Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
sobota, 31 lipca 2010

Myślę, że od czasu Billa Evansa, Keitha Jarreta i Chicka Corei nie było w jazzie takiego pianisty jak Brad Mehldau, przynajmniej jeśli mówimy o Stanach Zjednocznonych i o mainstreamie. Ożywił on tak skutecznie trochę już trącący myszką format jazzowego trio, że namnożyło się teraz  tych składów jak "mrówków". Olbrzymią siłą Mehldaua jest pianistyczny warsztat. Jest jednym z nielicznych pianistów jazzowych, którzy mają "klasyczne" uderzenie, a przy tym nie "klasycyzują" tylko grają ortodoksyjnie jazzowo. Wszystko tu swinguje, muzyka jest synkopowana, i po prostu rośnie każde jazzowe serce, a zwłaszcza takie jak moje, które się wychowało na muzyce poważnej i pamięta tych wszystkich wielkich pianistów, ich wirtuozerię i niezrównany muzyczny geniusz.

Nie podzielam zatem tych, którzy krytykują Mehldaua za pewien konserwatyzm, za zbytnie ukłony w kierunku gustów publiczności (na płycie pełno jest przeróbek znanych przebojów), po prostu Mehldau ma taką klasę, że mu to wszystko nie szkodzi, bo muzyka w jego wykonaniu jest po prostu doskonała. Odpowiednikiem Mehldaua na naszym rynku jest Leszek Możdżer - może mi się nie podobać jego pójscie w wirtuozerstwo w ostatnich latach - i nie podoba mi się - ale byłbym głupcem, gdybym nie widział jak piękne płyty w dalszym ciągu nagrywa i jak dzieki temu, że gra obecnie nieco przystępniej niż kiedyś, skłania rzesze ludzi ku muzyce ambitniejszej niż umcyki z Radia Zet czy RMF FM. Zresztrą dosyć słów, jeśli to granie jest rzeczywiście tak dobre jak mówię to przecież powinno obronić się samym słuchaniem:



 


 

18:37, trener66
Link Komentarze (3) »
piątek, 30 lipca 2010

Jackie Ryan to kolejna świetna amerykańska wokalistka śpiewająca w stylu klasycznym naśladującym wielkie jazzowe divy przeszłości takie jak Billie Holliday czy Ella Fitzgerald. Wartość płyty podnosi fakt, że akompaniują wokalistce naprawdę dobrzy partnerzy czyli muzycy na co dzień tworzący trio Jeffa Hamiltona (perskusja), Christoph Luty (bass) i Tamir Hendelman (fortepian) oraz dwóch muzyków, Larry Koonse (giatara) i Carol Robbins (harfa), grający na co dzień w świetnym sekstecie wybitnego pianisty Billy Childsa. Wisienką na torcie jest obecność na płycie w charakterze gościa, na pięciu utworach, saksofonisty tenorowego Reda Hollowaya, postaci bardzo znanej zarówno w świecie jazzowym jak i bluesowym, współpracującym onegdaj z samą Billie Holliday.

W sumie jednak jest to bardzo konserwatywne podejście do jazzu, które, przyznaję się do tego szczerze, nie jeste w stanie przykuć na dłużej mojej uwagi Oto próbka nieprzeciętnych możliwości wokalnych tej artystki. Z innej płyty, ale styl podobny:



17:46, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 lipca 2010

Ta płyta w zeszłym roku praktycznie wszystkim się bardzo podobała co mnie nie dziwi i dziwi jednocześnie. Nie dziwi, no bo jak może być zła, przeciętna, dobra czy nawet tylko bardzo dobra, muzyka zagrana przez tej klasy jazzmanów co Gary Burton (wibrafon), Pat Metheny (gitara), Steve Swallow (bas) i Antonio Sanchez (perksuja). To są ikony współczesnego jazzu (może z wyjątkiem Sancheza). Dodatkowo płyta ta jest nawiązaniem do dokonań tej grupy muzyków sprzed mniej więcej lat 30, gdy po raz pierwszy grali razem ze sobą, a ponieważ jak wiadomo najbardziej lubimy to, co znamy (cytata za inżynierem Mamoniem oczywiście), więc i nie jest zaskoczeniem, że się większości podoba to, co już znają i cenią, albo jak nie znają, to przecież brzmi im to znajomo, bo zostało już przeżute na setki sposobów przez mass kulturę. A jednak to właśnie mnie DZIWI, że proste niemal odtworzenie tego, co już było, chociaż w świetnym wykonaniu, zaspokaja ambicje słuchaczy, a przede wszystkim TAKICH muzyków! Dla mnie to strata czasu i odcinanie kuponów od minionej sławy i niezaprzeczalnych dokonań, do czego Pat Metheny mnie już zresztą przyzwyczaił, ale co w przypadku Gary Burtona, którego bardzo, bardzo cenię, w przykry sposób mnie zaskoczyło.

Krótko mówiąc, chociaż to danie jest odgrzewane to smakuje wybornie. Pod warunkiem wszakże, że lubicie odgrzewane...


17:59, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 lipca 2010

Przeżywamy od kilki lat renesans swingu i dlatego nie powinno dziwić, że pojawiła się w końcu płyta będąca hołdem dla jednej z jego największych gwiazd czyli dla Doris Day. Na zadanie to odważyła się Nellie McKay, i dobrze, że się zdecydowała, o czym świadczy jej płyta, zatytułowa Normal As Blueberry Pie. Dzięki temu możemy słuchać tej słodziutkiej oraz optymistycznej muzy, a przecież o to w trakcie lata chodzi, ale nagranej z użyciem najnowszej techniki, przeto brzmiącej krystalicznie i zaśpiewanej trzeba przyznać z dużym dźwiekiem. Nie będę wchodził w jakieś analizy tej płyty, wystarczy, że powiem, że głos McKay doskonale pasuje do repertuaru Day, ponieważ podobnie jak głos tamtej jest on lekki, dźwięczny, nieco dziecięcy, a i śpiewa McKay z podobnym entuzjazmem i zwiewnie jak kiedyś przed laty Doris. Na lato płyta na pewno lepsza niż dziesiątki innych, pełnych popowego śmiecia, ale z drugiej strony, orginalna Doris Day już jest, może nie w takiej jakości dźwięku, ale jednak można się zastanawiać po co jeszcze raz nagrywać piosenki z niemal fotograficznym, dokladnym odtwarzeniem jej stylu? Ale to zarzut szerszy, obejmujący wiele tych nowych gwiazd neo-swingu, za którym jakoś specjalnie nie przepadam.


18:18, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 lipca 2010

Wszystko zaczęło się od obrazu Das Boot Wolfganga Petersena (tego od Dnia Niepodległości), który nakręcił ten genialny film wg niezwykłej książki Lothara-Gunthera Buchheima. Opowiada on dzieje kilku tygodni z życia niemieckiego okrętu podwodnego U-96. Jedną z najmocniejszych scen w firmie jest ta, gdy po przeraźliwym, kilkugodzinnym obrzucaniu okrętu przez bomby głebinowym, w abosolutnej ciszy, 200 metrów pod ziemią, śmiertelnie zmęczeni i przerażeni marynarze, słuchają głupiej i ckliwej piosenki J'attendrai w wykonaniu Riny Kitty. W tym entouragu piosenka ta wybrzmiewa co najmniej jak któraś z Pasji Jana Sebastiana Bacha.

A kim była Rina Kitty? Urodziła się w Italii, ale jak wiele Włoszek (np. obecnie Carlka Bruni) udawala Franzuzkę, żeby sobie nieco dodać klasy. Jej kariera dziwnym, niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności zaczęła się z wybuchem wojny i wraz z nią zakońćzyła. Umarła kilkadziesiąt lat później, w niemal całkowitym zapomnieniu. Cytowałem już jej piosenkę na tym blogu w wykonaniu wielkich Django Rheihardta i Stephana Grapelliego (http://kochamjazz.blox.pl/2010/03/Django-Reinhardt-Stephane-Grapelli-Le-Quintete-Du.html), a teraz posłuchajcie orginału, bo jest w nim coś, co?



17:36, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 lipca 2010

Jest to kapitalna płyta, w pełni potwierdzająca doskonałą opinię jaką perkusista Jeff "Tain" Watts cieszy się w światku jazzowej awangardy. Uff, gorąco za oknem, grubo ponad trzydzieści stopni (chociaż nie wiem jaka będzie pogoda w dniu publikacji notki, ciekawe), a tu jeszcze obok Wattsa z całych sił dorzucają do pieca: David Gilmour na gitarze, Steven Remote na flecie, Marcus Strickland na saksofonie tenorowym i David Kikoski na fortepianie i keyboardzie. Bardzo lubię nagrania, na których czuć atmosferę jam session, grania na żywo, spontanicznego, będącego częścią zabawy jaką bywa życie, bo jazz to nic poważnego, nie należy traktować go zbyt serio, taka atmosfera najbardziej mi odpowiada przy słuchaniu muzyki, jak gdyby randka z dziewczyną, latem, gdy lżej na duszy i człowieka cieszą rzeczy piękne, lecz nie ostateczne.

Jako ilustracja kawałek nie z tej płyty, ale energia jak najbardziej podobna do obecnej na omwawianej wyżej płycie:


17:50, trener66
Link Komentarze (2) »
sobota, 24 lipca 2010

05/04/2004 - NEW YORK IS NOW! in diretta dall'Auditorium di Roma -
Craig Taborn Trio
Craig Taborn (pianoforte), Drew Gress (contrabbasso), Gerald Cleaver (batteria)
Rob Brown-Gerald Cleaver duo
Rob Brown (sax alto), Gerald Cleaver (batteria)
Matthew Shipp Nu Bop
Matthew Shipp (pianoforte), Daniel Carter (ance), William Parker (contrabbasso) Guillermo E. Brown (batteria)
06/04/2004 - NEW YORK IS NOW! in diretta dall'Auditorium di Roma -
Dave Burrell solo piano
The Beat Kids
Latasha Natasha Diggs (voce), Yusuke Yamamoto (flauto, melodica), Keith Witty (basso), Guillermo E. Brown (batteria)
William Parker The Inside Songs of Curtis Mayfield
William Parker (contrabbasso), Sabir Mateen (ance), Darryl Foster (ance), Lewis Barnes (tromba), Dave Burrell (pianoforte), Leena Conquest (voce), Amiri Baraka (recitazione), Hamid Drake (batteria)

Odkąd dostałem te pliki, na których znajduje się prawie 7 godzin muzyki nie mogę przestać myśleć jak wspaniale byłoby móc zorganizować coś takiego w Warszawie i żeby ludzie na to przyszli, zapoznali się z tym, bo warto. Kropka.

Krótko mówiąc są to zapisy z trzech dni kocertów jakie odbyły się na początku kwietnia 2004 roku w Rzymie w ramach festiwalu jazzowego New York Is Now! Środowisko nowojorskiej awangardy jest chyba najciekawszym zjawiskiem we współczesnym jazzie i odtwarza atmosferę jaką można było odnaleźć w latach 50tych i 6otych, gdy w Nowym Jorku kwitł bop. Warto zapamiętać nazwiska muzyków, którzy pojawili się na tym festiwalu, to już obecna elita światowego jazzu, wyznaczająca trendy na najbliższe lata, tworząca muzykę świeżą, inteligentną i całkowicie różną od tego, co do tej pory było w jazzie.

Otyo krótka lista artystów, którzy wystapili na tym festiwalu:

Craig Taborn Trio w składzie Craig Taborn (fortepian), Drew Gress (kontrabas), Gerald Cleaver (perkusja). Craig Taborn to pianista, z którym bardzo chciałby zagrać Tomasz Stańko. Bez wątpienia w osobach tych muzyków nasz Mag znalazłbym odpowiednich partnerów, by znowu jak przed laty posmakować free i jazzowej awangardy!

Rob Brown (saksofon altowy) - Gerald Cleaver (perkusja) Duo. Brawo dla Braci Olesiów, kórzy namówili Roba Browna do współpracy, dzięki czemu nie musimy szukać daleko by poznać jak gra ten kapitalny alcista.

Matthew Shipp Nu Bop w składzie Matthew Shipp (fortepian), Daniel Carter (saksofon), William Parker (contrabbasso) Guillermo E. Brown (batteria). Matthew Shipp to muzyk o talencie na miarę Theloniusa Monka Czy Cecila Taylora. Jestem dumny z tego, że już gościł na moim blogu: http://kochamjazz.blox.pl/2010/03/Matthew-Shipp-Trio-Harmonic-Disorder-2009.html.

Dave Burrell (fortepian). Postać mi do tej pory nieznana.

The Beat Kids w składzie Latasha Natasha Diggs (vocal), Yusuke Yamamoto (flet), Keith Witty (bas), Guillermo E. Brown (perkusja). Pierwszy raz o nich słyszę.

William Parker The Inside Songs of Curtis Mayfield w składzie William Parker (kontrabas), Sabir Mateen (saksofon), Darryl Foster (saksofon), Lewis Barnes (trąba), Dave Burrell (fortepian), Leena Conquest (vokal), Amiri Baraka (recytacja), Hamid Drake (perkusja). Kim jest William Parker nie trzeba chyba pisać, to legenda jazzowej awangardy, grał z Cecilem Taylorem, Dawidem S. Ware'm i Peterem Brotzmannem.

Podsumowując, mamy w Polszcze wysyp pięknych jazzowych festiwali rozsianych po całej Polsce, ale brakuje chyba, a może jest taki, a ja o nim nie słyszałem, który byłby poświęcony free jazzowi i awangardzie. Kiedy się go doczekamy?

Na deser utwór Round Trip z płyty New York Is Now nagranej przez Ornetta Colemana (na zdjęciu) w roku 1968 w wyśmienitym towarzystwie Deweya Redmana (saksofon tenorowy), Jimmy Garrisona (bas) i Elvina Jonesa (perkusja):

 

16:39, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 lipca 2010

To jest płyta wybitna, takie płyty przywracają wiarę w jazz, tacy muzycy jak David Murray, grający na saksofonie tenorowym i klarnecie basowym, pokazują, że w jazzie ciagle pojawiają się i dojrzewają nowe wybitne indywidualności. Że czasami warto zwrócić swoją uwage ku tym mniej znanym, tym do tej pory w drugim szeregu, bo pierwszy szereg co prawda gra ciągle świetnie (jak na ostatnich płytach Chicka Corei, Keitha Jarreta czy Johna McLaughlina), ale ciągle to samo.

Towarzyszy Murrayowi doskonały basista Ray Drummond, nie gorszy perkusista Andrew Cyrille, a na fortepianie nieznany mi Lafayette Gilchrist. Ważną rolę pełni poezja Ishmaela Reedsa, do ktorej słów swój aksamitny głos dołącza dobrze się na tym nagraniu odnajdująca Cassandra Wilson.

W książeczce towarzyszącej płycie można odnaleźć obszerne informacje na temat ideologii towarzyszącej płycie, coś o prześladowaniu czarnych ludzi, o Afryce, o niesprawiedliwej Ameryce i takie tam polityczne blah-blah towarzyszące wielu płytom muzyków jazzowych w USA, niezależnie od koloru skóry. Dopóki nie odbija się to na muzyce jestem to w stanie przełknąć, aczkolwiek traktuję to bardzo pobieżnie, bo też i co oni wiedzą na temat polityki? Całe życie w dobrobycie, nie dostali nigdy porządnie w dupę, nie mieli za sąsiadów Hitlera i Stalina, to się mogą boczyć na "złą" Amerykę, która ich swoim cyckiem wykarmiła na swojej piersi.

Pomijam zatem ten polityczny bełkot, dość go mam w swoim kraju, natomiast muzyka jest wyborna i cieszy duszę niepomiernie. Z ducha nawiązuje do tego co najczarniejsze w jazzie było i jest, do Mingusa, Coltrane'a, Monka, Taylora, Sandersa i wszytkich tych postrzeleńców, dla których jazz jest raczej jakimś rodzajem przeżycia metafizycznego, Jakubową drabiną, po której ta nędzna istota jaką jest człowiek wspina się do Nieba, by zmagać się z Bogiem, by mu wykrzyczeć co w duszy gra, gdy wokoło "ziemia jałowa" mówiąc językiem T.S. Elliota. Krótko mówiąc, jest to płyta wspaniała, którą polecam każdemu, kto kocha jazz i ma wrażliwe serce na Sztukę.


19:19, trener66
Link Komentarze (1) »
środa, 21 lipca 2010

NBS Trio? O co chodzi? Zadawałem sobie pytanie, gdy po raz pierwszy zobaczyłem okładkę tej płyty. Zarówno nazwa skrócona jak i pełna (Nothing But Swing Trio) nie mówiła mi dokładnie nic. Dopiero grzebiąc w internecie dowiedziałem się co nieco o tej formacji składającej się z Klaudiusa Kovaca(fortepian), Roberta Ragana (kontrabas) i Petera Solarika (perkusja). Powstała w 1998 roku w słowackiej Bańskiej Bystrzycy i od tej pory nagrala 4 czy 5 płyt, i oczywiście wiele więcej koncertów, w tym w Polsce m. in. z Tomkiem Grzegorskim. Jak sama nazwa wskazuje grają jazz nawiązujący do złotych lat 50tych i 60tych, przy czym ich wycieczka w stronę Komedy siłą rzeczy powoduje, że na płycie mniej jest swingu, a więcej cool jazzu, którego Komeda był jednym z najważniejszych eksponentów na Starym Kontynencie. W ogóle trzeba wyrażać się o tej płycie z najwyższym uznaniem! Jej poziom muzyczny jest niesamowicie wysoki, a i Komeda jest tu zarazem tym Komedą, którego kochamy, rozpoznawalnym, czytelnym, znajomym, a jednocześnie zagranym tak świeżo, bezpretensjonalnie i z takim urokiem, że po prostu dawno nie pamiętam tak świetnej komedowskiej płyty, a przecież nie brakuje ich bynajmniej. Kapitalny wkład tych słowackich wirtuozów do skarbczyka naszej jazzowej kultury, za który niniejszą notką wyrażam im wdzięczność :-)


17:42, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lipca 2010

Cenię kwartet Dave'a Brubecka, wszakże bez Paula Desmonda i jego nieziemskiego saksofonu altowego, brzmiącego jak lodowate martini w taki jak dziś upał, straciłby on bardzo, bardzo dużo ze swego szarmu. Mimo swego wyglądu, szylkretowe okularki, lecące zakola, szary garniturek Pana z księgowości nie powinien nas mylić, ten muzyk to był prawdziwy jazzman zarówno na scenie jak poza nią (fajki, whisky i tabuny dziewczynek), który pokazywał na czym polega esencja west coast, tego niesfornego i zepsutego dziecka Hollywood. Na płycie znajdziemy wyłącznie nieśmiertelne jazzowe standardy czyli beznadziejnie głupie melodyjki z filmów, a czasami wręcz z kreskówek Walta Disneya, które wszakże zagrane przez tych skończonych nicponiów sprawiają, że choć przez chwilę czujemy, że żyjemy, bawimy się, cieszymy tą właśnie chwilą. Spośród nagrań będących wyborem z płyt wydanych przez ten kwartet na poczatku lat 50tych proponuję Wam wysłuchanie tytułowego Stardust:


19:26, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 lipca 2010

Jedna z najlepszych płyt tak lubianego przeze mnie saksofonisty altowego (chociaż tu gra też na tenorze) Bobby Watsona. Niestety jego ostatnia dla Blue Note, a szkoda, że ta słynna wytwórnia wypuściła spod swoich skrzydeł tak wielkiego jazzmana. Na płycie Watsonowi towarzyszą muzycy nietuzinkowi, szczególnie podoba mi się Melton Mustafa grający na trąbce (chociaż pierwszy raz w ogóle o nim słyszę), naprawdę dobry jest też pianista Edward Simon, do tego dochodzą grający bardzo solidnie na basie Carroll Dashiell i na perksuji słynny Victor Lewis, który kompozycje na tej płycie wyrożniają się jakością spośród pozostałych utworów.

Tytuł płyty, Post Motown Bop, świetnie definiuje zawartość krążka, natomiast sądzę, że należy się tu słowa wyjaśnienia tym, którzy może nieco mniej starannie śledzą historię czarnej muzyki. Bop to kierunek jazzu, który powstał w Nowym Jorku w latach 50tych ubiegłego stulecia, dzięki takim muzykom jak Charlie Parker, Dizzy Gillespie czy Thelonius Monk, i wywarł decydujący na tworzenie się współczesnego, nowoczesnego jazzu. Natomiast Motown Records to jedna z nasłynniejszych amerykańskich wytwórni płytowych, założona w 1959 przez , a której muzycy, tacy jak Diana Ross, Michael Jackson (w ramach Jackson 5), Supremes, Marvin Gaye, Steve Wonder czy The Temptations stworzyli de facto to co dzisiaj się obejmuje takimi terminami jak soul czy R&B. Pod koniec lat 60tych wytwórnia ta sprzedawała najwięcej płyt ze wszystkich wytwórni w USA, a nie bez znaczenia było także to, że pozostawała w rękach Afroamerykanów. Jej wzrost i oszałamiająca potęga miały trochę dwuznaczny posmak dla jazzu i ma to swoje odbicie na tej płycie.

Z jednej strony artyści nagrywający dla Motown Records (Motown od Motor City, gdyż wytwórnia mieściła się w Detroit) nadali czarnej muzycy nowy, melodyjny i taneczny kierunek, z drugiej strony po prostu zabrali jazzowi publiczność, którą ten i tak zaczął tracić na rzecz rock'and'rolla. Wkrótce bop miał stracić wigor, a w jazzie nastąpić miała era fusion, która była oczywiście bardzo ciekawa, ale jednak nie tak świetna i wspaniała jak poprzedzająca ją era bopu czy nawet jeszcze wcześniejsza, swingu. Może szkoda, że wcześniej jazzmani nie zwrócili się bardziej w stronę czarnej muzyki produkowanej w Motown Records, że trzeba było dopiero Bobby Watsona, żeby po wielu już latach udowodnić jak wiele mógłby jazz zyskać twórczo nawiązując do klimatów bardziej drum'and'bassowych i rhythm&bluesowych. I na płycie taki właśnie melanż nas czeka, melanż najwyższej jakości jazzowej, a przy tym melodyjny, taneczny, wpadający w ucho, przesycony wszystkim co najfajniejsze w czarnej muzyce, po prostu wspaniała płyta!

Poniżej kompozycja z tej płyty o tytule In Case You Missed It pióra samego Bobby Watsona, ale w wykonaniu innego zespołu, wielce mocarnego wszakże, bo na perkusji gra sam Art Blackey, a na trąbce i saksofonie bracia Marsalisowie. Ach!!!



16:13, trener66
Link Dodaj komentarz »

Stephan Micus to niemiecki muzyk, którego zalicza się do jazzu, ale prawdę mówiąc jest to naciągane, bo jego muzyce bliżej raczej do muzyki świata, etnicznej. Dziwne zatem jest, że znalazł się on w ECMie, chociaż z drugiej strony ta tkana za pomocą różnych muzycznych istrumentów o wschodniej prowienencji materia w klimacie, w nastroju rzeczywiście bliska jest brzmieniu charakterystycznemu dla tej wytwórni: stonowana, pełna zamyślenia, przesycona patosem. Mnie to się podoba, chociaz niewiele tu jazzu w jazzie, a chwilami bywa to trochę zbyt, szukam właściwego słowa, sztuczne? Bo jednak czuć, że to intelektualna, skomplikowana, przekombinowana nawet muza, która troszkę się swoją orientalną duchowością do europejskiego słuchacza wdzięczy. A może się mylę? Na pewno płyty tej warto posłuchać, o czym niech świadczy chociażby to nagranie:



09:22, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 lipca 2010

16 czerwca 2010 roku, w Kolonii, po 87 latach życia, odszedł od nas Charlie Mariano, jeden z największych w historii muzyków jazzowych, grał na saksofonie altowym.

Odeszła wielka postać, do końca życia aktywny, do końca życia kreatywny, był jednym z niewielu, którzy nigdy nie przestawali się rozwijać i wnosić coś nowego do jazzu. Okazją ku temu wspomnieniu jest nagranie nigdy nigdzie nie wydane, pochodzące z internetu, gdzie można znaleźć wiele z tych zagubionych w czasie pereł, jakby zupełnie zapomnianych, a przecież roztaczających magiczny wprost blask. Tu mamy zapis koncertu z 1986 roku dla niemieckiego radia NDR, który odbył się w Hamburgu z udziałem Charlie Mariano (saksofon altowy), Rainera Bruninghausa (instrumenty klawiszowe), Triloka Gurtu (bębny) i Nana Vasconcelosa (perkusja). Muzyka na tej płycie jest najlepszym z możliwych, kapitalnym połączeniem jazzu i muzyki etno, czymś co dzisiaj określamy najczęściej jako world music, muzykę świata, a czego powstanie w dużej mierze zawdzięczamy Charlie Mariano właśnie, który wraz z takimi jazzmanami jak John Coltrane, Don Cherry, Yusuuf Lateef czy Pharoah Sanders przecierali jazzowi szlaki na Wschód i w inne rejony świata, by tam szukać bijących jeszcze, żywych źródeł muzyki i tego, co duchowe i święte. Posłuchajcie i popatrzcie chociażby na ten film, aby poczuć atmosferę w jakiej Mariano czuł się najlepiej. Będzie nam Ciebie bardzo brakować Charlie...


16:34, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 lipca 2010

Ten piękny album zdobył nagrodę Grammy w 1965 roku, rok przed moim urodzeniem, a chociaż ja się postarzałem, parę siwych włosów już widać niestety tu i ówdzie, to po tej muzyce w ogólne nie słychać upływu czasu. Niestrudzenie jak bose i opalone stopy brazylijskich cariocas po złotym piasku Copacabany biegną gitarowe pasaże Joao Gilberto, a saksofon Stana Getza grzeje ten krajobraz jak słońce wznoszące się z ramion Chrystusa Zbawiciela górującego nad Rio De Janeiro. Girl From Ipanema:


18:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lipca 2010

Wakacje, czas składanek, niech więc będą przynajmniej z dobrą muzyką. Fantastyczny wybór najlepszy kawałków Trane'a, z których proszę posłuchajcie nieśmiertelnego Giant Steps:


21:01, trener66
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...