Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
czwartek, 31 maja 2012



W ten weekend wybieram się wraz z córką do Paryża, aby pokazać jej to niezwykłe miasto, królową i kurtyzanę świata jednocześnie. Poza Disneylandem, wieżą Eiffla i Luwrem odwiedzimy z bukietem fiołków cmentarz Pere-Lachaise, a także rzucimy okiem na pomnik Adama Mickiewicza na Nadbrzeżu Księcia Alberta. Pomnik ów jest dziełem Emila Bourdelle, który zapytany kiedyś co artysta powinien zrobić, aby świat go poznał, odparł: To bardzo proste, stworzyć arcydzieło!

Słowa te przypomniały mi się w trakcie wczorajszego koncertu zespołu Pink Freud w radiowej Trójce. Formacja ta niewątpliwie ma już miejsce w historii polskiego jazzu. Idea jaka stoi za ich muzyką była prosta: zbudować granie na solidnej rockowej podstawie rytmicznej, posługując się przy tym nieskomplikowanymi, melodyjnymi tematami z większą lub mniejszą (częściej) dozą jazzowej improwizacji w wykonaniu co bardziej ogarniętych muzycznie członków zespołu. Dla wychowanej na muzyce pop publiczności okazało się to strzałem w dziesiątkę!

To co najbardziej jednak imponowało w graniu Pink Freud to nie była świeżość muzycznego konceptu a entuzjazm muzyków, młodzieńcza radość z grania i charyzma nie kogo innego jak Wojtka Mazolewskiego. Sukces Pink Freud to w dużej mierze jego zasługa. Nawet wrogowie przyznają, że jest geniuszem jeśli chodzi o umiejętność nawiązania kontaktu z publicznością, mediami, o tak zwany piar. Uprzejmy, uśmiechnięty, dowcipny, inteligentny, Mazolewski wyróżnia sią na ogromny plus od większości polskich muzyków, którzy jeśli chodzi o public relations porażają brakiem profesjonalizmu, totalną siermięgą i amatorszczyzną. Stąd wielkie do Mazolewskiego w środowisku pretensje, bo on uświadamia pozostałym ich własne braki, które często niweczą cały trud włożony w kreację muzyki.

Ale w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu. Bo bogowie jedną ręką dąją, by drugą odebrać, abyśmy nie popadli w pychę. I tak jest w przypadku Mazolewskiego. Zjawiskowy jako sceniczna osobowość jest niestety muzykiem zaledwie przeciętnym. Serce się kroi, gdy się słucha jak chce, ale nie może zagrać tego co mu w duszy śpiewa. Tu strojenie min nie pomoże, w jazzie nie gra się z playbacku, a koncert w Trójce bezlitośnie obnażył te wszystkie muzyczne braki. Także dlatego, że całkowicie nierozsądnie Mazolewski porwał się w nim na solówki jakby chciał udowodnić, że jednak potrafi. To jeszcze nie koniec nieszczęść, bo w muzyce z najnowszego albumu zabrakło także obecnych do tej pory na płytach Pink Freud entuzjazmu, świeżości i autentyczności. Muzyka zabrzmiała wtórnie wobec tej z wcześniejszych krążków, co gorsze była monotonna, brakowało porywających, przebojowych melodii jakie odnależć można było nawet na skądinąd fatalnym “Wojtku w Czechosłowacji”. A nieliczne próby grania bardziej otwartego brzmiały sztucznie i nieporadnie.

Żal było słuchać jak w tym kontekście po prostu męczą się muzycy tej klasy co saksofonista Tomasz Duda i trębacz Adam Milwiw-Baron. O ile temu pierwszemu skory jestem wybaczyć, bo ma za sobą tyle cudownych, niszowych projektów, że czas, aby wreszcie odpoczął w lżejszej formule i... zarobił trochę pieniędzy. O tyle jeśli chodzi o młodego Barona (jest synem wspaniałego saksofonisty Piotra) to zastanawiam się co on robi w Pink Freud? Ten muzyk ma bowiem wielki talent i dojrzał by wreszcie powiedzieć coś istotnego od siebie. W jego wieku jest chociażby taki Piotr Damasiewicz, także pochodzący z Wrocławia, również trębacz, która ma już za sobą pomyślany z rozmachem projekt na jazzowy kwintet i orkiestrę kameralną, a ostatnio na festiwalu JazzArt w Katowicach zrealizował nagranie nowej płyty “Power of the Horns”. I wiecie co? Na miejscu młodego Barona wolałbym cierpieć nędzę i mieć za sobą “Power of the Horns”, niż opływać w luksusy z Pink Freud i mieć przed sobą rok grania “Power & Horse”. Dlaczego? Na to pytanie już 82 lata temu odpowiedział Monsieur Bourdelle..



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

* tekst ukazał się także na poratalu http://jazzarium.pl/

poniedziałek, 28 maja 2012

Jakoś tak się złożyło, że w ostatnim czasie miałem okazję posłuchać na żywo Tyshawna Soreya, Nasheeta Waitsa i Marcusa Gilmore. Zatem temat audycji wykreował się poniekąd sam. Wystarczyło dodać kilka jeszcze nazwisk i tak oto powstała lista najlepszych młodych perkusistów na świecie. Ciekawe jak Wam się ona spodoba, a przede wszystkim muzyka, której przyjedzie nam posłuchać. Oprócz wymienionych wyżej pojawią się Kendrick Scott, Dan Weiss, Justin Faulkner i John Hollenbeck. Zaglądajcie też na stronę fejsbukową tej audycji, aby pogadać z innymi jej słuchaczam i/lub zasugerować własne typy do tej listy.

Zapraszam do radioJAZZ.FM (LINK, aby posłuchać w internecie) już we wtorek o 21.00 - Maciej Nowotny

21:51, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 maja 2012

Niezapomniany show jaki w audycji Kocham Jazz dał młody perkusista Hubert Zemler i słuchacze tej audycji, którzy przeszli samych siebie w kreatywności szukając znaczenia słowa "kapacitron". Polecam!!! 

 
środa, 23 maja 2012

Początki roku 2012 nie są jakieś spektakularne dla polskiego jazzu z wyjątkiem wszakże dokonań Mikołaja Trzaski ( tekst o jego płycie ‘Watching Edvard’ znajdziecie Państwo także w tym numerze JazzPressu) i tych Rafała Gorzyckiego. Gorzycki nie ma ekspansywnej osobowości jaka potrzebna jest w dzisiejszych czasach, aby być gwiazdą, ale w moim odczuciu zasługuje na duże uznanie, bo rok po roku inicjuje jedne z najciekawszych projektów na naszej scenie. Takie jego formacje jak Sing Sing Penelope czy Ecstasy Project są już doskonale znane, zwłaszcza fanom nowoczesnej muzyki improwizowanej. Najnowsza płyta tej drugiej formacji ‘They Were P’ ukazała się w końcówce 2011 i należała do najciekawszych propozycji w całym tym wyśmienitym dla polskiego jazzu roku. Niejeden spocząłby na laurach, a tu Gorzycki wydał na początku 2012 roku kolejny krążek w ramach trzeciego swojego projektu, z którym w 2009 roku wydał płytę ‘Dziki Jazz’. Kolektyw ten tworzą oprócz Gorzyckiego grającego, przypomnijmy, na perkusji, saksofonista Irek Wojtczak, gitarzysta Kamil Pater i basista Paweł Urowski. Ponadto gościnnie na płycie usłyszymy trębacza Maurycego Wójcińskiego.

‘Dziki Jazz’ narobił na naszej scenie sporo zamieszania, bo tytuł miał charakter prześmiewczy i autoironiczny (co nie wszyscy załapali...) podobnie jak powiedzmy tytuł albumu ‘Chopin Chopin Chopin’ sekstetu Marcina Maseckiego Profesjonalizm. Tam nie było prawie wcale Chopina, a tu dzikości w ogóle, a i jazzu (rozumianego jako muzyka synkopowana itd.) niewiele. Ale było to co najważniejsze: spójna, kreatywna i przede wszystkim własna wizja artystyczna muzyki jaką chcą ci muzycy grać. Nie inaczej jest na najnowszym krążku, który nawet lepsze wrażenie na mnie wywiera niż pierwsza płyta. I nie jest to chyba efekt Mamonia czyli upodobanie do tego co już jest mi znane, a po prostu naturalny proces dojrzewania pewnego pomysłu. Ten pomysł to granie dużo bardziej free niż w przypadku Sing SIng Penelope i mniej ‘klasycyzujące’ niż w skądinąd świetnym Ecstasy Project. Jest to kawał porządnego avant jazzu czyli muzyki, która nie odgrzewa po raz setny i tysięczny kotletów wg gotowych recept sformułowanych przed dziesięcioleciami przez Davisa i Coltrane’a. Lecz szuka własnych środków wyrazów i usiłuje oddać nastrój tu i teraz, w kórym żyjemy. Jaki jest ten opis rzeczywistości wg tych muzyków to warto sprawdzić samemu słuchając płyty, której tytuł już dawno powinienem podać, a który brzmi: ‘A-Kineton’...

Autor: Maciej Nowotny

* tekst ukazał się także w kwietniowym numerze pisma JazzPress (link)

wtorek, 22 maja 2012

Tego jeszcze w Kocham Jazz nie było! Tym razem bohaterem tej audycji będzie miasto. Jedyne chyba poza Ameryką godne tego, by postawić je obok Nowego Orleanu, St Luis, Kansas City, Chicago czy Nowego Jorku jako miejsca, w którym narodziła się muzyka, którą kochamy. Paryż!  Stąd w trakcie najbliższego spotkania rzut oka na historię i na teraźniejszość jazzu w pięknym mieście położonym nad Sekwaną. Zapraszam jak zwykle we wtorek o 21.00 do radioJAZZ.FM (kliknijcie LINK aby posłuchać radia w internecie) wszystkich miłośników żabich udek, ślimaków, crossaintów i... wyśmienitego jazzu przesiąkniętego amosferą tego miasta - Maciej Nowotny

 

17:25, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 maja 2012

Olo Walicki. Jedna z najważniejszych postaci polskiego yassu. Grał  również z gigantami polskiego mainstreamu np. ze Zbyszkiem Namysłowskim. A ostatnio i z gwiazdą indie popu Gabą Kulką. Imponuje, że nie zamyka się w jednej estetyce, ciągle poszukuje, rozwija swój warsztat, brzmienie. Najciekawsze są jednak jego własne projekty, których różnorodność i jakość są nadzwyczajne. Wspaniała muzyka jaką napisał do filmu i teatru, muzyczny hołd dla ukochanych Kaszub, basowy duet z Wojtkiem Mazolewskim. O te i inne kwestie związane z jazzem, muzyką, życiem będziemy mieli okazję zapytać go dzisiaj o 21.00 w audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM (bezpośredni LINK, aby posłuchać radia w internecie).

Na spotkanie zaprasza - Maciej Nowotny

16:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2012

Majowy nr JazzPress już do pobranie za FREE!!! Nikomu o tym nie mówce (chociaż jest to całkiem legalez!), ale wystarczy kliknąć na ten oto LINK i już za chwilkę macie pisemko w formacie pdf na swoim kompie albo lapku. Chcecie poczytać na ipadzie albo kindlu? No problem! Są dostępne odpowiednie formaty. A w środku wrze jak w jazzowym ulu, szaleją artyści, redaktorzy, a wszystko kręci się wokół muzy. Miło było dorzucić jak zwykle swoje trzy małe grosiki, w tym przypadku interesujący wielce wywiad z Neilem Cowleyem, reckę nowej, rewelacyjnej płyty SING SING PENELOPE i krótkie sprawozdanie z JazzArt Festiwal w Katowicach. Cudowny jest MAJ ;-)))

Poleca - Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

18:42, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 maja 2012

Wiem, wiem, wiem... Przecież mój cykl Pod Parasolem Jazzu w audycji Kocham Jazz miał prezentować różne nurty muzyczne, które albo wzięły początek z jazzu albo coś do niego wniosły. To co tu robi Miles Davis? Otóż jest to jeden z tych naprawdę bardzo nielicznych przypadków, gdy to co stworzyła jednostka miało taką wagę jak cały nurt kreowany przez wielu artystów. Przypomnijmy, do tej pory przyglądaliśmy się m.in. skandynawskiemu cool jazzowi, neo soulowi i muzyce wywodzącej się z AACM. A jutro czyli we wtorek o 21.00 w radioJAZZ.FM w ciągu zaledwie godziny cała wielka kariera Milesa Davisa w pigułce, kawał historii kultury człowieka na planecie Ziemia i mnóstwo wyśmienitej muzy. Zapraszam do słuchania!!! (bezpośredni LINK, aby posłuchać w internecie) i do odwiedzin na fejsbuku w czasie audycji (LINK do tej strony), aby pogadać z innymi przyjaciółmi tej audycji, ponarzekać na prowadzącego i pośmiać się ze stanu polskich przygotowań do EURO 2012.

Zaprasza - Maciej Nowotny

19:07, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 maja 2012

Trzeci dzień JazzArt Festival zaczął się od mocnego uderzenia, które słuchaczom zafundowali polski trębacz Tomasz Dąbrowski i amerykański bębniarz... Tyshawn Sorey. Dąbrowski to wysoki, przystojny mężczyzna o czarującym uśmiechu, którego łatwo rozpoznać po zawadiacko przechylonym na tył głowy kapelusiku. Sorey jest szpetny, wygląda jak King Kong w miniaturce, ale spoza grubych, ciemnych warg przebija wyraz twarzy równie nieziemski i pogodny jak ten u samego Buddy. Trudno o dwa bardziej przeciwstawne fizyczne typy. I trudno o dwa bardziej odległe od siebie muzyczne języki, bo Sorey to czarodziej ekstatycznego, czarnego jak lochy Tartaru, afrykańskiego z ducha pulsu, a w grze Dąbrowskiego słychać tak polską rzewność jak i skandynawską melancholię (zresztą studiował w Danii). Ale trudno też przypomnieć mi sobie kiedy ostatnio słyszałem tak udany avantjazzowy duet jak ten właśnie! Publiczność słuchała z niedowierzaniem z jaką niewyczerpaną kreatywnością Sorey odmienia przez tysięczne przypadki tak proste zdawałoby się słowo jak "rytm". Dąbrowski może być bardzo zadowolony, że na tle tego genialnego wprost muzyka zaprezentował się jak równorzędny partner. Jeśli ukaże się płyta nagrana przez tych dwóch muzyków w Nowym Jorku  to "z automatu" ubiegać się będzie o miano jednej z najlepszych w 2012 roku w polskim jazzie.

Wychodziłem z Katofonii na "miękkich nogach" jak Andrzej Gołota po walce z Mike'm Tysonem. Tymczasem czekał już na nas obłędny purpurowo-złoty kinoteatr Rialto, gdzie lada chwila zacząć się miał koncert nowego, międzynarodowego kwartetu Macieja Obary. Obara wyrasta na kluczową postać polskiego jazzu. Namaszczony przez Stańkę udziałem w New Balladyna Project, udał się następnie do Nowego Jorku, gdzie nagrał dwie wybitne płyty "Four" i "Three" ze śmietanką tamtejszej awangardy. Tym przetartym przez niego szlakiem udali się tam później Sarnecki, Bałdych czy wspomniany wyżej Dąbrowski. Jest zwiastunem tego co nowe w młodym polskim jazzie: otwarty na świat, szukający nowych dróg, nastawiony na współpracę ze wszystkimi, którym na sercu leży dobro ukochanej przez niego muzyki. 

Tego dnia spoczywała na nim podwójna odpowiedzialność: po pierwsze za koncert, a po drugie za festiwal, którego był dyrektorem artystycznym. Podołał obu i to w jakim stylu! To wielkie moje budzi uznanie. Pokazał pewność siebie, dojrzałość, wiarę w swoją sztukę czyli wszystko to, co cechuje największych artystów. Pomogli mu w tym jego wyśmienici partnerzy czyli Dominik Wania na fortepianie oraz zjawiskowa skandynawska sekcja rytmiczna - Ole Morten Vagan na kontrabasie i Gard Nilssen na perkusji. Zagrali muzykę przemyślaną, która przemawia nie tylko energią i entuzjazmem (jak na poprzedzającym  ich występ koncercie Dąbrowskiego z Soreyem!), ale i pięknie ukształtowanym detalem, kunsztowną formą. Miałem dużą satysfakcję słuchając Obary już nie tylko jako świetnego muzyka, porywającego improwizatora. Potwierdził bowiem swoją klasę także jako lider, muzyk świadomego kształtujący brzmienie całego zespołu, potrafiący ze wszystkich jego części wydobyć to co najlepsze. Brawa!

Te dwa wspaniałe koncerty wysoko ustawiły poprzeczkę! Kiedy zatem zjawiłem się w Hipnozie, gdzie grało brytyjskie Portico Quartet, kilka minut wystarczyło, żeby stwierdzić, że moja obecność nie jest tu niezbędna. Klub pękał w szwach, a ludzie świetnie się bawili przy dźwiękach, którym o wiele bliżej do muzyki klubowej i transowej muzyki tanecznej niż do jazzu. Innym razem bym został, bo nie mam nic przeciwko takim klimatom, wręcz je lubię, bo przyciągają płeć piękną jak miód pszczoły. Ale tym razem po dwóch tak potężnych dawkach autentycznego, czystego jak źródlana woda jazzu, dysonans był zbyt wielki.

JazzArt Festival zamykał koncert godzien tego by być kropką nad "i" całego trzydniowego muzycznego maratonu. W klubie Gugalander stanęły mikrofony i kamery, aby nagrać materiał na płytę, która ma szansę być jednym z najważniejszych wydarzeń tego roku. Chodzi o projekt Power of the Horns Piotra Damasiewicza, który w swoim zespole Damas Ensemble zebrał śmietankę polskiego jazzu (m.in. Obara, Pindur, Pospieszalski, Niewiadomski, Wania, Romanowski) z akcentem portugalskim (Ferrandini) i skłonił ich do zagrania materiału napisanego w duchu zespołów Henry'ego Threadgilla, Wadady Leo Smitha, Lestera Bowie czy niezapomnianego Art Ensemble of Chicago. Mimo, że te wszystkie inspiracje nie są przecież nowe to muzyka zabrzmiała potężnie. Młodzieńcza werwa, autentyczność, wiara w misję jazzu jako, mówiąc słowami Pharoah Sandersa, "siły uzdrawiającej świat", wszystko to sprawiło, że w Gugalanderze przeżyłem coś więcej niż koncert. To była magia! 

Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki razem z grupą kilkunastu osób poszliśmy na ul. Mariacką i jeszcze wiele godzin dalej rozmawialiśmy o jazzie, przeżywaliśmy to co się stało w ciągu tych trzech dni, staraliśmy się odzyskać kontakt z rzeczywistością. Udało się dopiero nad ranem, ale gdy wsiadałem do powrotnego pociągu do Warszawy spoglądałem z tęsknotą na Katowice. Dotąd były dla mnie szarym i smutnym miastem. Jednak jazz sprawił, że od tej pory pamiętał je będę jako miasto w chmurach i mam nadzieję tam wrócić, może już za rok na następną edycję JazzArt Festival...
Autor: Maciej Nowotny
* relacja ukazała się pierwotnie na festiwalowym blogu, do którego odwiedzin serdecznie zapraszam: http://jazzart-festival.blogspot.com/

 

wtorek, 01 maja 2012

Długonoga i długowłosa szatynka, odziana w zwiewną jak pajęczyna sukienkę, jak najbardziej odpowiednią na trzydziestostopniowy upał, podeszła do mnie i zapytała z miną niewiniątka: czy to na pewno w tym kościele odbywa się koncert? Ależ jak najbardziej - odpowiedziałem - chętnie pokażę Pani drogę. Dawno, wyznaję ze wstydem, nie zmierzałem z takim zapałem do domu Bożego, w czym niemała zasługa także muzyki, która tego dnia miała rozbrzmieć w ewangelicko-augsburskiej parafii przy ul. Warszawskiej. Bo takie projekty jak "Hadrony" można w polskim jazzie policzyć na palcach jednej ręki. Napisana przez Piotra Damasiewicza kompozycja na jazzowy kwintet i orkiestrę jest robiącym wrażenie debiutem muzyka, o którym powinno być głośno w nadchodzących lat. Podobnie jak o innych członkach zespołu, który tworzą saksofoniści Maciej Obara i Gerard Lebik, kontrabasista Maciej Garbowski i perkusista Wojtek Romanowski. Wracając do muzyki to za jej efekt odpowiada także dojrzałe brzmienie orkiestry kameralnej AUKSO, której dyrektorem od lat pozostaje Marek Moś. Wszystkie te elementy złożyły się na zapewne sukces, o czym świadczy licznie przybyła na koncert publiczność. Również opinie, które zbierałem wśród znajomych po koncercie były pozytywne. Jeśli o mnie chodzi to tej opartej na skomponowanym materiale muzyce brakuje charakterystycznej dla jazzu swobody i spontaniczności. Taki niestety ze mnie zakuty (free) jazzowy łeb!

Z "Hadronów", ku mojemu wielkiemu żalowi, musiałem wyjść przed końcem, aby przemieścić się do klubu Katofonia, gdzie gitarzysta Kamil Pater, perkusista Rafał Gorzycki, kontrabasista Paweł Urowski  i saksofonista Irek Wojtczak mieli zagrać materiał z jednej z najciekawszych płyt tego roku czyli albumu "A-Kineton". Jak wiele innych projektów muzyków pochodzących z okolic Bydgoszczy i związanych z legendarnym klubem Mózg, zespół ten gra muzykę, do której pasuje określenie post yass. To co najbardziej mnie urzeka w tym nurcie  to bezkompromisowość, nieuleganie  wszelkim estetycznym naciskom z jazzowego establishmentu i konsekwentne  poszukiwanie własnego języka. A-kineton to przede wszystkim projekt Kamila Patera znanego nam z Contemporary Noise Sextet. Tą płytą Kamil znacznie przekroczył ramy, w których poruszał się na  krążkach nagranych z CNS. W ogóle ten koncert świetne na mnie wywarł wrażenie poza jednym elementem, mianowicie publicznością, która wyjątkowo na to zdarzenie stawiła się bardzo nielicznie. Szkoda, bo muza warta była uwagi!

Aby posłuchać A-Kinetonu musiałem podarować sobie któryś z następnych koncertów i ku zaskoczeniu wielu mój wybór padł na... Larsa Danielssona i jego kwartet. Z tego co słyszałem Lars nie zawiódł i zaproponował coś co jest nam już świetnie znane z innych jego płyt czyli ECMowski jazz oparty na fundamencie muzyki klasycznej podobny nieco do szwedzkiego Volvo. Samochodu jak wiadomo bardzo bezpiecznego, którym bez ryzyka można się wybrać na zakupy do supermarketu, ale którym jazda dostarcza bardzo niewielu emocji. Stąd zamiast Volvo czekało na mnie teraz Stryjo czyli trio Nikola Kołodziejczyk na fortepianie, Maciej Szczyciński na kontrabasie i Michał Bryndal na perkusji. Szczyciński i Bryndal to muzycy młodzi, ale już wyraźnie rozpoznawalni na naszej scenie. Ciekaw byłem zatem zwłaszcza Kołodziejczyka. Poza tym wiadomo, że w trio zawsze główny akcent spoczywa na fortepianie. Trzeba przyznać, że Kołodziejczyk ma papiery na granie. Technika, muzykalność, wyobraźnia są. Nie ma koncepcji. Do czego użyć tych wszystkich narzędzi. Bo przecież koncepcją nie jest zgrywa. Zwłaszcza, gdy żarty niezbyt śmieszą.

Z Hipnozy przenieśliśmy się na ostatni koncert do Gugalandera, gdzie czekało nas powtórne spotkanie z Irkiem Wojtczakiem. Tym razem z jego autorskim Projektem Region Łódzki, w skrócie, PRL. Rzadki to u nas przypadek poważnego potraktowania rodzimej, ludowej tradycji muzycznej. Nie Cepelia, a gra w duchu takich kultowych już albumów w polskim jazzie jak Zbigniewa Namysłowskiego "Kujaviak Goes Funky". Nadto  udało się Wojtczakowi zebrać interesujący skład, bo na fortepianie Piotr Mania i na kontrabasie Adam Żuchowski znani z bardzo zgrabnej cool jazzowej Triomanii, a na perkusji i trąbce odpowiednio Kuba Staruszkiewicz i Tomek Ziętek, których wszyscy pamiętamy z gry w Pink Freud. Nadali oni prostym ludowym melodiom, które wyszperał Irek Wojtczak, takiej energii, że muzyka zabrzmiała świeżo, a  wreszcie nieco liczniejsza tego dnia publiczność zareagowała entuzjastycznie. W opinii wielu to był najlepszy koncert tego dnia, a może nawet na całym festiwalu! Ja bym nie poszedł tak daleko. Widzę spore rezerwy tak w zgraniu muzyków jak i w płynnym połączeniu folkowego materiału z nowoczesnym jazzowym językiem, ale była w tym przede wszystkim... koncepcja! 

A dzisiaj czyli w poniedziałek, ostatniego dnia JazzArt Festiwalu, powinno nie być gorzej, a wielu twierdzi, że napięcie jeszcze wzrośnie! Zacznie Tomek Dąbrowski z Tyshawnem Soreyem, jednym z najlepszych młodych perkustistów na świecie, który przyleci na ten koncert z Nowego Jorku. Potem projekt jak zawsze kreatywnego Macieja Obary z całkiem nowym, międzynarodowym kwartetem. Następnie duma brytyjskiej sceny czyli Portico Quartet. A na koniec Piotr Damasiewicz z Power of the Horns. Tym razem zamierzam jakimś cudem nie pominąć żadnego z tych, miejmy nadzieję, niezapomnianych koncertów...

Autor: Maciej Nowotny

* relaja ukazała się pierwotnie na festiwalowym blogu, do którego odwiedzin serdecznie zapraszam: http://jazzart-festival.blogspot.com/

Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...