Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
sobota, 31 października 2009

Próbuję sobie przpomnieć nazwiska muzyków, z którymi kojarzy mi się jazz brytyjski: Dave Holland, John Surman, Kenny Wheeler (chociaż przypominam sobie, ze przecież urodził się i dorastał w Kanadzie) i John Taylor właśnie. Niby jazz brytyjski to wielka potęga, ale jakoś kojarzy mi się głównie z tymi czterema nazwiskami. Przy czym John Taylor jest mi z tych czterech muzyków znany najsłabiej, po prostu nie posiadałem do niedawna w ogóle nagrań tego muzyka. Z tym większą ciekawością powitałem w mojej kolekcji tę płytę.

Na początek garść informacji o tym kto gra? John Taylor  (fortepian), Kenny Wheeler (trąbka), Chris Pyne (puzon), Stan Sulzman (saksofon altowy), Chris Laurence (bas), Tony Levin (perkusja), John Surman (saksofon sopranowy), Norma Winstone (dała głos w ostatnim nagraniu). Po zapoznaniu się ze składem ucieszyłem się, bo okazało sie, że mam na tej płycie większość gwiazd brytyjskiego jazzu w jednym koszyku. A repertuar? Wszystkie pięć utworów obecnych na płycie to kompozycje Johna Taylora (ważny szczegół).

1 Pause
2 White Magic
3 And Think Again
4 Awakening / Eye to Eye
5 Interlude / Soft Winds

Naciskam przycisk "PLAY". Muzyka robrzmiewa w mieszkaniu na siódmym piętrze na warszawskim Mokotowie. Pies sąsiadki nie wyje, nikt nie wali w rury ani nie wzywa straży miejskiej, zatem mogę stwierdzić, że mimo pewnej charakterystycznej dla tamtej epoki dawki free jazzu na nagraniu (pamiętajmy, że płyta pochodzi z 1971 roku), nie jest to dawka śmiertelna dla uszu przeciętnego słuchacza, za jakiego uważam także i swoją skromną osobę . Szybko mijają 42 minuty i przyszła pora na to bym się podzielił tak zwanym pierwszym wrazeniem.

Przede wszystkim nagrania brzmią niezwykle nowocześnie, słychać od pierwszych taktów nadzwyczajną jakość wykonania, mamy płytą nagraną przez muzyków o najwyższych kwalifikacjach (tego mogliśmy spodziewać się po składzie) i będących w doskonałej formie. A sama muzyka? Na pewno nie rzuciła mnie na glebę od pierwszego odsłuchu, trochę akademicka, mało spontaniczna mimo przybieranej od czasu do czasu maski jazzu improwizowanego. Niemniej na tyle gęsta i intrygująca, że mam ochotę jeszcze do niej wrócić. Ale czy mnie przekona, rozpali, zauroczy? Jeszcze nie wiem.

Zgodnie z sugestią zawartą w tytule tego utworu i całej płyty zarazem rzeczywiście zrobiłem sobie PAUZĘ. W ciągu dwóch tygodni wysłuchałem płyty 2 razy, pozwoliłem jej dotrzeć do mnie, nie przynaglałem jej, dałem jej kredyt zaufania, niech przez ten czas robi ze mną co chce. I jak? I jak to często bywa z muzyką: zmieniłem zdanie :-)

Z czasem zaczęły do mnie docierać niuanse, płyta jest bardzo intelektualna, niełatwa w odbiorze, tylko że teraz wiem, że warto. Zwłaszcza fortepian Johna Taylora, tańczący jak baletnica gdzieś w tle, delikatny i wyszukany jak marcepanowa figurka na wystawie warszawskiego Wedla. Dziś wiem, że warto się na nią skusić, bo jej słodycz choć nieco skryta, jest po prostu niezrównana.

19:56, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009

Zasadniczo większość recenzji płyt jazzowych wygląda podobnie: tekst składa  się z informacji na temat muzyków uczestniczących w nagraniu. Liczą się tu daty, płyty, koncerty, festiwale czy znane kluby, w których dany muzyk sie pojawił. Następnie analizuje sie repertuar na płycie i odsiewa oryginały (tzn. utwory skomponowane specjalnie na daną płytę i grane na niej po raz pierwszy) od tzw. standardów (czyli utworów granych już wcześniej na innych płytach, nieraz kilkaset razy przez różnych muzyków), które znowu porównuje się z innymi wykonaniami, odszukanymi w domowej płytotece lub u przyjaciół.
Mówiąc w skrócie liczą się w recenzji jazzowej tak naprawdę dwa aspekty: kto z kim oraz co i jak. Choć dla nas, jazzmenów i jazzmanek, taki sposób opisywania rzeczywistości jest czymś oczywistym, zauważyłem, że budzi zdziwienie ludzi spoza jazzowego światka. Pytają oni słusznie poniekąd: a kogo obchodzi z kim nagrała ostatnią płytę Mandaryna albo kto napisał jej piosenki i czy ktoś wcześniej już je wykonywał?
Otóż tym co odróżnia muzykę od popowej rąbanki, luksusową kurtyzanę od dziewczyny z ulicy, Mouton Cadeta od Caberneta z Mołdawii jest tradycja. Pamiętacie zapewne z "Misia" co to jest tradycja: to coś ekstra itd.
W jazzie, tej najbardziej nowatorskiej dziedzinie muzyki, to przywiązanie do tradycji może dziwić, ale tylko na pierwszy rzut oka. Mandaryną może być każdy pod warunkiem, że utleni sobie włosy, powiększy usta i biust, ale już na przykład Ellą Fitzgerald nie - do tego potrzebny jest talent i olbrzymia praca, a ponadto wsparcie wielu równie utalentowanych ludzi, którzy pomogą ukształtować gust muzyczny. Stąd tak żywa w jazzie (gdzie indziej już prawie nieobecna) relacja mistrz-uczeń.
W tym kontekście warto wspomnieć pianistę Buda Powella, jednego z twórców bopu, gdzieś u źródeł tego najżywotniejszego nurtu w jazzie czyli na przełomie lat 40 i 50tych. Nie będę tu oczywiście pisał biografii Powella, znajdziecie ją choćby w bardzo dobrze zredagowanej informacji jaką znalazłem na Wikipedii. Dla mnie istotniejsze jest pytanie o to co ciągle jest żywotne w bopie takim jaki słyszymy na tej niezwykłej płycie.
Moim zdaniem są to pasja, energia, awangardowość, twardość połączona jednak nierozerwalnie z przesiąknięta rytmem melodyjnością (ten związek ulegnie zerwaniu we free jazzie). W istocie kilku czarnym chłopakom z Nowego Jorku udało się to co nie udało się wielkiemu Schoenbergowi, Schnittkemu czy Bergowi - stworzyli awangardową muzykę, która dawała się słuchać i porwała za sobą tłumy.
A dlaczego pisze o tym wszystkim przy okazji płyty Herba Robertsona? Reprezentuje on wlaśnie to najbardziej cenne w jazzie polączenie awangardy z tradycją. Inni może grali bardziej komercyjnie (Branford Marsalis), dawali się promować na nie wiadomo co (Dave Douglas), a Herb gra ze swoim zespołem taki jazz, że trzeba mieć jaja z brązu, żeby ich nie urwało kiedy zaczynają swingować. Czapki z głów także przed tymi muzykami, którzy mu towarzyszą: Brian Lynch (trumpet); Vincent Chaney (French horn); Robin Eubanks (trombone); Bob Stewart (tuba); Joey Baron (drums). Wspaniały squad! Bliskie mi są zwłaszcza dokonania Robina Eubanksa i Joeya Barona.

A oto punkt, w którym tradycja styka sie z dniem dzisiejszym. Na płycie Herba pierwszym nagraniem jest niesamowita, dzika jak afrykańska dżungla wersja Un Poco Loco Buda Powella. A my posluchajmy tu oryginału po raz pierwszy nagranego w roku 1951 w nastepującym składzie: Bud Powell (piano), Curly Russell (bass) i Maz Roach (perkusja). Klasyk.

PS. Acha i płytę warto kupić dla przepięknej okładki...

20:29, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2009

Jim Black pochodzi z Seattle, które jest miejscem narodzin i stolicą światowego grungu. I już pierwsze takty i pierwszy utwór płyty Alasnoaxis (który stał się zarazem nazwą formacji, która nagrała razem od 2000 roku kolejne płyty) do tej stylistyki wyraźnie nawiązują. Hipnotyczny rytm perkusji wsparty pulsowaniem elektrycznych gitar Skulli Sverissona i Hilmara Jenssona bierze nas od pierwszej sekundy za tak zwaną twarz. A po tym trzesięniu ziemi, dokładnie jak w słynnej recepcie Hitchcoka na dobry kryminał, napięcie nie spada, a rośnie. Dziwi tylko, że pierwszy rewelacyjny utwór kończy sie banalnym wyciszeniem, co brzmi zaskakująco i głupio, do tego stopnia, że sami muzycy jakby na takie rozwiązanie nie mogą się zgodzić, w zwiazku z tym to wyciszanie trwa nie wiadomo po co aż dwie minuty.

Charakterystyczny dla stylu formacji i w ogóle całego pomysłu na tę muzykę jest zaprezentowany powyżej, trzeci kawałek na płycie noszący tytuł "Maybe". Zaczyna się jak jakaś typowa rockowa "pościelówa" czyli coś w rodzaju spokojnej piosenki, której się co prawda uważnie nie słucha, ale ponieważ "idzie wolno", więc stwarza na imprezie okazję, aby można spokojnie pomacać panienkę. Aż tu nagle, po półtorej minuty takiej niby-szmiry nastepuje totalna zmiana tempa, na scenę wkracza podkurzony tym brzmieniem Jim Black i swoją ostrą perkusją, rockową w brzmieniu, skutecznie sprawia, że piosenka startuje jak rakieta kosmiczna ku stratosferze. Ale to nie koniec, po kolejnej minucie piosenka wraca  do tantrycznego rytmu, od którego się zaczęła, tylko że teraz wszystko zaczyna pięknie do siebie pasować, wreszcie oba wątki się zlewają i prowadzą do finału, który nie pozostawia watpliwości, że właśnie słuchaliśmy wybitnej muzyki.

Ale nic w tym dziwnego, bo przecież Jim Black to jeden z nabardziej obiecujących muzyków jazzowych nowego pokolenia. Jest on jednym z tych perkusistów, którzy przerzucają most między jazzem i rokiem (i odwrotnie). Nie jest tu oczywiście prekursorem. Wystarczy przypomnieć Steve'a Gadda, Billa Bruforda (Yes, King Crimson), Vinniego Colaiutę (który grał z Frankiem Zappą) czy ostatnio Manu Katche (chociaż porównywawać Alasnoaxis Blacka do na przykład Neighbourhood Manu Katche to jak porównywać Imperium Kontratakuje z Mrocznym Widmem). Wszyscy oni zadają kłam tezie mówiącej, że perkusja rockowa i jazzowa to jak ogień i woda, jing i jang, PIS i PO, czyli elementy, które nie współgrają, nie pasują do siebie, kłócą się. Od czasu do czasu bowiem zdarzją się perkusiści przez duże P, którzy potrafią połączyć oba style i dzięki temu pchają oba gatunki do przodu. Czy kimś takim jest Jim Black i jego Alasnoaxis?

Tak, moim zdaniem Jim Black jest dobrej drodze do udowodnienia, że dzisiejsze smętne zawodzenie wielu rockowych  kapeli jest tylko chwilowym kryzysem i  rock'n'roll nie umarł razem z Elvisem.

PS. Acha, płytę należy słuchać GŁOŚNO!!! To absolutnie NIE jest "kumkanie"  w ECM-owskim stylu.

 

16:09, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009

Od gór Taurus w Maroku do wyżyn Iranu, a kto wie może nawet dalej, aż do wielkich rzek indyjskich, ciągnie się kraina pustyń, gór i nielicznych, lecz bajecznie żyznych i pięknych skrawków uprawnej, dobrze nawodnionej ziemi. Na tej ziemi rodzą sie bogowie, ludy wielkie i ich historia, oraz muzyka jakiej nie ma w żadnym innym miejscu na świecie. W autentycznym i całkowitym tego słowa znaczeniu duchowa. I mam wrażenie, że tej muzyce będą przeszkadzać niepotrzebne słowa. Zatem tylko garść informacji.

Na oudzie (arabskiej lirze) gra tunezyjczyk Anouar Brahem (każda jego płyta jest doskonała, dla mnie legendarna postać), na saksofonie John Surman, a na basie Dave Holland. Połączenie tego co najlepszego na Wschodzie i na Zachodzie. Ale kebab raczej nie pasuje do whisky, dlatego bardzo bałem się spotkania tych muzyków. Istnieje niezliczona liczba płyt, bardzo kiepskich płyt, nagrywanych przez zachodnich muzyków z wielkim gwiazdami muzyki orientu. Muzycy europejscy i amerykańscy wykorzystują swój dostęp do rynku, do pieniędzy, by nagrywać płyty z gwiazdami muzyki arabskiej, irańskiej czy pakistańskiej. Niestety czystość i piękno muzyki Wschodu często bardzo na tym skomercjonalizowaniu cierpi. Tutaj mamy na szczęście artystów, którzy traktują swoją rolę wobec sztuki służebnie, ona się nimi posługuje i dzięki temu słuchając tej płyty można naprawdę poczuć się jakby się samotnie spędzało noc na bezkresnej pustyni i słuchało tylko gwiazd.

 

12:26, trener66
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 października 2009



Dopiero niedawno zacząłem słuchać Mala Waldrona, zatem właściwie zaczynam się czegoś więcej na jego temat dowiadywać i osłuchiwać z jego muzyką. Oczywiście wiedziałem kim jest Mal Waldron. To postać na tyle znacząca, że trudno go nie zauważyć. Zwłaszcza rola Waldrona w wytwórni Prestige, gdzie miał stały kontrakt jako "pianista wytwórni" i dzięki temu brał udział w niezliczonych nagraniach jako muzyk sesyjny (trudno w to uwierzyc, ale dyskografia Waldrona liczy aż 234 pozycje!!!). Dzięki tym kontaktom grał ze wszystkimi wielkimi jazzu lat pięćdziesiątych w Nowym Jorku od Theloniusa Monka począwszy, przez Jackie McLeana, Donalda Byrda, Thadda Jonesa, Hanka Mobleya, a na Johnie Coltranie skończywszy. Przez ostatnie 2 i pół roku jej życia akompaniował też wielkiej "Lady Day" czyli Billie Holiday.

A oto przykład na współpracę między Billie Holiday a Malem Waldronem, w nagraniu, od którego ciary dosłownie chodzą po plecach... (oczywiście nie pochodzi ono z płyty Mal/4). Uwaga!!! Po nacisnięciu ikonki Play poniższy filmik ładuje sie około 30 sekund. trzeba cierpliwie poczekać, aby następnie cieszyć nim ucho i oko :-)))

Nie jest moim zamiarem jednak pisanie biografii Waldrona, nie miałbym tu póki co do powiedzenia nic więcej niż na przykład znajduje się w zawsze godnej polecenia Encyklopedii Jazzu Dionizego Piątkowskiego.  Mnie zaintrygowało coś innego. Płyta Waldrona trafiła do mnie przypadkowo, nie zamawiałem jej, nie szukałem. Włożyłem ją do swego Marantza CD-63 mkII KI bez specjalnego przekonania i pierwszy odsłuch nie przyniósł mi bynajmniej poczucia, że właśnie byłem świadkiem czegoś niespotykanego i nadzwyczajnego. A jednak... ta płyta jak i inne płyty Mala Waldrona ciągle powracają do mojego odtwarzacza, gdy inne, także i te, które pozostawiły lepsze pierwsze wrażenie, dawno już zapomniane pokrywają się kurzem na półce. Jaka jest tajemnica tych nagrań?
Nie leży ona chyba w składzie, bo Waldronowi towarzyszą Addison Farmer na basie i Kenny Dennis na perkusji. Nie są to gwiazdy, których splendor mógłby dodać pozłoty nagraniu. Akompaniament jest na bardzo wysokim poziomie, ale muzycy za niego odpowiedzialni nie mieli i nie mają wielkich nazwisk. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej uważam, że wyjątkowość tych nagrań, fakt, że przykuwają uwagę i nie pozwalają o sobie zapomnieć jest w przeważającej mierze zasługą Mala Waldrona właśnie.
Jego granie jest bowiem połączeniem dwóch bardzo trudnych do pogodzenia aspektów: awangardowości i komunikatywności. Awangardowość Waldrona leży w niewątpliwym pokrewieństwie jego brzmienia z brzmieniem Theloniusa Monka (ciekawe, że w następnych latach wielokrotnie Waldron współpracował ze Stevem Lacym, innym słynnym wielbicielem estetyki monkowskiej).  Słyszymy u Waldrona mnóstwo dysonansów (ale takich, które brzmią harmonijnie :-) dżwięk fortepianu jest chropawy, perkusyjny i zrytmizowany. Ale jednocześnie gdybyśmy mieli porównać Monka do Waldrona, moglibyśmy powiedzieć, że pierwszy był jak Ferrari, a drugi jak Alpha Romeo. Jeden i drugi samochód jest szybki i piękny, ale Ferrari ciężko się jeździ na co dzień, dlatego o wiele więcej ludzi jeździ Alfami.
To właśnie ta komunikatywność muzycznego języka Mala Waldrona tak przyciąga i urzeka. Ta komunikatywność, którą jak sądzę mógł wyćwiczyć akompaniując dziesiątkom innych muzyków, a zwłaszcza Billie Holiday (mowa ludzka, a co za tym idzie i śpiew nakłada pewne więzidło brzmieniu instrumentów, ktore muszą się niejako do niej upodobnić, nauczyć mówić jej językiem).
Czy rozwiazałem zagadkę Mala Waldrona? Nie jestem pewny, chyba pozwolę sobie na jeszcze jeden odsłuch tej płyty...

11:10, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 października 2009



Sexmob. Świetnie zagrana płyta, coś w rodzaju pastiszu różnych gatunków muzyki, mamy przeróbki takich coverów jak Fernando" Abby, "About A Girl" Cobaina, "Ruby Tuesday" The Rolling Stones, a nawet "Mooch" Duke'a Ellingtona. Wszystko to uwarzone w pseudo-awangardowym, free jazzowym sosie (tu: wyraźne puszczone oko do wyrobionego jazzowo słuchacza). Ale mimo takich w sumie bardzo ciekawych założeń płyta po prostu nie daje się słuchać. W jednej z recenzji znalazłem bardzo celną ocenę: "doprawdy trudno powiedzieć po co nagrywa się taka płytę?". W pełni się z nią zgadzam. Widać, że na płycie grają świetni artyści, którzy jednak celowo deformują muzykę na tyle, że staje się bolesna, wręcz nie do zniesienia (nie mówiąc o jakiejs przyjemności) w słuchaniu. Przypomina mi to sytuację w malarstwie: zbyt radykalna awangarda po prostu przekracza punkt, w którym traci kontakt z widzem. Jeśli jazz miałby pójść tą drogą to skończy jak muzyka klasyczna. Nikt go nie będzie słuchać. U mnie płyta znika z odtwarzacza, brrr....

Kończąc, w celach kronikarskich, podaję skład grający "muzykę" na płycie: Steven Bernstein (tr), Briggan Krauss (alto sax), Tony Scherr (bass), Kenny Wollesen (dr). Poniżej próbka brzmienia tej kapeli z koncertu (jednak z innym materiałem niż ten na niniejszej płycie, nota bene dużo lepiej brzmiącym):

PS. Acha i jeszcze uwaga, która ma bardziej związek z moimi lingwistycznymi zainteresowaniami. Długo nie mogłem zrozumieć co może znaczyć wyrażenie "solid sender" (notabene jest to też tytuł bardzo znanej i urodziwej kompozycji Johna Lee Hookera). W końcu na forum internetowym wordreference.com znalazłem następujące ciekawe wpisy:

Pierwszy wpis:
John Lee Hooker sings "You're the solid sender, babe...". Solid sender? Any ideas? Thanx

Odpowiedź 1:

I haven't heard the song by John Lee Hooker, but my earliest recollection of the expression "solid sender" is from a really fantastic, hard-driving song from the forties titled "A Conversation While Dancing" written and sung by Johnny Mercer, a duet with Jo Stafford. In this situation he's flirting with his dance partner, complimenting her ability:

—You're a solid sender, and the band is a real ear-bender.

And she replies:
—But why are we talking this shop? Mop! Mop! (Dance! Dance!)

To say that someone is a solid sender is to say that the person "really has it together," that the person has "that certain (attractive, self-confident) something."

Odpowiedź 2:

Hi there, the earliest reference I have to "Solid Sender" is the Little Richard song 'slippin and a slidin' 1950's....

"Oh My Melinda, shes a solid sender
You know you better surrender."

Bardzo ciekawe moim zdaniem :-)


16:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 października 2009



Kiedy sięgałem po tę wydaną w 1992 roku płytę nie miałem wielkich oczekiwań: sądziłem, że to jakaś próba "reanimowania" Dona Lanpherego (drugorzędnego saksofonisty, który pojawił się na kilku dobrych nagraniach z szalonych lat 50-tych) przez kumpli, który lepiej powiodło się jeśli chodzi o zrobienie jazzowej kariery. Tymczasem po raz kolejny (podobnie jak niedawno w przypadku innego "weterana" Franka Morgana) zostałem powalony na ziemię przez energię, witalność i poziom nagrania muzyków, których średnia wieku na pewno przekracza 60-tkę i prawdopodobnie lokuje się bliżej 70-tki!!! Ci faceci przeżywają dosłownie "drugą młodość", zaczynam się zastanawiać czy Pfizer nie wyprodukował specjalnie dla nich czegoś na kształt jazzowej Viagry.

Oprócz Dona, który gra na saksofonie altowym, na płycie usłyszymy samego wielkiego Buda Shanka na tenorze oraz Denney Goodhewa nad saksofonie barytonowym. Bardzo ortodoksyjnie, bopowo (co w tym przypadku jest w pełni zamierzonym komplementem) gra sekcja rytmiczna pod wodzą pianisty Marka Sealesa.
Im bardziej zagłębiam sie w biografię Dona Lanphere tym więcej widać punktów stycznych z biografią Franka Morgana i wielu innych muzyków tamtej ery (lata 50-te ubiegłego wieku). Niezwykle młody wiek, kiedy pojawili się na scenie (Don Lanphere: 19 lat), szybkie nagrania z "największymi" (Fats Navarro, Max Roach), fascynacja Birdem i bliskie, osobiste nieraz z nim relacje, alkohol, heroina, aresztowanie, więzienie i długie rozstanie z jazzem, nieraz na kilkadziesiąt lat!

Jazz bowiem jest dość kapryśną kochanką. Często zapominamy za jakie grosze muzycy grali i nagrywali na przykład w latach pięćdziesiatych. Artystom w tamtych czasach często brakowało dosłownie na podstawowe rzeczy (czytamy o tym w ich biografiach), a przecież były to złote czasy jazzu. Gdy przyszły lata sześćdziesiąte i boom na jazz zaczął mijać wielu, bardzo wielu muzyków znalazło się w skrajnie trudnej sytuacji materialnej, przeżywało kryzysy twórcze, czuło się niepotrzebnymi. I dlatego wprost nie chce się nam wierzyć, ze muzyk klasy Lanpherego mógł przez trzydzieści lat, do początku lat osiemdziesiątych, siedzieć za ladą rodzinnego sklepu jako ekspedient zamiast grać, rozwijać się i cieszyć ludzi swoją muzyką.

Renesans jazzu jaki obserwujemy od kilkunastu lat zmienił na szczęście tę sytuację. Nie, jazz nie wrócił już w świadomości masowego słuchacza na to miejsce jakie zajmował w muzyce rozrywkowej w latach 40, 50 czy nawet na początku 60-tych. Zajął jednak swoja niszę w obszarze kultury wysokiej (zwłaszcza w Europie, a stopniowo i w USA, choć brzmi to jak paradoks) i tutaj ma póki co zapewnione przetrwanie. Póki co, bo żywotność jazzu musi być podtrzymywana w każdym kolejnym pokoleniu. A jak z tym jest? W Polsce chyba nie najlepiej. Niedawno zlikwidowano jedyną w Polsce jazzową stację radiową. Nie potrafię tego zrozumieć... zamiast niej powstanie pewno jakaś stacja oferująca kolejne złote przeboje, gdzie po raz enty będzie się odtwarzać stare kawałki Smokie, Abby czy Demisa Roussosa. Trzeba się temu przeciwstawiać z "całom mocom i stanowczościom" i samemu sobie dobierać repertuar do słuchania. Co też niniejszym czynię po raz kolejny wkładając zacną płytę Dona Lanpherego do mojego Marantza, by wysłuchać dobrej up-tempowej kompozycji Marca Sealsa pod tytułem "I Didn't Really Mean That":

16:23, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 października 2009

Klasyk w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie miałem w swojej kolekcji zatem kupiłem od razu jak wyszła w nowej, godnej najwyższego polecenia serii "The Best of Blue Note Records", będacej częścią Biblioteki "Polityki" (wielkie brawa za tę inicjatywę!).  Przypomnijmy, że na płycie, oprócz legendarnego Arta Blakeya grającego na perkusji pojawiła się czwórka młodych ówczesnie (tj. w 1958 roku) muzyków z Filadelfii: trębacz Lee Morgan (wspaniała kariera jak się okazało przed nim!), pianista Bobby Timmons, basista Jymie Merritt i saksofonista tenorowy Benny Golson, kolega szkolny Johna Coltrane'a, bardzo utalentowany wykonawca i kompozytor.

Repertuar na tym konkretnie wydaniu to:

1. Warm-Up And Dialogue Between Lee And Rudy

2. Moanin'

3. Are You real?

4. Along Came Betty

5. The Drum Thunder Suite

6. Blues March

7. Come Rain or Come Shine

8. Moanin' (Alternate Take)

Nie będę oczywiście rozpisywał się o składzie i muzyce, o której napisano już chyba wszystko. Polecam zresztą bardzo rzeczowo napisane linear notes do tego wydania autorstwa Pawła Brodowskiego z Jazz Forum. Chcę przypomnieć specjalnie jeden z utworów z tej płyty, którego sex appeal jest dla mnie niezrównany. Mam na myśli kompozycję Bena Golsona pt. Along Came Betty. Jak pisze Paweł Brodowski: "Along Came Betty to tęskna melodia grana w unisonie, zainspirowana - jak wyjaśnił kompozytor - krokiem młodej damy, jej wdziekiem i kobiecością". Posłuchajcie sami tego utworu, a ja dodam, że choć minęło pół wieku, moim zdaniem Betty idzie tak śpiewnie jakby od nagrania minęła zaledwie chwila ...

18:04, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009


Półmrok. Niebo zasnute chmurami. Październik, deszcz za oknem, liście zmieniają się w cenny kruszec i wracają do ziemi. W domu w kominku płonie ogień, a w powietrzu rozbrzmiewa zmysłowy i gęsty dźwięk. Tworzy go bardzo nietypowy kwartet, w którego skład wchodzą następujące instrumenty: klarnet basowy (gra na nim Bennie Maupin), kontrabas (Darek Oleś Oleszkiewicz), perkusja (Daryl Munyungo Jackson) i bębny (Michael Stephans). Nieczęsto słyszymy składy złożone z samej sekcji rytmicznej! Do tego grające bardzo dobrze i tworzące płytę z wybitną muzyką.
Bardzo ciekawe linear notes do tej płyty autorstwa Micheala Stephansa znalazłem na stronie internetowej Bennie Maupina. Tekst ten można streścić w ten sposób: żyjemy w epoce, w której krytycy muzyczni opisują świat (lub tylko tak im się wydaje) za pomocą etykietek. Tymczasem najbardziej awangardowi artyści nic sobie nie robią z niezliczonych klasyfikacji, w jakie próbuje się ując ich twórczość i robią wszystko, żeby nie dać się zamknąć w granicach jakiegoś stylu czy gatunku.
Znakiem epoki jest wg Stephansa eklektyzm, którego źródła biją w muzyce Milesa Davisa i Johna Coltrane'a. Obydwaj byli niestrudzonymi poszukiwaczami, kwestionującymi status quo i zmierzającymi, mówiąc słowami Krishnamurtiego, do uwolnienia się od znanego. Jednym z muzyków, który jako pierwszy posłuchał tego wezwania był wg autora tekstu właśnie Bennie Maupin. Niesłychanie kreatywny, nie przestawał szukać niezbadanych dotąd muzycznych terytoriów, rozwijał swój muzyczny język i szukał wykonawców, którzy pomogliby mu urzeczywistnić własną, oryginalną wizję muzyczną.
W osobie basisty Darka Olesia Oleszkiewicza, Maupin znalazł muzyka, który dał jego muzyce rozjaśniający oddech. Jego bas jest głęboki, wyrazisty i ciepły, a dźwięk unosi się w powietrzu zaskakująco długo po tym jak palce muzyka dotknęły struny (doprawdy płytę warto słuchać z oryginału i na jak najlepszym sprzęcie by docenić wszystkie smaczki - dół pasma jest tu szalenie istotny, a mp3 niestety go wycina). Kontrabas Oleszkiewicza stanowi idealny kontrapunkt dla klarnetu Maupina. Cieszy nnie bardzo jak wspaniale rozwija się kariera mojego krajanina, który od lat ponad dwudziestu mieszka i naucza w Los Angeles. Jego ruch w kierunku nagrywania płyt autorskich, poświadczony wydaniem albumów "Expectation" i "Like A Dream" (z udziała Brada Mehldaua!) daje nadzieję, że Darek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a to, co najpiękniejsze jest jeszcze przed nim.
Wracamy do składu grającego na "Penumbrze": perkusista Munyungo Jackson gra z Maupinem od 30 lat, co powoduje, ze poza wirtuozerią operowania instrumentami, łączy go z liderem głęboka empatia znajdująca odbicie w perfekcyjnym zgraniu muzyków.
O sobie, jak przystało, autor tekstu pisze skromnie. My wszakże pamiętamy, że stale współpracuje on z Davem Liebmanem i Bobem Brookmeyerem. Z Maupinem Stephans gra od 10 lat, obydwaj aktywnie interesują się buddyzmem, co znajduje znajduje odzwierciedlenie także w ich muzyce (vide poprzedni album Maupina zatytułowany Jewel in the Lotus).
Następnie Stephans wyraża nadzieję, że zespół, który nagrał tę płytę będzie trwał, że będą dalej grać tę muzykę, a raczej, jak on to formułuje, "muzyka będzie nimi grać". Ta milesowska atmosfera byłaby niemożliwa bez Maupina, który jest spoiwem grupy, sprawia, że muzyka jest jak rozmowa czterech starych, oddanych sobie i sztuce przyjaciół. A cóż może być lepszego od takiej rozmowy? - takim pytaniem kończy swoje linear notes Stephans i przyznaję, że w stu procentach się z nim zgadzam (stąd właśnie, jak mniemam, bierze się moja chęć pisania tego blogu :-).

21:18, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2009


Tym razem niezwykła płyta z roku 1985, która zainteresowała mnie tyleż z powodu znajdującej się na niej muzyki, co z powodu prawdziwie jazzowej biografii muzyka, pod którego nazwiskiem została wydana. Oprócz Franka Morgana, który gra na saksofonie na płycie pojawia się doskonałe Cedar Walton Trio w składzie C. Walton na fortepianie, Tony Dumas na basie i wielki Billy Higgins na perkusji.
Frank Morgan debiutował w 1954 roku jako wówczas 21-letni saksofonista altowy okrzyknięty, wraz z "Cannonball' Adderleyem następcą Charlie Parkera. Odpowiedzialności tej nie zdołał udźwignąć i następne 40-lat życia spędził przeważnie w więzieniach lub w ośrodkach odwykowych, w których starał się uwolnić od uzależnienia od heroiny. O swoim życiu opowiada niesamowicie szczerze w wywiadzie dla www.allaboutjazz.com, którego fragment podaję poniżej w swoim tłumaczeniu:

AllAboutJazz: Czy miałeś okazję uczyć się z Charlie Parkerem?

FrankMorgan: Spotykaliśmy się zawsze kiedy przyjeżdżał do Los Angeles, co zdarzało się dość często. Wtedy byłem z nim niemal przez cały czas. Uwielbiał grać sessions. Mieliśmy wspaniałe sessions w domach należących do pewnych gwiazd filmowych. Bird był wtedy supergwiazdą. Jak Beatlesi. Hollywood dbało o niego.

AAJ: To właśnie tam (w L.A.) poprowadziłeś swój pierwszy zespół na nagraniu?

FM: Tak, w 1954. Tak naprawdę to jednak nie był mój album. Znalazłem się na spotkaniu ówczesnych gwiazd razem z Wild Billem Davisem i Conte Candolim, i wtedy umówiłem sie na kolejne spotkanie z Wardellem Grayem, Conte Candolim, Carlem Perkinsem, Larancem Marablem, Leroyem Vinegarem. A oni stwierdzili, że połączą się i stworzą zespół, a mnie postanowili zrobić liderem, co było oczywiście bardzo przyjemne (śmiech). W ten sposób powstała moja pierwsza płyta.

AAJ: Właśnie w tym czasie Parker odszedł i zaczęło się mówić o Tobie jako o jego następcy. To musiał być wielki ciężar położony na barkach tak młodego wtedy człowieka.

FM: Zbyt wielki. Śmiertelnie się tego przestraszyłem; i sam siebie zniszczyłem. Za każdym razem kiedy chcieli mnie wysłać do Nowego Jorku, wracałem do więzienia. Kiedy wychodziłem z więzienia znowu grałem, ale zaczynałem od razu też brać, i wkrótce przestawałem grać, przerażał mnie Nowy Jork, to że byłbym tam oceniany, i byłem gotowy popełnić każde głupstwo, aby to się nie zadziało.W końcu musiałem sobie powiedzieć, wiesz, do diabła, masz 52 czy 54 lata, na co czekasz, wtedy umówiłem się na grę na otwarcie Village Vanguard (w 1986 roku).

Leonard Feather powiedział mi kiedyś, zanim odszedł, "Niczego sie nie musisz bać człowieku. Po prostu przyjdź i zrób to co zwykle robisz, a świat otworzy się przed Tobą". A Billy Higgins, który był wtedy w Nowym Jorku ze mną, powiedział mi: "Pojawiaj się, a nie znikaj". Billy trzymał mnie za rękę, prowadził mnie. Także Cedar (Walton) i Johny Coles i Buster (Wiliams).  (...)

AAJ: Od tamtego czasu idziesz jak burza. Mam na myśli nagranie Easy Living w 1985, a potem trzech następnych krążków jako lider w tym samym 1986 roku?

FM: Wiesz, to było wtedy moje jedyne źródło utrzymania. Dzięki Bogu, że pozwolili mi nagrywać, tak iż mogłem choć trochę w ten sposób napchać sobie kieszenie. Wkrótce dzięki płytom pojawiły się propozycje koncertów.

AAJ: Między rokiem 1985 a 1996 nagrałeś 14 płyt, z których większość jest wybitnie dobra.

FM: Cóż, jedna rzecz była dla mnie w tym wszystkim najważniejsza. Przez cały czas grałem z najlepszymi muzykami, jakich mogłem dostać. Cały czas, można powiedzieć, jechałem na ich grzbietach. Cały czas oni wskazywali mi drogę, i to była naprawdę piękna podróż."

Saksofon Franka brzmi na płycie satynowo, jedwabiście, ale wyczuwa się w nim parkerowskie emocje i wyrazistość. Najwyższej klasy akompaniament trio Cedara Waltona. Płyta zabiera nas w podróż w czasie do złotej ery jazzu, a przecież wydana została zaledwie wczoraj, no, może przedwczoraj. Frank Morgan błysnał też na płycie jako kompozytor w niezwykle łatwo wpadajacym w uchu "vampie" o tytule "Rubber Man". U mnie płyta rozkręca sie z każdym kolejnym odtworzeniem, ciekawe jak będzie u Was?

22:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...