Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
wtorek, 31 maja 2011

Na moim blogu poświęconym polskiemu jazzowi, przypomniałem ostatnią EPkę Skalpela zatutułowaną oczywiście "Polish Jazz", a przy okazji ubolewałem nad kiepskim stanem polskiego nu jazzu i trip hopu. Kiedyś wiele takich płyt znajdowałem na tym blogu http://szulc888.blox.pl/html, ale ostatnio jego autor nieco zaniedbuje czytelników i brak mi bardzo takich rekomendacji. Tak, kochani, trzeba się od czasu do czasu oderwać od jazzu i miło jest wtedy posłuchać dobrej tanecznej muzy, bo do niczego nie można się nazbyt przywiązywać nawet do tego co dobre i ze wszech miar pożądane jak jazz, i to ten z najwyższej póły, jaki nieraz (mam nadzieję!) znaleźć można na tym blogu. Prawdziwy NINJA musi mieć duszę wolną jak ptak, by móc polecieć w każdym z kierunków, z których powieje dobry muzyczny wiatr... 

Posłuchajcie doskonałej Zap Mamy zmiksowanej przez DJ Krusha w piosence, która nieco nawiązuje do ostatniego zdania niniejszego tekstu (szkoda, że cała płyta nie jest równie dobra!):





niedziela, 29 maja 2011

Miałem ostatno okazję być w mieście, w którym bywam zdecydowanie za rzadko w stosunku do tego czego bym pragnął. Bo ileż to rzeczy pięknych i wspaniałych zebrało się na tym położonym u stóp wawelskiego wzgórza miejscu, a wśród nich niebagatelną jest i spora liczba jazzowych miejscówek, w których zarówno atmosfera jak i muzyka bywają po prostu niezrównane.

Ta wszakże wizyta miała swój związek z pracą i przyznam, że taki byłem zmęczony po całym dniu, że mimo wielkiej chęci, bliski byłem pozostania w pokoju hotelowym i bezmyślnego gapienia się w telewizor. W sukurs przyszedł mi jazzowy towarzysz, free jazzowy alchemik Bartek Adamczak (przeczytajcie koniecznie także jego relację z tego koncertu), który swoimi czarami zmobilizował mnie do wzięcia się w garść, dupy w troki i podążenia na ów magiczny krakowski Rynek. I nie minęło pół godziny jak spacerowałem pijanymi różnojęzycznym tłumem Plantami, a wielobarwna ludzka fala niosła mnie do przodu,  porywając swoją energią i entuzjazmem, tak że wkrótce ani śladu nie było po moim zmęczeniu i senności.

Wreszcie dotarłem na ul. Szewską 12 do klubu o nazwie PiecArt, znajdującego się w pięknie zaadaptowanych piwnicach starej kamienicy, gdzie dosłownie garsteczka publiczności czekała na koncert. Zamówiliśmy po pszenicznym Ciechanie i tak to sącząc ów przezacny trunek to gadając sobie o tym ukochanym przez nas jazzie, a zwłaszcza free jazzie, czekaliśmy na koncert, nic prawie nie wiedząc o mającym za chwilę grać TrioJazz Trabant.

W końcu wchodzą: Svein Magnus Furu - szczupła twarz, nieśmiały uśmiech, wyraźnie spięty, to lider grupy, saksofonista i, jak niebawem się okaże, wybitny muzyk; dalej Adrien Myhr - stoi wyprostowany dumnie przy swym kontrabasie, lekko gniewnie zerka na nieliczną publiczność, ale jego kompozycja o nazwie "Simrock" okazała się najlepszą tego wieczoru; wreszcie Audun Lunnan Hjort - wielki chłop, który wali w perkusje mocno jak drwal, ale z kapitalną wręcz finezją i kreatywnością. Z wolna, w miarę jak muzycy rozkręcali się, a muzyka zaczynala do nas docierać, nasze szczęki opadały coraz to niżej i niżej. Bo oto tych trzech młodziutkich, kompletnie nam nieznanych muzyków, grających do tego w niezbyt nas interesującym raczej mainstreamowym idiomie, po prostu roznosiło stodołę na drzazgi! Ze strachem patrzyłem na grube mury PiecArtu czy aby wytrzymają dawkę energii jaką ją raczyli młodzi Wikingowie: dynamit, trotyl, nitrogliceryna musiała płynąć w ich żyłach, tak, że w końcu wielki ogarnął nas zachwyt, klaskaliśmy jak szaleni i pohukiwaliśmy, a coraz więcej publiczności waliło do klubu zaintrygowanej dziejącym się wydarzeniem. W końcu muzyków pożegnały owacje, a kiedy skończyły się bisy, mieliśmy wreszcie okazję by słów parę zamienić z artystami.

Na szczęście mieli ze sobą płyty, zatem kupiłem sobie od Sveina Magnusa Furu, którego gra bardzo mi przypadła do gustu, jego album "Kayak" nagrany w roku 2009 chociaż w innym składzie. Widząc moje lekkie wahanie, bo chciałem mieć raczej płytę nagraną przez Trabanta, Svein poinformował mnie, że to jego nowe trio dopiero planuje wydać swoją pierwszą płytę, ale, i tu uśmiechnął się tajemniczo, "nie będziesz żałował".

Kiedy wróciłem wreszcie do Warszawy, wydobyłem płytę z walizki i wrzuciłem do wiecznie głodnej gęby mojego Marantza i wręcz oniemiałem z zachwytu: z moich ukochanych Tannoyi toczyła się muzyka spokojna jak zimna woda w głębokich norweskich fiordach i równie jak one zachwycająca. Nie było w tym żadnego przypadku, bo płyta ta była wśród najlepszych w roku 2009 w Norwegii, nominowana do norweskich odpowiedników Grammy, wśród takich doborowych albumów jak "Hamada" Nilsa-Pettera Molvaera i "Restored, Returned" Tord Gustavsen Ensemble. Doprawdy w pełni zasłużenie jak możecie się przekonać słuchając utworu poniżej, a ponadto proponuję Wam jeszcze zapoznanie się z bynajmniej nie gorszą muzyką JazzTrio Trabant pod podanim niżej linkiem:  

JazzTrio Trabant: 

http://www.myspace.com/triotrabant

oraz

Kim Johannnesen, Svein Magnus Furu, Tore Sandbakken - Kayak (2009): 



Autor tekstu: Maciej Nowotny (http://www.polish-jazz.blogspot.com/)




poniedziałek, 23 maja 2011

W roku 1884 Edwin Abbott wydał książkę „Flatlandia”, w której po raz pierwszy użył pojęcia „płaszczak”. Ów płaszczak to stwór znający jedynie dwa wymiary (szerokość, długość) i niepotrafiący sobie wyobrazić trzeciego (wysokość): na przykład dla płaszczaka powierzchnia kuli będzie nieskończoną płaszczyzną, po której poruszając się będzie czuł się wolny i niczym nieograniczony.

Śmieszne? Nie bardzo. Fizycy tworzą teorie, które postulują istnienie większej ilości wymiarów niż cztery, które znamy (plus czas) i twierdzą, że bez nich nie da się zrozumieć tego jak zbudowany jest wszechświat.. Jednak kiedy mój umysł dyletanta stara się zmierzyć z ideą pięcio, sześcio czy nawet jedenastowymiarowej przestrzeni, to  mimo szczerych i wielkich wysiłków nie potrafi jej uchwycić.

Nie inaczej było podczas środowego koncertu Music In Movement Electronic Orchestra, w przepięknym wrocławskim klubie Eter, który odbył się 18 maja 2011 w ramach trwającego od 13 do 21 maja festiwalu Musica Electronica Nova. Jak to wyglądało? Dziewięciu muzyków (Ch. Fennesz, P. Durrant, T. Lehn, K. Matthews, G-J. Prins, P. Rahberg, K. Rowe, M. Schmickler, R. Toral), których nazwiska nic mi nie mówią, ale podobno to wszystko premier league, siedzieli dookoła sceny przy małych stoliczkach, na których mieli porozkładane różnego rodzaju urządzenia napędzane prądem elektrycznym. Dominowały laptopy i rozmaite przetworniki dźwięku, ale zauważyłem także szczoteczkę do zębów, wiatraczek, a nawet ucięty kawałek gryfu gitary ze strunami, na który patrzyłem niemal ze łzami w oczach jak na rozciągnięty na krzyżu symbol minionych czasów.

Koncert polegał na tym, że artyści katowali swoje dziwaczne elektroinstrumenty, przetwarzając następnie tak uzyskane fale dźwiękowe, by otrzymaną w ten sposób ścianą dźwięku atakować trąbki Eustachiusza przybyłych na te tortury słuchaczy. Wytrzymałem około pół godziny, aż w końcu pokonany, niczym ranne zwierzę, zmuszony byłem zaszyć się w najdalszym zakątku  klubu, aby ocalić moje uszy od kompletnego zniszczenia. Mylilibyście się wszakże sądząc, że mam generalną niechęć do eksperymentów elektroakustycznych. Znam i cenię bardzo dokonania jazzmanów wykorzystuących elementy tej estetyki takich jak Rob Mazurek czy Evan Parker, nie wspominając o Autechre. Ale chociaż mam wiele grzechów na sumieniu, nie uważam jednak, że zasłużyłem na tak okrutną karę jak zbyt długie słuchanie tej kakofonii!

Po koncercie, rozmawialiśmy z Marcinem Kicińskim z Impropozycji o tym wydarzeniu i przyszło mi do głowy, że tą ciekawą dla mnie dyskusję bardziej zapamiętam niż muzykę, która była pretekstem dla naszego spotkania. „Jak nic jesteś płaszczakiem” – pomyślałem o sobie ze smutkiem – „drobnomieszczańsko postrzegasz wyjście na koncert jako miły relaks po dniu ciężkiej pracy, który sprzyja interesującym spotkaniom towarzyskim okraszonym kuflem dobrego piwa…”. Z drugiej strony, jakiś przekorny duch bronił się przed takim potępieniem: „Jeśli obcowanie z muzyką ma być podobne do milgramowskich eksperymentów z aplikowaniem publiczności rosnących w siłę szoków elektrycznych, to ja dziękuję za taki jazz i wolę zostać w domu!”. „Który pogląd jest mi bliższy?” – łamałem sobie głowę wracając do domu pełnym rozbuchanej wiosny i zakwitających dziewcząt Wrocławiem…

PS. A dla równowagi tutaj znajdziecie bardzo dobrze napisaną entuzjastyczną wręcz recenzję tego wydarzenia.

Próbka hałasów jakim musiał stawić czoła Wasz płaski jak flądra korespondent:



sobota, 21 maja 2011

Pozwólcie, że przedstawię: moja żona, Iwona! Doszła ona ostatnio do wniosku, że za dużo czasu poświęcam muzyce i wysłała mnie do doktora. Poszedłem i mówię: Panie doktorze ciągle słucham muzyki. W pracy, na spacerze, na imprezach, w kawiarniach, na deptakach, w pociagu, w aucie, podczas jedzenia, seksu, a nawet wtedy, gdy chcę zasnąć. Pokiwał głową, powiedział: rozumiem, coś nagryzmolił na recepcie i powiedział następny proszę.

Zmartwiony szedłem do samochodu, co ze mną będzie, co powie żona i z niepokojem rzuciłem okiem na receptę, aby sprawdzić co mam kupić w aptece. Ale tam takie tylko znalazłem napisane słowa: "Nic nie mogę na to poradzić. To Pana przeznaczenie...".

Słońce świeciło tak pięknie, czułem ciepły wiatr we włosach, a na pobliskim drzewie rozśpiewały się ptaki. Trwałem w zachwycie nie wiem jak długo...

A jeśli chcecie razem ze mną poszukać tego "przeznaczenia" i "ekstazy" koniecznie sięgnijcie po tę muzykę. Jedna z moich najukochańszych płyt...




poniedziałek, 16 maja 2011

Jakoś ostatnio nasłuchałem się free aż do przesytu i ciągnie mnie z powrotem do mainstreamu: to jak powrót męża do żony po romansie z kochanką, szaloną, dziką, fascynującą, ale jednak nieco męczącą. W pewnym momencie zaczyna się tęsknić do swoich starych kapci, do fotela w rogu salonu, w którym najlepiej smakuje poranna gazeta, do obiadu podanego na czas i do wypranych koszul. Ale powiecie: drogi Macieju, czyż nie można jakoś połączyć jednego z drugim? Otóż można, a udowadnia to Nate Wooley, młody amerykański muzyk, na którego zwrócono mi uwagę jako na jednego z najciekawszych młodych trębaczy na świecie.

Wszakże do tej pory kojarzyłem go głównie z muzyką free i improwizowaną, a tymczasem na tej płycie gra jak z nut, dosłownie. Muzyka jest uporządkowana, melodyjna, pełna skupienia i ciszy, a przy tym swobodna, spontaniczna, przystępna. Cóż za cudowna mieszanka! 

Odnotujmy, że ten lekki jak puch melanż pomagają tworzyć liderowi muzycy tak wyśmienici jak Josh Sinton na klarnecie basowym, Matt Moran na wibrafonie, Eiving Opsvik na kontrabasie i Harris Eisenstadt na perksusji. Te nazwiska od jakiegoś czasu powtarzają się na kolejnych rewelacyjnych nagraniach z portugalskiej wytwórni Cleen Feed, która wydała także i tę płytę. Ostatnio katalog tej oficyny zaczyna przypominać te z najlepszych lat Blue Note czy ECM-u. Studiujcie go uważnie w poszukiwaniu prawdziwych perełek dzisiejszej jazzowej awangardy, a jeśli chodzi o Nate'a Wooley, to posłuchajcie go chociażby na tym na tym nagraniu, które uwidacznia jak wielka jest skala jego talentu (chociaż nie pochodzi z tej płyty):   

  

sobota, 14 maja 2011

Coś się ruszyło w kwestii polskiego jazzu. Środowisko postanowiło współpracować co bardzo mi się podoba i co z całego serca popieram. Ważne spotkanie miało miejsce podczas I Konwencji Muzyki Polskiej o czym piszą:

Marek Dusza

Kajetan Prochyra

i Maciej Karłowski (niesamowity tekst!!!).

A co najważniejsze wielu wspaniałych muzyków, bo widzę, że głos zabierał i Piotr Baron i Paweł Kaczmarczyk i Marcin Oleś i wielu innych naszych wybitnych artystów. Trzymam kciuki, żeby z tego wyszło coś dobrego dla muzyki, którą kochamy :-))) 

Dla zainteresowanych rozwijającą się sytuacją podaję adres na forum poświęcone tej inicjatywie. 

 

 

23:59, trener66
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 maja 2011

Myślałem już, że mój kolejny wypad do Poznania zakończy się jazzowym fiaskiem. Bo wbrew wielkim nadziejom nie udało mi się pójść na koncert bandu o nazwie Magnolia Quartet, który miał się odbyć w klubie Blue Note. Zamiast bujać się w rytm nieco pokręconych rytmów jakie serwuje ta interesująca młoda kapela, zasnąłem w pokoju hotelowym pokonany narastającą od 5.00 rano sennością i godzinami spędzonymi na biznesowych mityngach.

Zgorzkniały udałem się do pracy następnego dnia, pewny, że wieczorem czeka mnie jazzowa pustka i wieczór spędzony na oglądaniu w TVN rytualnego tańca śmierci wokół smoleńskiej katastrofy. Na szczęście stał się cud! Rozproszyła się ta smutna mgła, a to za sprawą Mateusza  Blocha, niedawno poznanej w grodzie Przemysła bratniej muzycznej duszy, związanego z wytwórnią płytową pitupitu recordz!, który poinformował mnie, że tegoż piątkowego wieczoru w znajdującej się w Cesarskim Zamku Sali Pod Zegarem odbędzie się koncert Raphaela Rogińśkiego.

Nie mógł mi doprawdy sprawić milszej niespodzianki, bo Rogińskiego nigdy nie słuchałem na żywo, a jest to postać bardzo ciekawa, jeden z najjaśniejszych punktów naszej jazzowej awangardy, którego usłyszeć można chociażby na zeszłorocznym podwójnym albumie grupy o nazwie Cukunft zatytułowanym "Itstikeyt / Fargangenheit" lub na o rok wcześniejszym "Bach Bleach". I właśnie do tej ostatniej płyty najwięcej miała podobieństw muzyka grana na tym koncercie: wykonywana solo, na preparowanych gitarach, chwilami bardzo awangardowa.

Z muzyką współgrał odlotowy entourage: Sala Pod Zegarem znajduje się w wieży poznańskiego Zamku Cesarskiego, gdzie wasz korespondent ostatnio katował się koncertem Conteporary Noise Sextet w położonym w kotłowni tegoż Zamczyska klubie Blue Note. Wydaje się, że dostanie się do położonej na drugim piętrze niewielkiej salki koncertowej nie powinno dostarczyć żadnych emocji. A jednak było inaczej: wspinałem się w górę klatką schodową iście gargantuicznych rozmiarów. Te dwa piętra szalony teutoński architekt rozciagnął na może 15 metrów tworząc przestrzeń przyprawiającą o zawrót głowy, wręcz groźną. Przypomniał mi się film Hitchcocka zatytułowany "Vertigo" z Jamesem Stewartem i Kim Nowak: wieża, jestem pewien, rozmyślnie zbudowana została w ten sposób by w gościach monarchy, przed spotkaniem, wzbudzić lęk i drżenie. To samo wrażenie potęgowały barbarzyńsko szerokie korytarze i barczyste odrzwia sal jakby prowadzące do izb kaźni lub biur gauleiterów nazistowskiego imperium.

Piszę o tym wszystkim, bo w tym będącym w polskim władaniu wykwicie germańskiej megalomanii Wilhelma II, jakimś niesamowitym wręcz zrządzeniem losu, zabrzmieć miała muzyka teatrzyków żydowskich okresu dwudziestolecia międzywojennego, wykonywana przez gitarzystę polskiego, lecz wychowanego i wykształconego w Niemczech. I nie można było sobie wyobrazić lepszego podkładu muzycznego do tego węzła gordyskiego pogmatwanych tożsamości polsko-żydowsko-niemieckich, bo chociaż awangardowa i improwizowana, gra na gitarze Rogińskiego nie zatraciła nic z charakterystycznego dla muzyki żydowskiej pełnego żalu, skargi, wręcz patosu, brzmienia. Zdumiewająca jest zaiste umiejętność tego wybitnie utalentowanego artysty łączenia bardzo nowoczesnego, trudnego języka z tradycją i to w taki sposób, że tradycja zostaje odświeżona, a nowoczesność oswojona i nasycona sensem.

Mamy wśród naszych młodych muzyków freejazzowych wielką osobowość, choć uczciwie trzeba przyznać, że jego muzyka jest trudna, niełatwa w odbiorze, wymagająca niejakiego wysiłku. Doceniła to garstka zaledwie publiczności, może około 30 osób, zatem Fryderyki raczej Rogińskiemu nie grożą, ale jak to powiedziała pewna moja znajoma z FB, może to i dobrze... Brawo Raphael! 

Próbka muzy z "Bach Bleach":



Autor tekstu: Maciej Nowotny (http://polish-jazz.blogspot.com/)



poniedziałek, 09 maja 2011

Mam dzisiaj szczęście! Czeka mnie ciężki dzień pracy, ale mam muzykę, która spowoduje, że z łatwością pokonam wszelkie przeszkody. Bo nagrany w zeszłym roku na żywo przez band o nazwie Angles album zatytułowany "Epileptical West" to jedna z najlepszych płyt ubiegłego roku. Na szczęście została opisana bardzo interesująco w języku polskim przez Artura Szareckiego na Impropozycji, zatem moja impresja w jednym zdaniu: piątka młodych Skandynawów (Matthias Stahl, Magnuss Broo, Mats Aleklint, Martin Kuchen, Kjell Nordeson, Johan Berthling) zabiera nas na pokład "Bounty", którego załoga wyrzuca kapitana, a wraz z nim wszelkie zasady, reguły i normy, za burtę, by eksplorować nieziemsko piękny świat afrykańskich wysp, równie fascynujący jednak co budzący grozę i pchający nas ostatecznie ku granicom szaleństwa. Jednym słowem normalny dzień w pracy...;-) A na poważnie, to jest to zdumiewająca muzyka, od której nie mogę się oderwać... Arcydzieło!    

Posłuchajcie utworu "Present Absentees/Pygmi" z tejże płyty:



Autor tekstu: Maciej Nowotny (http://www.polish-jazz.blogspot.com/)




czwartek, 05 maja 2011

Bardzo zasmuciła mnie lista nominacji do tegorocznych jazzowych Fryderyków. Możecie zapoznać się z nimi korzystając z tego linku, dla ułatwienia podaję, że można je znaleźć na stronie 7.

Przeczytaliście? Zatem zapewne podobnie jak ja pytacie sami siebie: co jest? Dlaczego w tym roku, który dla polskiego jazzu był jak rok, kiedy Mojżesz doprowadził wreszcie lud do freejazzowej Ziemi Obiecanej, mamy się jak te trzy buddyjskie małpki, które mają zakmnięte uszy, oczy i usta? 

Już raz przegapiliśmy yassową rewolucję, nie zróbmy tego błędu drugi raz! Skandalem jest nieobecność w nominacjach do jazzowych Fryderyków całej naszej rozkwitającej sceny free jazzowej (z godnym odnotowania wyjątkiem Macieja Obary). Nie zgadzam się na to, żeby z jazzowej rodziny wykluczać artystów tej miary co Wacław Zimpel, Mikołaj Trzaska, Artur Majewski. Nie rozumiem jak lista najlepszych płyt jazzowych minionego roku może być pełna bez Mikrokolektywu "Revisit", Unidivided "The Passion", Zimpela "Hery", Arszyna / Dudy "ŚĘ" i wielu innych, bo przecież obok sceny freejazzowej i nujazzowa miała nam wiele do zaproponowania, vide "Breslau" Igora Boxxa.

Drodzy artyści, krytycy, słuchacze, jazz jest bardzo różnorodny, płynie w nim główny nurt, natomiast jazz nie był by sobą bez nurtów pobocznych, a zwłaszcza bez awangardy. Skorygujmy tę listę zanim całe jazzowe środowisko milczeniem na jej temat narazi się na zarzut braku kompetencji, ba, na śmieszność! O nas samych świadczy czy potrafimy dostrzec wielkie talenty i zadbać o nie, docenić wielką muzykę i pomóc w tym by dotarła do szerszej publiczności. Tak rozumiem misje Fryderyków: te nominacje pomijają NAJCENNIEJSZE elementy dorobku jazzowego środowiska muzycznego w roku 2011. I dlatego oburzają mnie! 

środa, 04 maja 2011

Mojemu powrotowi do pracy towarzyszy dzisiaj ta oto płyta Scotta Colleya zatytułowana "Initial Wisdom" (2002). Zwróciłem uwagę na Colleya przy okazji przełuchiwania płyt mojego ulubionego ostatnio saksofonisty Davida Binneya (album "South"), a także natknąłem się na niego u boku włoskiego pianisty Stefano Bollaniego ("Les Fleurs Blues"). Colley wydobywa ze swego kontrabasu pełny, okrągły, choć nie miękki, ale lekko funkujący dźwięk. Mogę tego słuchać i słuchać, zwłaszcza gdy wspomaga go odpowiedniej klasy perkusista. A tak z reguły jest, bo dobry perkusista zawsze się skuma z dobrym basistą. Na wyżej wspomnianych płytach towarzyszyli Colleyowi, odpowiednio, Brian Blade i Clarence Penn, wiadomo, ekstraklasa, a na tym nagraniu, Bill Stewart, muzyk na pewno nie gorszy od poprzednio wymienionych.

Tak, świetnie tu brzmi sekcja rytmiczna, rozkoszą jest sobie jej słuchać tego słonecznego, acz chłodnego poranka majowego anno domini 2011. Reszta składu jest w stanie dostarczyć równie ciekawych dźwiękowych kombinacji, bo na gitarze gra Adam Rodgers, znana bardzo postać, a na saksofonie muzyk, którego wyjatkowo cenię czyli Ravi Coltrane. Płyta oscyluje na granicy ambitniejszego mainstreamu, muzyka jest przestrzenna i nienachalna, a przy tym groove w niej jest wyrażny, prawdziwie nowojorski, trudno się zresztą dziwić biorąc pod uwagę zarówno nowojorski background Colleya jak i mającego nieco rockowy styl Stewarta.

Posłuchajcie super muzyki z tej płyty, konkretnie kompozycji zatytułowanej "The Susser":



Autor: Maciej Nowotny

http://www.polish-jazz.blogspot.com/ 

niedziela, 01 maja 2011

To, że ja, stary ramol słucham jazzu, nie jest niczym nadzwyczajnym, ale jak wytłumaczyć, że jazzu słuchają nastolatkowie albo dwudziestokilkulatkowie? Kim są ci nowi piękni dwudziestoletni i dlaczego ciągnie ich do jazzu? Chciałbym znać na to pytanie odpowiedź... A myśli te pojawiły się w moim czerepie rubasznym z okazji dwóch czwartkowych koncertów, w których miałem okazję uczestniczyć, a które mogę określić mianem jazzowego dwuboju, z jedną konkurencją mainstreamową, a drugą free jazzową.


Jeśli chodzi o mainstream to przyszło mi się zmierzyć z kwartetem Przemka Strączka, którego wydana w zeszłym roku płyta "Light & Shadow" mile mnie zaskoczyła. Ostrzyłem sobie ząbki zwłaszcza na pozostające w bliskiej memu sercu stylistyce cool jazzowej, dialogi gitary Przemka z trąbką Jurka Małka. Ale zaczęło się tak sobie... głównie z powodu Andrzeja Zielnika, grającego na kontrabasie tak sennie, jakby przed koncertem przerzucił ze dwie tony koksu. Nie lepiej było z Małkiem, który przed każdym kawałkiem z rozpaczą w oczach szukał nut i Przemkiem Strączkiem, który z angielską flegmą spoglądał na te chaotyczne poczynania swoich kompanów.

Dlatego moja recepta jest prosta: od dzisiaj doktor Maciej zapisuje Panu Zielnikowi dwie tabletki Viagry, Panu Małkowi jedną, a Panu Strączkowi - pół, przed każdym koncertem. Wstyd, ponieważ to wszystko młode chłopaki, które powinny roznieść stodołę na strzępy i mają z kogo brać przykład! Bo nie najmłodszemu przecież w tym bandzie perkusiście Arkowi Skolikowi żadnej Viagry nie było trzeba! Ach, jak pięknie gra ten Pan, jak kiedy trzeba pieści swoje talerze, a kiedy należy uderza z całych sił w swoje bębenki. Wielki, wielki mistrz...

Ale tak poważnie pisząc, to koncert był naprawdę niezły, wielkie słowa uznania nie tylko dla wyśmienitych muzyków, ale i dla organizatorów, którzy do Natolińskiego Ośrodka Kultury, potrafili sprowadzić tak mocny band. Na sali uwijało się sporo młodzieży, a nawet dziatwy i ta atmosfera doprawdy urzekła mnie, a przy tym publiczność była czujna i entuzjastycznie reagowała na muzykę. Po koncercie ludzie rzucili się, aby kupić płyty i porozmawiać z artystami, a z tego co mówiono usłyszałem, że w przyszłości Przemek Strączek planuje poszerzenie składu o saksofon, a także z czasem, częstsze wycieczki w kierunku stylistyki freejazzowej. Trzymam za niego kciuki, bo artysta ten ujął mnie nie tylko swoim talentem, ale także miłym i bezpretensjonalnym obejściem...


A skoro się rzekło słowo o free, to po zakończeniu tego przemiłego wydarzenia pomknąłem do centrum Warszawy, aby zdążyć na następny koncert. Tym razem w Cafe Kulturalna, w Pałacu Kutury i Nauki, w budynku Teatru Dramatycznego, przyszło mi się zmierzyć w walce z kolejnym kwartetem czyli z Wacławem Zimpelem (głównie klarnety), Pawłem Postaremczakiem (głównie saksofony), Ksawerym Wójcińskim (kontrabas) i Pawłem Szpurą (perkusja). Wrażenia mam mieszane... kawiarnia, w której odbył się koncert położona jest obok teatralnej toalety, której stan jest także "dramatyczny". Fetor, która zalatuje z tego przybytku skutecznie wyłącza z eskploatacji połowę klubu. Wszakże w drugiej połowie lokalu i na tarasie na zewnątrz, gdzie smród nie dochodził, kwitło warszawskie życie nocne, a nasycenie pięknymi dziewczętami było na tyle znaczne, że bypassy Waszego korespondenta ledwie zipały.

Ale i fajnych chłopaków było wielu, w tym spotkany przypadkiem Kajetan Prochyra, tak iż serce rosło, gdy się patrzyło jak tylu młodych ludzi, waliło drzwiami i oknami (dosłownie!), aby posłuchać trudnej w końcu muzyki. A ta pochodziła z wydanej w zeszłym roku płyty "Hera", która jest po prostu zjawiskowa i jedna z najlepszych w historii polskiego jazzu. Czy można się dziwić, że tak bardzo chciałem być uczestnikiem tego wydarzenia i przekonać się czy dobre wrażenie z odsłuchu CD potwierdzi się na koncercie granym na żywo?

Warunki, jako się rzekło, były niesprzyjające: oprócz smrodu, o którym wspomniałem, przeszkadzali bardzo pałętający się bezmyślnie wte i wewte ludzie, którzy jakby nie zauważali, że na scenie grają artyści wielkiego kalibru. Obok przy stoliku jakiś gruby potomek faszystów z jakimś podpitym potomkiem Jagiellonów i Piastów prowadzili bardzo kiepskim angielskim rozmowę na temat... ale czy to jest istotne?! Obok się działa wspaniała, nieziemska muzyka, a Ci kretyni pohukiwali do siebie na cały głos! Naprawdę, jestem dość powściagliwy, ale miałem ochotę podejść do tych baranów i wyprosić ich z sali....

A piszę o tym wszystkim, bo muzyka była tak piękna, tak zdumiewająca, tak porażająca, że niewiele sobie przypominam koncertów w życiu, które zrobiły na mnie podobne wrażenie. Mamy skład, który gra z mocą porównywalną to bandów Dona Cherry'ego, Pharoaha Sandersa czy Alberta Aylera. W akcji były nie tylko zwykłe jazzowe klarnety, saksofony, kontrabas i perkusja, ale takie dziwne instrumenty jak długa na kilka metrów, za przeproszeniem, fujara, którą Wacław Zimpel, jak co nieco przerosniętą czarodziejska różdżką, zaklinał publiczność. Wiele jeszcze było innych dziwnych wynalazków użytych przez muzyków, ale największym zaskoczeniem było brzmienie indyjskiego sitara, który obsługiwała orientalnie wygladająca czarnulka. Bardzo ciekawy pomysł! I nie chodzi mi wyłącznie o tę skądinąd urodziwą artystkę...  

Wyszedłem z koncertu oszołomiony, na zewnątrz duszna i ciepła noc ciagnęła mnie ku sobie jak grzeszna kochanka. Niedaleko Dworca Śródmieście przechodziłem koło klombu otoczonego kepą świeżo rozkwitłych kasztanowców. Nie byłem w stanie iść dalej: mój Boże! ptaki darły się jak opętane. Zastanawiałem się jaka siła pcha je ku temu: seks, pragnienie pieniędzy, żądza sławy lub władzy? Biorąc pod uwagę wszystko, co przeżyłem tego niezwykłego wieczoru, byłem pewny jednego: wiosna mija tak szybko i byłoby głupotą jej nie zauważyć...

Autor: Maciej Nowotny

http://www.polish-jazz.blogspot.com/


Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...