Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
piątek, 30 kwietnia 2010

To moje pierwsze zetknięcie z Nelsem Clinem, amerkańskim gitarzystą z Zachodniego Wybrzeża, urodzonym w 1956 roku, o którym wszakże dochodziły mnie już wcześniej wieści, że jest postacią wyjątkową, wartą najwyższego zainteresowania. Ale jak każdy normalny człowiek ja też trochę się obawiam awangardy. Wiem, że spodziewa się ona po mnie wysiłku, że bedzie mnie zaskakiwać, że każe mi się zmieniać. A ja jak każdy normalny człowiek lubię poleniuchować przy muzce, jak inzynier Mamoń lubię kawałki, które już słuchałem i bardzo nie lubię zmian. Dobrze jednak, że w końcu sięgnąłem po te płytę. Sprawdziły się co do joty moje oczekiwania: jest to muzka trudna, ambitna, stanowi wyzwanie dla słuchacza, ale nagroda jaka czeka nas za te wszystkie trudy warta jest tego wysiłku. Pomimo bowiem mojego dość sporego osłuchania jazzowego nie przypomninam  sobie wielu płyt, który w sposób tak umiejetny podejmują dialog między rockiem, jazzem i awangardą.

Żeby spuentować pozwole sobie przytoczyć kilka słów z recenzji tej płyty pióra Nilsa Jacobsona (http://www.allaboutjazz.com/php/article.php?id=7925): "Tę płytę można pokochać lub znienawidzieć. Destry All proponuje nam zaskakująco sprawną dźwiękową terapię dla tych, którzy mają otwartą głowę - ale prawdopodobnie tylko okropny ból głowy dla całej reszty. Sami zdecydujecie czy na Was działa to lekarstwo. Ta para uszu daje tej płycie swoje mocne OK." Do której to opinii i ja się dołączam. Zanim jednakże wydacie ciężko zarobione złótówki na ten krążek posłuchajcie jakimi hałasami lubi się bawić ten artysta:


20:00, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 kwietnia 2010

To jest bootleg z koncertu jaki dało 10 lipca 2005 roku trio Kenny Wernera na festiwalu North Sea Jazz w holenderskim The Netherlands Congress Center w Hadze. Znów mamy do czynienia z klasycznym jazzowym trio, moim ulubionym jazzowym składem, i znowu nagranie to jest moim kolejnym krokiem w poszukiwaniach jazzowego Graala. Krokiem, dodajmy, w dobrym kierunku. Bo podobnie jak recenzowane przez mnie niedawno nagranie Kevina Haysa, tak i to należy do niewątpliwie wybitnych.

Styl Kenny Wernera jest oczywiście zupełnie inny niż Haysa, inny niż w ogóle wszystko co znam. Nie swinguje on może tak wspaniale jak inni jazzowi pianisci, ale za to lekkość jego gry, techniczna perfekcja, muzyczna erudycja i kreatywność są zupełnie wyjątkowe. Często wplata do swych jazzowych improwizacji elementy klasyczne, ale robi to w sposób tak naturalny, niewymuszony i zgodny z duchem improwizacji, że jest jednym z nielicznych jesli nie jedynym jazzowym pianista, u którego takie wstawki mnie nie męczą.

Warto przy tej okazji wspomnieć obecność Kenny Wernera u boku naszych braci Olesiów na wydanej kilka lat temu płycie Shadows. Naprawdę jeszcze raz szczere i w pełni zasłużone słowa uznanie dla Olesiów za te wspaniałe polsko-zagraniczne jazzowe kooperacje, którymi nas od lat raczą i za które jestem im bardzo wdzięczny. Warto sięgnąć po tę i inne płyty Wernera, bo to jeden z najlepszych pianistów jazzowych stąpających po tej pełnej wybuchających wulkanów planecie!


18:42, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 kwietnia 2010

Tytuł albumu Gharnati oznacza muzykę pochodzącą z analuzyjskiej Granady. Jak już pisałem wcześniej (http://kochamjazz.blox.pl/2009/12/Amina-Alaoui-Alcantara.html) muzyka Aminy Alaoui to kwintesencja muzyki arabsko-andaluzyjskiej, tego niezwykłego echa obecności Arabów w średniowiecznej Hiszpanii, niesionego poprzez setki lat pamięcią i kunsztem emigrantów arabskich osiadłych po wypędzeniu z Półwyspu Iberyjskiego w Maroku. Zdumiewające jest oczywiście jak pomimo upływu tylu wieków tradycja ta potrafiła przetrwać, obronić się, a nawet wzbogacić i tym właśnie przpomina mi tradycję Murzynów afrykańskich, którzy stłoczeni na niewolniczych statkach zostali przewiezieni na kontynent amerykański, ale pomimo wyjątkowo niesprzyjających warunków zachowali swoją tożsamość, by po wielu wiekach obdarzyć nas tak wspaniałym zjawiskiem jak JAZZ. Poniżej zdjęcie pieknej Aminy i klip z jej muzyką z tej płyty:

19:10, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 kwietnia 2010

Art Pepper to jedna z najważniejszych postaci nurtu west coast jazz, związanego z Zachodnim Wybrzeżem USA i kojarzonym z takimi wspaniałymi postaciami jak Chet Baker czy kwartet Dave'a Brubecka. Dźwięk saksofonu altowego Peppera jest równie słodki i pogodny jak gorzkie i pełne burzliwych wydarzeń było jego życie pozajazzowe. Wystarczy powiedzieć, że tylko w latach 1954-56, 1960-1961, 1961-1964 i 1964-1965 zaliczył cztery pobyty w więzieniu, w tym ostatnie dwa w legendarnym San Quentin, ktore do lekkich raczej nie należało:

Później też nie było lepiej, bo w końcu pod koniec lat 60-tych wylądował na długiej, dwuletniej kuracji odwykowej w ośrodku leczenia narkomanów w Synanon, aż dopiero pojawienie się w latach 70-tych substytutu heroiny w postaci metadonu umożliwiło mu powolny powrót do w miarę normalnego fukcjonowania. Ale o tym przy innej okazji, bo ta płyta przynależy do wcześniejszego okresu jego kariery, okresu najlepszego, wręcz złotego, pomimo tych wszystkich heroinowych komplikacji, które coraz bardziej go zżerały.

Muzycznie ten album jest po prostu wspaniały, z powodu oczywiście niebiańśkiej gry samego Peppera, ale także dlatego, iż nagrany jest z sekcją rytmiczną samego Milesa Davisa w osobach takich oto mistrzów jak Wynton Kelly na fortepianie, Paul Chambers na kontrabasie i Jimmy Cobb na perksji. A jakby tego było mało na trąbce gra bajeczny, acz niedoceniany Conte Candoli. Mnie wystarczy! Niestety nie znalazłem na YouTube żadnego utworu z tej płyty, ale dźwięk saksofonu Arta Peppera jest na tyle niepowtarzalny, ze wystarczy wziąść utwór z jakiejkolwiek jego płyty z tamtego okresu, by zakochać się w nim od pierwszego słuchania:


20:19, trener66
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Zainteresowałem się tym muzykiem przy okazji uważnego odsłuchiwania płyty Intercontinentals mojego ulubionego gitarzysty Billa Frisella. Zresztą to nie jedyne związki Cantuarii z jazzem, bo współpracował także z takimi tuzami nowojorskiej awangardy jak Arto Lindsay czy David Byrne, którzy maja hopla na punkcie bossa novy. Nie mniejszego wszakże oczywiście niż ten rodowity Brazylijczyk, który choć od lat mieszka już także w Nowym Jorku, to swoją ostatnią płytą z roku z 2007, składa hołd właśnie muzyce brazylijskiej i mamy wrażenie jakby to były piosenki pióra samego wielkiego Jobima czy Veloso (zresztą Cantuaria współpracował z tym ostatnim i był autorem jednego z jego największych przebojów, piosenki o tytule Lua e Estrela).

Viniciusowi, który czaruje nas głosem i nieprzeciętną grą na gitarze towarzyszą tak wybitni muzycy jak Marc Ribot (gitara akustyczna), Jenny Scheinman (skrzypce), Erik Friedlander (wiolonczela), David Binney (saksofon altowy), Michael Leonhart (trąbka), Brad Mehldau (fortepian) i Marivaldo Dos Santos (bębny). Prawdziwa uczta dla miłosników muzyki brazylijskiej, a dla przygodnych gości niech wystarczy ten oto klip ze wspomnianą wyżej piosenką Lua e Estrela:


21:53, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 kwietnia 2010

Jest w jazzowym trio coś transcendentnego. Pisałem już o tym, ale jednak ta myśl ciągle wraca. To niesamowite uczucie jedności, a jednocześnie odrębności muzyków je tworzących, paradoks idealnego zgrania wyrażającego się w tym, że każdy właśnie poprzez to trio jest najbardziej sobą. Dlatego właśnie każde, a zwłaszcza klasyczne trio (fortepian, kontrabas, perkusja) połykam po prostu bez namysłu, po czym...równie szybko najczęściej wypluwam. Bo, ach!, jak trudno jest w tym formacie się wyróżnić, zagrać dobrze, a jeszcze powiedzieć coś orginalnego. I oto na tym nagraniu, nagraniu z jakiegoś koncertu radiowego, nigdy nie wydanym na żadnej płycie, które mam dzięki uprzejmosci pewnego znajomego, który wszedł w jego posiadanie przedwielu laty, w tym właśnie nagraniu są obecne wszystkie niezbędne elemnty, by ogłosić: OTO WIELKIE JAZZOWE TRIO!

Przyjrzyjmy sie zatem tych magikom. Liderem trio jest pianista Kevin Hays, rocznik 1968, który ma za sobą 10 albumów nagranych jako lider swojego trio, w tym trzy dla legendarnej wytwórni Blue Note (moim źródłem jest tutaj najczęściej www.allaboutjazz.com). Grał z wielkimi doprawdy jazzmanami, bo spójrzcie tylko na tę oto listę: Sonny Rollins, John Scofield, Benny Golson, Roy Haynes, Chris Potter, Al Foster, Joe Henderson, Buster Williams, Art Farmer i Joshua Redman. Biografia Billa Stewarta jest może nawet bogatsza niż Haysa, rocznik 1966 (bardzo dobry moim zdaniem ;-), jest znany także jako lider, a że nie jest słabiakiem niech przekona nas choćby skład jaki zdołał zebrać na nagranie swojego debiutanckiego albumu o tytule Think Before You Think: Dave Holland, Marc Cohen i Joe Lovano. Doug Weiss jest mi z tej trójki najmniej zany, urodzony 1965 roku, nagrywał Marcem Coplandem, Kenny Drew Jr, Alem Fosterem, Billy Hartem, Fredem Herschem, Cliffordem Jordanem i Lee Konitz, co mnie w zupełności przekonuje, że fakt, iż go nie znam jest moim duzym przeoczeniem.

Muzyka na tej płycie jest po prostu mocarna i gdybym miał wytwórnię płytową bez wahania włożyłbym całą kasę, żeby ją wydać na płycie. Tymczasem nikt jej nie zna, niewielu ją pamięta, ale tyle chociaż mogę powiedzieć, że mnie skłoniła do szukania innych nagrań tego trio i nie spocznę dopóki nie wejdę w ich posiadanie. A że warto przekonajcie się oglądając ten filmik z YouTube, z jakiegoś zupełnie innego koncertu, ale bliskiego w klimacie materiałowi, który mam na tej płycie:

16:41, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 kwietnia 2010

Fred Hersch po raz pierwszy gości na moim gospodarstwie dlatego wypada bym go przedstawił. Zatem sięgam po Encyklopedię Jazzu Dionizego Piątkowskiego, gdzie znajduję jeden z lepiej napisanych biogramów, który został poświęcony temu właśnie muzykowi. Urodził się w 1955 roku w Cincinnatti i bardzo długo kształcił się na pianistę muzyki klasycznej. Ale jak to w życiu bywa los chciał inaczej i poprzez grę w zespołach Woody'ego Hermana, Sama Jonesa, Arta Farmera i Billy Harpera (wszystko to w latach siedemdziesiątych) stopniowo oddalał się od filharmonii, by wreszcie wszystkimi "czterema łapami" znaleźć się w jazzie u boku takich jego luminarzy jak Joe Hederson, Stan Getz, Eddie Daniels, Toots Thielemanns czy w zespołach Charlie Hadena oraz Jamesa Mody'ego (to wszystko już w latach osiemdziesiatych). W roku 1986 dowiedział się, że jest chory na AIDS. ale nie poddał się i gra wspaniale dalej, jednocześnie często uczestnicząć w koncertach i wydarzeniach, których celem jest zbiórka pieniedzy na rzecz walki z tą straszną chorobą.

Przechodząc do tej jego najnowszej płyty od razu pozwólcie, że stwierdzę, że jest po prostu doskonała, nie tylko świetnie zagrana, ale i bardzo nowatorska, nie przypomina nic z tego, co miałem okazję słyszeć w zeszłym roku. Bardzo ważne poza tym, że nagranie jest dokonane na żywo w słynnym nowojorskim klubie Jazz Standard, a jak wiadomo jazz brzmi najlepiej właśnie na koncertach. Towarzysząca Herschowi Orkiestra Kieszonkowa składa się z jego przyjaciół, wsród których znajdziemy takich wybitnych muzyków jak Ralpha Alessi, australijską wokalistkę Jo Lawry, której styl przypomina nieco naszą Urszulę Dudziak oraz kapitalnego perkusistę Richie Barshaya, o którym wszakże nic do tej pory nie słyszałem.

Muzyka na płycie mieści się w szeroko pojętym mainstreamie, ale jest wyjątkowo świeża i kreatywna. Po pierwsze zauważmy brak basu. Tym większa rola perkusji, ale i fortepianu, który wspólnie z perkusją bierze na siebie dźwiganie warstwy rytmicznej tej muzyki. Szalenie trudno oddać słowami jaka jest muzyka na tej płycie. Mam ochotę użyć następujacych przymiotników: dowcipna, lekka, zwiewna, swobodna. Zdumiewa mnie jak Hersch w obrębie przecież mainstreamu realizuje idee free jazzu! Jest to wprost rewelacyjne osiagnięcie, które docenią nie tylko jazzowi erudyci, ale i mniej obyci słuchacze, bo płyta choć awangardowa w najmniejszym stopniu nie jest męcząca dla ucha czy niekomunikatywna. Jednym z najważniejszych utworów na płycie jest utwór Song without words, który oddaje chyba najlepiej ducha płyty, przystępnej jak zwykła piosenka, jednocześnie wyrafinowanej, bo jak każde prawdziwe dzieło sztuki posiada zakodowane przez Artystę, drugie, a może i trzecie dno. W tym przypadku chwilami się odnosi wrażenie jakby to sam Bach swingował. Niewarygodna jakość grania na fortepianie!!!


11:48, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 kwietnia 2010

Rzadko sięgam do polskiego hip hopu, ale tym razem warto. Jest w tym nagraniu prawdziwa świeżość, muzycy nie schlebiają gustom publiczności, teksty są kapitalne a muzycznie udział choćby doskonałych jazzowych grajków w osobach Łukasza Poprawskiego i absolwenta kultowego jazzowego Berklee College Marcina Maseckiego, zachęcają do zapoznania się z ta płytą. I płyta mnie przynajmniej nie rozczarowała. Poniżej wspaniały kawałek o tytule Trener Szewczyk:


19:49, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 kwietnia 2010

Ta płyta wydana w 22 lata temu zawiera pięć utworów, oryginalnych kompozycji, których autorami są muzycy wchodzący w skład tego kwartetu czyli pianista Paul Bley, saksofonista John Surman, gitarzysta Bill Frisell i perkusista Paul Motian. Nie tylko są to muzycy z najwyższej jazzowej półki, ale przede wszystkim tworzą oni ZESPÓŁ, który wspaniale się uzupełnia i dzięki temu nadaje muzyce zupełnie niespotykany, kosmiczny wręcz wymiar. Ideą tej muzyki jest przekroczenie granic melodii i rytmu, by cieszyć się rozbrzmiewającą w ciszy harmonią wspólnego grania, nieco tylko różną od niej samej. Posłuchajcie pierwszego utworu z tej płyty, pod znamiennym tytułem Interplay czyli "współgranie", który wszakże Paul Bley gra solo, a który jest rodzajem klasycznego wstępu, w którym Bley oszczędnie, delikatnie, bez pośpiechu przechodzi do dalszej części albumu, w której już dominuje jazzowasynkopa. W tym sensie "współgranie" odbywa się nie tylko w płaszczyźnie kooperacji między muzykami, ale i w przenikaniu się wielkiej, klasycznej tradycji muzyki europejskiej a nieokiełznanym w swej naturze źródłem muzycznych innowacji jakim jest współczesny jazz. Ta płyta to arcydzieło!


19:33, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 kwietnia 2010

Jedna z moich ulubionych płyt w ogóle. Wspaniały, wspaniały po prostu JAZZ. Na płytę trafiłem z powodu mojej fascynacji Bobby Watsonem (http://kochamjazz.blox.pl/2010/02/Bobby-Watson-Love-Remains-1987.html). I saksofon altowy Bobby'ego wybrzmiewa tu oczywiście bosko wręcz, ale okazało się, że na tej płycie występuje jeszcze inny artysta,  który podbił od tamtej pory moje serce i przed którym z szacunkiem wielkim uchylam kapelusza. Może słyszeliście o nim? Mówię o Dannym Gattonie.

Nie zdziwiłbym sie jednak gdybyście nic o nim, podobnie jak, nie słyszeli. Urodził się gdziś w Dystrykcie Columbia w Stanach Zjednoczonych w roku 1945, miałby zatem dzisiaj 65 lat. Poruszał się w różnych stylistykach, z których jazz nie był bynajmniej najważniejszą, bo bliższy był mu nawet blues, country czy rock. Doceniany przez braci gitarzystów, tak wybitne postaci jak Eric Clapton, Les Paul, James Burton czy Roy Buchanan, nigdy właściwie nie zdołał odnieść sukcesu ani u krytków ani u publiczności. Rozczarowany swoją karierą popełnił samobójstwo 1 października 1994 na szczęście pozostawiając po sobie wiele płyt, które z jednej strony sprawiają nam niewysłowiona radość, a z drugiej strony powodują zadumę i smutek, że tak wielu artystów, a w tym i Danny, nie doczekało należnego uznania mimo olbrzymiego talentu i pracy, którą włożyli w jego urzeczywistnienie.

Zanim jednak zaproszę Was do posłuchania jak na Telecasterze Fendera Danny wyczarowuje swoje niezwykłe dźwięki, pozwólcie tylko, że wspomnę kto jeszcze pojawia się na tej niezwykłej płycie, bo są to sami muzycy najwyższych lotów.   Na trąbce Roy Hargrove, na saksofonie tenorowym Joshua Redman, na fortepianie Franck Amsallem, na basie Charles Fambrough a na perkusji Yuron Israel. Mój Boże posłuchajcie tylko jak gitara Danny'ego brzmi w tym doborowym towarzystwie:


17:09, trener66
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 kwietnia 2010

To już druga płyta Bojana Zulfikarpasica, wspaniałego serbskiego pianisty, o której piszę na tym blogu (http://kochamjazz.blox.pl/2010/03/Bojan-Zulfikarpasic-Koreni-1999.html). Zatem dzisiaj jedynie piękna ballada z tej płyty, zatytułowana Beyond The Frame, która sprawia, że serce płacze, jak to czasem w życiu bywa:


17:35, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Indigo Jam Unit w krótkim czasie zawojowało moje serce i po pierwszej ich płycie zatytułowanej Pirates już słucham drugiej, tej oto, Re: Common. Tym razem ci wspaniali samuraje miksują, ale jak!!!, materiał znanego wszystkim rapera o ksywce Common. Rezultat tej zabawy to taneczny melanż hip hopu i jazzu, od którego kręci się w głowie równie lekko i z klasą jak po kieliszku najlepszego szampana.  A poniżej prawdziwy brylancik, drugi utwór z płyty, zatytułowany Light, w którym, o ile ucho mnie nie myl, słyszę cudowny wokal królowej R&B Erykah Badu:


16:45, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 kwietnia 2010

Muzyka saksofonisty Evana Parkera zupełnie nie przypomina niczego innego co znam w jazzie. W jego rękach saksofon wydaje dźwięki w niczym nie przypominające brzmienia jakie kojarzymy z tym najbardziej jazzowym z instrumentów. Doprawdy warto bliżej wsłuchać się w muzykę tego dżentelmena, bo stanowi ona unikalne i niespotykane zjawisko w jazzie, chociaż, nie ma co ukrywać, bardzo awangardowe i raczej trudne w odbiorze.

Evan Parker urodził się w 1944 roku w Anglii w Bristolu nad Avonem. Zdumiewa konsekwencja i odwaga jego artystycznych wyborów, bowiem od samego początku, to jest w latach 60tych, zaangażował się w poszukiwania free jazzowe, zainspirowany dziełem późnego Johna Coltrane'a, w ramach takich formacji jak Spontaneous Music Ensemble czy Music Improvisation Company (duet z gitarzystą Derekiem Baileyem). Także póżniej w latach 70tych, 80tych i 90tych cierpliwie i ciężko, choć z niewielkiem applauzem krytyków czy publiczności, pracował np. z Tony Oxley Sextet, Globe Unity Orchestra Alexandra von Schlippenbacha czy Chris McGregors Brotherhood Of Breath, by wreszcie z tej niewiarygodnie eksluzywnej, ale bardzo wąskiej niszy dzięki kontraktowi z ECM wypłynąć na szerokie wody i zawojować wreszcie europejską scenę free jazzową. Tak, zawojować, bo kiedy porównuję tę płytę z wieloma innymi nagranymi w zeszłym roku, nie znajduję nic podobnego, równie orginalnego, intrygującego i zaskakującego. Tę wyjatkowość, tak trudną do osiągnięcia w każdej dziedzinie życia, a w muzyce w szczególności, chciałbym docenić i zaprosić zakochanych w awangardzie i free jazzie słuchaczy na krótki lot do stratosfery z ta niezwykłą, elektro-akustyczną, złozoną z aż 14 muzyków formacją:


14:38, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 kwietnia 2010

Ścieżka dzwiękowa do filmu Wichrowe Wzgórza, chyba raczej słabego, nie wiem, nie oglądałem. Muzyka też jakaś nie nadzwyczajna, przeciętna, ale jednak udało się kompozytorowi tej muzyki, Ryuichi Sakamoto, stworzyć przejmujący motyw przewodni wyrażający ból, żal, uczucie bezsensu i pustki jakie towarzyszy nam od kilku dni. Zresztą posłuchajcie i oceńcie sami:


09:56, trener66
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 kwietnia 2010

To nagranie pochodzi z roku 1953, zostało zremasterowane i wydane w roku 2002. Dźwięk jest ciągle słaby, nie ma co ukrywać, ale historyczne znaczenie tego nagranie jest tak wielkie, że warto poświęcić chwilę by raz jeszcze wrócić do tej płyty. Bo też wystarczy wymienić nazwiska muzyków tworzących grający na płycie KWINTET: Charlie Parker, Dizzy Gillespie, Bud Powell, Max Roach i Charles Mingus. To są właśnie ci goście, od których wszystko co nowoczesne zaczęło się w jazzie, dzięki któremu mamy tę muzykę taką jaką dzisiaj kochamy. Byli dla jazzu tym mniej więcej co Monteverdi, Bach, Mozart, Beethoven czy Mahler dla muzyki klasycznej, a Elvis Presley, The Beatles, ABBA, Michael Jackson i Madonna dla popu.

Koncert ma swoją niezwykła historię, której może nie będę tu opisywać w szczegółach, ale wspomnę chociaż o kilku szczególach, które warto odnotować. Massey Hall mieści się w Toronto w Kanadzie. Muzycy nie otrzymali za koncert żadnego wynagrodzenia, bo połowa biletów pozostała niesprzedana. Jak widzicie na okładce nie jest wymieniony Charlie Parker, a jakiś Charlie Chan. Stało się tak ze względu na to, że Parker był związany kontraktem z wytwórnią, który zabraniał takich występów. A innej szansy prawdopodobnie by nie było, bo był to pierwszy i ostatni występ gigantów bebopu razem, ostatnie też wspólne granie Parkera i Gillespiego. A Chan to imię żony Parkera. I tak w bólach, za zero kasy, z wielkim problemami i bez aplauzu ani krytyki ani publiczności postało prawdopodobnie najlepsze w historii koncertowe nagranie jazzowe. Uczcie się młodzi muzycy, bo nie wszystko złoto co się święci.

Filmik z muzyką z płyty w postaci nieśmiertelnego standardu Night In Tunisia:

16:16, trener66
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...