Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
czwartek, 30 września 2010

Martial Solal, urodzony w Algierze w roku 1927, pianista jazzowy, jest prawdziwą chlubą jazzowej Francji, bez którego trudno sobie wyobrazić muzyczny krajobraz pięknego miasta rozciagniętego nad Sekwaną. Jego kariera przebiegała trochę podobnie jak kariera naszego nieodżałowanego Krzysztofa Trzcińskiego. Debiutował w latch 50tych u boku takich mistrzów paryskiej bohemy jak Django Rheinhardt czy przybyli z Ameryki  Sydney Bechet i Don Byas. Pod koniec lat 50tych sformował własny kwartet, ale do świadomości szerszej publiczności przebił się, gdy skomponowal muzykę do filmu Gotarda Do utraty tchu. W latach 60tych zaczął odwiedzać Stany Zjednoczone, gdzie koncertował na festiwalu w Newport (63) z triem w udziałem Guya Pedersena i Daniela Humaira, a w roku 1968 nagrywał z samym Lee Konitzem (większość tych danych podaję za wikipedią). Nigdy nie odniósł takiego oszałamiającego sukcesu jak Komeda, ale przeżył i w następnych latach nagrywał płyty-perełki z najlepszymi na świecie muzykami jak choćby tą z udziałem dwóch naprawdę wybitnych muzyków: perkusisty Petera Erskinem i ostatnim basistą Billa Evansa Marciem Johnsonem.

Także muzycznie są pewne podobieństwa między Komedą i Solalem. Ich muzyka jest introwertyczna, trudna, balansująca na pograniczu awangardy i mainstreamu, w klimacie zdecydowanie cool, prezentująca to, co najlepsze w tradycji europejskiego jazzu. Podsumowując, Martial Solal to prawdziwy olbrzym europejskiej pianistyki jazzowej, którego warto słuchać dużo i uważnie, a zwłaszcza warto się zainteresować tą konkretnie płyta, nagraną z największymi gwiazdami światowego jazzu, prawdziwym klejnotem w jego dyskografii.

Posłuchajcie jak Solal radzi sobie z fortepianem:


07:14, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 września 2010

Po śmierci nieodżałowanego Billa Evansa, który format klasycznego jazzowego trio (fortepian, kontrabas, perkusja) podniósł niemal do rangi religijnej, aby się o tym przekonać wystarczy sięgnąć po jego nagrania z okresu, gdy grywał razem ze Scottem LaFaro i Paulem Motianem, wydawało się, że w tym formacie już nic nowego i lepszego nie da się powiedzieć, zatem czeka nas z nim dłuższe rozstanie. Tak się jednak nie stało, bo choć trio rzeczywiście jakby stało się mniej popularne, to wkrótce powołany przez Keitha Jarreta historyczny skład z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette miał pokazać jasno, że (parafrazując słynne powiedzenie Oscara Wilde'a) pogłoski o śmierci jazzowego trio były przesadzone!

Potem pojawił się Brad Mehldau (towarzyszyli mu Larry Grenadier i Jorge Rossy), młody, nikomu nie znany, ale fantastycznie, klasycznie wykształcony pianista, który pokazał na swoich kilku płytach zatytułowanych adekwatnie bardzo Art Of the Trio, że i dla młodzieży formuła trio jest ciągle bardzo atrakcyjna. Europa jak zwykle nie pozostawała w tyle i wkrótce mogliśmy zaoberwować prawdziwy renesans jazzowego trio na Starym Kontynencie, o czym świadczy nie tylko ta płyta, ale i fakt, że Enrico Pieranunzi, wspaniały włoski pianista (którego styl przypomina mi trochę naszego kapitalnego Piotra Wyleżoła: http://kochamjazz.blogspot.com/2010/02/piotr-wylezo-piano-trio-2006.html) z towarzyszeniem genialnego perkusisty Joeya Barona i grającego z samym Billem Evansem kontrabasisty Marca Johnsona, nagrywają już razem (z przerwami, ale jednak) od ponad dwudziestu pięciu lat!!! Bo pierwszą wspólna płytę, zatytułowaną New Lands, nagrali w roku 1984.

Podsumowując, trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś zakochany w mainstramie i jednocześnie chcący trzymać ręke na pulsie światowego jazzu, nie miał wielkiej przyjemności odsłuchując tę płytę. Zresztą przekonajcie się sami (materiał pochodzi z innej płyty, ale przecież nagranie bardzo podobne w stylu do niniejszego):



18:21, trener66
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 września 2010

Pe-pe-perełeczka!!! Bo spotkało się dwóch najwybitniejszych chyba muzyków, którzy talent i serce poświęcili west coast i cool jazzowi. Obaj mieli w życiu mnóstwo szczęścia, a potem jakby dla równowagi, przytrafiło im się mnóstwo nieszczęścia. Chet Baker miał nie tylko zdumiewajacy talent do gry na trabce, ale i urodę Jamesa Deana, i tak jak on białą skórę, ale przegrał wszystko, przez heroinę i bourbon. W wieku 40 lat wyglądał na 70 lat i zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach wypadając z okna hotelu (troche jak nasz nieodżałowany Mietek Kosz).

Paulowi Desmondowi wiodło się nie gorzej, gdy przez lata był czołową postacią nasłynniejszego jazzowego bandu lat 50tych to jest Dave Brubeck Quartet. Nigdy nie doprowadził się do takiego stanu jak Baker, nie wylądował na dnie, nie trafił do więzienia, ale whisky i paierosy nie wyszły mu na zdrowie. Tego samego roku, w którym odbyła się część nagrań na tę płytę i w którym została ona wydana, zmarł na raka płuc. To jego ostatnia wydana za życia płyta. A jazz stracił jednego z nielicznych saksofonistów altowych, który grał świetnie jednocześnie nie małpując mniej lub bardziej stylu Charlie Parkera.

Wielu muzyków marzyło, żeby zagrać z tym niepozornym wirtuozem o wyglądzie jakiegos gryzipiórka z amerykańskiej korporacji. Popatrzcie tylko kto gra jako support tych dwóch arcymistrzów: na basie Ron Carter, na perkusji Tony Williams i Steve Gadd, na keyboardzie Bob James i Kenny Barron, na fortepianie Roland Hanna, a na gitarze sam Jim Hall. Tego wspaniałego obrazu dopełnia obecność Dona Sebesky'ego, który napisał większośc aranżacji, oczywiście starych, dobrze nam znanych standardów, tak jak m.in. Autumn Leaves, How Deep Is The Ocean czy Concierto De Aranjuez.

I ten drugi utwór z tej płyty specjalnie dla serc zakochanych w west coast i cool jazzie:


21:31, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 września 2010

Bill Laswell to typ jazmana jaki najbliższy chyba jest mojemu serca: ciągle szuka czegoś nowego, eksperymentuje, nieobliczalny, uwielbia zaskakiwać, ekscentryk, nie stroni od niczego co szkodzi na wątrobę i mózg, po prostu wariat! Czasami oczywiście schrzani jakiś projekt totalnie (http://kochamjazz.blox.pl/2010/06/Miles-Davis-Panthalassa-Remixes-1999.html), ale częściej wyjdzie spod jego ręki coś bardzo pięknego, na co nikt inny poza nim nigdy by nie wpadł (http://kochamjazz.blox.pl/2010/05/Pharoah-Sanders-Jah-Wooble-La-Corporacion.html). I tak właśnie jest w tym przypadku, a tym razem Bill przygotował dla nas co? Wszystko jest jasne po podaniu podtytułu płyty, który brzmi Ambient Translations of Bob Marley in Dub.

Ambient - czyli chłód, spokój, przestrzeń, a Dub to to technika przetwarzania nagrań, w której wybieramy z orginału jakiś muzyczny element pozostający w tle i eksponujemy go za pomocą sekcji rytmicznej, najczęściej "tłustego" basu i "transowej" perkusji. Jeśli więc ktoś jest ciekawy takiej przeróbki Marleya to się nie zawiedzie, ale jeśli jego serce bije raczej dla prawdziwego reggae, w jedynym w swoim rodzaju wykonaniu jego Króla, to może się nieźle zdenerwować. Dlatego posłuchajcie próbki muzyki z tego albumu i zdecydujcie na ile wam się to odpowiada:


06:17, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 września 2010

Ufff! Ja trudno było znaleźć jakakolwiek informację na temat tej płyty, z wyjątkiem potwierdzenia w dyskografii Shanka, że rzeczywiście takie wydawnictwo się ukazało, nakładem wytwórni Fresh Sounds. W końcu jednak zdobyłem garść informacji, bo już wiem, że płyta wydana została w 1992 roku, a jeśli chodzi o piosenki, które na swój warsztat wzięli muzycy to są to: Night And Day, This Love Of Mine, Lost In The Stars, Yesterdays, Spring Is Here, Come Rain Or Come Shine, Baubles, Bangles And Beads, Our Love Is Here To Stay i Like Someone In Love.

Bud Shank i Lou Levy to muzycy, którzy na amerykańskiej scenie byli obecni przez 60 lat, w najróżniejszych konfiguracjach, ale zawsze bliżej west coastu, cool jazzu czy nawet lepszego smooth jazzu. Płytę tą nagrali już będąc w pełni dojrzałymi muzykami, co doprawdy słychać wysmienicie na tej płycie, gdzie kontrola obu nad muzyczną materią jest całkowita. Chociaż płyta ta nie wnosi nic nowego, ani do jazzu ani do karier obu muzyków, ale poziom wykonania, muzkalność, wspaniałe piosenki Sinatry, wszystko to sprawia, że krążek ten słucha się i słucha, nie można się od niego wprost oderwać.

A na koniec proponuję wam wspaniały prezent, bo możecie posłuchać w wykonaniu tych dwóch fantastycznych jazzmanów wykonania jednego z najwspanialszych standardów jazzowych, kompozycji Richarda Rodgersa, Spring Is Here, znanej tak dobrze wszystkich miłośnikom jazzu nie tylko w interpretacji Sinatry, ale przede wszystkim z GENIALNEGO nagrania z roku 1959 w wykonaniu Billa Evansa, Scotta LaFaro i Paula Motiana. A jak to brzmi w wykonaniu Shank & Levy? Posłuchajcie:



20:30, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 września 2010

Grant Stewart (na okładce obejmuje go jego dziewczyna, śpiewaczka operowa) to dla mnie tabula rasa, dostałem jego płytę i mam się wypowiedzieć jak mi brzmi jego granie. Przygotowując sie do tego zadania dowiedziałem sie, że urodził się w roku 1971 w Toronto, skąd w wieku lat 19 przeniósł się oczywiście do Nowego Jorku, by zdobywać jazzowe ostrogi. Po mniej więcej 15 lat włóczegi po nowojorskim jazzowym undergroundzie zaczął nagrywać płyty jako lider dla wytwórni Criss Cross, a także dla Sharp Nine, które to płyty spotkały się z ciepłym przyjęciem krytyki.

W nagraniu towarzyszą mu Tardo Hammer (fortepian), Peter Washington (bas) i Joe Farnsworth (perkusja). Repertuar to przeróbki mniej i bardziej znanych standardów m.in. Ellingtona czy Jobima. A jak się tego słucha?

Trochę jak debiutanckiej płyty naszego utalentowanego saksofonisty Krzysztofa Urbańskiego (http://kochamjazz.blogspot.com/2010/04/krzysztof-urbanski-urbanski-2010.html), który podobnie jak Grant Stewart kultywuje jazz tradycyjny, prezentuje fantastyczny poziom techniczny i jest muzykiem wokół którego ogniskuje się całe nagranie, obecność pozostałych muzyków, acz znacząca, jest głównie pomocnicza. Grant Stewart w stylu najbardziej nawiązuje do Sonny Rollinsa, a Urbański do Johna Coltrane'a, ale jest to podobne podejście do jazzu, trochę podobne do wczesnego Joshuy Redmana, który też zaczynał od takich technicznych popisów. Nota bene Urbański brzmi zdecydowanie lepiej niż Stewart, ale czy ktoryś z nich wybije się na coś bardziej orginalnego w swojej karierze niż takie wirtuozerskie popisy, to się okaże dopiero w przyszłości...

Jeśli chcecie posłuchać trochę muzyki w wykonaniu tego artysty to bardzo proszę:


08:50, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 września 2010

Jednym z moich muzycznych marzeń jest znaleźć się kiedyś na prawdziwym (nie komercyjnym) koncercie qawwali. Nie znam bowiem nic, co mogłoby sie w muzyce Wschodu i Zachodu równać się pod wględem ładunku duchowego z tą właśnie muzyką. Dla zainteresowanych, w telegraficznym skrócie, przypominam, że jest to muzyka tworzona przez artystów żyjących w Pakistanie, północnych Indiach i Bangladeszu czyli tam, gdzie łączy się świat muzułmański z hinduskim, związanych z mistycznym odłamem islamu jakim jest sufizm. Nie są mi to sprawy dobrze znane, ale czuję, że podobnie jak z dobrym jazzem, tak i tutaj nie trzeba specjalnie wgłębiać się warstwę ideologiczną tej muzyki, by odczuć jej siłę i piękno. Ta muzyka ma wprowadzic w trans i zbliżyć słuchacza do Boga. I to się dzieje!

Posłuchajcie jak wspaniale śpiewają i grają Ci genialni muzycy:

16:33, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 września 2010

Niedawno pisałem na temat koncertu zatytułowanego New York Is Now!, który był rodzajem przeglądu amerykańskiej awangardy, a który miał miejsce co prawda w Rzymie, ale nam Polakom też powinien dać do myślenia. Bo ta nowojorska awangarda tworzy absolutną szpicę innowacji w nowoczesnym jazzie i nasi muzycy oraz publicznośc doprawdy powinni dokładnie się zapoznać z tym co tam się dzieje. A rzeczy dzieją się arcyciekawe! Do grona muzyków, o których wspominałem przy okazji wyżej wspomnianej notki (Matthew Shipp, Craig Taborn, Rob Brown, Gerald Cleaver), bez wątpienia można dołączyć Davida Binneya.

Studiował grę na saksofonie pod czujnym okiem takich mistrzów jak Phil Woods, George Coleman czy Dave Liebman, a potem współpracował z takimi wybitnymi muzykami dzisiejszej awangardy  jak Uri Caine, Drew Grass czy Medeski, Martin i Wood. Na tej płycie, którą tu omawiam, wydanej w 2004, towarzyszy mu śmietanka muzyków najnowszej generacji w osobach wspomnianego już pianisty Craiga Taborna, saksofonisty Chrisa Pottera, perkusisty Briana Blada, kontrabasisty Scotta Colleya i gitarzysty Adama Rogersa. Należy się oswajać z tymi nazwiskami, a wręcz koniecznie je zapamiętać, bo są to muzycy, którzy albo już dziś wyznaczają kierunek współczesnemu jazzowi albo wkrótce będą.

Przechodząc do samej muzyki zawartej na płycie, to kryje ona muzykę tyleż niezwykłą, co skłaniającą do myślenia, a nawet denerwującą. Mało tu free, sporo określonej struktury, grania unisono, pięknych, acz niespotykanych i niepokojących nieco melodii. Bardzo dziwny klimat ma ta płyta, wejść Binneya na saksie nie daje się po prostu zapomnieć, a jakość grania pozostałych muzyków i ich współdziałania jest fantastyczna wręcz. Wszakże płyta pozostawia mnie zdumionym, przede wszystkim swoim NASTROJEM, jeśli kochacie jazz i dobrą muzykę w ogóle to koniecznie powinniście pozwolić sobie ODCZUĆ ten nastrój. Ja bym ten nastrój opisał jako mieszankę niepewności i rezygnacji, a jednocześnie niezrównanego, metafizycznego piękna. Jest to bardzo rzadkie połaczenie emocji szalenie trudnych do wyrażenia w muzycie, płyta w istocie ocierająca się o status arcydzieła. Mała próbka muzyki z tego albumu:



12:22, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 września 2010

Moja 12-letnia córka Weronika pasjami ogląda Bondy, woli je zamiast Misiów Uszatków, Reksiów czy Koziołków Matołków, za którymi ja przepadałem w jej wieku. Dziwi mnie to nieco, nie za bardzo sobie potrafię wytłumaczyć, co ją może kręcić w tych filmach? Może muzyka? Ta, w swojej kiczowatej dwuznaczności, okazała się nie mniej nośna i inspirująca jak warstwa wizualna, a dzisiaj wiele kapel odnosi się wprost do tej estetyki, łącząc ją umiejętnie z jazzem, czego przykładem niech będą kapitalne płyty naszej wspaniałej formacji jazzowej o nazwie Conteporary Noise Quintet/Sextet, której płyty bardzo Wam polecam (http://kochamjazz.blogspot.com/2010/02/contemporary-noise-quitet-pig-inside.html czy http://kochamjazz.blogspot.com/2010/03/contemporary-noise-sextet-unaffected.html). A na deser cytat muzyczny z samego filmu z piosenką tytułowa w wykonaniu niezapomnianej Shirley Bassey:


17:10, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 września 2010

Jakiś czas tem napisałem słów parę (http://kochamjazz.blox.pl/2010/05/Roberta-Gambarini-Hank-Jones-You-Are-There-2008.html) na temat płyty You Are There (2008) doskonałej włoskiej wokalistki Roberty Gambarini z towarzyszeniem samego Hanka Jonesa, najstarszego z tej trójki braci (obok niego mam na myśli także Thada i ELvina) tak zasłużonych dla światowego jazzu. Płyta okazała się perfekcyjnie zagrana i nagrana, ale jazz ten był już ZBYT tradycyjny jak na moje gusta. Wszakże natrafiłem w sieci na bootleg koncertu z udziałem tychże muzyków i byłem ciekaw jak brzmią na żywo, a nuż mnie jakoś poruszy to bardziej jednak?

Okazało się znów pięknie zagrane i zaśpieane, ale ciagle zbyt aseptyczne dla mnie. Jestem jednak przekonany, że wiele bardziej konserwatywnie nastrojonych jazzowych serc żywiej zabije słuchając takiej oto muzyki:


17:31, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 września 2010

Każda płyta Bonobo to dawka trip hopu na najwyższym możliwym poziomie i tak jest także tym razem. Tym razem na krążku przeważają klimaty downtempowe, chill-outowe i ambientowe, muzyka ta zatem działa jak element metafizyczny dodany do szarej na ogół rzeczywistości. Posłuchajcie chociażby tego NIEZIEMSKIEGO wrećz kawałka o tytule Kota, prawdopodobnie najlepszej piosenki z tej płyty:


15:40, trener66
Link Komentarze (4) »
piątek, 03 września 2010

Pisałem kilka postów wcześniej o współpracy Chico Hamiltona i Gabora Szabo. Jak ona ważna była dla Gabora i jak wiele korzyści przyniosła Hamiltonowi słychać choćby w tym utworze (koniecznie posłuchujcie, bo to KAPITALNA muza!!!):

09:39, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...