Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
środa, 30 czerwca 2010

Wpadło mi w ręce to nagranie przy okazji poszukiwań muzy związanej z bardzo mi bliską postacią Davida Byrne'a, ex-Talking Heads, jak zapewne niektórzy z Was pamiętają. Jest on także znany ze swoich pełnych pasji poszukiwań w obszarze muzyki etnicznej, które zapewne pomogły mu stworzyć tak cudowny temat jak ten przedstawiony poniżej, leżący o lata świetlne od jego rockowych dokonań. Bardzo interesujący artysta!


19:29, trener66
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 czerwca 2010

To pierwsza płyta Milesa jako takiego, która gości na moim blogu i nie jest to przypadek. Nie przepadam za słuchaniem jego płyt niestety. Dlaczego? To chyba Stendhal opisał kiedyś tak zwany "syndrom florencki". Określenie to pojawiło sie w czasach słynnych "grand tour", podczas których bogaci europejczycy udawali się do Italii by zapoznać się z jej kulturalnym dorobkiem. Wielu tych turystów nie wytrzymywało nerwowo konfrontacji z pięknem i doskonałością takich miejsc jak Florencja, Wenecja czy Rzym. Przeżywali załamania nerwowe, targali się na swoje życie bądź lądowali w szpitalach dla obłąkanych. Zatem moja rada jest następująca: jeśli się tak szczęsliwie dla was składa, że kompletnie nie macie słuchu, że muzyka dla was to głównie łubu dubu słuchane przy goleniu zarostu na twarzy lub łydkach, to możecie sobie spokojnie włączyć tą płytę i słuchać tyle razy ile dusza zapragnie. Jesli jednak macie uszy, serce wrażliwe, a umysł czujny to trzymajcie się od tego jak od kokainy, marihuany czy heroiny! Straszna w swej doskonałości muzyka! Potworna! Powinna być surowo zakazana we wszystkich krajach!!!

Zatem z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że na tej płycie towarzyszy Milesowi Davisowi jego tak zwany "drugi kwintet" czyli Wayne Shorter na saksofonie tenorowym, Herbie Hancock na fortepianie, Ron Carter na kontrabasie i Tony Williams na perkusji. Na repertuar płyty składają się orginalne kompozycje tych muzyków, a album niejako otwiera epokę post bopu czyli okres przejściowy między złotą era jazzu lat 50tych i 60tych a jazzrockową erą lat 70tych. A ponieważ to właśnie z reguły w epoce schyłku style muzyczne podobno rozkwitają najpiekniej, jak kiedyś symfonie Handla czy Mahlera, tak i ta płyta przez wielu słusznie została uznana za niedościgniony wzór jazzowego piekna pod każdym względem...

Z płyty tej chcę przypomnieć mniej może znany utwór, kompozycję Herbiego Hancocka pod tytułem Little One, która wkrótce miała się pojawić w rozwiniętej formie na jego kapitalnym albumie Mayden Voyage:




17:20, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Przy okazji mawiania fantastycznej płyty New York Stories (http://kochamjazz.blox.pl/2010/04/Gatton-Watson-Hargrove-Redman-New-York-Stories.html) zwrócił na siebie moją uwagę występujący tam gitarzysta Danny Gatton. Jego wkład w tamtą płytę był chyba największy spośród wszystkich uczestniczących w jej nagraniu artystów. Tym samym przyćmił on swoim występem takich artystów jak mój uwielbiany Bobby Watson, ale także takie tuzy jak Roy Hargrove czy Joshua Redman. W ten sposób nabrałem wielkiej ochoty na zaznajomienie się z innymi produkcjami z udziałem tego artysty.

W końcu udało mi się posłuchać tego właśnie nagrania, które wszakże ma charakter dość szczególny, bo jest płytą wydaną pośmiertnie, po przedwczesnej, samobójczej śmierci, niedocenianego za życia artysty. Nagrania pochodzą z wielu różnych sesji nagraniowych rozciągniętych na przestrzeni 12 lat i dlatego reprezentują bardzo rożne style muzyczne, w których ten artysta ze swobodą się poruszał czyli oprócz jazzu, którym parał się okazjonalnie, pop, country, rock czy nawet R&B. Wszystkie nagrania prezentują nieodmiennie wysoki poziom i powinny być atrakcyjne dla ucha każdego człowieka lubiącego dźwięk gitary elektrycznej, chociaż dla mnie, ze względu na dość mało jazzowy charakter, set ten może nie ma aż takiego powabu. Poniżej filmik z próbką umiejętności tego demona gry na elektrycznej gitarze:

21:20, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 czerwca 2010

Płyta ta została nagrana w 1968, w okresie trochę smętnym dla jazzu, bo oto wielkie eksplozje geniuszu muzcznego jakim było powstanie bopu, a następnie cool jazzu i hard bopu, dobiegły końca i gdzieś tak od 1965 roku, zaczęły się pojawiać albumy zwiastujące nadejście ery free jazzu. Ale nie wszystkim free jazz spod znaku Ornetta Colemana, Erica Dolphy'ego czy Johna Coltrane'a odpowiadał i trwały próby czy jednak w ramach bopowego idiomu nie da się jednak grać dalej. Ten kierunek poszukiwań zwykło się nazywać postbopem i trwa on poniekąd do dziś, bo przecież każda muzyka czerpiąca z bopowych korzeni może być tak nazwana, chociaż z drugiej strony historycznie rzecz biorąc, klasyczny okres postbopu kończy się wraz nastaniem ery fusion jazz czyli romasu jazzu i rocka, który właśnie w tym  magicznym roku zaczął przeżywac swój złoty okres. Zresztą szeroka publiczność już w tym okresie zaczęła wyraźnie odwracać się od jazzu (przynajmniej w Ameryce) i wkrótce wielu muzyków miało się zmierzyć z brakiem środków do zycia, pisałem o tych przerwanych nagle karierach, choćby takich wybitnych grajków jak trębacz Charles Tolliver czy pianista Kenny Drew.

A wracając do głównego wątku mojej opowieści: w tym okresie między schyłkiem hard bopu a powstaniem fusion, powstało wiele wspaniałych albumów, najlepszych doprawdy w historii jazzu, wyrafinowych muzycznie pod każdym względem i nagranych przez muzyków obdarzonych kosmicznymi talentami, które okrzepły w toku walki na śmierć i życie toczącej się między setkami wybitnych graczy uprawiających jazz w latach 50tych i na początku 60tych. Do tych ikon postbopu należeli, stroniący od free jazzu, Miles Davis, Bill Evans i Lee Morgan właśnie.

I właśnie przez pryzmat tych eksperymentów Morgana, mających ożywić słabnący nowojorski bop, należy patrzeć na tę płytę. Kapitalna sekcja rytmiczna w osobach pianisty Johna Hicksa, basisty Reggiego Workmana i perkusisty Billy Higginsa (wszystko to są grojkowie wyborni wręcz) robi z rytmem co chce, a chce żebyśmy ani na moment nie zapomnieli, że dobry jazz musi mieć dobry groove i być funky ;-))) Ale kluczowe są pozostałe dwie postacie, które dołączyły do zespoły Morgana na tym nagraniu: saksofonista Bennie Maupin i gitarzysta George Benson, znów postacie wspaniałe, przed którymi okazało się, że przyszłośc była bardzo ciekawa. Bennie Maupin, grający wiele z gwiazdami free jazzu, wniósł do gry ten właśnie awangardowy powiew, który później zwrócił na niego uwagę samego Milesa Davisa i utorował mu drogę do jego zespołu, w ramach którego wziął udzialu w legendarnej sesji nagraniowej Bitches Brew. Z kolei George Benson wniósł ten powiew jazzrockowy, który potem także miał go zaprowadzić do Milesa, ale i do współpracy z takimi artystami jak Aretha Franklin, Carlos Santana czy Earl Klugh.

Z tych wszystkich powodów jest to sesja, z którą naprawdę warto się zapoznać, czego przedsmak niech Wam da te oto nagranie:


21:38, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 czerwca 2010

Lubię włóczyć się po tym jazzowym oceanie. Wiem, że gdzieś tam czekają na mnie wielkie jazzowe porty, w których ruch nigdy nie ustaje, to Miles, Coltrane, Evans, Coleman, Jarret i tak dalej, ale najbardziej lubię atmosferę tych mniejszych przystani, mało znanych, ale często nie mniej urokliwych niż te wielkie i znane i do takich należy chociażby ten, w którym spotkać mozna Bobby Sanabrię i jego afro-kubańskim band.

Miłość i jazz tworza bardzo dobraną parę, a w świecie jazzu trudno o dłuższy i bardziej ognisty roman niż flirt nowojorskiego bopu i rytmów kubańskich. Przecież już w latach czterdziestych Dizzy Gillespie uchodził za najbardziej prominentnego przedstawiciela tak zwanego cubopu czyli melanżu bopu i muzyki kubańskiej. I po dziś dzień nie brakuje w jazzie amerykańskim i światowym inspiracji muzycznych płynących z tejże wyspy, że wspomne tylko nazwiska muzyków tak wybitnych jak Gonzalo Rubalcaba, Paquito D'Rivera, Ruben Gonzalez czy niedawno goszczacy na tym blogu Dafnis Prieto.

Sam Bobby Sanabria zdobywał ostrogi w big bandach takich mistrzów Latin Jazzu jak Tito Puente i Mario Bauza, by w końcu stworzyć własny, w ramach którego kultywuje tradycje cubopu. Nagranie jest oczywiście live, a energia płynie z niego taka, że puszczone na imprezie, spowoduje u kobiet nieprzeparta chęć pozbywania się garderoby i tańca do upadłego, a u mężczyzn odruchy mahania marynerkami i ciskania czapek ku niebu. Uwaga!!! Muzyka wysokoenergetyczna, przy której Red Bull wydaje się tak mdły i pozbawiony jaj jak szklanka kefiru lub maślanki. Zresztą posłuchajcie sami:


18:17, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 czerwca 2010

Bardzo interesująca, chociaż totalnie niszowa pozycja. Na płycie występują Steve Coleman (saksofon altowy i główna postać wokół ktorej wszystko się kręci), Greg Osby (drugi saksofon altowy, którego wspaniałe duety unisono z Colemanem trzymają całą płytę), Marvin "Smitty" Smith (naprawdę ostry perkusista z Nowego Jorku, który zachwycił mnie już przy okazji odsłuchu bajecznej płyty Love Remains Bobby'ego Watsona), Graham Haynes (trąbka), David Gilmour (gitara), Andy Milne (instrumenty klawiszowe) i słynna Cassandra Wilson (niektórych nie znanych mi bliżej muzyków pomijam). Skład zatem mocarny, zresztą nie dziwota, bo M-Base Collective to była elitarna formacja nawet nie muzyczna wyłącznie, ale artystyczna, bo grupująca poza muzykami także poetów i tancerzy, a zenit jej aktywności przypadł na  lata 80-te i wczesne 90-te. Ideologia stojąca za M-Base (skrót of "macro-basic array of structered extemporization) jest dla mnie mętna i niezbyt mnie interesuje, liczy sie pytanie jak to wszystko brzmi? Cóż, myślę, że dość atrakcyjnie, ale jednak czuć już nieco upływ lat. Mamy płyty, które w o wiele bardziej interesujący sposób prezentują pojawiających się tu artystów. Skoro jesteśmy przy Stevie Colemanie to moim zdaniem warto sięgnąć choćby po jego album Lucidarium (2004), opisywany na tym blogu, z gwiazdorskim zepołem o nazwie Five Elements (Ravi Coltrane, Ralph Alessi, Mat Maneri i Craig Taborn), który prezentuje brzmienie o wiele, wiele ciekawsze niż to obecne na tym albumie. Podsumowując: interesujące dla wielbicieli talentu Steve'a Colemana chcących prześledzić jakimi drogami przebiegał jego rozwój artystyczny (należę do tej grupy) i dla tych, którzy interesują się historią jazzowej awangardy, w której M-Base Collective odegrał znaczącą rolę.

Poniżej próbka brzmienia tej formacji:


17:48, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 czerwca 2010

Idea tej płyty jest dla mnie bardzo, bardo atrakcyjna. Oto trójka wybitnych artystów tworzy bardzo nietypowe trio: John Zorn na saksofonie altowym, George Lewis na puzonie i Bill Ffrisell na gitarze, po to by na sposób freejazzowy bawić się troszkę już zapomnianymi kompozycjami jazzmanów z epoki rozkwitu hard bopu, w tym takich artystów jak Kenny Dorham, Hank Mobley czy Sonny Clark. Jest to kapitalny wręcz pomysł, który mam nadzieję jeszcze wiele razy zostanie podjęty! Niestety. To jego konkretne urzeczywistnienie, mimo wszelkich dobrze wróżących znaków na niebie i na ziemi, mnie, podkreślam mnie, bo u innych słuchaczy płyta zbierała entuzjastyczne recenzje, mnie niestety rozczarowuje. Najsłabszym ogniwem jest tu niestety sam wielki John Zorn, ktorego alt brzmi po prostu monotonnie w tych doskonałych hard bopowych melodiach. Słychać, że nie tak łatwo zagrać świeżo i z klasą stare jazzowe piosenki i myślę, że podobne kłopoty miałyby i inne obecne gwiazdy free jazzu. Może nasi Adam Pierończyk i Mikołaj Trzaska zmierzą się kiedyś z takim wyzwaniem?

Także Bill Frisell nie zachwyca, a to już jest rzecz naprawdę rzadka, bo ten artysta potrafi ratować największą nawet chałę (vide opisywana tu płyta Micheala Shrieve Fascination). Tutaj jednak wydaje się zagubiony, jakby niezbyt dobrze mógł zrozumieć czego się od niego oczekuje, jego gra brzmi nieprzekonywująco i po prostu smętnie.

O dziwo najlepiej na tym tle wypada puzon George Lewisa, który po prostu rżnie jak trzeba odtwarzając linię harmoniczną tych utworów co brzmi bardzo rzetelenie i świeżo. Powtórzę jeszcze raz: niestety! Dobry pomysł na płytę, dobrzy muzycy, a efekt wątpliwy, a to ze względu na słabą formę Zorna, który przeliczył się z siłami jeśli chodzi o swoje możliwiści interpretacji hard bopowych standardów.

Poniżej jeden z utworów z tej płyty:


19:51, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 czerwca 2010

Dwa zimne piwa i mokra bluzka dodają atrakcyjności każdej dziewczynie nawet jeśli ma włosy w nieładzie i nie najlepszy humor. Dla mnie Roisin Murphy jest jak wulkan na Islandii: grzeje tym bardziej, że bije od niej chłód, opanowanie i inteligencja. A piosenka Cannot Contain This należy do moich ulubionych, także ze względu na doskonały tekst. Brawo Roisin!

A skoro była mowa o Wyspie Gejzerów to na deser wersja tego utworu w miksie islandzkich DJów z grupy GUS GUS (zresztą goszczącej już wcześniej na tym blogu):


17:43, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 czerwca 2010

Ponieważ od jakiegoś czasu jestem pod wrażeniem świeżo wydanej przy Wydawnictwo Literackie autobiografii Tomasza Stańki, nie darowałbym sobie gdybym i tym razem jakoś nie nawiązał do tej fantastycznej publikacji. Po pierwsze bardzo mi się spodobało zdanie wypowiedziane przez Tomasza Stańkę zdanie, że między innymi dlatego tak kocha jazz, że jest w nim miejsce dla muzyków (zwróćmy uwagę, że obaj to trębacze) o tak przeciwstawnych temperamentach jak choćby Don Cherry, szaleniec, ekscentryk, wielki orginał i Kenny Wheeler, skromny, nie narzucający się, o wyglądzie księgowego w zarękawkach. A jednak obaj wnoszą swój własny, indywidualny i niepotarzalny głos do jazzu, wzbogacając niezmiernie jego tradycję. Po drugie, już w innym miejscu, Stańko opowiada jak trudno mu było przez wiele lat znaleźć w Polsce odpowiednią sekcję rytmiczną. Jak piękne słowa ze strony tego wyjątkowej klasy muzyka! Bo chociaż nasza uwaga koncentruje się w jazzie często na instrumentach dętych, na fortepianie, ba!, nawet na perkusji, a tymczasem taki na przyklad kontrabas zupełnie umyka naszej uwadze.

Tu, pozwólcie, mała dygresja. Przypomina mi się pewien stary kawał krążący kiedyś wśród muzyków filharmonii: jaka jest różnica między kontrabasem a wiolonczelą? Kontrabas się dłużej pali.

A wracając do głownego watku: kontrabas się nie tylko dłużej pali, ale i ma dzięk jednak nieco głębszy, idealnie nadający się do tworzenia rytmicznej bazy, zwłaszcza że w jazzie gra się na nim szarpiąc uderzając w struny, a nie przeciagając po nich smyczkiem (OK, od czasu do czasu to się zdarza, ale raczej rzadko). Ponieważ jednak instrumenty dęte, fortepian, a zwłaszcza perkusja są dość głośne, kontrabas niestety pozostaje w tle, trzeba dobrego, selektywnego nagrania, dobrej akustyki i dobrego ucha, żeby w pełni docenić jego klasę jeśli grają wyżej wymienione instrumenty. A przecież to basiści należą do najwybitniejszych jazzmanów w historii! Pozwólcie, ze wymienię tylko kilka nazwisk: Charles Mingus, Scott LaFaro, Ron Carter, Charlie Haden czy właśnie Dave Holland, legendarny i genialny Dave Holland, który, warto o tym wspomnieć skoro tyle już razy wymieniałem w tym poście Tomasza Stańko, pojawił się też na jego pierwszej, fantastycznej płycie nagranej dla ECM czyli niezapomnianej Balladynie.

I właśnie jakby płytą Dave'a Hollanda jest Angel Song, bo wszystko tu jest podporządkowane temu, by jego zdumiewający kontrabas zamiast jak zwykle pozostawac gdzieś w tle, nareszcie był na pierwszym miejscu. Jak wielka jest kultura i skromność jego wielkich partnerów, genialnych przecież muzyków, którzy pięknie usuwają się w tło: Bill Frisell ze swoją gitarą, Kenny Wheeler ze swoją anielską trąbka i Lee Konitz ze swoim saksofonem altowym. Dzieki ich mistrzostwu i taktowi nareszcie możemy docenić geniusz Dave Hollanda, którego bass wspaniale dźwiga odpowiedzialność za kształt płyty i gra jak najczystszej wody jazzowy solista. Jest to niezapomniana płyta, prawdziwa perła w kolekcji ECM-u i w zbiorach każdego jazzmana, który kocha tę muzykę. Posłuchajcie utworu tytułowego z tej płyty, bo są to szczyty elegancji i dobrego smaku:


20:22, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 czerwca 2010

Jestem świeżo po lekturze wspaniałej autobiografii Tomasza Stańki o tytule Desperado. W książce tej składającej się z wywiadów jakie przeprowadził z Tomaszem Rafał Księżyk (wielkie brawa dla tego Pana!), znajdujemy także informacje na temat jego ulubionych trębaczy. Oprócz Milesa Davisa i Dizzy Gillespiego, których obecność jak sądzę jest obowiązkowa, Stańko wymienia z epoki bopu Clifforda Browna, Kenny Dorhama, Bookera Little i Fatsa Navarro. Z hard bopu oczywiście Lee Morgana, Freddie Hubbarda, Blue Mitchella i właśnie Donalda Byrda, o którego płycie słów kilka zaraz dla Was (i dla siebie ;-) napiszę. W następnym okresie nasz Majster wymienia Woody Showa i Charlesa Tollivera, co sprawiło mi pewną satysfakcję, bo przecież to trębacz prawie zapomniany, a którego ja na tym blogu od jakiegoś czasu cierpliwie przypominam. Zatem z moim gustem nie jest tak źle...

A wracając do Donalda Byrd to wcale mnie nie dziwi, że Tomasz ceni jego dźwięk, bo jest on bardzo indywidualny i prawdęmówiąc nie przypomina żadnego z innych trębaczy. Brzmienie jego trąbki jest, jak zauwaza Dionizy Piatkowski w swej Encyklopedii Jazzu, liryczne, starannie modulowane i głębokie. A ja dodam, że przypomina on nieco stłumiony głos trąbki Davisa, tylko bez jego szorstkości czy mówiąc jezykiem bardziej muzycznym, chromatyczności, jest śpiewny, jedwabisty i bardziej wirtuozerski niz nie raz chaotyczny, oczywiście specjalnie, nieuporządkowany i rzucający wyzwanie kanonom ton Milesa. Miło się tak mi pisze o tych sprawach, bo  dźwięki te miłe są memu sercu, ale popełnił bym błąd nie wspominając z kim na tej bardzo atrakcyjnej płycie gra Donald Byr. A towarzyszy mu jeden z największych saksofonistów altowych w historii jazzu czyli Jackie McLean, a poza tym Duke Pearson na fortepianie (świetnie gra!), Doug Watkins na basie (gra bardzo pewnie) i Lex Humpries (który jakoś najmniejsze na mnie wywarł wrażenie).

Muzyka na tej płycie to po prostu wysokiej klasy hard bop poczatku lat 60tych ubiegłego wieku, prawdopodobnie szczytowego okresu rozwoju jazzu w ogóle. Główną atrakcją nagrania oprócz orginalnych i wpadających w ucho kompozycji stanowią muzyczne dialogi Byrda i McLeana. Przypominają one spotkania Milesa z Johnem Coltranem, bo Byrd podobnie jak Miles emanuje zadumą, bluesem, skupieniem, a McLean energią, optymizmem i radością. Posłuchajcie koniecznie kapitalnego nagrania z tej płyty zatytułowanego Lament:


19:42, trener66
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 czerwca 2010

Ci, którzy zagladają od czasu do czasu na mojego bloga wiedzą, że nie stronię od dobrego funku, a ostatnio wręcz zanurzam się w nim po końcówki uszu, może to efekt zbliżających się wakacji i generalnie klimatów bardziej swobodnych i tanecznych, które ten okres konotuje. W tym kontekście ta płyta brytyjskiej formacji The James Taylor Quartet z gościnnym udziałem legendarnego Roya Ayersa i Iana Andersona nie pozostawia wątpliwości, 18 już w 15-letniej historii tego zespołu, potwierdza, że jeśli chodzi o pogranicza soulu, funku, R&B i jazzu muzycy ci rzeczywiście mają zarezerwowane niezagrożone miejsce na szczycie. Płyta jest doskonała, przez talerz gramofonu przewala się jeden przebój po drugim, energia rozwala chatę jak eksplodujaca od nadmiaru gorąca butla gazowa, a jak by tego było mału od czasu do czasu przed naszymi uszami przebiega prawdziwy wamp, który powoduje, że nawet najtwardsze kołki w płocie odlepiają się od ściany i zaczynają się buujjjaaać ;-) Zresztą posłuchajcie sami jak wkręca to wariactwo, na przykład taki oto twór pod tytułem Show Me All Your Colours. 100% kwasu w jazzie!!!


16:29, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 czerwca 2010

Płyta ta jest sygnowana przez Jenny Scheinman, amerykańską skrzypaczkę, naprawdę utalentowaną, poruszającą się gdzieś pomiędzy amerykańskim folkiem, awangardą i oczywiście jazzem. Natomiast ta płyta jeśli chodzi o muzyczny klimat pozostaje pod przemożnym wpływem uczestniczącego w nagraniu Billa Frisella, który dżentelmńsko pozostawił Scheinman miejsce na okładce płyty, natomiast de facto to jego osobowość dominuje na tym nagraniu, a Scheinman trzeba oddać to, że pięknie jego geniusz uzupełnia i wzbogaca muzykę o bardzo cenne elementy. Te elementy to dość nietypowo potraktowane granie na skrzypcach, któremu bliżej jest do tradycji klasycznej czy Grapellowskiej niż takich bliskich naszemu sercu mistrzów jazzowych skrzypiec jak Seifert, Urbaniak czy Dębski, których kojarzę bardziej z fusion. Poza Billem Frisellem na gitarze i Jenny Scheinman na skrzypcach na płycie pojawia się jeszcze inny wybitny muzyk w osobie trębacza Rona Milesa. Pozostałe nazwiska wykonawców niewiele mi mówią, ale przyznaję, że grają zacnie, a są to: Tim Luntzel (kontrabas), Rachelle Garniez (accordeon, fortepiano), Doug Wieselman (klarnet) i Dan Rieser (perkusja).

W efekcie ich zgodnej współpracy otrzymujemy płytę charakteryzującą się wyjątkowym pięknem, a przy tym bardzo orginalną, oddaloną o lata świetlne od tego co kojarzy się nam z tradycją amerykańskiego jazzu. Czarują nas klimaty charakterystyczne raczej dla amerykańskiego folku i jazzu w wersji frisellowskiej, znanego z takich jego najlepszych płyt jak History, Mystery, Unspeakable czy Nashville. Zanurzeni w świecie jakby snów, dziecięcych marzeń i klisz zapomnianych czarno-białych filmów odbywamy podróż w głąb emocji zwykle ukrytych głęboko pod skorupą codzienności, do których nigdy nie dotarlibyśmy być może, gdyby nie pomoc tych wyjątkowo utalentowanych artystów. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli talentu Billa Frisella, a i dla innych może być bardzo ciekawa.

Na filmie materiał nie z płyty, ale gra na nim Jenny Scheinman i klimaty dokładnie takie same, zatem posłuchajcie:



13:33, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 czerwca 2010

Krótko napiszę o tej płycie, bo muzyka mnie jakoś specjalnie nie zachwyciła, chociaż tez nie jest specjalnie zła. Przyciągnęły mnie główne nazwiska muzyków, których Jeff Berlin skłonił do współpracy, a są to miedzy innymi Dave Liebman, Doug Webb, Danny Gottlieb, Mike Stern czy sam wielki Gary Burton. Ale niewiele z tego wynika. Zadecydowały tu sądzę jakieś układy towarzyskie. To tak jak na płytach Urbaniaka, na których pojawia się czasem Chick Corea. I co z tego wynika? Nic.

Sam Jeff Berlin też jest zresztą interesującą postacią: świetnie wykształcony, jest prawdziwym wirtuozem gitary jazzowej, dopracował się też własnego, indywidualnego brzmienia, rzecz niełatwa przecież. Jego styl najblizszy jest takim pracującym na rockowych obrzeżach jazzu muzykom jak Alan Holdsworth, Bill Bruford czy Frank Gambale. Jego gra jest zatem na najwyższym poziomie, ale niestety nie sprawdza się jako lider. Albumowi brakuje spójności, jakieś idei przewodniej. Smętnie snujemy się od kawałka podziwiając popisy nadzwyczajnie utalentowanych muzyków. Ach, jakie to potrafi być nużące! Berlin zapomniał, że muzyka to nie dźwięki, ale JĘZYK przed wszystkim, jak pisał onegdaj wielki Nicalas Harnoncourt. Z powrotem do szkoły Jeff! Sorry, ale mi się ta płyta nie podoba niestety.

Posłuchajcie Jeffa w nagraniu nie z tej płyty, ale pokazującym jego stosunek do nut:



16:28, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 czerwca 2010

Coś mi się obiło o uszy, że w powodzi gwiazd jazzu jakie tego lata mają gościć w Polsce (wielkie dzięki za  to tym jazzmanom i jazzfankom, którym to zawdzięczamy!) będzie i Lynne Arriale. Chyba gwiazdą nie jest, ale bez wątpienia jazzmanką warto odnotowania zwłaszcza (jeśli nie wyłącznie) dla wielbicieli jazzu tradycyjnego, których przecież u nas nie brakuje. Ta jej płyta, nagrana w klasycznym formacie trio robi wrażenie głównie dzięki wirtuzeorii Lynne Arriale w opanowaniu fortepianu, przestrzenności nagrania i zgrania muzyków, zabierających nas w podróż do źródeł jazzu czyli wielkich, jazzowych standardów My Funny Valentine i tym podobnych. Mnie to specjalnie nie wkręca, ale doceniam maestrię tej pianistki, zresztą w podobnym kierunku idzie u nas choćby Lesław Możdżer, więc chyba publiczność to lubi i jakaś kasa z tego jest. Poniżej próbka brzmienia tej dysponującej niepoślednim warsztatem pianistki:


18:20, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 czerwca 2010

Ta płyta, wydana orginalnie w 1988 i w roku 2002 przypomniana przez arcyzacne wydawnictwo Winter&Winter, jest po prostu absolutną perełeczką, na szczęście cudem uratowaną od całkowitego zapomnienia. Muzycy wyśmienici, bo Joey Baron to po prostu peota bębnów i talerzy, Tim Berne jest zwyczajnie jednym z najlepszych saksofonistów swojej generacji, a Hank Roberts to po prostu jakby ktoś pokroju Mścisława Rostropowicza zabłądził z salonów muzyki klasycznej na free jazzowe rewiry. Wszystko jest na tej płycie perfekcyjne i mogę ją po prostu polecić z czystym sercem każdemu miłośnikowi free jazzu i muzyki awangardowej w ogóle. Cudo! Zresztą posłuchajcie sami:


 

16:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...