem zdobyty zapas muzycznych skarbów z akabańskiego bazaru. Nie spodobały im się arabskie napisy na płytach i kasetach, może podejrzewali, że jestem kurierem Al-Kaidy? Wrażenia tej niezwykłej chwili uleciały- jak mi się zdawało- na zawsze. Aż do niedawna, gdy w moim odtwarzaczu znalazła się wydana w 2009 roku płyta niemieckiego pianisty Joachima Kühna „Out of Desert”.

Nagrana z towarzyszeniem marokańskiego wirtuoza oud i guembri Majida Bekkasa i hiszpańskiego perkusisty Ramona Lopeza, jest ogromnym krokiem naprzód Kühna  po pierwszym albumie tego trio, czyli wydanej w 2007 roku „Kalembie” i po wcześniejszym „Journey To the Centre of the Egg”, nagranym z udziałem Libańczyka Rabiha Abou-Khalila w 2006, które i tak były już świetne. Przełomem jest sięgnięcie przez Kühna nie tylko po muzyków arabskich, ale i głębiej, do dźwięków Afryki subsaharyjskiej, reprezentowanej tu przez pochodzącego z Beninu Bessana Josepha Kouassi i jego towarzyszy. Płyta ta udowadnia, że Kühn osiągnął status artysty wyjątkowego, tworzącego własną muzykę, mającego za nic granice gatunków i nadawane przez krytyków etykietki. Jest równie inspirujący, gdy - jak tutaj - przetwarza to, co zwykle kojarzymy z world music, czy kiedy idzie pod rękę z awangardą w swoich płytach nagranych z udziałem Daniela Humaira, Tony Malaby’ego czy w niezapomnianym duecie z Ornettem Colemanem. Ale równie dobry jest także, gdy płynie bliżej głównego nurtu, jak na płytach w trio z Michaelem Wollnym i Heinzem Sauerem czy wreszcie wtedy, gdy daje wyraz swojej miłości do muzyki klasycznej, jak na solowym „Allegro Vivace”. Krótko mówiąc, album z tych, które - gdy ich słuchasz-wywołują myśl: chciałbym być tam, gdzie ci chłopcy grali i tańczyć!

piątek, 25 marca 2011

Uwielbiacie swoją pracę? Żyjecie nią? Nadaje ona sens Waszemu życiu? Badania naukowe pokazują, że należycie do mniejszości (ponad połowa Polaków nienawidzi swojej pracy) bowiem większość z nas przychodzi po pracy zmęczona, sfrustrowana, zestresowana. Całe szczęście jest jazz, muzyka którą stworzyli czarni mieszkańcy Ameryki Północnej, a której korzenie sięgają pól bawełny, w pocie czoła obrabianych przez niewolników z Afryki. Kolor skóry dzisiaj już nieco inny, ale pola ciągle te same, a i system zmienił się trochę, ale czy znowu aż tak wiele?

Oprócz kapitalnego jak zwykle Maxa Roacha na perkusji znajdziecie na tym nagraniu miedzy innymi Charlesa Tollivera na trąbce, Billy Harpera na saksofonie tenorowym, Gary Bartza na altowym, a także  Stanleya Cowella na fortepianie i Jymie Meritta na basie. Nagrana w roku 1968 płyta ta ma ten typowy dla postbopu transowy charakter, zwiastujący nadciągającą epokę fusion, ale buja się to jeszcze jak Pan Bóg przykazał, usatysfakcjonowani zatem winni być zarówno jazzowi tradycjonaliści jak i miłośnicy jazzu patrzący w jego awangardową przyszłość ..

Krótko mówiąc, album (doskonały zresztą) dedykuję wszystkim szczęśliwym z powodu piątkowego popołudnia, które zwraca nam wolność od tego kieratu zwanego czasami nazbyt dumnie pracą.


czwartek, 24 marca 2011

W tej notce opieram się na tekście o tej płycie pióra Marca Carrotto zamieszczonym na portalu allaboutjazz, gdzie czytamy, że zespół ten powstał w roku 2008, aby zebrać pieniądze niezbędne na pokrycie kosztów leczenia Andrew D'Angelo, kolegi grających na tej płycie Jima Blacka (perkusja) i Trevora Dunna (bassisty). Stąd też nazwa zespołu, którą tłumaczyć można jako: "Zagrożona Krew". Do współpracy w tym projekcie zaprosili oni Chrisa Speeda (saksofon tenorowy), którego pamiętamy ze świetnej płyty "Walk Songs" nagranej w roku 2006 z naszymi braćmi Olesiami i Oscara Noriegę (saksofon altowy i klarnet basowy).

Najlepiej mi są znani z tych muzyków Jim Black, o którym pisałem już wiele, wiele razy na tym blogu, a Chrisa Speeda śledzę także już od czasu jego wspólnej gry z Olesiami, gdzie wykonał wręcz doskonałą pracę. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem jest tu gra nieznanego mi bliżej Noriegi, który przyprawił mnie o zachwyt, o zawrót głowy, ma on bowiem rzadką umiejętność łączenia awangardowej ekspresji ze zdolnością do wywoływania subtelnych i stonowanych emocji. Zbliża go do stylu wielkiego Jimmego Giuffre, do którego nawiązuje nie mniej udanie niż Wacław Zimpel czy Rudi Mahall (z płyt, kótre ostatnio słuchałem, a które wywarły na mnie wielkie wrażenie to jest "Hery" i "7" formacji Der Rote Bereich). Gra na basie nie odbiega od wysokiego poziomu pozostałych muzyków, a bas tętni i dudni jak stado ogierów pędzących sawanną za młodą i ponętną klaczką.

A wracając to tekstu Carrotto poświęconego tej płycie, to podoba mi się bardzo jego konkluzja, którą pozwolę sobie przytoczyć: "Endangered Blood wskazuje na obecne, eklektyczne stadium w rozwoju muzyki awangardowej zwanej niegdyś jazzem. Kurz po bitwie już opadł, a to co pozostało jest wysoce zindywidualizowanym i jednocześnie bardzo atrakcyjny brzmieniem". Lepiej prawdopodobnie sam bym tego nie wyraził...


Uwielbiam brzmienie orkiestry Stana Kentona - jest to leganda jazzu i słusznie. Jest coś w tych starych big bandach: optymizm, radość życia, seksapil. Dodatkowym atutem tego nagrania jest obecność June Christy, o której pisałem już kiedyś wyczrpująco tutaj. A poza nią odnotujmy w składzie orkiestry muzyka tej miary co saksofonista altowy Charlie Mariano. A Four Freshman? To zespół wokalistów towarzyszących Kentonowi na tej płycie. Krótko mówiąc, Ameryka i amerykański jazz ze swoich najlepszych lat...


środa, 23 marca 2011

 

Moje kolejne spotkanie z Joelle Leandre, po omawianej kilka miesięcej temu płycie "Passagio" (2002), nie jest przypadkowe: ta artystka angażuje się tylko w projekty najwyższej jakości. Tym razem pojawia się znowu w towarzystwie wyśmienitych muzyków, tj. perkusisty Christophe'a Margueta i operatora brzmień komputerowych Joela Ryana; sama Joelle gra na kontrabasie. Wszakże dla mnie szczególnie interesującą postacią jest skrzypek Mat Maneri, bo jestem ostatnio na etapie orientowania się w tym co piszczy obecnie w trawie jeśli chodzi o jazzowe skrzypce.

Ale właśnie czy jazzowe: oto jest pytanie... W tym nagraniu bowiem, jak na mój gust, naprawdę bardzo życzliwy dla wszelkiej awangardy, mówienie o jazzie jest czymś naciąganym. Stawia to na wokandzie odwieczne pytanie: co jest jazzem? Gdzie się kończy i zaczyna ów fenomen? Na "głowę" niestety nie potrafię tego wytłumaczyć, ale "serce" swoje wie: to jest bardziej awangardowa muzyka poważna niż jazz. Brakuje mi odwoływania się do jazzowej tradycji, a tę cechę uważam za niezbędną jeśli chcemy zaliczyć jakąś muzykę do tego gatunku jakim jest jazz.

Pozostawiając jednak na boku kłótnie o etykietki należy podkreślić, żee muzyka jest zjawiskowa, ale trudna, bardzo trudna do ogarnięcia. Spośród wielu innych albumów awangardowych wyrożnia ją krystaliczna czystość dźwięków, znamionująca najwyższą jakość wykonania i tę cudowną świeżość jaką ma tylko wybitna muzyka. Płyta warta wielokrotnego odsłuchu, gdzieś w zaciszu górskich szczytów, na których hulają wiatry bezlitośnie zimne, ale jednocześnie sięgające swym podmuchem podnóży samego Nieba.`

Wracając do Mata Maneri to jego gra jest na tej płycie intrygująca, ani na moment nie przestaje być członkiem zespołu, ale pozostawia wyraźne piętno na muzyce jaką znajdziemy na tej płycie, operując dźwiękiem pełnym dysonansów, lecz wspaniale sharmonizowanym z resztą instrumentów pochłoniętych mikrotonalnymi harcami z ciszą.

Tylko dla orłów, ale warto...

Posłuchajcie szóstego utworu z płyty zatytułowanego "Tulips", zapierającego po prostu dech w piersiach!!!


Bardzo lubię i cenię muzykę Bliskiego Wschodu: ma ona w sobie niepowtarzalny ładunek rytmiczny, który my, Europejczycy, przyswajamy sobie od niedawna, gdzieś od czasów Strawińskiego i Bartoka, no i od czasów jazzu oczywiście. Ale to co dla nas jest eksperymentem (chociaż bardzo ciekawym i twórczym) dla nich, podobnie jak dla Afrykanów, jest samą istotą ich muzycznego języka. Dlatego dźwięki jakie płyną z tamtych stron, bardzo mnie interesują, a kiedy słucham artystów wybitnych, niekiedy wręcz zachwycają.

A na tej płycie mamy okazję spotkać się z Majidem Bekkasem, który gra na oud i guembri (arabskie instrumenty strunowe), postacią bardzo znaną i cenioną w swoim rodzinnym Maroku. Chociaż jest klasycznie wykształconym muzykiem arabskim, studiował na konserwatorium w Rabacie, to poświęcił wiele uwagi muzyce Gnawa, która funkcjonuje w Afryce subsaharyjskiej na pograniczu afrykańsko-berberyjsko-arabskim i jest czymś więcej niż tylko muzyką, bo łączy się ściśle z tańcem, a nawet z miejscową terapią jako środek na ukojonie zbolałej duszy. A ponieważ mi się to akurat bardzo przyda, po kilku dniach wyczerpującej pracy, zatem dzisiejszego ranka postanowiłem spróbować sobie tych afrykańskich czarów...

Poza Bekkasem na płycie występują wspaniały awangardowy pianista Joachim Kuhn (jako, nie ma co ukrywać, główna postać) i doskonały hiszpański perkusista Ramon Lopez, który radzi sobie z orientalnymi rytmami nie gorzej niż nasz Krzysztof Dziedzic na równie doskonałym i przesyconym klimatami world music albumie Adama Pierończyka "El Buscador", wydanym w zeszłym 2010 roku.

Podsumowując, już od wielu lat obserwuję uważnie romans  Joachima Kuhna z muzyką Orientu, najpierw u boku libańskiego wirtuzoa oud, Rabiha Abou-Khalila, na takich płytach jak "Journey to the Centre of the Egg", a teraz razem z Majidem Bekkasem, i przekonuję się, że mieszanka orientalno-europejska nie musi być wcale banalna, wtórna i nastawiona jedynie na kasę. Brawo i wkrótce tekst o ich następnej, jeszcze lepszej płycie, zatytułowanej "Out of Desert"...

Ostatni utwór z tej płyty "White Widow" w wersji koncertowej:



niedziela, 20 marca 2011

W którejś z poprzednich notek pisałem na temat płyty „7”, nagranej przez formację Der Rote Bereich z  grającym na perkusji Oliverem Stiedle, dla którego finezji po prostu nie byłem w stanie znaleźć słów. A teraz chciałbym zwrócić Waszą uwagę na kolejną płytę, na której perkusja jest w roli głównej, tylko że tym razem gra na niej Tiziano Tononi.  I tu jazz, i tam jazz, free, improwizacja, awangarda z najwyższej półki, ale jakże kompletnie różne podejścia do rytmu! U Stiedla rytmy są postrzępione jak pajęczyny u schyłku babiego lata, u Tononiego ustrukturyzowane, uporządkowane jak w fabryce Forda. A wydawałoby się to zupełnie niezgodne z ich narodowymi charakterami! Co za perkusiści, co za jazz, co za odmienne podejścia do bębnów we free! 
Oczywiście to nie wszystko, co czeka Was na tej płycie. Otóż są w jazzie nazwiska, które działają na mnie jak czerwona płachta na byka. Pharoah Sanders, Wadada Leo Smith,  David S. Ware, William Parker. Mój Boże! Od wielu już lat atakuję niemal każdą ich płytę w nadziei, że w tych doskonałościach znajdę wreszcie jakąś rysę. Ale nic z tego! Zwykle po kilku przesłuchaniach leżę i kwiczę z podziwu, jak byk przebity srebrną klingą szpady torreadora, ukarany przez Muzy za mą nadmierną pychę. Czy tym razem będzie podobnie, bo przecież wymienionemu przeze mnie wyżej Tiziano Tononiemu i młodemu skrzypkowi włoskiemu Emanuele Parriniemu towarzyszy  grający na kontrabasie sam wielki William Parker właśnie?
Jeśli chodzi o muzykę, jaka znajduje się na tej płycie, to punktem wyjścia dla niej jest Leroy Jenkins, dla którego album ten jest rodzajem trybutu. Jenkins to legendarny amerykański skrzypek jazzowy, który działał na awangardowej scenie chicagowskiej, był w AACM, grał z Anthony Braxtonem, założył formację z udziałem Anthony Davisa i Andrew Cyriila, a potem koncertował z Cecilem Taylorem. Szukając inspiracji, skrzypkowie często oglądali się na dominujących w jazzie saksofonistów, a niektórzy, jak chociażby nasz Zbyszek Seifert, łączyli grę na obu instrumentach. Jednak Jenkins, idąc śladem Trane’a, nawiązywał głównie do tego okresu jego twórczości, gdy ten  współtworzył free jazz. To właśnie dlatego na płycie tej, obok oczywistych nut bopowych (zwłaszcza w pracy perkusji), pełno jest brzmień coltranowskich z tamtego okresu, muzyki transowej, pełnej niczym nie skrępowanych improwizacji, akcentów folkowych, w tym szczególnie tych z muzyki orientalnej. Ostatnim źródłem inspiracji, które ma niebagatelne znaczenie dla brzmienia muzyki na tej płycie, są włoskie tradycje muzyki improwizowanej, uosabiane tutaj przez takie formacje, jak Nexus i Italian Instabile Orchestra. W ogóle Włosi byli bardzo gościnni wobec amerykańskich jazzmanów, nie tylko tych zajmujących się muzyką improwizowaną, umożliwiając im przetrwanie w trudnych latach 70tych i 80tych, gdy w USA królowała czarna muza spod znaku Motown Records, a potem rapu. Katalogi  takich małych, rodzinnych, włoskich wytwórni jazzowych, jak Red, Black Saint, Soul Note, Philology, CAMjazz czy słynny Splas(h), by wymienić tylko kilka najbardziej znanych, kryją prawdziwe perły… amerykańskiego jazzu! Włoska awangarda powstała pod wpływem nagrywających w Italii muzyków zza Oceanu, a płyta ta jest rodzajem hołdu dla trwających wiele już lat związków między jazzem amerykańskim a włoskim. Hołdem najlepszym z możliwych, bo wyrażonym muzycznym językiem dnia dzisiejszego, inspirowanym tradycją, ale spoglądającym w przyszłość. 
No to może na zakończenie jeszcze słów kilka o obecności Wiliama Parkera na tej płycie? Cóż, leżąc na boku, w kałuży krwi, na wysypanej białym, morskim piaskiem arenie, słyszę grzmoty oklasków i wiwaty na jego cześć. Od potężnego, zwieńczonego rogami ciała odrywa się moja dusza, mówiąc słowami Hadriana, „animula vagula blandula”, której wznoszeniu się ku Niebu („Ascension”…) oprócz smutku towarzyszy jednak zachwyt, zwłaszcza gdy słucham niezwykłej wersji „Naimy” Coltrane’a, którą znajdziecie ukrytą, jak perłę w muszli, w utworze czwartym na tej godnej uwagi płycie.

Nie znalezłem na TouTube żadnego filmiku z muzyką z tej płyty, ale jak chcecie posłuchać jak mięsisty jest bad Williama Parkera to bardzo proszę:


sobota, 19 marca 2011

Wydana wkrótce po wzmiankowanej tutaj płycie "Pieces For Bandoneon", zawiera podobną muzykę, nagraną z wykorzystaniem akordeonu Alfredo Pedernery, któremu akompaniują: Evan Lurie na fortepianie, John Beal na basie, Marc Ribot na gitarze oraz Jill Jaffe na skrzypcach i altówce. Najmocniejszym akcentem muycznym na płycie jest "Tarantella" znana miłośnikom zespołu The Lounge Lizards, który to wyśmienity zespół założył Evan ze swym bratem Johnem. Ale temperamenty artystyczne braci Lurie dzieli przepaść, bo "Tarantella" nie ma nic wpólnego z klimatem pozostałej części płyty: stonowanym, rzewnym, introwertycznym. A może to wyraz smutku po rozpadzie Salonowych Jaszczurów albo po prostu przyszedł czas na zmiany, jak to w życiu bywa...?

W każdym razie chociaż muzyka Evana jest w charakterze zupełnie inna od psychodelii i ekstrawertyzmu zespołu, który współtworzył razem z bratem, to muszę przyznać, że jest poruszająca, w każdym razie o wiele bardziej niż wspomniany poprzednio album (chyba jego pierwszy jako lidera własnej formacji?), który pozostawił mnie, szczerze mówiąc, letnim...

Posłuchajcie wspomnianej wyżej "Tarantelli". Och, ale moc!!!


"I lubię trip hop, proszę księdza" - tak mogłoby brzmieć moje jazzowe wyznanie win. Zwłaszcza jeśli jest to trip hop, nieziemski, kosmiczny, odjechany, odrealniony, pełen dźwięków jakby z marzeń sennych. Ale takich dobrych nagrań jest cholernie mało. Najczęściej są to płyty, na których jest jedna dobra piosenka i to wszystko. Niemniej czasami dla tej jednej piosenki warto było się skusić. Pamiętacie na przykład taki zespół jak Smoke City i wielki przebój zatytułowany "Underwater Love" w wykonaniu Niny Mirandy? Jeśli nie pamiętacie to nabierzcie powietrza w płuca i zanurzcie się w oba te kawałki: najpierw "Underwater Love", a potem "Purple"  z płyty Bloom bandu o nazwie Incrustation (panienka niemiłosiernie fałszuje, ale klimacik nagranie ma jakiś taki wciagajacy...).



Zaczynam poszukiwania dzisiejszej muzy: na początku raczej "szczał w płot"...

Stany czasem mnie zadziwiają! Na przykład taki Rob Mullins: kto to do cholery jasnej jest? A natrzepał tam z kilkadziesiąt albumów, smoothjazzowych strasznie, popatrzcie na jego minę na tej płycie: przypomina mi pyski naszych gwiazd disco polo. I ten koleś, wyobraźcie sobie, został któregoś roku nominowany do Nagrody Grammy za jakąś swoją kompozycję! O co tu kaman? W kraju Coltrane'a, Davisa i Evansa? W pale się nie mieści...

Posłuchajcie tego chłamu...(w którym wszakże jest jakiś kiczowaty urok ;-)



piątek, 18 marca 2011

Wiem, że na ten blog zaglądają nieraz wielbiciele tej kapeli (pozdrowienia dla Foxy Grun - kobiety fusion ;-), do której ja przekonałem się późno, ale którą od tamtej pory darzę gorącym uczuciem. Pisałem już na tym blogu o ich płycie zatytułowanej "Queen of All Ears", która należy do moich ulubionych, a ta, którą dzisiaj Wam przedstawiam jest jeszcze lepsza!

Jak wiadamo spiritus movens tego bandu był zawsze muzyk, aktor, malarz i ćpun John Lurie. Jeśli nie oglądaliście jego obrazów (są świetne), nie słuchaliście jego muzyki (gra na saksofonie i skomponował wszystkie utwory na tej płycie), to najprawdopodobnie pamiętacie go jako aktora w jednym z trzech kultowych filmów Jima Jarmusha: "Inaczej niż w raju", "Poza prawem" lub "Nieustających wakacjach". Natomiast na tej płycie zwraca uwagę doborowy skład jaki udało się Luriemu zebrać: no bo nazwsko gitarzysty Marca Ribota mówi przecież samo za siebie, a ponadto grają równie wyśmienici Roy Nathanson na saksofonie altowym i tenorowym, Curtis Fowlkes na puzonie, Evan Lurie (brat Johna) na fortepianie i E.J.Rodriguez na perkusji.

A jakaż to jest muzka? No cóż, dla niektórych zapewne niestrawna, bo aby czerpać z niej przyjemność, trzeba czuć i lubić psychodeliczne klimaty. Co to właściwie jest ta psychodelia? Ja na przykład nigdy nie ćpam i nigdy nie ćpałem, ale lubię ów klimat, bo nie jest on dla mnie sesu stricto związany z braniem narkotyków, chociaż Lurie brał bardo dużo i od tego zwariował. Siedzi w domu i od lat nic innego nie robi tylko maluje i mówi wszem i wobec, że jest chory umysłowo. Może to tylko gra z jego strony? Wracając do psychodeli to jest w niej taki oto haczyk, że nieraz ona uświadamia mi totalnie odrealniony charakter czegoś co zwykle traktujemy jako rzeczywistość. Pamiętacie Matrix? Dwie tabletki? Ta muzyka jest jak ta, po której Neo się przebudził...

Tytułowa ścieżka ;-)

PS. A oto jak powinien brzmieć profesjonalny, a nie taki jak mój, gówniany, tekst o muzyce tego wspaniałego bandu:

"Meandryczne repetytywne frazy saksofonu o wyraźnie dalekowschodnim charakterze wskazujące na inspiracje muzyką z tamtego regionu, przy użyciu bogatego zestawu perkusyjnego muzyka zyskuje latynoskie zabarwienie, pogłos na gitarze pogłos na saksofonie wprowadzają ambientową aurę, funkujący bas organizuje to wszystko, partie fortepianu przywodzą na myśl muzykę klasyczną ale i Kurta Weilla, muzyka na tej płycie to materiał do badań muzykologicznych, spory wpływ na jej powstanie mieli sami muzycy którzy tworzyli nowojorską scenę downtown i jej eklektyczny charakter Arto Lindsay choćby, gitara Marca Ribot tak mocno już zawsze będzie zbliżała nas do nagrań Toma Waitsa i może mniej w tej muzyce Harry'ego Partcha jak na płytach Waitsa z lat 80tych, ale wyraźny wpływ płyt Toma jest widoczny, nie Marcin ja nie chciałem skrytykować Twojego pisania tylko, że coś ma halucynacyjny charakter tak mi się wydaje nie musi mieć wcale związku ze środkami odurzającymi a z techniką kompozytorską użyciem efektów harmonicznych technicznych swoistym odczuwaniem pewnych brzmień , myślę że Lurie aniołkiem nie był i nie jest, ale takie określenie było kiepskie."

Autor tekstu: Marek Luebner


czwartek, 17 marca 2011

Stefano Bollani był chyba ostatnio w POlsce i grał w Wawie razem z Enzo Ravą. Niestety nie byłem na tym koncercie. Częściowo może dlatego, że chociaż doceniam klasę Bollaniego i przepadam za włoskim jazzem, to jednak akurat jego styl niezbyt przypada mi do gustu. Nadto jest dla mnie chłodny, zbyt akademicki, zbyt wirtuozerski. Wszakże płyta bez wąpienia zła nie jest, nie zdziwię sie zatem, gdy wielu wiernych znajdzie słuchaczy...

PS. Dodajmy, że Bollaniemu towarzysza doskonały basista Scott Colley i perkusista Clarence Penn.

Drugi utwór z tej płyty, brzmi naprawdę spoko:


17:24, trener66
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...