Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
niedziela, 26 czerwca 2011

Majid Bekkas - African Gnaoua Blues (2001) 

Lubicie bluesa? Myślę, że tak, bo każde jazzowe serce bije trochę na bluesową nutę. A gdzie znaleźć dobry blues (możecie też zajrzeć tu: http://bluejazz.bloog.pl/)? Na pewno w wielu miejscach, choćby w Polsce, gdzie ostatnio Jarek Śmietana i Wojtek Karolak nagrali wspaniałą (podobno!) płytę "I Love Blues", nota bene płytę tygodnia w radiojazz.fm, na którego falach możecie ją usłyszeć.

A poza tym pełno doskonałego bluesa jest w Afryce i nie mogę po prostu wyjść z podziwu jak ludzie na Czarnym Lądzie potrafili ożywić wydawałoby się nieco skostniały bluesowy idiom. Świadczą o tym takie płyty jak chociażby omawiana już na tym blogu "Kongo Magni" (2005) Boubacara Traore czy dokonania właśnie Majida Bekkasa. Natknąłem się na niego przy okazji pisania notki na temat krążka "Kalimba" (2007) i "Out Of Desert" (2009), której to płycie poświęciłem dłuższy tekst. Po prostu jest tego warta, bo cudów na niej dokonuje nie tylko Bekkas, ale przede wszystkim genialny niemiecki pianista awangardowy Joachim Kuhn wspomagany przez (doskonałą zresztą) perkusję Ramona Lopeza.

Wszystkie wymienione płyty należą po prostu do wybitnych dlatego dalej cierpliwie namierzam kolejne pozycje w dyskografii Bekkasa i w ten sposób wpadła w moje ręce kolejna perełeczka. Tym razem czysto afrykańskie, bluesowe klimaty, czarne jak smoła jaką leją nasi drogowcy na prowadzące donikąd autostrady. Ciekawi mnie zwłaszcza to określenie "gnaoua", które wskazuje na terapeutyczne traktowanie tej muzyki przez ludy pogranicza berberyjsko-afrykańskiego: jako "lekarstwa" na zbolałą duszę. Przyda się ono prawdopodobnie nam wszystkim, tak w jutrzejszy poniedziałek jak i wtedy, gdy zamiast mknąć po autostradach na Euro 2012 staniemy w szczerym (chińskim) polu...



Autor: Maciej Nowotny (http://polish-jazz.blogspot.com/)

niedziela, 19 czerwca 2011

W piątek zaczęły się kolejne Warsaw Summer Jazz Days, organizowane przez zasłużonego dla polskiego jazzu Mariusza Adamiaka. Jakoś ostatnimi laty nie składało się, abym był obecny na koncertach odbywających w ramach tego festiwalu, natomiast ten rok był dla mnie bardziej szczęśliwy i oto wczoraj byłem jednym z wielu widzów, którzy mieli okazję uczestniczyć w wydarzeniach drugiego dnia tej imprezy. Moje szczęście było podwójne, bo jak być może wiecie jestem uważnym obserwatorem polskiego jazzu (proszę o odwiedziny i polubienie mojego bloga o polskim jazzie: http://polish-jazz.blogspot.com/), a wczorajszy koncert poświęcony był polskiemu jazzowi właśnie.

Tytuł tego cyklu: "Don't Panic! Yass We Are From Poland 2011" sugerował jakieś nuty awangardowe poprzez nawiązania do niezapomnianego yassu, który w latach 90tych odświeżył nam (na krótko) nieco zatęchłą rodzimą scenę jazzową. Myśl szczytna i z wdzięcznością chylę czoła przed Mariuszem Adamiakiem, że, po pierwsze, na taki pomysł wpadł, a, po drugie, że go zrealizował. I to z charakterystycznym dla niego rozmachem, bo na koncert zaprosił liczne grono osób z Europy (głównie Niemcy), organizatorów koncertów jak i menedżerów, aby pomóc w promocji tego, co najlepsze w młodym polskim jazzie. W tym zacnym dziele współdziałał z Instytutem Adama Mickiewicza, już wcześniej znanym z wielu projetów wspierających polską muzykę. Podobają się nam takie przejawy współpracy w zbożnym celu: brawo!

Publiczność i muzycy spotkali się w Muzeum Powstania Warszawskiego, jednej z najbardziej orginalnych warszawskich sal koncertowych, z zaskakująco dobrą akustyką jak na miejsce bedące niczym innym jak wymyślną plątaniną betonowych konstrukcji i poskręcanego żelastwa. Unoszący się nad głowami obecnych Liberator (patrz na zdjęciu) zapowiadał wysokie muzyczne loty...

Pierwszy na scenę wszedł Mikrokolektyw czyli Artur Majewski (trąbka) i Kuba Suchar (perkusja). Obaj Panowie wyglądali jakby przed chwilą wyszli z lasu: Artur Majewski z czupryną i bujną brodą prezentował się niczym Rumcajs, a Kuba Suchar ze wzrokiem oderwanym od rzeczywistości nieco jak Jozin z Bazin. Widziałem niepewne spojrzenia gości z zagranicy, które jednak trwały tylko do momentu, gdy wyżej wymienieni zaczęli grać. Także i Was pozory nie powinny mylić, bo Artur Majewski to największa nadzieja, obok Kamila Szuszkiewicza, polskiej awangardowej trąbki, a Kuba Suchar to jeden z nielicznych polskich perkusistów, obok Huberta Zemlera czy Pawła Szpury, który zdołał wypracować swój własny, rozpoznawalny od pierwszego beatu, język.

Ich występ powalił mnie na kolana, jak niewielu muzyków nie tylko w kraju, ale i za granicą, potrafią oni umiejętnie splatać awangardę z mainstreamem, a chociaż towarzyszący mi Tomek Łuczak i Piotr Wojdat ze screenagers.pl mówili mi, że byli już na lepszych i bardziej odjechanych koncertach tego duetu, to ja byłem zachwycony tym występem. W tym kontekście nie dziwi wcale, że Mikrokolektyw już został zauważony za granicą, a ich ostatnia płyta zatytułowana "Revisit" ukazała się nakładem legendarnej amerykańskiej wytwórni Delmark. Wielka przyszłośc przed nimi!

Następnie na scenie pojawił się Contemporary Noise Sextet, twór braci Kapsa, który w ostatnich latach osiagnął wielki sukces, zwłaszcza dzięki płytom "Pig Inside Gentleman" i "Unaffected Thought Flow". Wszakże ich najnowsza płyta "Ghostwriter's Joke" już nie wywołała samych ochów i achów, a wrażenia z samego koncertu mam podobne jak Maciej Karłowski, którego wyśmienitą relację umieszczoną na nowopowstałym portalu www.jazzarium.pl gorąco Wam polecam.

Ponieważ w krótkim czasie miałem okazję słuchać CNS dwukrotnie (relacja z pierwszego koncertu tutaj) odnotowałem wyraźne zmiany w muzyce tej formacji otwierające dość schematyczny (acz atrakcyjny) język tego zespołu na bardziej free jazzową estetykę. Tomasz Gadecki zastępujący nieobecnego, etatowego saksofonistę CNS Tomka Głazika, chociaż niezbyt zgrany z zespołem, co słyszalne było w partiach z "Ghostwriter's Joke", miał kilka wejść totalnie free, które brzmiały bardzo świeżo. Wspierany był w tym przez grajacego na trąbce Wojtka Jachnę, którego także ciągnie ku awangardzie, o czym niech świadczy jego wydana dosłownie przed kilku dniami w duecie z Jackiem Buhlem płyta "Niedokończone książki". Jeśli CNS pozostanie przy obecnym swym języku, to mam, podobnie jak Maciej Karłowski obawy, czy wkrótce ta formuła nie wyczerpie się. W każdym razie brawo dla braci Kapsa i ich kolegów (oprócz wymienionych wcześniej także Kamil Pater na gitarze i Patryk Węcławek na kontrabasie), że poszukują nowej drogi dla swojej muzyki. Jakie przyniesie to owoce, czas pokaże!

Występujące jako trzecie Sing Sing Penelope, kapela z ponad 10-letnim już stażem, to legenda polskiej alternatywy, wiązana przede wszystkim z perkusistą Rafałem Gorzyckim, a w której grają muzycy opisywanego wyżej CNS (Tomek Glazik, Wojtek Jachna, Patryk Węcławek), a także Daniel Mackiewicz (klawisze) i Aleksander Kamiński (saksofon sopranowy). Mam olbrzymią sympatię do tej grupy , która potrafi tworzyć nieziemiesko piękną muzykę, co udowodniła wielkokrotnie, także w ramach nieodżałowanego Ecstasy Projekt, natomiast ich nowa płyta "Electrogride", z której pochodził materiał zagrany na koncercie, jak i sam koncert, nie przekonały mnie. Muzycy poszli w kierunku nu jazzu, pełno było nawiązań do estetyki molvaerowskiej, pobrzmiewał w sopranie Garbarek, a warstwa rytmiczna nadawałaby się na podkład do karaoke. Gdybym nie znał takich płyt Sing Sing Penelope jak "We Remember Krzesełko" czy genialnej "Stirli Poeple In Jazzga" z nieodżałowanym Andrzejem Przybielskim, to po prostu wyszedłbym w trakcie koncertu. 

Na deser zostało Levity, o którym to występie wspomniane przeze mnie wyżej asy ze screenagers.pl orzekły, że był najmocniejszym punktem tego interesującego wieczoru. I rzeczywiście, Jacek Kita (klawisze), Piotr Domagalski (bas), a przede wszystkim fenomenalny Jerzy Rogiewcz na perkusji, którego słyszeliśmy ostatnio w Pink Freud na "Monster Of Jazz", emanowali energią, witalnością i kreatywnością, bo każda ich płyta oznacza niemal całkowita zmianę tego co grają. Rogiewicz walił w bębny jak opętany, jego puls dominuje w muzyce Levity, nie boi się ryzyka, gra na granicy kontroli tego, co chce powiedzieć, jest niezwykle wprost ekspresyjny. Kiedy muzykom tej formacji uda się znaleźć odpowiednie współgranie w tak rozedrganym emocjonalnie materialne, ująć je w karby dyscypliny tak by muzyka nabrała selektywności, a detal nie ginął w hałasie, wtedy powiem być może, że narodziła sie nam kolejna wielka grupa jazzowa. 

Na koniec Wasz Smerf Maruda doda słowo, nieco krytyczne, że chociaż cieszy go bardzo tyle uwagi poświęconej młodej polskiej scenie, to jednak z yassem niewiele ma ona wspólnego. Bez takich postaci jak Wacław Zimpel, Paweł Szamburski, Marcin Masecki, Tomasz Duda, Gerard Lebik, Raphael Rogiński czy bracia Olesiowe trudno mówić o polskiej awangardzie jazzowej. Dlatego moja prośba do Mariusza Adamiaka o więcej procent yassu w jazzie (Broń Boże kosztem mainstreamu, może na osobnej scenie?) podczas następnych Warsaw Summer Jazz Days!  

Na koniec chciałbym Wam gorąco polecić udział w dzisiejszym koncercie, stanowiącym drugi dzień Don't Panic, tym razem z udziałem wspaniałego składu Macieja Obary, kwintetem Wojtka Mazolewskiego, trio Marcina Wasilewskiego i Agą Zaryan. Tego przeoczyć nie wolno!

     

 

niedziela, 12 czerwca 2011

Muzyka i muzycy, jazz, to o miłości do nich jest ten blog. Ale jednak jest coś ważniejszego, wyznam nieco ze wstydem, z lękiem, z zażenowaniem, tym czymś jest dobre towarzystwo. Potrafi ono spotęgować przyjemność z obcowania z kulturą do, no właśnie, do czego? Są takie chwile, które chciałoby się, aby trwały bez końca, nie tylko dlatego, że się dzieje coś nadzwyczajnego, ale dlatego, że jesteśmy w dobrej kompanii. Tak było właśnie podczas koncertu odbywającego się 20 maja w Ośrodku Kultury Ochota z okazji 10-lecia RGG - tego jednego z absolutnie najlepszych polskich trio w historii.

Czułem dreszcz podniecenia tyleż w oczekiwaniu na ten koncert, co na spotkanie z przyjacielem, z którym mieliśmy wspólnie doświadczać tej muzyki. Kiedyś przed laty wiele razy słuchaliśmy wspólnie jazzu, a jeszcze więcej rozmawialiśmy o nim, zwłaszcza o tym jazzie z lat 50-tych i 60-tych, o złotej epoce Blue Note. Potem nasze drogi rozeszły się, ale po kilku latach znowu połączył je jazz. Spotkaliśmy sie przypadkowo, mało wtedy słuchałem polskiego jazzu, wydawał mi się zapyziały i nieciekawy, a ów kumpel zwrócił moją uwagę właśnie na RGG czyli Przemysława Raminiaka (fortepian), Macieja Garbowskiego (kontrabas) i Krzysztofa Gradziuka (perkusja). I tak właściwie z przypadku, bezwiednie i nieplanowo, zacząłem znów po wielu, wielu latach uważniej słuchać naszych jazzmanów i z tego, po jakimś czasie, narodził się mój blog poświęcony polskiemu jazzowi, do odwiedzenia którego przy okazji Was zapraszam: http://polish-jazz.blogspot.com/

Jeśli chodzi o opinię o najnowszym albumie RGG zatytułowanym "One", z którego materiał miał być grany podczas koncertu, to były one raczej ostrożne choć z całkowicie przeciwstawnych przyczyn. Dla Mirka, wielbiciela mainstreamu i tego elementu nazwijmy go cantabile w jazzie, album był nie do końca satysfakcjonujący ze względu na liczne wstawki improwizowane, z ducha awangardowe. Dla Macieja natomiast, który pisze ten tekst, a który gustuje we free jazzie, album był nie do końca satysfakcjonujący, ze względu na obecność nazbyt łatwo wpadających w ucho melodyjek i grania w stylu Billa Evansa, które mu się już nieco przejadło.

Zaczyna się koncert. Pełen profesjonalizm w każdym calu, ale widać tremę, zdenerwowanie, napięcie artystów. Lubię to! A nienawidzę, gdy na scenę wychodzą muzycy niezmotywowani, lekceważący publiczność, niedoceniający jej, a w polskiej rzeczywistości się to zdarza zbyt często. Ale nie RGG. Można ich postawić obok zespołu Marcina Wasilewskiego, obok Audiofeeling Band Pawła Kaczmarczyka czy różnych składów Wojtka Mazolewskiego: to wszystko duma polskiego jazzu. Ale wracam do opowieści: wielkie przestraszone oczy Krzysztofa Gradziuka wołały do publiczności - chcecie nas zjeść, nienawidzę Was!!! I nie mylił się zbyt wiele...

Może dlatego właśnie to był jego wieczór: w swoim graniu dawno wykroczył już poza wyłącznie zestaw perkusyjny. Jego kreatywność okazała się po prostu niezmierzona, grał na bębnach i talerzach jak natchniony, a poza tym korzystał z rozłożonych wokół kołatek, łańcuchów, sztućców, a nawet z plastikowej butelki! Trzeba powiedzieć wprost: jest to wielka indywidualność polskiego jazzu, talent na miarę Arta Blackeya, Jacka DeJohnette czy Paula Motiana. Ale to nie znaczy wcale, że niżej oceniam grę jego partnerów. W istocie grają oni jak jeden organizm, być może stąd tytuł płyty, odnajdują to legendarne "telepatyczne" współgranie tak w harmoniach jak dysharmoniach, w różnych tempach jak i nastrojach.

Po koncercie, którego nie sposób było skończyć ze względu na burzę oklasków i niesłabnący entuzjazm publiczności, podeszliśmy do Krzysztofa Gradziuka i na jego ręce złożyliśmy gratulacje całemu bandowi. Mówił o rosnącym ciężarze oczekiwań wobec zespołu, który nagrał tak wspaniałe płyty jak poświęcony Mieczysławowi Koszowi "Unfinished Story" czy w pełni improwizowany "True Story". Mówił o próbie, która poszła źle. Mówił o tym jak ciężko znaleźć drogę do muzyki wyrafinowanej, a jednocześnie pozwalającej nawiązać kontakt z szeroką publicznością. Mirek rozmawiał przytomnie z tym wielkim artystą, a ja doświadczałem w oszołomieniu jego pasji, obsesji, miłości jaką jest muzyka, jazz.

Wyszliśmy z OKO, był niesłychanie ciepły majowy dzień, żal było wracać do domu. Zamieniliśmy parę słów: Mirek stwierdził, że najbardziej podobały mu się właśnie te dynamiczne, awangardyzujące improwizacje, a ja nuciłem w duchu wszystkie te słodkie jak marcepan melodie, które tak mierziły mnie w domowym odsłuchu płyty. Ta chwila, pomyślałem, będzie trwała wiecznie, teraz, tak to właśnie jest, gdy wielka sztuka wywoła rezonans...  




środa, 08 czerwca 2011

"Gdzie jest raj mężczyzny? W kobiecym buduarze..." - o ile pamiętam ten cytat pochodzi z "Greka Zorby" Nikosa Kazantzakisa. Nie inaczej jest w jazzie, a zwłaszcza w jazzowym śpiewaniu, gdzie kobiety biją mężczyzn kompletnie na głowę. Bo nie sposób sobie wyobrazić jazzu bez takich artystek jak Ella Fitzgerald, June Christy, Betty Carter, a w nowszych czasach Diana Krall, Cassandra Wilson czy Patricia Barber. Nasycają one jazz czymś specyficznie kobiecym: intymnością, ciepłem, tajemniczością... Łatwo jednak z tym przesadzić, zwłaszcza w jazzie, przesłodzić, zagłaskać, ztrywializować. 

Gretchen Parlato - In A Dream (Obliqsound, 2009)

Młoda amerykańska wokalistka, Gretchen Parlato, na tym wydanym w roku 2009 przez ObliqSound krążku udowadnia, że formuła jazzowej wokalistyki daleka jest jeszcze od wyczerpania. Mimo, że nie posiada wielkiego głosu, a raczej podobnie jak wymieniona wyżej Patricia Barber czy nasza Krystyna Stańko, operuje nastrojem i barwą, potrafi zaintrygować i dostarczyć wartościowego jazzu, który jest inspirujący nie tylko dla miłosników stylistyki smoothjazzowej. Ten efekt udaje się jej osiagnąć dzięki inteligentnemu i zręcznemu operowaniu dwoma czynnikami.

Po pierwsze, Gretchen Parlato współpracuje i pozostaje otwarta na to, co najważniejszego dzieje się w obecnej nowojorskiej awangardzie. Choćby na tym blogu opisywałem jej udział w kapitalnym wręcz tegorocznym albumie Davida Binneya "Graylen Epicenter" (2011), a do nagrania tego krążka zaprosiła świetnych młodych instrumentalistów w osobach Kendricka Scotta grającego na perkusji, Derricka Hodge'a na kontrabasie, Aarona Parksa na fortepianie i Lionela Loueke, który fantastycznie akompaniuje grając na gitarze, a niekiedy też towarzyszy wokalistyce swym głosem (nic dziwnego, jest Afrykańczykiem, a dla nich łączenie grania na instrumencie i śpiewania jest czymś naturalnym). Muzycy ci nie tylko zapewniają Parlato bezpieczne wsparcie, ale niekiedy (zbyt rzadko moim zdaniem!) wypuszczają się na bardziej burzliwe jazzowe wody, nasycając muzykę odrobinką brzmienia wpółczesnej awangardy.

Po drugie i najważniejsze, na płycie znajdziemy bardzo różnorodne i interesująco zaaranżowane kompozycje, bo na swój warszat Parlato nie waha się wziąść tak Steve Wondera ("I Can't Help It") czy brazylijskiej samby Antonio Almeidy ("Doralice"), ale także wydawało się zgranego do nieprzytomności "Butterfly" Herbiego Hancocka, które pamiętamy z nieśmiertelnej wersji nagranej z The Headhunters. A poza tym znajdziecie tu i "E.S.P." Wayne'a Shortera, które chyba każdy jazzman zna na pamięć, a którego słuchając cały czas szuka się milesowskiej trąbki czy Ellingtona "Azure'a", ale nie gorzej brzmi tytułowa kompozycja, której współautorką jest sama Gretchen. A to bynajmniej nie koniec, krótko mówiąc, wspaniały program!

Tak, ten album to bez wątpienia mainstream i to nagrany z myślą o jak najszerszej jazzowej publiczności, ale świetnie zaśpiewany, wzorowo zagrany i zawierający doskonałe wręcz kompozycje. Dlatego śmiało mogę go polecić moim czytelnikom i postawić obok niegorszych nagrań takiej chocby Melody Gartot "My One And Only Thrill" (2009), Dianne Reeves "When You Know" (2008) czy Dee Dee Bridgewater "Eleonora Fagan" (2010).

A na deser wyżej wspomniany "Butterfly" Hancocka:



Autor tekstu: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

piątek, 03 czerwca 2011

Kiedyś istniało (może istnieje dalej?) "Radio Złote Przeboje", a może to było "Radio Pogoda", czy coś podobnego. Przykro mi, ale od kilku lat nie słucham radia: puszczają w nim taki shit, że nie chcę sobie nim kalać uszu. Ale wtedy włączyłem, jechałem samochodem i może zapomniałem swoich  płyt, nie pamiętam dokładnie. 

Jest ranek, Pan Maciej jedzie do pracy, a prezenter o aksamitnym jak miś koala głosie rozpoczyna dzień ze swoimi słuchaczami: "Witam Państwa, i znów poniedziałek, najgorszy dzień w tygodniu, jaka szkoda że niedziela się już skończyła i że nie możemy przeskoczyć od razu do wtorku, środy, a najlepiej do piątku wieczorem" - ciśnienie powoli zaczyna mi rosnąć, a aksamitek nadaje dalej - "a jakie prognazy na dziś? Oj, mam niezbyt miłą wiadomość, co prawda świeci słońce, temperatura 25 stopni, ale meteorolodzy ostrzegają, że biomed niekorzystny, a w ciągu dnia sytuacja jeszcze się będzie pogarszać wraz ze spadkiem ciśnienia" - zaczyna zalewać mnie krew, a sympatyczny prezenter kończy takim oto akcentem - "nie zapomnijmy o dziurze ozonowej, wg amerykańskich naukoców od kilku dni nie mamy tej niedostrzegalnej ochrony nad naszymi głowami, zatem mała rada, najlepiej zamknijcie Państwo szczelnie wszystkie okna i drzwi, zasuńcie zasłony i nie martwcie się, wystarczy, że macie włączone nasze radio, a i tak będziecie wiedzieli co ważnego dzieje się na zewnątrz".

Nie, nie, nie!!! Rankiem potrzebuję czegoś zupełnie innego: potrzebuję krzyku, czegoś co odda pełen dysharmonii, lecz i rytmicznego pulsu, zgiełk wielkiego miasta, tego mrowiska ludzi, którzy swoją gonitwą nadają sens pustce jaką jest wyłącznie materialny świat. Jest w tym rytmie zarówno brzydota tego chaotycznego zbiegowska, tragizm jego nieprzystosowania do ludzkiej natury jak i patos: losu, przeznaczenia, karmy, która sprawia, że nie mamy innego wyboru niż biec, biec, biec do przodu...

Jeśli chcecie poczuć ten pęd to sięgnijcie koniecznie po wspaniałą po prostu płytę The Rempis Percussion Quartet z Davem Rempisem grającym na saksofonach, Ingebrigtem Haker Flatenem na kontrabasie oraz Timem Daisym i Frankiem Rosalym na perkusjach, która to płyta, jeśli chodzi o free jazz jest chyba najlepsza płytą w ogóle jaką słyszałem w tym roku. Mam ją już od wielu miesięcy, zakochałem się w niej od pierwszego słuchania i towarzyszy mi non stop, a zwłaszcza wtedy kiedy jak wojownik muszę zagrzać sam siebie do walki z różnymi przeciwnościami losu. Nota bene płyta ma też i polską recenzję pióra Andrzeja Podgórskiego - warto zajrzeć tu: http://impropozycja.blogspot.com/search?q=dave+rempis+quartet. Acha i sprawdźcie ten link, aby posłuchać próbkę tego jak mocarnie ta muzyka brzmi.

Wszakże wieczorem, gdy wracam z pracy, albo gdy opustoszałym miastem brnę przed siebie w poszukiwaniu wytchnienia, zapomnienia, przygody, potrzebuję czegoś co w ten betonowo-stalowy węzeł gordyjski wleje odrobinę metafizyki. W tym celu pragnę zwrócić Waszą uwagę na album "New Dance!", który wytwórnia Hathology (wkrótce nakładem tej oficyny ukaże się nowa płyta braci Olesiów) przypomniała nam w roku 2003 i który jest sygnowany nazwiskiem Anthony Ortegi. Anthony Ortega? Tak, należę do tych, którzy w ogóle do tej pory nie mieli zielonego pojęcia o istnieniu tego muzyka, a jest to muzyk z pokolenia Johna Coltrane'a, Sonny Rollinsa czy Ornette'a Colemana, rocznik 1928, niczego nikomu nie wypominając.

Ale jak wielu zupełnie zapomnianych prekursorów free jazzowej awangardy jak choćby mój ukochany Marion Brown ("Marion Brown" czy "Back To Paris") czy Horace Tapscott ("Dark Tree") Ortega został odkryty dopiero po reedycji swoich albumów, nota bene poprzedzonej kilkudziesięcioletnim czyścem obojętności krytyków i publiczności. Musiała zmienić się nie jedna epoka, a co najmniej trzy albo cztery, byśmy dojrzeli wreszcie do tej szalenie bezpretensjonalnej, a jakże pięknej muzyki. Bo w doprawdy niezrównany sposób Ortega połączył bop, cool jazz z najczystszej wody awangardą free jazzową, tworząc własną estetykę tyleż oszczędną i subtelną co pełną wyrazu i sugestywną. Odnotujmy, że Ortedze towarzyszą: w duetach kontrabasista Chuck Domanico (gra tego Pana kapitalna!), a w triach basista Bobby West i perkusista Bill Goodwin. Arcydzieło!

 

Autor tekstu: Maciej Nowotny http://www.polish-jazz.blogspot.com/


Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...