Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
poniedziałek, 31 maja 2010

Dafnis Prieto jest perkusistą a płyta About The Monks to jego album debiutancki w roli lidera. Chłopak pochodzi z Kuby skąd uciekł do Stanów Zjednoczonych. Jest bez wątpienia wyjątkowo utalentowany muzyk (obejrzyjcie koniecznie dołącznony do posta filmik), a ponieważ obecnie mieszka sobie w Nowym Jarku co mniej więcej dla młodego jazzmana jest tym samym co dla Harry'ego Pottera studia na Hogwarcie to myślę, że w przyszłości jeszcze wiele razy usłyszymy o nim sporo dobrych rzeczy. Póki co natomiast to jego płyta jest przyzwoitą mieszanką rytmów afrokubańskich i nowojorskiego neo bopu, która zagrana jest zacnie i nic ponadto. Warto odnotować tego muzyka, ale na tę płytą nie ma się co specjalnie napalać. Jego rówieśnicy w Polsce nagrywają nie gorsze, a może i lepsze. Weźmy chociażby ostatnią płytę Arka Sokolika,  Jarka Bothura czy Macieja Obary. Tylko do Hogwartu mają niestety jakby nieco dalej. Niestety...

16:45, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 maja 2010

No i nareszcie!!! Nareszcie płyta, która mnie po prostu bez żadnych zastrzeżeń zachwyciła, tak jak gdyby drugą strona ulicy przechodziła kobieta wdzięczna, radosna jak wiosna, która do tego wszystkiego rzuciłaby łaskawie okiem w moim kierunku. Cóż może być piękniejszego? Cóż bardziej ekscytującego? Cóż bardziej burzy krew w żyłach niż kobiety, wino i jazz, że zacytuję klasyka, który jeśli zagląda na ten blog to z pewnoscią rozpozna swoje słowa ;-))) I takie właśnie emocje budzi ta płyta, na której spotyka się dwóch muzyków absolutnie siebie wartych, wielki amerykański saksofonista altowy Charlie Mariano i argetyński wirtuoz gitary klasycznej Quique Sinesi. Napiszę o tym drugim, bo po pierwsze jest mniej znany, a po drugie o Charlie Mariano juz pisałem na tym blogu.

Jak sugeruje sam tytuł płyty Sinesi jest zanurzony w argentyńsku folku ze szczególnym uwzględnieniem tanga, którym zainteresowanie przeżywa przecież (i słusznie!) wielki renesans na całym świecie. Ostrogi Sinesi zdobywał u boku legendy argentyńskiego tanga i muzyka, który wprowadził tango do jazzu, to jest u boku Dino Saluzziego, ale grał też z tej klasy jazzmanami co Enrico Rava, Paquito de Rivera czy Joe Lovano, żeby wymienić tylko kilku, tych najbardziej znanych. Ale słuchajcie teraz najwazniejszego: na tym nagraniu właśnie, które wam teraz przedstawiam, osiągnął Sinesi swoją muzyczną doskonałość i zasłużył sobie (przynajmniej ode mnie :-) na wieniec laurowy. Posłuchajcie zatem próbki muzyki w wykonaniu tych Panów, co prawda z dodatkiem kontrabasisty, ale jednak. Nagrania z tej płyty jednak brzmią o kilka długości lepiej niżprzedstawiona tu próbka!


17:15, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 maja 2010

Puzoniści w jazzie raczej nie zostają gwiazdami. Każdy potrafi wymienić Milesa Davisa grającego na trąbce, Jogna Coltrane'a na saksofonie czy Billa Evansa na fortepianie. Natomiast kto z Państwa potrafi wymienić jakiegoś jazzowgo puzonistę? A przecież było ich wielu i można by wymienić takich choćby mocarzy jak Curtis Fuller, Steve Turre, Roswell Rudd czy wreszcie właśnie Bob Brookmayer, który oprócz wspaniałego angielskiego trębacza Kenny Wheelera firmuje to własnie wydawnictwo.

Styl Boba Brookmeyera bardzo mi odpowiada, bo charakteryzuje go perfekcyjne opanowanie istrumentu, prawdziwa wirtuozeria połączona jednakże z wielką samodyscypliną, unikaniem efekciarstwa i znamonującą wybitnych muzyków umiejetnością WSPÓŁGRANIA z innymi muzykami. A współgrał Bob z prawdziwą śmietanką swiatowego jazzu, bo zaczynał karierę u boku Stana Getza, by na dłużej związać się współpracą z kwartetem Gerry Mulligana, który w przerwach między heroinowymi jazdami i pobytami w więzieniu, tworzył nagrania, które miały się stać kanonem west coast jazzu. W końcu lat 50-tych związał się ze słynnym trio Jimmy'ego Giuffre (którego skład uzupełniał Jim Hall), a potem oprócz współpracy z Mulliganem, grał na poczatku lat 60-tych z Clarkiem Terry (ach, cóż to za wspaniały trębacz był!), a następnie z orkiestrą Thada Jonesa i Mela Lewisa. Lata 70-te były dla niego najrudniejsze, praktycznie przestał grać, ale w końcu powrót jazzu akustycznego do maistreamu w latach 80-tych przywrócił go (jak wielu innych) do jazzowej macierzy i od tamtego jazzu pięknie się starzeje w głównym jazzowym nurcie (ma już ponad 80 lat!).

A jak się prezentuje muzyka na tej płycie? Mogłaby być z powodzeniem ukazać w ECM-ie, dla którego na co dzień nagrywa Kenny Wheeler, bo w klimacie jest stonowana, refleksyjna, a przy tym pełna ekspresji. Nie jest to może jakaś przebojowa pozycja, album, który powinien mieć każdy, nie jest to żaden jazzowy przełom z jakiej strony by nie patrzeć. Z drugiej strony wszakże jest to kawałek pięknej, nastrojowej muzyki nagrany przez najwyższej klasy muzków, brzmiący krystalicznie i ładnie wydany: może więc jednak warto się skusić? Decyzję tą zostawiam z checią Wam, w czym pomóc może ten oto film pokazujący jak powstawała muzyka z tej płyty:


PS. Skład grajacy na płycie uzupełniają Frank Carlberg na fortepianie i John Hollenbeck na perkusji.

21:32, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 maja 2010

Legendarne nagranie! Nazwisko Johnny Griffin powinno coś mówić każdemu jazzmanowi aczkolwiek mówię to z pewnym wahaniem, bo na pewno nie jest to muzyk jazzowy o największym nazwisku. Powodem tego nie był bynajmniej niedostatek talentu, bo Johnny Griffin to po prostu bezspornie jeden z największych wirtuozów gry na saksofonie tenorowym w historii jazzu, ale raczej fakt, że Griffin nie potrafił dobrze planować swojej kariery ani ją zarządzać , a wreszcie by uniknąć kłopotów z policją (chodziło oczywiście o narkotyki) zaszył się w Europie. Podobnie zresztą jak wielu innych muzyków jazzowych, którzy wybrali to  wygnanie z ojczyzny jazzu przyczyniając się do jego bujnego rozrostu na Starym Kontynencie, ale tym samym skazując się na względne zapomnienie. Poza Johnym Griffinem możnaby tu wymienić takie postacie jak Mal Waldron, Kenney Drew, Marion Brown czy nawet wielki Chet Baker by wymienić tylko kilku spośród bardzo wielu i to tych, którzy po prostu ostatnio znaleźli miejsce na moim blogu.

Nagranie to jest czymś w rodzaju jam session, spotkaniem wybitnych sakfonistów tenorowych w osobach, uwaga lepiej teraz usiądźcie, w osobach wspomnianego już Johnny Griffina, a także Hanka Mobleya i samego Johna Coltrane'a. Do saksofonistów dołącza wybitny trębacz Lee Morgan. A sekcja rytmiczna składa sie z takich gigantów jazzu jak iście genialny na tej płycie Wynton Kelly na fortepianie, Paul Chambers na kontrabasie i na perkusji nie kto inny jak profesor jazzu Art Blackey. W programie cztery standardy: The Way You Look TonightBall Bearing, All The Things You Are i Smoke Stack. Prawdziwym smaczkiem całej tej sesji jednak są po prostu wspaniałe popisy i pojedynki między saksofonistami, przywołujące na myśl korzenie jazzu, kiedy klasę muzyka mierzono tym jak głośno i szybko potrafił grać. Ta płyta jest dla mnie rodzajem pożegnania z tą tradycją, wspaniałego pożegnania, bo muzycy wspinają się na szczyty swych umiejętności, by wyróżnić się w tak doborowym towarzystwie. Wielu wskazuje właśnie na Johna Griffina jako na zwycięzcę tych niezapomnianych jazzowych igrzysk. Ja mam jednak trochę inne uczucie i chociaż bardzo doceniam Johnego wskazałbym innego muzka jako tego, którego gra wywarła na mnie największe wrażenie. Mam na mysli Wyntona Kelly'ego, którego gra na fortepianie po prostu mnie zdumiewa na tej płycie. Ale czy można się temu dziwić zważywszy fakt, że przez tyle lat Kelly byl nadwornym pianistą u Milesa Davisa. Ja w każdym po tej płycie obiecuję sobie siegnąć do jego nagrań właśnie, nie zapominając oczywista o najwiekszym bohaterze tej sesji, to jest Johnnym Griffinie.

Posłuchajcie proszę utworu z tej płyty zatytułowanego Smoke Stack. Niewiarygodne!



17:09, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 maja 2010

W moich nieustannych peregrynacjach frisellowskich sięgnąłem tym razem po płytę z roku 1978, a okazją ku temu była jej reedycja sprzed dwóch lat, dzięki której nowe pokolenie fanów mogło się z nią zapoznać. Billowi Frisellowi grającemu jak wiadomo na gitarze towarzyszą tutaj Joey Baron na perkusji, Hank Roberts na wiolonczeli oraz Kermit Driscoll na kontrabasie. Ten nietypowy zestaw instrumentów (specjalność Frisella) sprawia, że klimat muzyki jest orginalny, generalnie dość mroczny, posępny, żeby nie powiedzieć smętny. Szczerze powiem, że płyta nie zachwyciła mnie jakoś szczególnie. Czuć jednak na niej upływ czasu, od tego czasu Frisell nagrał płyty o wiele lepsze. Z drugiej strony jako że jestem dość uważnym słuchaczem muzyki Frisella to interesującym było dla mnie słuchać jak na tej płycie styl tego gitarzysty dopiero się krystalizuje, nabiera tych indywidualnych, wyróżniających go od milionów innych gitarzystów cech. Cały materiał na płycie jest pióra Frisela z wyjątkiem Hackensack autorstwa Theloniusa Monka. Płyta została wydana w wytwórni ECM zatem poziom nagrania jest bardzo wysoki. Pozycja, ktorą mogę śmiało zarekomendowac tym, którzy są zainteresowani w jaki sposób Bill Frisell dochodził do swojego własnego stylu.

Poniżej filmik z YouTube z utworem z tej płyty zatytułowanym Little Brother Bobby:



17:20, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 maja 2010

Coś jest na włoskiej ziemi, którą bardzo kocham, do tego stopnia, że nauczyłem się języka włoskiego, którym władam może gorzej niż kiedyś, ale jednak, zatem coś jest na tej ziemi takiego, że rodzi ona piękne głosy, w tym obficie zwłaszcza kobiece. Ponieważ jestem miłośnikiem jazzu o prowienencji klasycznej, bo zanim zakochałem się w jazzie, interesowałem się i słuchałem przez wiele lat niemal wyłącznie muzyki klasycznej, przypomnę kilka nazwisk należących do tych wspaniałych włoskich spiewaczek: Adelina Patti, Renata Tebaldi czy Cecilia Bartoli. Roberta Gambarini także jest Włoszką i chociaż śpiewa jazz robi to z najwyższą muzyczną klasą, perfekcyjnie, trochę tak jakby nie śpiewała jazzu tylko klasyczny repertuar właśnie. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego, bo Roberta śpiewa wyłącznie standardy, największe standardy, piosenki pióra Duke'a Ellingtona, Billy Strayhorna czy Irvinga Berlina. Do tego wszystkiego Gambarini w nagraniu towarzyszy sam Hank Jones, wspaniały pianista prawdziwie jazzowy, legenda jazzu, kapitalny akompaniator, który nie tylko dorównuje jej talentowi, ale nawet prawdę mówiąc znacznie ją przewyższa jako muzyk jazzowy. Gra z nim to dla tej wokalistki olbrzymia nobilitacja. I z pewnością płyta ta zyskała oszałamiająco dobre recenzje, cieszyła się też zapewne wielkim powodzeniem u publiczności, myślę także, że dobrze się sprzedawała, co jednak nie zmienia faktu, że ja po jednokrotnym przesłuchaniu mam jej serdecznie dosyć. Mam nadzieję, że jazz nie pójdzie ścieżką, którą idzie Roberta Gambarini, chciałbym, żeby jazz kroczył ścieżką trudniejszą, może rzadziej wedrowaną, nie tak szeroką, wygodną i usłaną dolarami czy Euro, ale ciekawszą, bardziej intrygującą, poszukującą tego, co w życiu wywołuje zdziwienie i niepokój. A poniżej ładny utworek w wykonaniu tej Pani:


17:31, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 maja 2010

Okładka z płyty wydanej w 1972, ale muzykę posiadam oczywiście w wersji cyfrowej z albumu wydanego w roku 2005. Mal Waldron i Steve Lacy, ich wielka jazzowa klasa, ich trwająca tyle dekad przyjaźń, ich wyjątkowe osiagnięcia i niepowtarzalny styl, wszystkie te tematy były już obecne na moim blogu i kto jest ich ciekawy wystarczy, że wpisze odpowiednie hasło do wyszukiwarki na blogu i z łatwoscią je znajdzie. Odnotuję zatem, że obu gigantom towarzyszą muzycy o wiele mnie znani, właściwie mi nieznani, a są to: Steve Potts na saksofonach sopranowym i altowym, Irene Aebi na wiolenczeli (także wokal), Kent Carter na kontrabasie i Noel McGhee na perkusji.

W muzyce odnajdziemy przede wszystkim klimaty monkowskie, tak bliskie zarówno Waldronowi jak i Lacy'emu, i będziemy mieli okazję obcować z najlepszą z możliwych wersją awangardy: ambitną, nieoczywistą, kreatywną, ale komunikatywną i wyrafinowaną muzycznie. I wreszcie wisienką na torcie jest to, że w niewielu nagraniach free jazowych czuć klimat sali koncertowej, spotnaniczności jam session, rytmu, który wprowadza muzyków i publiczność w ekstazę. Tutaj ten duch wypełnia szczelnie całą plytę i świadczy o jej wyjątkowości i klasie. Nie znalazłem niestety na YouTube żadnej muzyki z tej płyty, ale za to zamieszczam niesamowity klip z bardzo kameralnego koncertu jazzowego, który pokazuje czym jest JAZZ grany na żywo tak jak właśnie powinien być w odpowiednim dla siebie miejscu, więc raczej nie dla wielkiej publiczności, nie w filharmonii czy w hali sportowej:

16:59, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 maja 2010

Zapis koncertu jaki dał ten duet w pięknej włoskiej Vicenzy, w audytorium Canneti, 15 maja 2006. Koncert został transmitowany przez włoskie Rai Radio Tre 10 kwietnia 2007. Jak zwykle John Surman (instrumenty dęte) i John Taylor (fortepian) nie zawodzą. Zresztą granie w duecie jest w jazzie pewna formą nobilitacji, bo trzeba naprawdę sporej klasy, żeby w tym formacie nie zanudzić słuchacza, a obaj panowie nie tylko nie zanudzają, ale za pomocą klimatu, nastroju jaki posiada ich muzyka tworzą z jazzu prawdziwą poezję. Posłuchajcie zresztą jak to brzmi chociaż muza nie z tej płyty, a poza tymi dwoma panami graja jeszcze Chris Laurence na kontrabasie i John Marshall na perkusji. A swoją drogą w jakich rajskich warunkach ci szczęśliwi Włosi mogą obcować z tak niebiańską muzyką! I dziwić się potem, że ich jazz jest tak piękny jak nie przymierzając na przykład norweski czy... polski ;-)


19:13, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 maja 2010

Jak już pisałem wcześniej na tym blogu Nostalgia 77, nowa brytyjska formacja jazzowa, jest tym dla jazzu z Wysp Brytyjskich co Contemporary Noise i Pink Freud dla jazzu polskiego: nowym, ożywczym tchnieniem w piękny, lecz już nieco stęchły klimat jazzu tradycyjnego w obu krajach. Ta płyta łączy to co najlepsze w brytyjskim jazzie, a także to co stosunkowo małe znane i ograne, bo Ben Lamdin, założyciel zespołu Nostalgia 77, to całkowicie nowa jeszcze siła w brytyjskim jazzie mimo wydania już kilku znakomitych płyt, a z kolei Keith i Jullia Tippetowie to wielkie postaci free jazzu i muzyki awangardowej, znani i cenieni, lecz raczej przez bardzo wąskie grono miłośników muzyki tego właśnie typu. Ich wspólna akcja na tym albumie przyniosła w efekcie zdumiewajaco udany melanż, jednocześnie świeży, odważny, ale i strawny dla ucha nawet nie nawykłego do awangardy, po prostu jest to wielki sukces na miarę nie tylko brytyjską, ale i europejską, zdecydowanie jedna z najlepszych płyt mijającego roku. Posłuchajcie zresztą tego choćby utworu z tej płyty, a ja przy tej okazji chciałbym wyrazić nadzieję, że kiedyś i nasi wielcy mistrzowie jazzu zasiądą razem z młodymi, gniewnymi do współnej pracy i pokażą razem na co ich stać, wytyczając tym samym nową, szeroką drogę dla mającego tak świetne tradycje polskiego jazzu:

17:36, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 maja 2010

Kolejna płyta UFO gości na moim blogu nieprzypadkiem, bo uważam to japońskie trio (z jednym żabojadem) za jedną z niewielu formacji przywracających w udany sposób jazz tanecznej scenie. Nawiązania do jazzowej tradycji są bardzo wyraźne w niemal każdym ich utworze, ale wszystko zagrane jest z taką energią i biglem, że zapomina się o tym, a ma się uczucie, że obcuje się z czymś całkowicie świeżym i tak rozbujanym, że aż chce sie żyć. Zresztą posłuchajcie sami:


16:40, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010

Płyta Chicka Corei Friends, którą omawiałem w poprzednim poście, nagrana w roku 1978, w szczytowym momencie rozwoju fusion, tej rockowo-popowej gałęzi jazzu, zmobilizowała mnie do napisania notki na temat wydanego w zeszłym roku albumu Johna McLaughlina i Chicka Corei zatytułowanego Five Peace Band Live. Live, bo jest to zapis kocertu jaki dali artyści w trakcie odbywającego się w Londynie w roku 2008 słynnego festiwalu jazzowego. Płytę przesłuchuję już od dość dawna i staram się sobie o niej wyrobić opinię. Wreszcie zatem przyszedł ten wiekompomny moment by się wypowiedzieć, a ja wcale nie czuję się gotowy. Dlaczego?

Po pierwsze powiedzmy kto gra: oprócz obu wymienionych wyżej muzyków skład uzupełniają Kenny Garrett na saksofonie, Christian McBride na kontrabasie i Vinnie Colaiuta na perkusji. Lepszego nie sposób sobie oczywiście wyobrazić. Zresztą dosłownie wszystko na tej płycie jest NAJ: nie tylko skład, ale i wybrane przez muzyków kompozycje (m.in. In A Silent Way i Someday My Prince Will Come), poziom wykonania i entuzjastyczne przyjęcie tak krytyków jak i publiczności. Płytę okrzyknieto zgodnie jedną z najważniejszych w zeszłym roku!

Cóż, a jednak ja nie podzielam tego ogólnego zachwytu i wcale nie z tego powodu, że chcę się jakoś od innych tą opinią odróżnić, pokazać jaki to ja jestem mądry, a inni nie, wcale nie chodzi o to. Chodzi zaś o to, że w muzyce istnieją dwie wizje tego, do czego powinna ona dążyć: w myśl jednej mistrzostwo polega na tym by jak najlepiej zagrać najczęściej to, co już było przedtem znane, a według drugiej zagrać coś czego nikt inny jeszcze nie zagrał, otworzyć nowy szlak, odkryć nowy ląd. W myśl tej pierwszej definicji płyta ta jest wybitna i nadzwyczajna, ale wg drugiej przeciętna (mimo wspaniałego poziomu muzyków i wykonania) i po prostu wtórna. Gdyby miał tą drogą podążać jazz wkrótce podzielił by niewesoły los muzyki klasycznej. Zatem z przykrością stwierdzam, że ta płyta mnie rozczarowuje, nie ma w niej nic nowego czego nie byłoby na Bitches Brew Milesa Davisa, podczas nagrania której ostatni chyba raz spotkali sie właśnie Chick Corea i John McLauglin, bez wątpeinia wielcy muzycy jazzowi, o wielkim nieprzemijającej wartości dorobku, którzy sobie tu, spokojnie i na  luzie, odcinają kupony od zdobytej niegdyś w pocie czoła sławy...

Próbeczka wspaniałej muzyki z tego podwójnego albumu:


17:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 maja 2010

Kiedy w roku 1972 Chick Corea nagrał Return To Forever wielu miłośników jazzu po prostu zatkało. Tuż bowiem przed nagraniem tamtej płyty Corea bawił się we free jazz zarem z Anthony Braxtonem i Dave'm Hollandem i wydawało się, że na zawsze już pozostanie w nurcie najambitniejszego i najbardziej wyrafinowanego jazzu. A tymczasem nastały dla niego czasy Return To Forever, który oznaczał flirt z fusion, rockiem i popem, który zreszta przyniósł Corei oszałamiający sukces komercyjny, ale już nie aż taki u krytyki jazzowej. I mnie ciagle jakby ów etap w twórczości Corai nieco deprymuje: z jednej strony muzyka ta jest zdecydowanie śliczna jak choćby ów The One Step do przesłuchania którego niebawem Was zaproszę, ale z drugie strony jakoś to wszystko nie przystaje do dokonań Corei u boku Milesa Davisa i zestawiając Friends z Bitches Brew ma się nieprzeparte wrażenie, że Corea w latach 70tych rozmieniał się na drobne. Prawda leży zapewne gdzieś po środku, bo jeśli rzeczywiście rozmieniał się na drobne, to były to jednak ciągle nie miedziaki, ale małe złote monetki, bo Chick Corea to muzyk, który na albumach sygnowanych swoim nazwiskiem nigdy nie zszedł poniżej pewnego (bardzo wysokiego zresztą) poziomu.

Na płycie tej (jak i na prezentowanym tu nagraniu) towarzyszą mu Joe farrel (dęciaki), Eddie Gomez na basie i Steve Gadd na perkusji. Warto posłuchać tego nagrania:


20:17, trener66
Link Komentarze (2) »
środa, 19 maja 2010

Zadziwiająca płyta Gomeza, będąca dla mnie naprawdę duuuużym rozczarowaniem. Eddie Gomez bowiem to nie byle kto w świecie jazzu, wystarczy powiedzieć tylko, że przez 10 lat grał w trio Billa Evansa, a to jest już jazzowy Olimp. Włączyłem zatem tę płytę mając oczekiwania naprawdę duże, zwłaszcza że u boku Gomeza grającego na kontrabasie znajdują się na tym nagraniu Dick Oats (sax), Jeremy Steig (fl), Dan Wall jr (instrumenty klawiszowe) i Joe Chambers (perkusja) muzycy w końcu nienajgorsi. Ale efekt tego wszystkiego jest kompletnie niezjadliwy. Koszmarne coś a la smooth jazz nie nadające się do słuchania. Jakby tego wszystkiego było mało znalazłem na YouTube klipy z koncertu z materiałem z tejże płyty, które wszakże brzmią bardzo zacnie!!! Nic z tego doprawdy nie rozumiem: wygląda na to, że Gomez na siłę zmienił styl na płycie, aby brzmiała bardziej komercyjnie i łatwiej się sprzedawała. Efekt jest koszmarny. Eddie pozwól, że powiem Ci szczerze: graj swoje jak do tej pory, a nie dawaj d... za kasę, bo Ci to najwyraźniej zupełnie nie wychodzi. Mam nadzieję do usłyszenia przy jego kolejnych normalnych płytach, które mogłyby brzmieć właśnie mniej więcej tak jak te całkiem OK klipy:


18:24, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 maja 2010

Ta płyta jest naprawdę mega głęboko zakopana pod pierzynką zapomnienia, ale okazuje się, że warto było ją odświeżyć. O Christopherze Stiefelu słyszę pierwszy raz w życiu. To szwajcarski pianista, urodzony w 1961, który ma bardzo klasycyzujące brzmienie i przypomina nim bardzo niektórych polskich pianistów takich jak Włodzimierz Pawlik, Piotr Wyleżoł czy ostatnio Maciej Tubis. Ponieważ jednak jest kompozytorem wszystkich utworów na tej płycie, a są to kompozycje po prosty wyśmienite, należy mu się bez wątpienia szacunek i uznanie. Najsilniejszą jednak stroną tego nagrania jest fakt, że Stiefelowi udało sie namówić do współpracy kapitalnych muzyków w osobie wspaniałego saksofonisty altowego Charlie Mariano i wybitnego perskusity Petera Erskina. Obecność tych dwóch amerykańskich jazzmanów sprawia, że płyta wybija się ponad jazzową przeciętność, przy czym pozostali muzycy w osobach Matthieu Michela na trąbce i Dietera Ilga na basie raczej nie przeszkadzają niż coś wnoszą do muzyki, natotmiast sam Stiefel na fortepianie rzeczywiście interesująco współbrzmi z wyżej wymienionymi dwoma mistrzami.

Muzyka na tej płycie to europejski jazz, bardzo mi przypominajacy dokonania polskich pianistów wymienionych wyżej, ale będąca również pewnego rodzaju przestrogą dla tych naszych polskich wirtuozów. Bo choć muzyka na tej płycie jest świetna to jednak bardzo trudno znaleźć te płytę w zestawieniu płyt nagranych przez Charlie Mariano czy Petera Erskine'a. Smutną prawdą jest, że aby być dostrzeżonym przez jazzową publiczność na świecie trzeba się jakoś przebić do katologu w miarę porządnej wytwórni płytowej. A to się jak na razie naszym wspaniałym jazzmanom raczej nie udaje. Jak to zmienić nie wiem (moja mała próba to http://www.kochamjazz.blogspot.com/). Tym większe jednak moje słowa uznania dla Marcina Wasilewskiego (ECM), Pawła Kaczmarczyka (ACT) czy Piotra Wyleżoła (Fresh Sound New Talent), którym ta sztuka jednak się udała.


17:31, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 maja 2010

W Diane Reeves zakochałem się, gdy usłyszałem ją na ścieżce dźwiekowej do filmu Good Night And Good Luck. Płyta z muzyką z tego filmu, która jest w zasadzie występem tej właśnie artystki zdobyła w 2004 roku Nagrodę Grammy. W moim odczuciu wokalistyka jazzowa w wykonaniu Diane Reeves, wokalistyka która moim zdaniem ogólnie rzecz biorąc jest obecnie w stanie głębokiego upadku, najbliżej może jest wielkich postaci z przeszłości takich jak Ella Fitzgerald czy Billie Holiday. Zanim zaproszę Was do wysłuchania wpaniałej piosenki z tej płyty o tytule Just My Imagination, wspomnę tylko, że artystka ta da 11 maja koncert w Poznaniu. Jakże chciałbym tam być! 

15:28, trener66
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...