Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
czwartek, 29 marca 2012



Jerzy Mazzoll - bass clarinet, a, b, c clarinets

Sławek Janicki - double bass

Qba Janicki - drums, electronics


Minimalover (2012)

Mazzoll, jeden z ojców założycieli yassu i legenda polskiej awangardy, nie lubi bardzo kiedy tak się o nim mówi. Lubi patrzeć w przyszłość, urodzony w 1968, ma przecież dopiero nieco ponad czterdziestkę. I oto wraca po sześciu latach od ostatniej płyty i zapowiada aż dwa albumy w tym roku, z których pierwszy ukazuje się “Minimalover” z premierą zaplanowaną na 1 marca 2012. Pod jednym względem na pewno może on służyć za wzór dla większości byle jak wydanych krążków na polskim rynku: ładna i korespondująca z zawartością okładka, a  poza CD z muzyką, także DVD z zapisem koncertu. Po prostu perfekcja i więcej chciałbym widzieć tak wydanych płyt jazzowych!

Co do zawartości to jest ona dokładnie taka jakiej można się spodziewać po Mazzollu, który kilka jazzowych Bastylii już zdobył i dalej atakuje to co w muzyce nowe, zaskakujące, niespotykane. Tym razem jest to wycieczka w świat minimalizmu, w ciekawy sposób zbieżna z tym co robi w tej chwili inny muzyk związany z tym środowiskiem czyli Rafal Gorzycki na równie oszczędnej płycie “They Were P” swej formacji o nazwie Ecstasy Project. Jeśli jeszcze Contemporary NOISE Sextet nagra płytę, której głównym aktorem będzie cisza to stwierdzę, że wszystkim im coś rzuciło się na MÓZG. To żart. Ale nie bez kozery, bo wszyscy wyżej wspomniani muzycy blisko są kultowego bydgoskiego klubu o tej właśnie nazwie, a “Minimalover” został wręcz nagrany podczas sesji w samym klubie z ojcem i synem Janickimi, którzy obecnie prowadzą tą zasłużoną dla kultury placówkę.

A jaka jest muzyka? Na pewno zaspokoja gusta takiego jak ja wielbiciela awangardy, bo Mazzol i Janiccy wedrują ścieżką rzadziej wędrowaną. Patrząc z tego punktu widzenia jest to niewątpliwie jedna z najciekawszych płyt freeimprov jakie powstały w ostatnim czasie w polskim jazzie. Bardzo ważne, że nie przypomina niczego nie tylko u nas, ale i poza naszym krajem. Mazzollowi bowiem nie można zarzucić chęci kopiowania czegokolwiek czy kogokolwiek. Z drugiej strony trzeba powiedzieć jasno, że muza ta dość daleko lokuje się od smooth jazzu jaki umila łyk porannej kawy czy jazdę windą do biura. Nie jest to muzyka łatwo wpadająca w ucho i nie sądzę, aby na Mazzola spadł teraz deszcz pochwał za wysiłek jaki włożył w nagranie tego materiału. Moim skromnym zdaniem jednak powinniśmy tej płycie okazać zainteresowanie, bo w zalewie polskiej produkcji, dobrej technicznie, lecz co najwyżej wiernie imitującej afroamerykański wzorzec, to co robi Mazzoll i Janiccy wyróżnia się orginalnością i odwagą...



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

* Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress, z którym zapoznać się możecie klikając na ten LINK!

poniedziałek, 26 marca 2012

W audycji Kocham Jazz wracam z cyklem Pod Parasolem czyli eksplorujemy razem jazz w całej jego przebogatej różnorodności. Po audycjach poświęconych odpowiednio neo soulowi i skandynawskiemu cool jazzowi czas, jak to mawia Jurek Mazzoll, na lekki "skręt". Zatem tym razem porozmawiamy o jednym z najważniejszych awangardowych kolektywów w historii jazzu czyli Association For The Advancement Of Creative Musicians, w skrócie AACM. Przede wszystkim jednak mnóstwo będzie muzyki stworzonej przez wybitnych artystów z tego kręgu, do której wysłuchania zapraszam już w najbliższy wtorek o 21.00 do radioJAZZ.FM (bezpośredni LINK do internetowego playera).

Do usłyszenia - Maciej Nowotny

19:08, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2012

Wiele można powiedzieć o ludziach obserwując jak sobie radzą, gdy jest im zimno. Niektórzy zamykają się w domu, uszczelniają drzwi i okna, ubierają się w ciepłą piżamę, zakładają grube skarpety, by na koniec wśliznąć się pod pierzynę skąd ledwie widać zaczerwieniony i wilgotny nos. Ale są i drudzy, którzy zachowują się w całkowicie przeciwny sposób! Rozpinają koszulę, podwijają spódnicę, zsuwają buty ze stóp, biorą kogoś w ramiona i zaczynają tańczyć, śpiewać, szaleć! Muzyka jak ciepło z farelki przenika przez ich skórę, dociera do każdej komórki, wywołuje w każdej z nich minieksplozję entuzjazmu, paroksyzm energii, wprawia w lewitację. I oto czujesz jak po plecach przechodzi Ci dreszcz. Jeszcze przed chwilą byłeś jak wielki sopel lodu, a już jesteś jak przyczajony tygrys i ukryty smok. Muzyka zmieniła Cię z przygniecionego szaroburą, nadwiślańską zimą zombie w człowieka światła, który razem z innymi nutkami wspina się po pięcioliniach schodami do nieba...

To mniej więcej przydarzyło się Waszemu zziębniętemu korespondentowi, gdy w sobotni wieczór 17 marca anno domini 2012 “przechodził z tragarzami” opodal przenajświętszej kawiarnianej trójcy współczesnej Warszawy czyli Szparki, Szpilki i Szpulki położonych na najpiękniejszym chyba warszawskim placu Trzech Krzyży. I właśnie w tę ostatnią, w Szpulkę, udało się wtłoczyć, innych słów nie znajduję biorąc pod uwagę, że kawiarnia ta jest doprawdy maleńka, kilkadziesiąt osób publiczności i... jedenastu muzyków tworzących razem Piotr Damasiewicz Ensamble! Projekt nosi nazwę “Power Of The Horns” i jest ciągle w fazie kształtowania, dlatego muzycy zmieniają się, a w tej konfiguracji byli to lider na trąbce, Maciej Obara i Adam Pindura na saksofonach altowych, Gerard Lebik na saksofonie tenorowym,  Piotr Łyszkiewicz na saksofonie sopranowym, Paweł Niewiadomski na puzonie i sekcja rytmiczna Jakub Mielcarek i Marcin Jadach na kontrabasach, Michał Trela na perkusji i Wojtek Romanowski na perkusjonaliach. A to jeszcze nie koniec! Bo w jednym z trzech granych tego wieczoru utworów zatytułowanym ‘Botswana’ zagrał sympatyczny gość z Afryki imieniem Buba, który wspomógł zespół grą na chordofonie szarpanym zwanym korą.

Znawcy wśród publiczności (która była znakomita i muzycznie wyrobiona!) wskazywali na takie źródła inspiracji jak Art Ensemble of Chicago z niezapomnianym Lesterem Bowie na trąbie i Roscoe Mitchelem na saksofonie tenorowym. Podobnie jak ta wywodząca się z ruchu AACM formacja band Damasiewicza ma charakter warsztatowy, skład jest płynny, a punkt ciężkości leży nie na kompozycji, a na spontaniczności danego wydarzenia (patrz ad hoc dołączenie Bubu do składu!) czy interkakcji między muzykami grającymi w zmieniających się jak w kalejdoskopie układach. Brakuje jeszcze tylko pewnego elementu show, który jak wiadomo towarzyszył występom zespołu z Chicago, gdy Joseph Jarman występował odziany jedynie... w pasek do saksofonu, a Lester Bowie wychodził na scenę ubrany w biały kitel i maseczkę jak chirurg do operacji. U nas to chyba nie przejdzie, ale i tak zespół ten wnosi powiew świeżości o jaki w naszej dość konserwatywnej jazzowej rzeczywistości niełatwo, a energia muzyków i ich poświęcenie (tak należy określić ośmiogodzinną podróż z Wrocławia do Warszawy na darmowy koncert) porywają. Podsumowując, granie było nieco  chaotyczne, ale power (nazwa zobowiązuje) rzeczywiście był!!! Chciałoby się usłyszeć to zagrane starannie i w optymalnym składzie (lider wspominał, że w wersji ostatecznej pojawi się na fortepianie Dominik Wania), w odpowiedniej sali i nagrane tak, żeby wybrzmiały wszystkie detale. I koniecznie w wersji Live...



Ałtor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

 

wtorek, 20 marca 2012

Idzie fala młodych muzyków tak potężna jakiej w polskim jazzie czy szerzej w muzyce nie było od kilkudziesięciu lat! Jednym z tych, którzy największe wrażenie na mnie wywierają jest młody perkusista z Warszawy Jurek Rogiewicz. Oprócz umiejętności i kultury muzycznej Rogiewicz ma prawdziwie charyzmatyczną osobowość! Kto raz posłuchał jak gra na bębnach i talerzach nie pomyli go z nikim innym. To świadczy o wielkim talencie tego muzyka, który może być jedną z najbardziej znaczących indywidualności naszego jazzu w nadchodzących latach. Zresztą już teraz jego dorobek jest znaczący: współpracował z Pink Freud, należy do filarów sekstetu Profesjonalizm prowadzonego przez Marcina Maseckiego, a przede wszystkim ma własny zespół, którym jest trio o nazwie Levity, gdzie gra razem z Jackiem Kitą i Piotrem Domagalskim.

Krótko mówiąc,  podłączajcie do radioJAZZ.FM (bezpośredni LINK) dzisiaj czyli we wtorek o 21.00, aby posłuchać muzy tworzonej przez naszego gościa i pogadać o tym co mu w duszy gra. A jeśli macie do niego jakieś pytania to odwiedźcie fejsbukową stronę tej audycji (LINK), gdzie ponadto w czasie audycji można wpaść i wmienić uwagi z innymi słuchaczami, a niekiedy z prowadzącym, gdy zdołacie go oderwać od demolowania konsoli...  

Do usłyszenia - Maciej Nowotny

14:18, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 marca 2012


“Elements” to pierwszy autorski album Macieja Garbowskiego. Piękny to moment nie tylko dla niego, ale i dla wszystkich, którzy śledzą jego muzyczne dokonania od wielu już lat. Mimo młodego wieku osiągnął bowiem wiele. Przede wszystkim sukces w ramach trio RGG, które tworzy z kolegami z Akademii Muzycznej w Katowicach, gdzie studiował, pianistą Przemysławem Raminiakiem i perkusistą Krzysztofem Gradziukiem. Ta formacja jest kultowa i już zapisała się złotymi zgłoskami w historii polskiego jazzu. Ponadto stale współpracuje z saksofonistą Maciejem Obarą, a ich wydana w końcówce zeszłego roku płyta “Equilibrium” była jedną z najlepszych w 2011 roku w naszym kraju. Poza tym uczestniczył w bardzo licznych sesjach nagraniowych, projektach i koncertach będąc obok Michała Barańskiego najczęściej ostatnio zatrudnianym kontrabasistą na polskiej jazzowej scenie.

Materiał na płytę “Elements” powstał dość dawno, bo w 2009 w ramach I edycji International Musical Project. Jest to inicjatywa samego Garbowskiego powołana przez niego do  "poszukiwania nowej jakości artystycznego wyrazu, poprzez połączenie ze sobą artystów z róznych kręgów kulturowych". Do nagrania Maciej Garbowski zaprosił trębacza Piotra Damasiewicza, który chociaż ma na swym koncie dopiero dwie płyty, “Mnemotaksję” i “Hadrony”,  to nie tylko w mojej opinii jest wielką nadzieją polskiej trąbki. Na perkusji zaś gra Jon Falt, którego ostatnio słyszeliśmy we Wrocławiu na Jazztopadzie w duecie z Bobo Stensonem.

Muzyka na płycie ma formę suity podobnie zresztą jak niedawno wydany przez Piotra Damasiewicza album “Hadrons” (na którym nota bene także gra Garbowski). Jazzu jako takiego jest tu mało, chyba  że za jazz uznamy muzykę improwizowaną ciążącą w kierunku współczesnej kameralistyki i z jazzem łączącą się poprzez zastosowane instrumentarium. Mnie to nie przeszkadza, bo osobiście lubię taką zakręconą muzę, pod warunkiem wszakże, że jest najwyższej jakości i poraża mnie swoją świeżością. Z tym na szczęście nie jest źle na płycie “Elements”, jest to zagrane po prostu świetnie i brzmi nowocześnie, gdyby tylko muzyka miała więcej ciała! Brak jakiejś wyrazistej idei, która spajałaby materiał na płycie, a poza świetnymi momentami są i takie, w których czuje się jakby muzycy nie wiedzieli po co i w jakim kierunku zmierzają... mimo tych zastrzeżeń i tak jest to jedna z najlepszych polskich płyt jazzowych jakie słyszałem w pierwszych dwóch miesiącach 2012 roku...



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com

* Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress, z którym zapoznać się możecie klikając na ten LINK!

czwartek, 15 marca 2012

Krzysztof Gradziuk to jeden z filarów kultowego trio RGG, ale i bardzo zapracowany sideman w niezliczonych, wysokiej jakości projektach m.in. w zespole Macieja Obary. Zapraszam do posłuchania spotkania z tym niezwykle uzdolnionym artystą i jego muzyką. Przypominam, że audycji Kocham Jazz możecie posłuchać w radioJAZZ.FM w każdy wtorek od 21.00 do 22.00 - Maciej Nowotny



 
 


środa, 14 marca 2012

Piotr Lemańczyk miał u mnie do tej pory fory, a to z tego powodu, że dźwięk jego kontrabasu - pełny, głęboki, wibrujący - przypominał mi najlepsze czerwone wina, o wyrazistym smaku, idealnie zbudowane, z długą, satysfakcjonującą końcówką. I nic się w tej mierze na jego najnowszej płycie “Guru” nie zmieniło. Pod względem brzmienia ta płyta prezentuje po prostu niebotyczny wręcz poziom, podobnie zresztą jak i inne, wydane do tej pory albumy tego muzyka. A było ich wiele i to znakomitych! Wymieńmy kilka z nich, chociaż wszystkie są warte by do nich wracać: “Freep” (2005) z Jakobem Dinesenem i Zbigniewem Namysłowskim, “Naha People” (2009) z Timem Hagansem, “Three Point Shot” (2010) z Jerrym Bergonzim i “Able To Fly” (2011) w trio z Maciejem Sikałą i Tylerem Hornby. Jak widać z tego pobieżnego zestawienia (płyt autorskich ma o kilka więcej, a jako sideman brał udział w kilkudziesięciu projektach) Lemańczyk bardzo starannie dobiera współpracowników i lubi mieć na swojej płycie jakąś “gwiazdę”.

Nie inaczej jest na “Guru”, na którym towarzyszy mu oprócz Macieja Sikały grającego na saksofonie, Cezarego Konrada na perkusji i Macieja Fortuny na trąbce, Dave Kikoski na fortepianie. Ale słowo gwiazda nie przypadkiem umieściłem w cudzysłowie, bo chociaż wszyscy muzycy, których zapraszał Lemańczyk do współpracy to świetni w swym fachu profesjonaliści, jednak wielkiej sławy nigdy nie zaznali. Co do Kikoskiego to wątpię, żeby jego nazwisko mówiło coś młodemu pokoleniu miłośników jazzu. Ale trzeba przyznać, że ten urodzony w 1929 roku Amerykanin miał swoje wielkie chwile, na przykład gdy współpracował z Randym Breckerem, Royem Haynesem czy Billy Hartem. Nagrał też wiele interesujących albumów jako lider, ale jakoś nie wstrząsnął jazzowym światem. Zawsze doceniany przez muzyków, ale rzadko przez media aż do... zeszłego roku, w którym otrzymał Nagrodę Grammy za płytę “Live at Jazz Standard” nagraną razem z Mingus Big Band.

W Polsce to wystarczy, aby był guru chociaż kiedy wsłuchuję się w tę płytę to nie słyszę jakiejś przepaści między umiejętnościami guru, a polskimi członkami składu. Ba! śmiem twierdzić, że paru pianistów w Polsce potrafiłoby zagrać ten materiał nie gorzej. Z drugiej strony na pewno warto Kikoskiego wysłuchać, bo jest to muzyk co się zowie! Ale aby w tej beczce nie było samego miodu na koniec jednak pewna uwaga krytyczna. Bo jak wspomniałem na początku Piotr Lemańczyk miał do tej pory u mnie fory i zachwycałem się dosłownie każdą jego kolejną płytą. To samo mógłbym zrobić i odnośnie tego albumu, na pewno nie gorszego niż poprzednie, a może nawet i najlepszego do tej pory w jego karierze. Problem polega na tym, że te płyty są niemiłosiernie podobne do siebie. To wszystko już było! Dlatego też śmiem twierdzić, że mimo swej nadzwyczajnej jakości nie będą one specjalnie zauważone w Polsce, o zagranicy nie wspominając. Brakuje im dostosowania do tego czego słucha współczesny słuchacz, ignorują otaczającą nas dźwiękową rzeczywistość, pozostają we wspaniałej, lecz jednak izolacji od otaczającego świata. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że to co dla mnie może być wadą dla innych niewykluczone, że będzie właśnie największą tej muzyki zaletą... 

Szalejący Dave Kikoski w trakcie trasy z Piotrem Lemańczykiem:



Autor tekstu: Maciej Nowotny 

Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress, z którym zapoznać się możecie klikając na ten LINK!


wtorek, 13 marca 2012

W zeszłym togodniu miała miejsce pierwsza audycja z nowego cyklu Pod Parasolem Jazzu poświęcona neo soulowi. Mija tydzień i oto odcinek drugi tego cyklu, w którym prezentuję Państwu różnorakie oblicza  współczesnego jazzu. W poprzednim odcinku królowały same Panie, które rozbujały mi tak cudownie audycję, że jeszcze długo po jej zakończeniu grzeszne myśli snuły mi się po głowie... A tym razem zmieniamy klimat o 180 stopni! Lądujemy w skutej lodem i śniegiem Skandynawii, by posłuchać jak wyjątkowo piekną muzykę (i jak duchowo bliską polskiej) tworzą potomkowie Wikingów!

Zapraszam Was także serdecznie na fejsbukowa stronę Kocham Jazz (LINK), gdzie pełnię redaktorski dyżur w czasie audycji, której posłuchać można w radioJAZZ.FM w internecie korzystając z tego oto bezpośredniego połączenia: LINK

Maciej Nowotny

17:19, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 marca 2012

Felieton muzyczny to właściwie zapomniana u nas sztuka, którą jednak bardzo chciałbym przywrócić do życia. Oto kolejny mój tekst, która do tego właśnie zmierza, a który dzięki uprzejmości Ryszarda Skrzypca i Kajtka Prochyry ukazał się odpowiednio w marcowym numerze miesięcznika JazzPress jak i na portalu jazzarium. pl

Swoją słynną niegdyś książkę “Boski Juliusz” Jacek Bocheński zaczął pytaniem: “Czy ktoś z Państwa chciał być kiedyś bogiem?” No właśnie... czy zastanawiali się Państwo kiedyś nad taką kwestią? Osobiście na boga raczej się nie nadaję. Ostatnio zapomniałem gotując herbatę zdjąć czajnika z gazu i zrobiła się z niego rzeźba a la Dali. Poza tym, chociaż niezręcznie mi się do tego przyznawać, od kiedy przekroczyłem czterdziestkę, nie ma dnia, żeby po przebudzeniu coś mnie nie bolało. Ale może spotkali Państwo przynajmniej innego człowieka, który byłby wykuty z marmuru? U mnie najbliżej było w nieistniejącym już Hotelu Europejskim, gdy w hallu zauważyłem podpierającego się laską Leszka Kołakowskiego. Ale nie podszedłem do niego, bo pewien znany kompozytor o inicjałach J.M. pociągnął mnie za rękaw do baru, gdzie czekała zmrożona Wyborowa i rozmowa na temat wyższości opery francuskiej nad włoską. Krótko mówiąc, byłem niewierzący, aż do wczoraj...

Wtorki w mojej redakcji przypominają czas schillerowskiej “burzy i naporu”. Wspaniali redaktorzy na pięć minut przed audycją konstruują scenariusze swoich audycji. Przez studio przewalają się nieraz tłumy gości, od zwykłych słuchaczy po największe gwiazdy naszej sceny. Zawieszają się komputery, konsola razi prądem, a z wentylacji zamiast chłodnego sączy się gorące od emocji powietrze. Ale w tej atmosferze jazz czuje się jak ryba w wodzie, bo gdzie indziej będzie mu lepiej niż wśród tylu wariatów chorych na synkopę i blue note. Tego wieczoru zjawiłem się krótko przed swoją audycją o Bobby Watsonie i od razu uderzył mnie dziwny wyraz twarzy redaktora Rocha Sicińskiego. Rozanielony, jakby był w siódmym niebie, w ekstazie. Rozejrzałem się dookoła! Nie zauważyłem żadnych niewiast ukrytych pod biurkiem w pokoju nagrań, zatem pytam: “ Co się stało?”. “Siadaj” - usłyszałem w odpowiedzi - “i słuchaj!”.


Popłynęła muzyka, a ja zacząłem unosić się do góry, jak balonik z helem, z zawrotną szybkością, ku stratosferze. I tam rozejrzałem się dookoła, by stwierdzić, o czym Wam uprzejmie donoszę, że jednak Niebo istnieje. Byłem ciekawy źródła, z którego płynie muzyka i poszedłem ku wielkiemu światłu. W jego centrum zobaczyłem starca, niezbyt wysokiego i szczupłego, ze starannie przystrzyżoną, śnieżnobiałą bródką. Czarnoskórego!. “Kim Pan jest? - wyszeptałem w zdumieniu. Jakimś cudem (nic mnie już nie dziwiło!) Roch znalazł się nagle obok mnie, położył rękę na moim ramieniu i wykrzyknął rozbawiony: “Nie poznajesz? Przecież to Ahmad Jamal!”


Rzeczywiście! Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że ów człowiek siedzi przy fortepianie, a otaczają go pozostali muzycy: Reginald Veal na kontrabasie, Herlin Riley na perkusji i Manolo Badrena na bębnach. Ciągle jakoś nie mogłem się pozbierać: “Co to za muzyka?” - zapytałem. Roch: “To najnowszy album Jamala Blue Moon”. Wiecie co pomyślałem? Tak, człowiek jest w stanie tego dokonać, sięgnąć absolutu i równać się z czymś czego umysł nie może ogarnąć. Ta muzyka w sekundę zerwała wszystkie etykietki z mojego mózgu (pseudo)krytyka muzycznego. To nie mainstream, to nie free, to nie bugaloo, chociaż wszystkie te określenia pasowałyby do tej muzyki. Przesłoniłyby jednak rzecz najważniejszą, że jest ona po prostu nieskończenie piękna. W cudowny sposób, a czynienie cudów czyż nie jest domeną boską, w każdym z kolejnych utworów, Jamal i kompani przeplatają jazzową tradycję z bardzo nowoczesnym groovem i improwizacją, której celem nie jest chaos a harmonia.

Najbardziej zdumiewa, że ta lekka jak piórko, otwarta i kreatywna muzyka ma za punkt wyjścia tak dobrze wszystkim znane standardy! Nie idzie ona drogą ani odtwarzania tego co znane, bo melodie te są często niemal nie do poznania, ani pełną udziwnień drogą współczesnej awangardy, zniesmaczającej to, co przeciętny jazzowy słuchacz tak ukochał. Jamal udowodnił tą płytą, że mylą się zarówno Ci, którzy trzymają się kurczowo jazzu w przebrzmiałej formie jaka ukształtowała się przed dziesięcioleciami jak i Ci, którzy mylą styl z postępem. Ta muzyka przywróciła mi wiarę w dawno zapomnianą teorię harmonii sfer. Alleluja!

Autor: Maciej Nowotny



czwartek, 08 marca 2012

Kościół Najświętszego Zbawiciela wynurza się spośród prozaicznych i przyciężkich budynków socrealistycznej zabudowy MDM-u jak czysty i nieskalany arktyczny lodowiec. Budynek jest akrobatyczną mieszanką baroku, neogotyku i modernizmu i niewiele brakowało by w ogóle nie powstał. W ogłoszonym w roku 1901 konkursie wygrał projekt Stefana Szyllera, architekta gmachu Politechniki i Zachęty. A tymczasem komitet budowy kościoła wywołał skandal wybierając do realizacji koncepcję Józefa Piusa Dziekońskiego. Może takie było po prostu przeznaczanie, pomyślałem, odrywając wzrok od świątyni i kierując się ku położonej zaledwie kilka metrów od niej kawiarni “Karma”, gdzie w piątkowy, styczniowy poranek umówiony byłem na rozmowę z Wacławem Zimplem.

 

Maciej Nowotny: Grasz muzykę free, niech zatem i ten wywiad odbywa się na zasadzie wolnych skojarzeń, asocjacji. Siedzimy w kawiarni o nazwie “Karma” i jak szukam skojarzenia z tą nazwą to przypomina mi się wydany w roku 1969 album Pharoaha Sandersa o takim właśnie tytule. Na płytach Twoich najważniejszych formacji czyli Unidivided i Hery dużo podobnych jak na tamtej płycie klimatów: odkrywania innego świata, duchowości, transcendencji, podróży do źródeł. Coltrane to zaczął, ale nie on jeden, to się unosiło wtedy w powietrzu...

Wacław Zimpel: W moim odczuciu, żyjemy obecnie w bardzo podobnych czasach. W czasach wielkich przemian w świadomości. W latach 60tych miała miejsce całkowita zmiana paradygmatu. Pękły stare schematy, a wiele tabu zostało przełamanych. Ta rozwijająca się błyskawicznie świadomość uwolniła wiele twórczych procesów, nie tylko w jazzie. The Doors, Hendrix, Joplin - to był powrót do szamanizmu, do rytuałów o których świat zapomniał. Czuję szczególny związek z tamtymi czasami, ponieważ wydaje mi się, że ludzie zbliżyli się wówczas do samych siebie. Myślę, że dzisiaj, dzięki doświadczeniom tamtego pokolenia, możemy w bardziej kontrolowany sposób zagłębić się w tajemnice świadomości.

MN: Nie rozumiem. Możesz to rozwinąć?

WZ: Uważam, że chodzi zawsze o to samo, czyli o poznanie samego siebie. A  rewolucja kulturowa lat 60tych przyspieszyła wiele procesów ewolucyjnych. W muzyce, którą gram, najbardziej zależy mi na powrocie do rytuału, dzięki któremu muzycy wraz z publicznością mogą zagłębić się w doświadczenie. To jest dla mnie najważniejsze, a nie tworzenie nowych rzeczy. Zgadzam się z Lutosławskim, który powiedział, że to co w sztuce nowe, jest tym, co się najszybciej starzeje. Obecnie pojęcie awangardy nastręcza dużo problemów, często odciąga od meritum i prowadzi do zachwiania proporcji pomiędzy wyrażaniem treści w sztuce, a nowymi środkami wyrazu. Mam wrażenie, że w większości środowisk twórczych właśnie nowe środki wyrazu stają się istotą, a nie treść. Także w takim potocznym znaczeniu, nie czuję się twórcą awangardowym.

MN: Wiele osób zdziwi się tym, że wg Ciebie Hera to nie awangarda!!!

WZ: Przyjęło się uważać, że pod hasłem "awangarda" kryje się coś nieprzystępnego. Nie chcę grać muzyki nieprzystępnej. Chcę grać muzykę, która oczyszcza, która daje również pewne odpowiedzi. Współczesne środki wykonawcze są dla mnie wypadkową procesu twórczego a nie celem. Nie przepadam za tym bardzo europejskim sposobem myślenia, który mówi, że musimy wyprzedzać, tworzyć nowości, być zawsze z przodu. A tak naprawdę czy słuchaczy interesują te nowe trendy? Sądzę, że niespecjalnie. One interesują niektórych muzyków, a najbardziej krytyków. Dla mnie nie taka jest rola muzyki. Jest nią doświadczenie prowadzące z jednego stanu w drugi. Rytuał, umożliwiający przejście do stanu, w którym kolektywnie improwizujący muzycy, są równie mocno zaangażowani w proces jak słuchacze.

MN: Możesz powiedzieć coś więcej o tym stanie?

WZ: O tym stanie tak naprawdę ciężko jest coś powiedzieć. To jak opisywanie smaku, którego nigdy nie poznałeś. Nawet najlepiej opisujące go słowa nie będą w stanie zastąpić samego doświadczenia. Mam nadzieję, że ludzie którzy przychodzą na koncerty odczuwają to i zabierają to przeżycie ze sobą. A potem wracają po więcej. Moim marzeniem jest aby muzyka, którą gram była wyzwalająca. Ta idea przyświeca wszystkim muzykom z zespołu Hera.

MN: Jeśli zatem to nie awangarda to skąd wzięła się ta muzyka? Podyktowali Ci ją starożytni bogowie, których spotkałeś w trakcie podróży po Sycylii?

WZ: To wszystko zależy od tego w jakiej przestrzeni się poruszamy, jakie współrzędnie przyjmiemy. Jeśli weżmiemy pod uwagę świat zupełnie racjonalny to oczywiście takie dywagacje nie mają sensu. Natomiast jeśli pójdziemy wyżej w transracjonalny świat to wydaje mi się, że w sztuce jest bardzo dużo niewytłumaczalnych zjawisk. Weźmy Mozarta, w jego rękopisach nie ma  ani jednego skreślenia. On swoje partytury, jakby z matrycy przepisywał na czysto. Ciężko to pojąć... Ta magia dotyczy także muzyki improwizowanej. Jak wyjaśnić na przykład fakt, że kilka razy zdarzyło się, że w Reed Trio rozpoczynając free improwizowany utwór, jednocześnie zaczynaliśmy wszyscy od tego samego dźwięku?

Muzyka nabiera życia, dopiero kiedy pojawi się w niej jakiś niewytłumaczalny pierwiastek. Piąty element. Napisałem wiele utworów, które zagrałem raz czy dwa razy i nie  było sensu do nich wracać, bo pomimo dobrze zakomponowanej formy, nic w nich nie było. Ale zdarzają się takie, które żyją dłużej, bo jest w nich coś, czego nie umiem nazwać.

Na przykład taki utwór Cefalu z pierwszej płyty Hery jest dla mnie szczególnie ważny. To taki prosty temat w dwugłosie, który właściwie sam się napisał. Siedziałem długo w normańskiej katedrze w Cefalu, którą wzniósł na początku XII w. król Roger II. Niezwykła budowla, surowe piękno piaskowca, złoto bizantyjskich mozaik w apsydzie. Nagle zacząłem słyszeć dźwięki, które wydobywał wiatr przedostający się przez jakieś szczeliny do wnętrza. Były tak konkretne i sugestywne, że nie pozostało mi nic innego jak zapisać je i tak powstał ten utwór.

MN: Wrócę do tego stanu, o którym wspominałeś wcześniej? Co miałeś na myśli?

WZ: Tak jak już mówiłem, bardzo ciężko mówić o tym stanie. Poza samym doświadczeniem, którego ciągle szukam, chyba tylko sztuka może się zbliżyć do nazwania jego istoty. Ten wiersz Kabira Abode of the Beloved, którego strofy stały się tytułami utworów na drugiej płycie HERY, niesamowicie opisuje ten stan.

Tęsknota za tym niedualnym stanem była inspiracją dla nas kiedy nagrywaliśmy tę płytę. Zresztą ciągle właśnie to nas inspiruje.

MN: To w ogóle jakaś nadzwyczajna historia, że oto  gdzieś tam w Nowym Orleanie, w dzielnicy czarnych  prostytutek i złodziei, paru gości zaczyna grać coś co tak naprawdę jest muzyką do tańca. A potem to nie wiadomo dlaczego rozwija się tak bujnie, że my jeszcze 100 lat po tym wydarzeniu, chociaż muzyka całkowicie zmieniła się od tamtego czasu, a może właśnie dlatego, rozmawiamy o niej. Bo jazz ciagle żyje i rozwija się! Moja hipoteza jest taka, że dzieje się tak dlatego, że w tej muzyce jest właśnie ten pierwiastek duchowy...

WZ: No cóż, całkowicie się z tym zgadzam. Tak naprawdę duchowość jest wszędzie i zawsze czy tego chcemy czy nie. Natomiast w przypadku początków jazzu, to niezwykłe w tej idei jest to, że nie chodzi o to, żeby się zmieścić w szablonie, tylko o prawo wyrażania swoich emocji, takimi jakie one są. Kiedy muzyka jest prawdziwa, to ta wolność fascynuje i otwiera. Zarówno muzyków jak i słuchaczy, dlatego ta idea jest wciąż żywa.

Takie obcowanie z muzyką może być oczyszczające, zupełnie jak w rytualnej muzyce afrykańskiej gnawa, gdzie poprzez trans dusza powraca do równowagi i zdrowia.  

MN: Przy okazji gnawa wspomniałeś o transie, on jest obecny oczywiście w jazzie od samego początku, poprzez te nuty afrykańskie, które przeszczepili na grunt muzyki amerykańskiej czarni muzycy. Na Twoich najnowszych płytach czyli “Move s Between Clouds”, a zwłaszcza “Where My Complete Beloved Is” trans odgrywa wielką rolę. Mam wrażenie, że w polskim jazzie, a nawet szerzej w muzyce tego transu było mało...

WZ: W ludowej muzyce było go mnóstwo! Weź takiego oberka, a jeszcze lepiej mazurka. On mi wręcz przypomina taniec derwiszów.

MN: Wow! Ale skojarzenie! Przypomniała mi się teraz ciekawa historia Wojciecha Bobowskiego znanego jako Ali Bej Ali Ufki. Postać w Polsce całkowicie nieznana, a w Turcji jest uważany za twórcę muzyki ottomańskiej. W roku 1638 jako dwudziestolatek został porwany przez tatarski podjazd,  historia jak z “Pana Wołodyjowskiego”, i sprzedany do Turcji. Życie ocaliła mu mi.in. znajomość notacji muzycznej, uczył się na organistę, dzięki której zamiast trafić na plantację gdzieś w północnej Afryce znalazł się na dworze sułtana. Słuchając jego muzyki, której wiele napisał dla sufickich bractw derwiszów, zawsze miałem poczucie, że pobrzmiewają mi w niej jakieś znajome nuty... czyżby te z oberka czy mazurka...?...

WZ: Ja myślę, że to wszystko jest stare jak świat i wszechobecne. Tak naprawdę jest to jedna wielka oświecona myśl przenikająca cały świat, bez względu na miejsce i czas.

MN: Wspomnieliśmy oberki i mazurki, to na koniec pytanie dotyczące polskiej sceny: co Ci się na niej podoba a co nie?

WZ: Podoba mi się to, że jest coraz więcej ludzi, którzy mają bardzo silną koncepcję tego, co chcą robić. Jetem wielkim fanem Raphaela Rogińskiego. Abstrahując od wielu jego znakomitych projektów, jest to człowiek, który otworzył wielu muzyków na głębsze postrzeganie muzyki. Mnie również bardzo udzielił się jego wyjątkowy sposób widzenia różnych tradycji muzycznych jako przejawu tej samej energii. Podoba mi się także ruch, który Marcin Masecki zainicjował w polskich klubach, nadając nowe życie muzyce klasycznej. Uważa, że niezwykle ważną postacią jest Mikołaj Trzaska, który poza tym, że jest genialnym muzykiem, potrafi inspirować ludzi do ich własnych, indywidualnych poszukiwań, czego wielokrotnie sam doświadczyłem.

Podoba mi się to, że coraz częściej muzycy z różnych przestrzeni spotykają się ze sobą razem - muzycy klasyczni z muzykami improwizującymi, muzycy mainstreamowi z muzykami freejazzowymi, muzycy freejazzowi z muzykami ludowymi, po prostu ludzie zaczynają coraz bliżej ze sobą współgrać i dużo ważniejsze jest to, że każdy ma coś do zaproponowania niż to, że ktoś czegoś nie potrafi, czy że ktoś czegoś nie robi.

MN: A czego Ci brakuje?

WZ: Chyba najbardziej brakuje mi świadomego, społecznościowego podejścia, muzyków i organizatorów życia muzycznego. Stąd pomysł na serię koncertową "HERA w Składzie Butelek", który zresztą przyszedł mi do głowy po pobycie w Chicago. Tam muzycy działają w zupełnie innych realiach, bo Stany Zjednoczone uniemożliwiają życie z muzyki. Ci którzy z niej się utrzymują muszą grać w Europie. To co jest niesamowitego w tamtych społecznościach, to fakt jak oni są niesamowicie zorganizowani. W Chicago jest przynajmniej pięć czy sześć miejsc, w których gra się bardzo dobrą, aktualną muzykę. Chicagowscy muzycy działają systemowo. Dave Rempis w środy bukuje koncerty w galerii “Elastic”, Ken Vandermark w czwartki w Hideout, Jim Baker gra co tydzień w Beat Kitchen, a jak jeszcze był Velvet Lounge to regularnie grał tam Fred Anderson. Jeżeli ktoś mieszka tam i faktycznie gra to znaczy, że naprawdę bardzo chce to robić. U nas sytuacja zmierza w podobnym kierunku, ciężko będzie wyżyć z samej muzyki, dlatego aby przetrwać powinniśmy uczyć się od nich właśnie społecznościowego podejścia, tego by bardziej dbać o siebie nawzajem, wyciągać rękę, żeby robić więcej rzeczy wspólnie, bo w tym jest siła.

(Wywiad ten ukazał się w lutowym numerze miesięcznika JazzPressu, który możecie pobrać na tej stronie: http://jazzpress.pl/)

 

wtorek, 06 marca 2012

Yeah!!! Przystępuję do realizacji swojego noworocznego postanowienia!!! Robię to jeszcze przed końcem roku, zatem uważam, że jest nieźle ;-))) Mianowicie wpadłem na pomysł, że w moich audycjach Kocham Jazz pojawi się nowy wątek. Nazwałem go, nawiązując do słynnej wypowiedzi Sonny Rollinsa, POD PARASOLEM JAZZU czyli w cyklu tych audycji zamierzam przyjrzeć się różnym nurtom, kóre czy to wzięły swój początek z jazzu czy też wzbogaciły go wnosząc weń różne ciekawe elementy. I dzisiaj, we wtorek, o 21.00 w radioJAZZ.FM (bezpośredni LINK aby posłuchać radia) zaczynamy ten cykl pierwszym spotkaniem z CZARNYMI KRÓLOWYMI!!! Bo tematem audycji będzie neo soul, a śpiewać będą wyłącznie kobiety. Dlaczego? Sprawa chyba oczywista...

Jak zwykle zapraszam na fejsbukową stronę tej audycji (LINK), gdzie umieszczajcie swoje sugestie jeśli chodzi o to kogo zagrać, bez kogo nie wybrażacie sobie audycji o neo soulu. A w trakcie audycji zajrzyjcie tam, aby po prostu pogadać z innymi słuchaczami, z prowadzącym, pośmiać się i rozchmurzyć. Uwaga!!! Jak zwykle we wtorek w trakcie audycji konkurs i nagroda do wygrania!!!

Do usłyszenia - Maciej Nowotny 

09:22, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2012

Klikajcie na ten LINK i pobierajcie najnowszy marcowy numer czasopisma JazzPress. Mnóstwo b. dobrych tekstów kolegów-dziennikarzy, w tym i moje trzy grosze: recenzje polskich płyt czyli Piotra Lemańczyka "Guru", Macieja Garbowskiego "Elements" i Jerzego Mazzolla "Minimalover". Ponadto felieton na temat płyty Ahmada Jamala "Blue Moon", który spowodował, że redaktor Roch Siciński rozważał zerwanie ze mną stosunków towa-wszystkich ;-))) A nadto tekst, w którym przepowiadam (z przymrużeniem oka), że przyszłość jazzu to bycie muzyką ludową...

Miłej lektury - Maciej Nowotny 

11:20, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 marca 2012

Nadzwyczajny Jerzy Mazzoll w audycji Kocham Jazz jakiej jeszcze nie było!!! Teraz zapraszam do spokojnego odsłuchania na załączonym podkaście... I zapraszam w każdy wtorek między 21.00 a 22.00 na kolejne audycje Kocham Jazz w radioJAZZ.FM (link, aby posłuchać w internecie).

 



Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...