Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
wtorek, 31 lipca 2012

Michał Górczyński będzie dzisiaj przechodził obok radioJAZZ.FM, tak zupełnie przypadkiem, we wtorek o 21.00, postanowiłem zatem zaciągnąć go do naszego studia i... przedstawić Wam tego wyśmienitego muzyka! Pogadamy wakacyjnie o tym i owym, przede wszystkim jednak posłuchamy muzyki z wyśmienitych projektów, w których Michał uczestniczył: Ircha Clarinet Quartet, Cukunft czy Projesjonalizm - te nazwy mówią same za siebie. Krótko mówiąc podłączajcie się we wtorek o 21.00 do radioJAZZ.FM (link, aby posłuchać w intenecie: http://radiojazz.fm/player_l.html). Jest szansa spotkania z dumą polskiej kultury czyli (młodym) polskim jazzem ;-)))

 

16:37, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2012


Posłuchajcie koniecznie najbardziej tanecznej audycji w dziejach Kocham Jazz!!!

I love it ;-)))

 

Neo Soul Queens w audycji Macieja Nowotnego by Kocham Jazz on Mixcloud

 

wtorek, 24 lipca 2012

Wakacyjnych miszmaszy ciąg dalszy, tym razem free ride z udziałem Roba Mazurka, Freetetu Scotta Fieldsa, Wadady Leo Smitha, Wild Chamber Trio, trio Andrei Ceccarellego, ensamblu Yoni Kretzmera, a nadto formacji Yuganaut, grupy Zooid prowadzonej przez Henry'ego Threadgilla i Yusefa Lateefa. To wszystko we wtorek o 21.00 w radioJAZZ. FM (link, aby posłuchać w internecie: http://radiojazz.fm/player_l.html). Zapraszam też w trakcie audycji na fejsbukową stronę audycji http://www.facebook.com/pages/Kocham-Jazz/128684567224169?ref=hl, aby pogawędzić z innymi zakochanymi w jazzie duszyczkami. Do usłyszenia!

16:36, trener66
Link Komentarze (1) »
środa, 18 lipca 2012
wtorek, 17 lipca 2012

Nasz jazzowy Plotek.pl zaprasza Was dzisiaj, we wtorek, o 21.00 na audycję Kocham Jazz w radioJAZZ.FM. Podzielę się z Wami ploteczkami z niedawno zakończonego festiwalu Warsaw Summer Jazz Days, a ponadto zagramy mnóstwo wyśmienitego jazzu, w tym m.in. Samo Salamon z Tony Malabym, trio Smith/Kowald/Sommer, Tomas Fujiwara z formacją Hook Up (i tu pojawi się Mary Halvorson), Tyron Hill z Elliotem Levinem i wiele, wiele jeszcze innej ekscytującej muzy. Zapraszam ;-)))

Link, aby posłuchać radioJAZZ.FM w internecie: http://radiojazz.fm/player_l.html

17:51, trener66
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lipca 2012

Zastanawiacie się pewno co się zdarzyło w sobotę i niedzielę na tegorocznym Warsaw Summer Jazz Days? Otóż, ja też się zastanawiam... Zasadniczo miało być pięknie: stadiony, wielkie gwiazdy, telewizje i zadowoleni kibice z całego świata. O, przepraszam! Zrobiło mi się kopiuj/wklej z innego tekstu. Wracam do wątku: niestety wyszło inaczej. I podobnie jak w przypadku Euro nie jest to wina organizatorów. A przynajmniej nie w 100%. Widać było ich pasję, determinację, chęć by rozpuszczonej jak dziadowski bicz stołecznej publiczności dostarczyć produkt jazzowy na najwyższym poziomie. Tym, który zawiódł był nie kto inny jak ja. Ale po kolei...



Sobota zapowiadała się doprawdy świetnie, bo jak określić inaczej wizytę dwóch młodych super-gwiazd światowego mainstreamu czyli trębacza Ambrosa Akinmusire i saksofonisty Miguela Zenona. Wystarczy jak w google wpiszecie te nazwiska, a peanom w 100 językach nie będzie końca. W niemal wszystkich branżowych podsumowaniach ich ostatnie płyty, odpowiednio "When the Heart Emerges Glistening" i "Alma Adentro: The Puerto Rican Songbook", są blisko topu albo na samym topie. Płyty te należą także do moich ulubionych! Koncerty na żywo na WSJD nie były jednak nawet w przybliżeniu tak wspaniałe. Lepiej zaprezentował się Akinmusire, który chociaż nie zagrał materiału z "Heart" to ma ciągoty w kierunku struktur bardziej otwartych, wielopłaszczyznowych, głębokich. Jest to jednak tendencja ledwie zaznaczona w tej muzyce, której forma w niczym się nie zmieniła od wielkich jazzowych kombo lat 50-tych i 60-tych. U Zenona nawet tego zaznaczenia nie ma, jest to prosty jak budowa cepa latynoamerykański jazz, zagrany trzeba przyznać z pasją, lecz śmiertelnie nużący dla kogoś kto to wszystko już 100 razy słyszał przeżute i przetrawione przez daleko orginalniejszych od Zenona muzyków. Ciekawe jak skutecznie wielka machina marketingowa (Blue Note, Grammy, klan Marsalisów, etc.) zrobiła z tych ludzi półbogów. Tymczasem są to tacy sami muzycy jak nasi młodzi i podobnie jak oni zmagają się z trudnym zadaniem powiedzenia czegoś orginalnego od siebie. Niektórzy z młodych polskich muzyków robią to zresztą z lepszym skutkiem...



Całe szczęście, że podładowałem na maksa bateryjki na piątkowym występie kwartetu Alessi/Black/Helias/Mitchell i kwintetu Berne/Malaby/Halvorson/Parkins/Smith, bo ciężko byłoby mi wytrwać do końca. Tej energii zabrakło mi już jednak w niedzielę na koncercie Herbiego Hancocka w legendarnej Sali Kongresowej. Do której wszedłem na miękkich nogach, oszołomiony jazzową tradycją związaną z tym miejscem. I wierną, warszawską, jazzową publicznością, która tłumnie stawiła się na ten koncert. Jednak nie zdzierżyłem długo. Zresztą gdzieś w zakamarkach duszy siedziała mi taka obawa. Znam przecież ostatnie nagrania Hancocka. Jednak liczyłem na cud. Cud się nie zdarzył. Hancock zagrał muzykę inspirowaną fusion lat 70-tych. Bez żadnych formalnych zmian. Nawet kawałki te same co niegdyś. Atmosfera była benefisowa. Hancock więcej mówił jak grał, prawił komplementy publiczności, opowiadał żarciki, wynosił pod niebiosa swoich widocznie zażenowanych partnerów (Lionel Loveke, James Genus, Trevor Lawrence). Moje zakochane w jazzie (i Hancocku) serce nie mogło tego znieść długo. Przeprosiłem towarzystwo i ze łzami w oczach opuściłem Kongresową. Wiem, że potraktujecie to jako herezję, ale nie było tam już jazzu pomimo, że został tam wielki Hancock. Jazzu w jaki wierzę, a który bez autentyczności, szczerości i kreatywności zmienia się w taki sam chłam jak współczesny dajmy na to pop czy disco polo. Stałem jak ogłuszony wśród drapaczy chmur, które w ostatnich latach wyrosły wzdłuż ulicy Emilii Plater. W końcu podarłem bilet na strzępy i wyrzuciłem w powietrze. I uśmiechnąłem się znowu! Bo z drugiej strony, mówiąc słowami Greka Zorby: "Jakaż piękna to była katastrofa"...



09:44, trener66
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 lipca 2012

Beethoven to nie taki pies z filmu Briana Levanta tylko faszystowski kompozytor, który zanim ogłuchł od słuchania disco polo napisał parę niezłych kawałków, w tym V Symfonię. Da-da-da-rammm da-da-da-rammm to jej motyw przewodni czyli jakby walenie w drzwi przez komornika, który chce nam zabrać nową plazmę kupioną na kredyt. Otóż załóżmy teraz, że akcja tego niby-felietonu przenosi się z wieku XIX w XXI i do Beethovena dzwoni promotor jazzu z warszawskiej Pragi i proponuje mu występ na corocznych dożynkach. "Kuhl" - odpowiada Beethoven - "aber das Stück ist für Orchester". "Nein, nein" - odpowiada nasz promotor - "przyjeżdzaj sam. Nicht money fur Orchester". Przechodzę teraz na polski i podaję Wam końcówkę tej konwersacji w symultanicznym tłumaczeniu w czasie rzeczywistym: 

El Dżi: Jak zagram V Symfonię bez Orkiestry?

Nasz Człowiek: Nie ma problemu. Przecież możesz Pan zagwizdać!

Ta ciekawa koncepcja przyszła do mojej zasadniczno non-stop pustej głowy wczoraj podczas piątkowego koncertu Matany Roberts. W życiu bowiem nie doznałem takiego dysonansu poznawczego jak na tym właśnie gigu. Matana jest bowiem największym objawieniem sceny muzyki improwizowanej na świecie! Jej płytę "Coin Coin" śmiało można porównywać z najlepszymi albumami w historii jazzu. Jednak nie sądziłem, że jego tytuł Roberts bierze aż tak dosłownie. Zamiast więc pełnokrwistego koncertu dostaliśmy ersatz czyli występ Matany, która odegrała materiał inspirowany tym krążkiem solo na saksofonie. Zagrała tak słabo, że aż wzbudziła we wszystkich odruchy opiekuńcze. Na plus trzeba jej zapisać, że w pełni zdawała sobie z tego sprawę. Schodząc ze sceny - w zasadzie - przeprosiła słuchaczy za obciach i wyraziła nadzieję na powrót do Polski ze swoim zespołem. Może na następne dożynki? Gdy sołtys gminy przesunie dotacje z pozycji stadiony na kulturę i sztukę? Marzę o tym, bo nawet zagwizdana V Symfonia pozostaje V Symfonią.



Po krótkiej przerwie na scenę wyszła czwórka: Ralph Alessi (trąbka), Jim Black (bębny), Mark Helias (kontrabas) i Matt Mitchell (fortepian). Wszystko odbyło się w całkowitej ciszy, lecz (wiem, że nie uwierzycie w ani jedno moje słowo) ja usłyszałem jak Alessi telepatycznie przekazuje mi następujący komunikat: "Teraz posłuchacie skurczybyki znad Wisły jak się gra jazz w Nowym Jorku, a nie na tej Waszej zawszonej wsi!". Jak powiedzieli tak też się stało! Poziom tego gigu był po prostu kosmiczny. Czułem się tak jak czuliby się Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski po meczu rozegranym z Furia Roja w formie z finału z Włochami. Był to ten rzadki moment w mojej pseudo-karierze jazzowego bloggera (a nawet chwilami dziennikarza), gdy czułem się wdzięczny Stwórcy, że dał mi parę uszu, a nie atrapy jak większości ludziom. Wybaczcie szczerość! Wiem jednak, że ten tekst czyta garsteczka podobnie zakręconych jak ja. Słuchamy niszowej muzyki, jesteśmy elitą, dlaczego mielibyśmy się tego wstydzić? Jeśli jazz za taką oszałamiającą jakość muzyki jak ta na koncercie wyżej wymienionej czwórki musi płacić elitarnością, to ja, podobnie jak Lord Farquaad ze znanej wszystkim bajki, tu cytata, "gotów jestem na takie poświęcenie".



Zasadniczo po tym nadzwyczajnym koncercie, na opisanie którego nie znajduję po prostu słów, wszystko mogło wypaść tylko blado. Jednak tak się nie stało. Należy ocenić jako niezwykły fakt, że następny ensambl, który się pojawił nie tylko nie zagrał gorzej, ale po prostu inaczej, tworząc równie atrakcyjny spektakl. Na scenę wszedł dream team, którego ozdobą były dwie panie: gitarzystka Mary Halvorson i akordeonistka Andrea Parkins. Towarzyszyli im legendarni avantjazzowi saksofoniści Tim Berne i Tony Malaby. Jednak w roli głównej wystąpił młody amerykański perkusista Chess Smith. Przyjemnie było go słuchać: pewność siebie, indywidualne brzmienie, skupienie, charyzma. Wypadł nie gorzej niż wielki Jim Black, a doprawdy w świecie perkusistów trudno o większy komplement. Zresztą tak ten kwintet jak poprzedni kwartet zaprezentowały jazz naszych czasów w najlepszym możliwym wydaniu. Uchylam z szacunkiem kapelusza przed organizatorami, którzy sprowadzili tych artystów. Nie wiem czy w Polsce publiczność, a nawet krytycy są gotowi na taką muzę. Doceniają ją za to nasi muzycy, bo wśród publiczności zauważyłem między innymi Tomasza Stańkę i Artura Dutkiewicza oraz garstkę naszych młodych gniewnych. Kto nie był - ten trąba...



To był niezapomniany, wspaniały wieczór! W sobotę sądzę, że avantjazzowe emocje zostaną nieco  stonowane, lecz za to zabiją żywiej bardziej mainstreamowe serduszka. Zagrają zespoły prowadzone przez trębacza Ambrose'a Akinmusire i saksofonistę Miguela Zenona. W tzw. głównym nurcie trudno o lepsze nazwiska. Nie dziwcie się zatem specjalnie, że tak jak wczoraj tak i dzisiaj będziecie mogli mnie spotkać w SOHO Factory na Mińskiej 25...

piątek, 13 lipca 2012

W zasadzie Warsaw Summer Jazz Days rozpoczął się już w niedzielę 8 lipca koncertem trio Marcina Wasilewskiego. Potem w Cafe Jazzarium miały miejsce trzy solowe występy Ralpha Alessiego, Jima Blacka i Marka Heliasa odpowiednio w poniedziałek, wtorek i środę. Jednak dopiero w czwartek mamy do czynienia z pierwszym jazzowym wieczorem z krwi i kości, bo granie zaczęło się o 20.00, a skończyło tuż przed pierwszą.

Rozpoczął kwintet Wojtka Mazolewskiego, marne resztki po wyśmienitym zeszłorocznym show case z polskim, głównie młodym, jazzem. Przykro, że dni poświęcone koncertom najciekawszych polskich formacji wypadły z programu tegorocznego festiwalu. Obok Mazolewskiego zagrała Joanna Duda, Marek Pospieszalski, Michał Bryndal i Oscar Torok, a wybrzmiał materiał z ich dwóch, ostatnich płyt: naprawdę niezłej "Smells Like Tape Spirit" i ocierającej się o kicz "Wojtek w Czechosłowacji". Mazolewskiemu należy się niewątpliwe nagroda za przybliżanie jazzu publiczności wychowanej na popie i rocku. To pokolenie głuchych nie jest w stanie skupić uwagi na niczym co nie ma wyraźnego melodyjnego motywu i najlepiej głupawego refrenu, który można zagwizdać. Jednak jazz to nie tresura psów, gdzie na gwizd Pana pies przybiega do nogi i aportuje. Bez swobody, autentyczności i kreatywności jazzu nie ma, a tych właśnie elementów w muzyce WMQ nie ma w nadmiarze. Wada dla takiego człowieka jak ja, ale przyznaję, że zaleta dla tych co do tej pory słuchali Dody czy Wiśniewskiego. Jeśli Mazolewski, jak Możdżer, przeprowadzi niektóre z tych duszyczek z popowego Tartaru na jazzowe Pola Elizejskie to chętnie zrzucę się na pomnik dla niego. 



O następnych The Bad Plus, podobnie jak o formacjach Mazolewskiego, jest głośno, w przenośni i dosłownie. The Bad Plus bowiem łączy rock, a nawet hard rock z jazzową improwizacją. Pochodzący z Ameryki pianista Ethan Iverson, basista Reid Anderson i perkusista Dave King dysponują rodzajem kolektywnej charyzmy, która zapewniła im rozpoznawalność w świecie jazzu i wierną publiczność. Indywidualnie wszakże niczym się nie wyróżniają, a od muzyków jazzowych oczekuje się w końcu wyrazistej osobowości. Tej wyżej wymienieni Panowie nie mają, zresztą wirtuozami też nie są. I pewno byłbym lekko rozczarowany ich występem gdyby nie fakt, że towarzyszył im saksofonista Joshua Redman. Ten przeszedł długą drogę od dziecka szczęścia, które wyrąbało sobie drogę na sam szczyt sławy takimi płytami jak "Moodswing" czy "Spirit of the Moment". Przez bycie pieszczochem wielkich wytwórni i prasy na całym świecie, której dziennikarze powtarzają bezmyślnie jeden po drugim z góry ustalone "prawdy". Po konstatację, że gra kiepski, mało kreatywny jazz i próbę zmiany tej sytuacji w ostatnich latach. Potwierdza to chociażby najnowsza jego płyta "Compass", która na powrót zyskuje mu zainteresowanie i szacunek co bardziej ogarniętej części publiczności. W Warszawie pokazał, że potrafi wszystko: żonglował stylistykami, nastrojami, tempem, wszystko z pasją, energią i... poczuciem humoru. Wielki muzyk!



Na koniec zagrał kwintet prowadzony przez legendarnego saksofonistę Joe Lovano i gwiazdę amerykańskiej trąbki Dave'a Douglasa. Cóż, wiele Wam powie, że swoje zachwyty zacznę od sekcji rytmicznej. Pochodząca z Malezji kontrabasistka Linda Oh (kto o niej słyszał?!) pokazała słuch absolutny, powalającą technikę i muzykalność na najwyższym poziome. Lawrence Fields stylem przypomina nieco Mala Waldrona, Kenny Drew czy Billy Childsa, czyli z tyłu, lecz bardzo czujnie. Wreszcie na peruksji, najbardziej znany z tej trójki, Joey Baron, który zagrał z taką energią i inwencją, że po prostu zaniemówiłem! Na takim tle saksofon Lovano i trąbka Douglasa skrzyły się, lśniły i błyszczały światłem prawdziwych pereł rzuconych przed... bynajmniej nie przed te zwierzęta, o których myślicie. Z dumą patrzyłem na reakcje warszawskiej publiczności, która ze znawstwem reagowała ciepło tam gdzie należało się wsparcie, chłodno, gdzie blisko było obciachu i entuzjastycznie, gdy na sali pojawiała się któraś z cór Zeusa i Mnemosyne. Jeśli były one obecne tego wieczoru, a moim skromnym zdaniem tak właśnie było, to chyba najdłużej klaskały podczas tego właśnie występu.



Dzisiaj zapowiada się kolejny doskonały dzień! Zabawę rozpocznie Matana Roberts, związana z chicagowskim AACM, która jest chyba największym objawieniem światowej sceny muzyki improwizowanej jeśli chodzi o rok ubiegły. Po niej zagra kwartet złożony z muzyków stanowiących śmietankę nowojorskiej awangardy czyli Ralph Alessi, Jim Black, Mark Helias i Matt Mitchell. A zakończy ten jazzowy wieczór dream team złożony z Tima Berne'a, Tony Malaby, Mary Halvorson, Andrei Perkins i Chessa Smitha. To najbardziej oczekiwany przeze mnie gig na tym festiwalu! Do zobaczenia wieczorem w SOHO Factory na Mińskiej 25!

środa, 11 lipca 2012

Przeprowadzony przed festiwalem JazzArt (relacje z festiwalu: http://jazzart-festival.blogspot.com/) w Katowicach wywiad z brytyjskim pianistą Neilem Cowleyem (autorem m.in. wielu piosenek dla Adele) okazał się bardzo interesującą rozmową...

Maciej Nowotny: W odróżnieniu od wielu muzyków jazzowych nieobce są Ci działania w sferze muzyki pop. Co Ci to daje w kategoriach czysto artystycznych? I które z tych relacji są dla Ciebie najbardziej znaczące?

Neil Cowley: To jest zupełnie odwrotnie! To nie muzyk jazzowy wkroczył do świata popu. To muzyk popowy z dużą domieszką funky i bluesa zaczął grać jazz. Tak widzę zresztą swoją misję jako artysty i chcę otaczać się maksymalnie różnorodną muzyką. Wszystko po to by znaleźć mój własny głos. Właśnie szukając swojej muzyki zacząłem grać jazz, bo trudno do tych korzeni nie odwoływać się grając w trio. Moim jak i pozostałych członków zespołu zadaniem jest jednak wchłonięcie wszystkich wpływów i opowiedzenie naszej własnej historii. Wśród tych wpływów ważne są te z szeroko pojętej muzyki pop, w tym takich formacji, z którymi współpracowałem jak Zero 7, Brand New Heavies czy ostatnio Adele. Ale nie one są najważniejsze. O wiele większe znaczenie ma dla mnie na przykład to co się teraz dzieje na brytyjskiej undergroundowej scenie tanecznej. To kształtuje moje podejście do tego jak budować napięcie w muzyce.

Maciej Nowotny: Wielu słuchaczy Twojego najnowszego albumu “The Face Of Mount Molehill" jest zdania, że przynosi on dużą zmianę w stosunku do muzyki z Twoich wcześniejszych płyt. Czy też masz takie poczucie? I jak opisałbyś te zmiany?

Neil Cowley: Rzeczywiście poprzednie trzy płyty to była muzyka nagrana wyłącznie w ramach jazzowego trio i czuliśmy, że trzeba coś zmienić, żeby to się tak nam jak i słuchaczom nie przejadło. Najwyraźniejszą zmianą jest zatem wprowadzenie smyczków. Dało to tę smakowitą soczystość naszemu brzmieniu i podkreśliło te elementy w naszej muzyce, które nadają jej dramaturgii. Dzięki czemu ma ona teraz trochę posmak ścieżki dźwiękowej do filmu, co wzmacnia oddziaływanie materiału, który skomponowaliśmy, a o to przecież chodzi...

Maciej Nowotny: Żyjemy w czasach, gdy więzy między Ameryką a Europą ulegają rozluźnieniu. Nie tylko pod względem ekonomicznym, politycznym, ale też kulturalnym, w tym muzycznym, oba kontynenty idą nieco inną drogą. Muzycy europejscy coraz bardziej emancypują się od amerykańskich korzeni jazzu, szczególnie takiego jazzu jaki reprezentują tacy artyści jak Wynton Marsalis. Jakie jest Twoje stanowisko w tym sporze?

Neil Cowley: Jak zespół jesteśmy uformowani wokół tego co można nazwać “brytyjską tożsamością muzyczną” zatem nie do końca jesteśmy cześcią tego sporu. Ta nasza tożsamość zbudowana jest wokół rocka i popu, w którego powstanie i rozkwit, my Brytyjczycy, mieliśmy nie taki znowu mały wkład. Jednak jeśli chcesz grać jazz to siłą rzeczy musisz się odwoływać do całej amerykańskiej tradycji, bez której po prostu nie byłoby tej muzyki. Z drugiej strony jesli chcesz zawieźć swój jazz z powrotem do Ameryki to byłoby nierozsądne próbować proponować im to co oni sami już wymyślili, co potrafią grać i co, szczerze mówiąc, robią prawdopodobnie 10 razy lepiej niż jakikolwiek muzyk europejski. Natomiast zgadzam się, że na scenie europejskiej, zwłaszcza festiwalowej, dokonuje się teraz swego rodzaju przełom. Powstaje europejska wersja muzyki improwizowanej, która bardzo nawiązuje do muzyki klasycznej i ten kierunek nie jest nam niemiły, pod warunkiem wszakże, że taką muzykę można okreslić jako rozrywkową, a nie czysto akademicką..


Maciej Nowotny: W Polsce wielu krytyków i część publiczności wykazuje oznaki zmęczenia jazzowymi trio. Wyrażają opinie, że graniczy z niemożliwością powiedzenie czegoś nowego w tym formacie. Jak na to odpowiesz biorąc pod uwagę, ze przyjeżdżasz na JAZZART FESTIVAL właśnie z jazzowym trio?

Neil Cowley: Odpowiedziałbym tak, że nie dziwię się im, bo mnóstwo trio brzmi tak jakby muzycy nie grali po to, aby ludzi bawić. Jednak nasze brzmienie jest inne, właśnie ze względu na te wszystkie wpływy, w tym popowe, o które pytałeś. Gramy zupełnie inaczej niż się przez dziesięciolecia przyjęło grać w trio w jazzie. Chcemy rozwinąć ten format nadając mu taki kształt, który zachowa cechy muzyki rozrywkowej. Chcemy, aby muzyka tworzona w jazzowym trio znowu wywoływała emocje: entuzjazm, melancholię, smutek i śmiech. To ma być i jest pełnokrwisty show! To, że chcemy nawiązać kontakt z publicznością i wywołać wszystkie te emocje uważam, że jest odświeżające jeśli chodzi o ten format i tak krytycy jak i publiczność przekonają sie o tym jeśli przyjdą na nasz koncert na JAZZART FESTIVAL.

Maciej Nowotny: W jazzie trochę inaczej niż w muzyce pop jest często potrzebny czas, aby odsiać ziarno od plew czyli określić co było na naprawdę wartościowe, a co było tylko  sezonową sensacją. Kiedy w roku 1964 umierał Eric Dolphy był w zasadzie kimś kompletnie nieznanym publiczności, ale dzisiaj uważany jest za giganta jazzu podobnie jak Miles Davis, John Coltrane czy Ornette Coleman. Jak sądzisz gdzie będziesz za 20 lat ze swoją muzyką? Za jakie jej cechy może ona być nawet po latach pamiętana?

Neil Cowley: Moją jedyną ambicją jest robić za 20 lat to co teraz robię czyli tworzyć opowieści przy pomocy muzyki, bez słów. Pociesza mnie, że można to robić bez względu na wiek, pod warunkiem, że ma się energię, radość z tworzenia i po prostu z życia, niezbędną by poruszać publiczność. Nie myślę o tym jak moja muzyka będzie odbierana w przyszłości, bo częścią grania jazzu jest to, że ważne jest to co dzieje się tu i teraz. Muzyka przychodzi w całej swej potędze właśnie wtedy, gdy się jej nie spodziewasz, dlatego moim motto jest “łap tę chwilę”!

 

wtorek, 10 lipca 2012

Jak się macie? Pewno leżycie na plażach, wojażujecie po Polsce, Europie i świecie w poszukiwaniu słońca i beztroski. Rozbrzmiewają wokół was samby, tanga, flamenco i inne gorące rytmy. A jazz? Czy nie zapominacie o nim? Mam nadzieję, że nie i dlatego zapraszam Was na wieczorny jazzowy cocktail w radioJAZZ.FM w audycji Kocham Jazz. Dzisiaj czyli we wtorek o 21.00 posłuchamy muzyki związanej z odbywającym się właśnie nadzwyczajnym festiwalem Warsaw Summer Jazz Days (szczegółowy program festiwalu: http://www.adamiakjazz.pl/wsjd2012.html). Jego program jest najlepszy od lat i mam nadzieję, że spotkamy się na zbliżających się koncertach. A jeśli nie dacie rady to przynajmniej posłuchamy sobie razem wyśmienitej muzy i pogawędzimy na fejsbukowej stronie tej audycji, do której odwiedzenia Was zapraszam: http://www.facebook.com/pages/Kocham-Jazz/128684567224169

18:37, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2012

Mega numer wakacyjny, w którym koleżanki i koledzy zaszaleli pisząc mnóstwo wyśmienitych tekstów. A i ja wtrąciłem swoje trzy grosze: polecam lekturę mojego wywiadu z Rafałem Gorzyckim i recenzje płyt Krzysztofa Komedy, Andrzeja Olejniczaka i trio Postaremczak, Wójciński i Kugel. Dzieje się!!!

Link, aby ściągnąć pismo w formacie PDF: http://radiojazz.fm/jazzpress/jazzpress0712.zip

17:45, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 lipca 2012

W lipcu i sierpniu w radioJAZZ.FM wakacje. Jednak jeśli tylko będę w Wawie na pewno spotkamy się w Kocham Jazz. W wakacje zawieszam spotkania z gośćmi i audycje tematyczne. Czas na całkowity luz, brak dyscypliny i oddech. Dlatego w lipcu i sierpniu w Kocham Jazz WAKACYJNY MISZMASZ czyli mieszanka tego co mi strzeli do głowy i co ewentualnie zasugerujecie Wy. Czekam na Wasze sugestie na fejsbukowej stronie audycji: http://www.facebook.com/pages/Kocham-Jazz/128684567224169

Do usłyszenia już we wtorek 0 21.00 w radioJAZZ.FM!!! (link, aby posłuchać radia w internecie: http://radiojazz.fm/player_l.html



14:02, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...