Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
czwartek, 28 kwietnia 2011

Łacińskie przysłowie "Ars longa, vita brevis" można przetłumaczyć na polski "Życie krótkie, a nauka długa". Tyle jest rzeczy na świecie wartych poznania, wręcz niezbędnych ku temu, by dobrze zrozumieć to i owo, a czasu mało, zbyt mało. Nie inaczej jest z jazzem, chcieć poznać wszystko to droga donikąd, zanim człowiek dojdzie do końca, to po pierwsze osiwieje ze zmartwienia i starości, umrze z głodu, a przede wszystkim w międzyczasie i tak nagrają tyle płyt, że okaże się ten wysiłek syzyfową pracą. Dlatego jeśli chcecie poznać dobrze jazz, uchwycić jego esencję, a jednocześnie dobrze się bawić, to warto się skoncentrować na muzyce, która powstała w okresie przemian w jazzie, wyznaczała nowe kierunki, odświeżała atmosferę.

Recepta wydaje się prosta, ale wcale nie tak łatwo wprowadzić ją w życie! Bo na przykład zadam pytanie: co dzisiaj jest nośnikiem zmian w jazzie? Kto pcha go na nieznane tory? Co należy posłuchać, żeby otworzyć sobie nowe horyzonty i jednocześnie zachwycić się pięknem? Oj, nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, może jakieś sugestie? Odpowiedzieć nie jest łatwo, bo zmiany w jazzie następują najczęściej na zasadzie ewolucyjnej (oczywiste nawiązanie do tytułu albumu Moncura), to znaczy, zmiany te są prawie niezauważalne, z wolna kumulują się i, często niepostrzeżenie, pojawia się nowa jakość!

Nie inaczej jest z tym fantastycznym albumem jaki Graham Moncur III nagrał w 1963 roku dla Blue Note. Po pierwsze, Moncur jest puzonistą, a dźwięk tego instrumentu nie jest znów aż taki częsty w jazzie. Pamiętamy oczywiście takie nazwiska jak Curtis Fuller, Steve Turre, Roswell Rudd czy Bob Brookmeyer, ale Graham Moncur ma z ich wszystkich nabardziej przestrzenny ton, najlepiej udało mu się opanować twardą i ostrą naturę dźwięku jaki wydaje puzon i wkomponować go w grę innych instrumentów, a nawet w ciszę...

Po drugie, oprócz Moncura na tej płycie pojawia się towarzystwo jakim nie pogardziłby żaden jazzman na tym globie, bo na trąbce gra niezrównany Lee Morgan, na alcie Jackie McLean (to właśnie dzięki jest kapitalnej płycie "Destination Out!" zwróciłem niegdyś uwagę na pojawiającego się na niej Moncura), zjawiskowy Bobby Hutcherson (który udowadnia tu, że wyśmienity wibrafonista może swobodnie zastąpić wydawałoby się nieodzownego pianistę w klasycznym składzie jazzowego kwintetu), solidny Bob Crenshaw na basie i Tony Williams, podówczas niespełnia 18-letni, którego zaraz po tym nagraniu ukradł Moncurowi sam Davis (z którym nagrał wydaną w tym samym roku płytę "Seven Steps To Heaven").

Po trzecie i najważniejsze, muzyka na tej płycie, podobnie jak na "Birth Of The Cool", "Kind Of Blue, "Bitches Brew" Milesa Davisa, "A Love Supreme", "Ascension" Johna Coltrane'a, "Free Jazz" Ornette'a Colemana, "Out To Lunch" Erica Dolphy'ego czy "Free Fall" Jimmy'ego Giuffre odzwierciedla DOKŁADNIE ten moment zmiany, gdy jazz zrzucał skórę i spod starej, która jeszcze jest obecna, widać już nową, wilgotną, miękką, która będzie przyszłością tej muzyki. W przypadku tej płyty muzycy opuszczają dobrze nam znane hardbopowe tory, by otworzyć przed nami szeroki widnokrąg muzyki free, ale właśnie najciekawsze jest to, że słychać dobrze JEDNO I DRUGIE. Koniecznie posłuchajcie tej muzyki:

Autor: Maciej Nowotny

http://www.polish-jazz.blogspot.com/

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Dawno temu, w Izraelu, kiedy człowiek czuł, że jego ciało albo duch są chore, udawał się do kapłana i wręczał mu w ofierze dwa gołębie, z których jednego poświęcano na ołtarzu, a drugiego puszczano wolno, aby w ten sposób przebłagać gniew Boga. Dzisiaj tym drugim ptakiem jest właśnie muzyka free. Wszystko inne jest powoli zabijane w telewizorze ku uciesze gawiedzi: kino, pop, kultura - wszystko się sypie i pruje jak stary szlafrok przeżarty przez mole, bo odprawiają nad nimi swój chocholi taniec kapłani Mamony. 
Ale my zacznijmy od Johnny Smitha: jego gwiazda zabłysła na krótko w roku 1952, gdy z towarzyszeniem  Stana Getza nagrał „Moonlight in Vernon”. Nie był postacią na miarę tytanów jazzowej gitary, jakimi byli Charlie Christian czy Django Rheinhardt, ale jego stonowany, melodyjny i ciepły dźwięk utkwił mi na zawsze w pamięci. Kojarzy mi się, razem z grającymi w podobnej stylistyce, chociaż na innych instrumentach, Paulem Desmondem (alt),  Miltonem Jacksonem (wibrafon) czy Chetem Bakerem (trąbka), z tym, co  najlepsze w cool jazzie. Ale było w jego brzmieniu coś jeszcze, mianowicie odrobinę zaśpiewu tak charakterystycznego dla muzyki country, coś co łączyło go z takim na przykład Chetem Atkinsem.


Zacząłem od Johnny Simitha, a chcę kilka słów powiedzieć o najnowszej płycie młodej awangardowej gitarzystki Mary Halvorson. Wcześniej była znana ze  współpracy z Anthonym Braxtonem, a nadto z duetu z Jessiką Pavone. Udzielała się również w nagraniach innych muzyków, takich jak  Kevin Shea, Trevor Dunn czy Marc Ribot. Dopiero niedawno uformowała swój pierwszy zespół: trio z Johnem Hebertem na basie i Chesem Smithem na perkusji, z którymi nagrała w 2008 roku dobry album „Dragon’s Head”. Ku mojemu zaskoczeniu brzmienie jej gitary na tej płycie bardzo przypominało sound zapomnianego już mistrza, jakim był Johnny Simith, chociaż było przetworzone całkowicie na awangardową modłę i umieszczone na zupełnie innym, bardzo nowoczesnym tle niezwykle kreatywnej sekcji rytmicznej. 
Rok później do swego zespołu zaprosiła grających na trąbce - Jonathana Finlaysona i  na saksofonie altowym - Jona Irabogana , co otwarło kompletnie nowe możliwości przed zespołem. Wędrująca pośród modnych mikrotonalności, puknięć, szarpnięć, szelestów, świstów i jęków wytwarzanych przez sekcję rytmiczną, swingująca jak pijany zając w polu, gitara Halvorson zyskała teraz wsparcie hardbopowo brzmiących instrumentów dętych. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, muzyka nabrała oddechu, a jej język może być zrozumiały i atrakcyjny także dla wielbicieli mainstreamu, mimo że zachowuje świeżość awangardy najwyższych lotów.
Płyta zyskała doskonałe recenzje na świecie, a z mojego tekstu wynika, że ja także należę do  jej entuzjastów. Słucham jej po raz nie wiem który i nie nuży mnie ani odrobinę, bo każdy utwór to mikrokosmos, w każdym ukryta jest jakaś myśl, jakaś kolejna bariera do przełamania. Ale nawet jeśli do tej pory nie przepadaliście za awangardą, a po prostu kochacie jazz (albo szerzej dobrą muzykę) i chcecie doświadczyć czegoś całkowicie nowego, to włóżcie płytę do odtwarzacza CD, zadbajcie o to, by mieć czas i ciszę po, by mogła ona dla Was wybrzmieć i pamiętajcie o gołębiach, kiedy już zaczną płynąć pierwsze dźwięki.

Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

środa, 20 kwietnia 2011

Jeden z moich ulubionych dowcipów brzmi tak: przez pustynię idą dwa koty, robi się cholernie gorąco, a tu po horyzont nic tylko piasek i piasek. W końcu jeden z kotów staje i przykładając rękę do spoconego czoła mówi do drugiego "Wiesz, ku...a, nie ogarniam tej kuwety!". Nie inaczej jest z jazzem, którego różnorodność przyprawia o zawrót głowy. Z drugiej strony daje to olbrzymie pole popisu dla słuchaczy: jeśli tylko mają ochotę już poprzez sam wybór współtworzą muzykę, którą kochają! Nie ulega jednak wątpliwości, że owa zdolność wyboru nie jest czymś danym z góry, lecz raczej rozwija się wraz z wiedzą o muzyce i dojrzewa wraz ze świadomością co w tej muzyce odpowiada moim gustom. Stąd tak nieoceniona pomoc ludzi, którzy mogą czasami coś zasugerować, coś co rozszerzy horyzonty, otworzy nową perspektywę.

Tak było w moim przypadku, bo pisałem tekst o najnowszej płycie Davida Binneya "Graylen Epicenter" i zeszło na najlepszych w naszych czasach saksofonistów. I wtedy ktoś, komu przy tej okazji bardzo dziękuję, zwrócił mi uwagę na Arama Sheltona, o którym do tej pory niewiele wiedziałem. A potem inny mądry człowiek, skierował mnie na tę konkretną płytę, chociaż sam może nie był do niej specjalnie przekonany. Ale właśnie to jest w tych jazzowych peregrynacjach piękne, że zawsze z nich człowiek wraca bogatszy, nawet jeśli muzyka niespecjalnie mu się podoba. Podobnie jak z prawdziwej podróży, wraca się z głową pełną wrażeń i nie żałuje się wcale wydanych pieniędzy.

Nie inaczej jest z tą płytą, bo już dla samego składu warto jej posłuchać: Aramowi Sheltonowi grającemu na alcie towarzyszą genialny Jason Adasiewicz na wibrafonie, Jason Roebke na kontrabasie i sam Tim Daisy na perkusji. Ale i brzmienie tego kwartetu jest świetne chociaż...niezbyt orginalne. Każdy bowiem wielbiciel awangardy natychmiast rozpozna zarówno w ogólnym klimacie muzyki jak i w licznych cytatach duch nagrania, do którego muzycy nawiązują także tytułem, który możnaby przetłumaczyć "Dawno temu był...".Właśnie był taki kwintet, w którym się zebrali Eric Dolphy (klarnet basowy, saksofon altowy), Bobby Hutcherson (wibrafon), Freddie Hubbard (trąbka), Richard Davis (kontabas) i zaledwie 18-letni wówczas Tony Williams (perkusja), by nagrać w roku 1964 jeden z najbardziej niezwykłych albumów w historii jazzu "Out To Lunch".

I kiedy po powtórnym wysłuchaniu "Out To Lunch" jeszcze raz przesłuchałem "There Was..." dotarło do mnie jak niewiele i jak wiele zmieniło się w jazzie przez ostatnie kilkadziesiat lat: niewiele, bo klimat jest do złudzenia wręcz podobny, a wiele, bo gęstość muzyki, jej wewnętrzna złożoność, głębia uległy zwielokrotnieniu, jakby spotęgowane kilkudziesięcioletnim echem. Czy to wystarcza, żeby napisać, że jazz ciągle się rozwija czy też jest to dowód, że "jazz is dead", tego nie podejmuję się rozstrzygnąć. Może spróbujecie odpowiedzieć na to pytanie sami przesłuchując oba albumy, w tym koniecznie "Out To Luch", z którego tytułowy utwór znajdziecie poniżej:


wtorek, 19 kwietnia 2011

Nie przepadam za Chrisem Potterem, niezbyt mnie przekonuje ta płyta - zaraz wyjaśnię dlaczego - natomiast muszę przyznać, że jest to kawał wyśmienitego jazzu, a szerzej, muzyki, zagranej tak dobrze, z takim feelingiem, z takim sercem, że mi brak słów po prostu. Ale po kolei, obok Chrisa Pottera grającego na saksofonie, na płycie usłyszymy wspaniałego Craiga Taborna na Fenderze, Adama Rodgersa, który jakoś mnie tutaj nie powalił na kolana swoją gra na gitarze, a przecież to wielki grojek, oraz Nate'a Smith na perkusji, który jest schematyczny i przewidywalny, próbuje grać w stylu Jima Blacka, ale jakoś to nie wychodzi, moim skromnym zdaniem.

Tak, gdyby nie Chris Potter i, w mniejszym stopniu, Taborn, należałoby stwierdzić, że ta tak szeroko reklamowana płyta nie jest znów aż tak dobra jak wieść gminna niesie. Potter, za którym nie przepadam, jest ostatnim (czy będą jeszcze następni?) królem w długiej linii saksofonistów-wirtuozów, biorącej swój początek od Charlie Parkera, a do niedawna uosabianej przez Micheala Breckera. Wszakże mnie takie podejście do gry na saksofonie drażniło zawsze i nie przepadam ża żadnym z tych muzyków: wiem, świadczy to o moim bezguściu, ale to już ustaliliśmy wielokrotnie wcześniej, potwierdzam to i zgadzam się z wszelką krytyką.

Z tym, że ta właśnie ta płyta jest wyjątkiem od tych wszystkich moich pokręconych zasad, których się zazwyczaj trzymam: co prawda sajdmeni grają słabo, kompozycje są schematyczne mimo, że to orginały, a styl Pottera drażniący, a jednak płyta podoba mi się! Z jakiego powodu? Bo od czasu do czasu Potter odjeżdża tak totalnie w bok, do góry i w dół jednocześnie, że po prostu zapiera dech w piersiach. Ze względu na te kosmiczne odjazdy Pottera, na to, nazwijmy to tak, porwanie emocjonalne, uważam płytę za wartą wysłuchania, ba!, nie mogę się wprost od niej oderwać! Może to zasługa tego także, że album ów jest zarejestrowany na żywo w słynnym klubie The Village Vanguard. Posłuchajcie conieco czyli urywku kompozycji "Train" z tej płyty...



poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Nie wiem jak wy, ale ja ciągle się spieszę. Boże! ile to na człowieka czeka obowiązków: praca, uczelnia, dom, przyjaciele, mnogie hobby, polityka, sztuka, kobiety! Nie narzekam, nie wybrażam sobie bez nich życia, natomiast musi się pośród tego zgiełku znaleźć jeszcze czas na ciszę, na spokój, na zadumę. Dlatego od czasu do czasu mówię: STOP! Dobrze jest mieć wtedy przy sobie muzykę, która z ciszą współbrzmi, uwydatnia ją, pogłębia.

I taką się właśnie cisza staje, gdy staje się tworzywem dla największych muzyków, do których bez wątpienia zalicza się amerykański pianista Kenny Drew (tu znajdziecie kilka słów jakie napisałem niegdyś o nim, przy okazji jego płyty "Undercurrent") jak i duński mistrz kontrabasu Niels-Henning Orsted Pedersen...



sobota, 16 kwietnia 2011

Ktoś z moich gości niedawno zauważył, że dość rzadko na moim blogu pojawia się jazz skandynawski. A przecież należy on do moich ulubionych! Zapiera dech w piersiach różnorodność skandynawskiego jazzu: z jednej strony tacy giganci nu jazzu jak Molvaer czy Danielsson, z drugiej potęga mainstreamowa z nieodżałowanym Esbjornem Svenssonem, Tordem Gustavsenem czy Bobo Stensonem, a przecież mają jeszcze mocarną awangardę z Paalem Nilssenem czy Matsem Gustafssonem. Wymieniam na łapu capu: za  nimi stoją dziesiątki innych, niemniej ciekawych postaci. Jaka jakość grania, jaka obfitość, jaka kreatywność! Skąd to się wszystko bierze w tak małych krajach i z czego się utrzymuje!?

Ostatnio dzięki jednemu z moich przyjaciół mam możliwość słuchania skandynawskich nowości. Tym razem do wiecznie głodnej szufladki mojego Marantza trafiła płyta trio Jacoba Karlzona, o którym wiedziałem dotąd bardzo niewiele, właściwie tylko tyle, że towarzyszył doskonałej szwedzkiej wokalistce Viktori Tolstoy. Płytę można kupic w Polsce via Multikulti, na którego stronie znajdziecie bardziej szczegółową recenzję. Ja tylko wspomnę, że grającemu na fortepianie Karlzonowi towarzyszą Hans Andersson na basie i Jonas Holgersson na perkusji. I wreszcie najważniejsze pytanie: jaka muzyka znajduje się na tym krążku?

Jest to klasyczne cool jazzowe trio o tym nieomylnie skandynawskim brzmieniu, które najlepiej uosabiało Esbjorn Svensson Trio. Szukając bliższych paraleli ich muzykę należałoby umieścić gdzieć między "Songs Without Words" Jurek Jagoda Trio a "One" RGG trio. A jeśli bym miał okreslić poziom płyty, biorąc pod uwagę atrakcyjność kompozycji, jakość zgrania muzyków i orginalność brzmienia to powiedziałbym, że nieco przewyższa pierwszą z wymienionych formacji, ale ustępuje drugiej i to wyraźnie. Brakuje temu trio tak charakterystycznej dla RGG głębi, swobody w improwizacjach i tej zabawy ciszą, która udaje się tylko najlepszym muzykom. A przecież ostatnia płyta RGG nie jest bynajmniej moją ulubioną i najlepszą płyta tej formacji!

Posłuchajcie muzyki tego ciekawego zespołu i wyróbcie sobie swoje własne zdanie:


Jacob Karlzon 3 plays Maniac from the new album The Big Picture

Jacob KarlzonMyspace Wideo

środa, 13 kwietnia 2011

Jako samozwańczy Kadłubek polskiego jazzu publikuję dla naszych czytelników krótkie resume tego co się zadziało w polskim jazzie w pierwszym kwartale tego burzliwego 2011 roku. Przy czym skupiam się jedynie na wydawnictwach płytowych dowodząc tym samym, że pomimo pozorów nowoczesności jestem w istocie człowiekiem z epoki kamienia łupanego.

Końcówka 2010 roku była wprost niesamowicie dobra dla polskiego jazzu, nie pamiętam takiej od wielu, wielu lat, do tego stopnia, że jedną z płyt, która ukazała się w tym okresie, postanowiłem przerzucić na rok obecny. Jest to płyta "Zomo Hall" nagrana przez Foton Quartet, która została bardzo pozytywnie oceniona tak w Polsce jak i na świecie. W skład zespołu wchodzą Gerard Lebik, Artur Majewski, Jakub Cywiński, Wojciech Romanowski i jeśli ktoś z Was słuchał rewelacyjnej płyty Mikrokolektywu "Revisit" z zeszłego roku, to tutaj mamy materiał co najmniej równie ambitny i dobry jak na tamtej płycie. Brawo!

Poza "Zomo Hall" do najciekawszych płyt początku tego roku należały głównie dokonania naszej awangardy, kompletnie niedocenianej niestety zarówno przez opiniotwórcze środowiska jazzowe (jak Jazz Forum) jak i nieświadomą jej obecności publiczność. Odnotujmy tu dwie kapitalne płyty wydane przez  kultową polską wytwórnię Not Two: "Kafka In Flight" The Resonance Ensamble nagraną oczywiście przez Kena Vandermarka z udziałem Mikołaja Trzaski i Wacława Zimpela oraz doskonałe "Last Train To The First Station" także w wykonaniu wymienionych wyżej muzyków, ale w ramach zaspołu o nazwie Reed Trio.

Natomiast mi osobiście najbardziej podobała się płyta wydana przez inne doskonałe wydawnictwo, to jest Multikulti, zatytułowana "Nuntium" z udziałem Roberta Kusiołka, Antona Sjarova, Klausa Kugela i Ksawerego Wójcińskiego. Wyrafinowana, intelektualna, niezwykle głęboka muza rozgrywająca się na minimalistycznym i pełnym ciszy tle.

Dobrze było po awangardowej stronie jazzu, ale i mainstream trzymał się mocno. Sam początek roku okazał się być bardzo obiecujący, a to dzięki wydawnictwu Allegro, które wydało dwie bardzo ciekawe płyty: "Afreakan Project" Wojciecha Staroniewicza i "Facing The Challenge" Krzysztofa Pacana. Obaj jazzmani, znani jako wspaniali sajdmeni, wyżej wymienionymi płytami zgłaszczają akces do absolutnej czołówki polskiego mainstreamu, przy czym dla Staroniewicza jest to już kolejna udana autorska płyta (ostatnia z nich to kapitalne "Alternations" wydane w 2008 roku), a dla Pacana to debiut, ale świetny!

Wszystkie te płyty, chociaż doskonałe, nie należały jednak do tych najbardziej oczekiwanych przez publiczność, zatem przechodzę teraz do tych nagrań, o których z góry było wiadomo, że odbiją się w muzycznym światku szerokim echem. A były to:

- Robert Majewski nagrał płytę "My One And Only Love" ze składem marzeniem w osobach Joeya Barona, Bobo Stensona i Palle Danielssona, która była niestety rozczarowaniem. Nie przyniosła bowiem nic specjalnego poza zbiorem dość jednostajnie brzmiących ballad zagranych co prawda na kosmicznie wysokim poziomie.

- RGG, moje ulubione polskie cool jazz trio w osobach Przemysława Raminiaka, Macieja Garbowskiego i Krzysztofa Gradziuka, których płytę "Unfinished Story" poświęconą Mieczysławowi Koszowi uważam za jedno z arcydzieł polskiego jazzu, nagrali album "One", który jest, otwarcie mówiąc, słaby jeśli go porównać z tym co grali jeszcze kilka lat temu. Pomimo tego uważam ten album za pozycję obowiązkową dla każdego wielbiciela polskiego jazzu, a część słuchaczy, która bardziej lubi klimaty lżejsze i melodyjne w jazzie, będzie nią po prostu zachwycona.

- MWT, czyli trio Marcina Wasilewskiego, nagrywa dla legendarnego wydawnictwa ECM, i jest najbardziej znanym polskim zespołem jazzowym (Tomasz Stańko to zupełnie osobna historia). Płyta "Faithful" jest krokiem do przodu w stosunku do ich poprzednich dokonań, podjęciem bardzo subtelnego flirtu z jazzową awangardą i choć nie jest to może "giant step", tym niemniej mi płyta się podoba i nie jest rozczarowaniem, chociaż też nie powala na kolana.

- CNS, czyli Contemporary Noise Sextet braci Kapsa, nagrał kolejny album, "Ghostwriter's Joke", który potwierdza, że jest to jeden z najciekawszych polskich zespołów okołojazzowych, przy czym ta konkretnie płyta niezbyt mi przypadła do gustu, jest bowiem nawiązaniem do postpunkowej stylistyki innego zespołu jaki tworzyli niegdyś muzycy tej formacji czyli Something Like Elvis. Z tego powodu muzyka z tego albumu jest dla mnie sporym rozczarowaniem i znaczniej bardziej wolę ich wcześniejsze dokonania, to jest "Pig In Gentleman" i "Unaffected Thought Flow" - przy czym podkreślam, że jest to typowo jazzowy punkt widzenia starego ramola.

- Wojtek Mazolewski, w ramach swojego kwintetu, nagrał płytę "Smell Like Tape Spirit", na którą wielu kręci nosem podobnie jak na ostatnią płytę "Monster Of Jazz" innej formacji tego niezwykle uzdolnionego muzyka czyli Pink Freud. Natomiast w mojej opinii jest to bardzo dobra płyta, która przynosi kolejny krok naprzód w rozwoju Mazolewskiego, który konsekwentnie rozszerza pole swoich muzycznych zainteresowań, tym razem eksplorując czysto jazzowe, wręcz bopowe klimaty.

Podsumowując: z czystym sercem polecam Wam WSZYTKIE wymienione płyty. Są doprawdy wyśmienite i świadczą o tym jak MOCNY jest OBECNIE polski jazz. Moja jedyna wątpliwość dotyczy wielkiej przewagi mainstreamu nad awangardą, co szczególnie jest dziwne jeśli chodzi o debiuty naszych młodych muzyków. Dość trudno mi sobie wytłumaczyć dlaczego nie idą oni odważniej ku temu co w obecnym światowym jazzie jest najbardziej żywotne i inspirujące czyli w kierunku avantjazzu i freeimprov.  W kontekście PRZYSZŁOŚCI polskiego jazzu jest to dość niepokojące i zachęcałbym naszych superuzdolnionych młodych muzyków do odważniejszego eksplorowania wspomnianych wyżej kierunków...

niedziela, 10 kwietnia 2011

Losy zawiodły mnie do Poznania, w którym spędziłem dwa fantastyczne dni, w przemiłym towarzystwie, a tak zwaną wisienką na torcie miał być piątkowy występ Contemporary Noise Sextet. Miejsce fantastyczne: klub Blue Note znajduje się w dawnej kotłowni świeżo odnowionego Zamku Cesarskiego w Poznaniu. Otwarty  w roku 1998, przez lat 12 był areną ponad 1500 koncertów, a świadczy o tym znajdująca się na zapleczu kolekcja afiszów, z których zerkają na nas sławy tej miary co Jack DeJohnette, Brad Mehldau czy Dave Douglas.

Przez dziedziniec Różany, na którym znajduje się Fontanna Lwów, której pierwowzór znajduje się hiszpańskiej Alhambrze, udaję się do klubu, betonowej kiszki, rozłożonej częściowo na dwóch kondygnacjach, z malutką sceną upchaną za znajdujacym się na parterze barem. I tam właśnie przebijam się z trudem, przez tłumnie zgromadzoną publiczność, by zamówić martini, gin i wódkę (Lillet to było już zbyt duże wyzwanie), koniecznie wstrząśnięte, lecz niemieszane. Ledwo zdążyłem odebrać kieliszek z rąk barmana i rzucić okiem na jedną czy drugą piekną dziewczynę, w które jak się miałem okazję przekonać obfituje gród nad Wartą, a już muzycy dynamicznie wtargnęli na scenę, a ja popędziłem do stolika, jednego z najbliższych sceny, aby oczywiście jak najwięcej i dobrze usłyszeć.

Program koncertu wiernie podąża za muzyką jaką zawiera niedawno wydany czwarty w historii tego zespołu krążek zatytułowany "Ghostwriter's Joke". Mam nadzieję, że zapoznaliscie z płytą, naprawdę warto, zatem wiecie, że jej początek jest bardzo dynamiczny i nie inaczej jest na koncercie. Moje zainteresowanie wszakże szybko przerodziło się w zdziwienie, następnie w osłupienie, a nareszcie w bezmierną irytację. Przyszedłem bowiem na koncert sekstetu, a tymczasem na scenie grał chwilami tercet, czasami kwartet, a najczęściej, o zgrozo!, septet. Jak to możliwe?

Na zaproszeniu nie było tej informacji, ale nieproszonym gościem na koncercie była koszmarna akustyka i wołający o pomstę do nieba system nagłaśniający. Grającego na klawiszach Kuby Kapsy właściwie w ogóle nie słyszałem. Patryk Węcławek dbający o puls na kontrabasie i gitarze basowej był zmuszony tak przesterować dźwięk swoich instrumentów, że towarzyszyło im nieprzerwane "hrrrr". Bartek Kapsa walił z całych swoich sił w bębny jakby chciał ze złości wytworzyć wystarczjąco silną falę dźwiękową, ktora na strzępy rozwali to tak niegościnne dla wyrafinowanych dźwięków miejsce.

W tym ogłuszajacym harmiderze, sekcja dęta była skazana na niepowodzenie: żal było patrzeć jak się męczy wspaniały na trąbce Wojtek Jachna, który pomimo całej tej katastrofy, błyszczał w tych nielicznych momentach, gdy cichł ten nie do zniesienia hałas. Tomek Glazik na saksofonie, z przerażeniem w oczach, zawziął się by przekrzyczeć cały ten zgiełk, a wydaje mi się, że lepiej by zrobił wyrywając po prostu kable nagłośnienia z gniazdek i tym samym pozwalając zespołowi grać "unplugged".

Najbardziej jednak szkoda mi Kamila Patera, grającego na gitarze, bo jest w życiowej formie. Jego gra przyprawiała nie tylko mnie o ciarki na plecach, a jego solówki były najjaśniejszym punktem tego mrożącego krew w żyłach wieczoru.

Jak mam podsumować to wszystko? Podczas, gdy publiczność szalała, a muzycy niechętnie pojawiali się by zagrać bis, ja chyłkiem opuszczałem "Blue Note". Gdy znalazłem się na zewnątrz, z ulgą słuchałem ciszy i rozbrzmiewającego w niej wiatru. To, że wytrwałem tak długo jest zasługą wielkiej sympatii dla członków tego zespołu i muzyki jaką grali na swych poprzednich płytach "Pig In Gentleman" i "Unaffected Thought Flow". Gdyby grała jakaś inna formacja wyszedłbym już po pierwszym utworze, a człowieka, który zajmował się nagłośnieniem tego koncertu należałoby po prostu rozstrzelać. Masakra...

środa, 06 kwietnia 2011

Kiedyś, przed laty, usłyszałem tę płytę i niesamowice wręcz spodobała mi się: było z nią jak z piękną nieznajomą, wykwitną i elegancką. Niestety nigdy nie spotkaliśmy się. Nie miałem wtedy grosza przy duszy, aby zaprosić ją na kolację do Bristolu.Tak, płyty ECM, bo to ta wytwórnia wypuściła tę płytę, zawsze było ekstremalnie drogie, ale wtedy 70 złotych za płytę to było jak 170 dzisiaj. Minęło parę lat i problem się, że tak powiem, sam rozwiązał. Dystrybucja płyt się rozleciała, za to ich dostępność znacznie się upowszechniła. Wydawało by się zjawisko pozytywne, ale wszyscy narzekają...

Kim jest Wada Leo Smith? Jedną z najważniejszych postaci jazzu po prostu, muzyk tej miary co Miles, Coltrane czy Monk. Zaczynał w chicagowskim AACM-ie, a potem współtworzył słynne Creative Constructive Company ze skrzypkiem Leroyem Jenkinem i saksofonistą Anthony Braxtonem. Nie będę pisał z kim grał, aby go dowartościowywać, bo sytuacja jest taka, że to inni wpisywali sobie do cv granie z nim, bo to była natychmiastowa nobilitacja. Z naszych muzyków zaszczytu tego doświadczył chyba włącznie saksofonista Piotr Baron, na którego płycie "Salve Regina", możemy usłyszeć tego genialnego muzyka.

Tak, nie przejęzyczyłem się, jest to muzyk genialny, a ten album dobitnie to udowadnia. Nawijać na trąbce (i innych dziwnych intrumentach, głównie afrykańskich), przez godzinę, SOLO, a słuchacz ma przy tym wrażenie bogactwa porównywalnego z koncertem orkiestry symfonicznej, wow!!!, to trzeba mieć "cojones grandes"... Przeplatając klasyczną jazzową frazę w stylu Freddiego Hubbarda z avantjazzem i freeimprov, Wadada jest absolutnie kluczowym punktem odniesienia dla takich młodych i wybitnie uzdolnionych trębaczy jak Cuong Vu, Nate Wooley, Jonathan Finalyson czy dyskutowany tu ostatnio Ambrose Akinmusire. Płyta jeszcze lepiej smakuje jak odsłuchać ją w parze z nie mniej słynnym, solowym nagrianiem Tomasza Stańki "Music form Taj Mahal and Karla Caves"...

Utwór "Love Supreme", hołd dla Trane'a, ale jaki...Chryste...chapeau bais...


 

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Królowie saksofonu! To w dużej mierze dzięki nim mamy jazz taki, jaki dzisiaj kochamy, to oni nadawali kierunki, w jakich on się rozwijał, określali jego tożsamość na nowo, dostosowując go do danej epoki i zmieniających się czasów. Charlie Parker, właściwie jego alt, stworzył ten sposób improwizacji na saksofonie, który kojarzymy z bopem, a później, niemal wszyscy, mniej lub bardziej naśladowali jego styl. Jego ścieżką poszedł John Coltrane, ale w pewnym momencie znalazł swój własny niepowtarzalny sound (przypomnijmy: grał na tenorze), potem zaś współtworzył nową free jazzową estetykę z następnym gigantem tego instrumentu, jakim był Ornette Coleman. Coleman nagrywa do dzisiaj (jego album „Sound Grammar” z 2006 jest po prostu świetny!), a gdyby chcieć traktować historię jazzu linearnie, jak przecież wielu sobie życzy, chociażby piszący tutaj niekiedy (zbyt rzadko!) Paweł Baranowski, to następni powinni być Albert Ayler i Archie Shepp. Bóg Ojciec, Duch Święty i Syn – jak ktoś nazwał ich kiedyś żartem (chociaż wielu za tego ostatniego uważa raczej Pharoaha Sandersa). 
Ale przecież na rozwój jazzu można patrzeć nie tylko chronologicznie, ale jak na drzewo, które wypuszcza gałęzie w różne strony i wcale nie jest jasne, która sięgnie najwyżej, ku światłu. Bo czyż można pominąć w historii jazzowego saksofonu takie postaci, jak Wayne Shorter, Micheal Becker (kapitalne przeróbki jego utworów prezentuje ostatnio w krakowskim Piecarcie Paweł Kaczmarczyk) czy David Sanborn? Każdy z nich wywarł na jazz wpływ olbrzymi, nie do przecenienia, nawet jeśli nieraz ich artystyczna droga kończyła się ślepym zaułkiem. 
A dzisiaj kto może aspirować do takiej roli? Wielu wskaże Kena Vandermarka, o którego znaczeniu pisałem niedawno przy okazji płyty trio Free Fall „Grey Scale”, gdzie jego kreatywność przypomniała mi znane z fizyki „ruchy Browna”. Ale dla wielu Vandermark będzie zbyt nieokiełznany i wskażą raczej Chrisa Pottera, którego pełno wszędzie i to nie tylko po free jazzowej, ale głównie po mainstreamowej stronie jazzu. Wszakże właśnie przez tę swoją kompromisowość i pociąg ku komercyjnym projektom dla wielu będzie niestrawny, podobnie jak choćby taki Joshua Redman czy Branford Marsalis, którzy mimo marketingowego zgiełku, który ich otacza,  miejsca wśród wielkich moim zdaniem raczej nie zajmą.
Może zatem warto, abyście zwrócili uwagę na Davida Binneya, który jest jednym z najbardziej kreatywnych saksofonistów młodego pokolenia i jednym z nielicznych, którzy pokazują, że można iść ścieżką jazzowej awangardy, a jednocześnie zachować kontakt z szeroką publicznością.
Moje pierwsze z nim spotkanie miało miejsce przy okazji przesłuchania płyty „Welcome To Life”,  wydanej w 2004 roku, która to płyta wywarła na mnie niezatarte wrażenie. Nigdzie i nigdy nie słyszałem, żeby jakiś jazzman potrafił wykreować podobny nastrój: opisałbym go jako mieszankę niepewności i rezygnacji, a jednocześnie niezrównanego, metafizycznego piękna. Jest to bardzo rzadkie połączenie emocji szalenie trudnych do wyrażenia w muzyce, a płyta w mojej opinii ociera się o status arcydzieła. Od tamtej pory skaczę to w tył, to w przód, eksplorując cierpliwie liderski dorobek Binneya i nie znalazłem żadnej słabej płyty (jeszcze jedna cecha, która łączy go z największymi). 
Zresztą ci najwięksi bardzo mu pomogli, bo pobierał nauki u boku Phila Woodsa, George’a Colemana czy Davida Liebmana (jak nasz młody pianista Mateusz Kołakowski), a na jego płytach znaleźć można nazwiska takich tuzów, jak Uri Caine czy Bill Frisell. Ale od tych wielkich postaci może nawet istotniejsze są  nazwiska jego rówieśników, bo to creme de la creme nowojorskiej awangardy. I właśnie na jego najnowszym krążku, zatytułowanym „Graylen Epicenter”, towarzyszą mu między innymi Craig Taborn (grywa ostatnio w Nowym Jorku z Tomaszem Stańko), Wayne Krantz, Chris Potter, Brian Blade, pojawia się nawet wokal niezrównanej Gretchen Parlato.
Tak, „Graylen Epicenter” Davida Binneya, wydana pod koniec stycznia tego 2011 roku, to dokładnie epicentrum światowego jazzu, kompas wskazujący kierunek, co powinno dać wiele do myślenia naszym pięknie swingującym młodym muzykom. Bo najpiękniejszy jazz, śmiem twierdzić, rodzi się, gdy artysta potrafi, jak niegdyś rzymski bóg Janus, patrzeć jednocześnie za i przed siebie…

I próbka muzyki z tego spaniałego albumu:


sobota, 02 kwietnia 2011

Nie, kocham jazz zostanie sobie raczej na bloxie, chociaż ta platforma ma wiele wad. Ale kto ich nie ma ;-))) Natomiast adres zmienił mój anglojęzyczny blog o polskim jazzie. Aktualnie: http://polish-jazz.blogspot.com/. Zapraszam! Zmieńcie adres koniecznie jeśli linkujecie do niego. Dziekuję ;-)

11:42, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 kwietnia 2011

Uwaga! Wydana pod tym tytułem w 199, ale oczywiście muza jest nagrana dużo wcześniej, bo o ile mi wiadomo w roku 1955 i została wydana na płycie "Grovin' Higher.

Sound Conte Candoli (nie odmieniam jego nazwiska przez polskie przypadki, przerasta to mnie) jest tak nieziemsko piękny, że nie mogę się powstrzymać, ale grzebię jak śmieciarz w starych nagraniach, i jedna po drugiej wyciągam zapomniane płyty z jego udziałem. Kilka było ostatnio takich, w których grał w orkiestrze Stana Kentona, a teraz płyta kwintetu jaki udało mi się zebrać w następującym składzie: Bill Holman (tenor), Lou Levy (fortepian), Leroy Vinnegar (kontrabas) i Lawrance Marable (drums).

Holman ma ciepły, swingujący sound, przypominający nieco Stana Getza, obaj grali także u Stana  Kentona. Ponadto Bill grywał w różnych combo z innymi znaczącymi postaciami cool jazzu jak Shorty Rogers czy Art Pepper. Przede wszystkim znany był jednak z wyśmienitych aranży, które pisywał nie tylko dla Kentona, ale i dla Counta Basiego, Woody'ego Hermana czy Gerry Mulligana, a później także dla Buddy Richa. Oj, łebski musiał być z niego muzyk, choć może nie już aż tak wybitny instrumentalista.

Jest niesamowite, o czym to ja już na tym blogu pisałem, bo ze zdziwiem konstatuję, że notka na temat Lou Levy'ego już się na nim znajduje, o tu. Dodajmy, że podobnie jak wyżej wymienieni muzycy zdobywał ostrogi grając w wielu bigbandach (u George Aulda, Jimmy Dale'a, Woody Hermana i Tommy Dorseya). Znany był także jako doskonały akompaniator u boku wielkich jazzowych wokalistek tego okresu, bo towarzyszył Sarah Vaughan, Elli Fitzgerald, Anicie O'Day i Peggy Lee. Pamiętajcie o tym, że wszystkie te dane czerpię od Pawła Brodowskiego, wcale nie jestem taki sam z siebie mądry, a Paweł dodaje jeszcze, że w grze Lou słychać wyraźne wpływy Buda Powella, z czym mogę się tylko zgodzić.

Kontrabasista Leroy Vinnegar zaczynał w Chicago, gdzie zetknął się Charlie Parkerem, ale potem przeniósł się na Zachodnie Wybrzeże i wsiąknął na maksa w cool jazz. Niewiele o nim wiem ponadto, może rozpoznam go lepiej, przy następnym spotkaniu: sorry Leroy, dopiero się poznaliśmy, sam rozumiesz...

Lawrence Marable? Perkusista? Ktoś coś wie?

Inny skład etc., ale ten niezapomniany klimat cool jazzu...i Conte Candoli na trąbce...



 

Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...