Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
niedziela, 31 października 2010

Kolejna na tym blogu płyta K.D. Lang, tym razem zdecydowanie w kierunku popu. Wszakże jesienny głos tej pani na tyle pasuje do obecnej, pięknej fazy polskiej jesieni, że pozwalam sobie na przesłuchanie kilku ciekawych pioseneczek z tej płyty. Choćby tej zatytułowanej What Better Said:



 

 

17:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 października 2010

Ostatnio znęcałem się bezlitośnie nad nagraniem Eliane Elias, które było po prostu koszmarne (http://kochamjazz.blox.pl/2010/10/Randy-Brecker-Eliane-Elias-Amanda-1986.html), tym razem jest lepiej, ale tylko trochę. Tym razem ówczesny mąż Elias czyli Randy Brecker pchnął ją (albo sama się pchnęła) nie w kierunku popu, ale modern jazzu. I po tak zwanej znajomości zapewnił jej wsparcie, którego jakość mnie po prostu rozwala... Na bębnach gra bowiem sam, tak, to nie do uwierzenia, Jack DeJohnette, a w jednym kawałku pojawia się ponadto jeszcze inny wspaniały bębniacz Peter Erskine. Na basie Eddie Gomes, którego pamiętamy z gry z samym Billem Evansem. Oczywiście na trąbce Randy Brecker się włącza od czasu do czasu. Ale brzmi to tak mniej więcej jak wygląda okładka tej płyty. Eliane wali w fortepian bez pojęcia po prostu, niby technicznie jest sprawna, niby to wszystko się trzyma kupy, bo przy takim wsparciu źle brzmieć nie może, ale nie ma tam nic. Ani swingu, ani spójnej koncepcji, ani indywidualności. Na szczęście artystka ta nie zna polskiego zatem nigdy nie pozna tej recenzji. Artystycznie jest to poracha na całej linii i radzę trzymać się od tej płyty z daleka. Czy pianistka ta kiedyś zdoła przekonac mnie do siebie? Z drugiej strony jak oglądam ją w takich nagraniach jak to poniżej to jednak wydaje mi się, że ciągle są na to jakieś szanse:

23:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 października 2010

Ostatnio pisałem o wspaniałym kubańskim mistrzu fortepianu Chucho Valdesie, a ponieważ Grzegorz zwróciłeś mi uwagę na innych kubańskich pianistów (niestety nie udało mi sie do tej pory dotrzeć do żadnego nagrania Rodrigueza), to postanowiłem kontynuować wątek kubański, pisząc słów parę na temat wydanej nie tak dawno płyty Gonzalo Rubalcaby zatytułowanej The Trio. Rubalcaba to ekstraklasa światowego jazzu, pierwsza liga i właściwie każda jego płyta jest dobra, jak Hancock, Corea czy Jarrett nigdy nie schodzi on poniżej pewnego poziomu. Na tej płycie towarzyszą mu Dennis Chambers na perksusji i Brian Bromberg na basie. Szczerze mowiąc ta sekcja rytmiczna nie powala mnie jakoś na kolana. Znam tych muzyków raczej z ich dokonań smooth jazzoowych, flirtów z fusion, generalnie ich styl jest mocno funkujący, a praca mocno przewidywalna i dość schematyczna. Nie ma co ukrywac, że są oni jedynie tłem, i to nie nadzwyczajnym (choć też nie schodzą oczywiście poniżej pewnego poziomu), dla fortepianu Rubalcaby.

Największym smaczkiem tej płyty jest jej program, który jest prawdziwą uczta dla każdego jazzowego erudyty. Zaczynamy zabawę od wysłuchania wersji słynnej Maiden Voyage, jednego z najpiekniejszych jazzowych standardów pióra Herbiego Hancocka. Ach, któż nie pamięta pierwszej, kapitalnej wersji tej piosenki z płyty o tym samym tytule, wydanej w roku 1965 i nagranej z towarzyszeniem Freddie Hubbarda, Georga Colemana, Rona Cartera i Tony Williamsa!

Potem nie mniej interesująca wersja standardu Caravan autorstwa samego Duke'a Ellingtona w stylu boogaloo. Perełka! A to dopiero początek! Nastepnie On Green Dolphin Street Bronislava Kapera (warszawiaka, który zrobił kariere jako kompozytor w Hollywood), jeden z ulubionych standardów genialnego Billa Evansa. Następnie słuchamy Hot House kompozycji Tadda Damerona, jednego z najważniejszych pianistów ery bebopu, która jest rozwinięciem słynnego standardu Col Portera What Is The Thing Called Love? Pamiętam jak kiedyś Dave Liebman na płycie Different But The Same oba te kawałki zagrał w jednym utworze obok siebie pokazując jak podobną mają strukturę, chociaż melodia jaką stworzył Tadd Dameron jest o wiele bardziej złożona i wyrafinowana niż orginał. Cóż, sama esencja jazzowego podejscia do muzyki i rzeczywistości w ogóle!

Yesterdays, pochodząca z 1933 piosenka Jerome Kerna, wydaje się mniej oczywistym wyborem, chyba że przypomnimy sobie, że była ulubionym standardem Arta Tatuma, a przede wszystkim Buda Powella. Jeszcze większą zagadka jest następny w kolejności Woodyn' You autorstwa Dizyy Gillespiego, bo trzeba nieźle pogłówkować, żeby sie zorientować dlaczego znalazł się w takim oto zestawieniu... Moja hipoteza jest nastepująca: przecież to Gillespie jako jeden z pierwszych eksperymentował z wszczepieniem rytmów latynoskich na jazzowe drzewo, a w roku 1946 grał ten standard w jego zespole sam Thelonius Monk. Może nieco naciagane, przyznaję, może ktoś ma jednak lepszy pomysł...

Wreszcie na koniec wersja Manha De Carnaval z brazylijskiego Czarnego Orfeusza. Doprawdy zagadka póki co dla mnie nierozwiązywalna, bo jak do tej pory wszystko zdawałaby się pasowac do takiej oto koncepcji, że płyta ta jest rodzajem hołdu złozonego przez Rubalcabę wielkim pianistom jazzowym z przeszłości, bo przeciez wszyscy muzycy, których wymieniłem grą na tym istrumencie właśnie weszli do historii jazzu. Uff, wystarczy, odrobina muzyki na deser:




23:10, trener66
Link Komentarze (1) »
środa, 20 października 2010

Bardzo lubię duety jazzowe, wiadomo, że jazzmani często ćwiczą grając duo, natomiast na scenie grają w takim składzie dużo, dużo rzadziej. Nie jest to przypadek, bo doprawdy trzeba nadzwyczajnych umiejętności i osobowości, by muzyka grana w tak skromnej obsadzie nabrała ciała i wigoru tak charakterystycznego dla jazzu.

Zatem kiedy zobaczyłem nazwiska dwóch tak wspaniałych muzyków jak amerykańscy pianista Marc Copland i trębacz Tim Hagans, a do tego w programie płyty takie drogie mojemu sercu kompozycje jak Nefertiti Wayne'a Shortera, When Will The Blues Leave Ornetta Colemana, Estate Bruno Martino, On Green Dolphin Street Bronislava Kapersa czy kapitalną Canteloupe Island Herbiego Hancocka (a nie jest to jeszcze pełny program płyty!), to nie wahałem się ani chwili, aby wejść w jej posiadanie.

Niestety, spotkał mnie pewien zawód, może nie całkowity, ale jednak. Muzyka na tej płycie przypomina lekturę książki, w której autor zapomniał o dodaniu opisów, dialogów i udało mu się uniknąć użycia nawet jednego przymiotnika. Czysta akcja. Wspaniała idea, natomiast zdecydowanie nie łatwa w odbiorze. Co oczywiście nie znaczy, że płyty tej nie słucham. Slucham jej któryś już raz tak jakbym dostał od tej dwójki muzyków zaproszenie na bardzo ekskluzywne warsztaty jazzowe! W trakcie tych warsztatów dokonujemy punkt po pukcie wiwisekcji wielkich jazzowych kompozycji. Trąbka Hagansa i młoteczki fortepianu Coplanda jak ostry skalpel śmigają między nutami obnażając sam szkielet muzyki odarty z mięśni i skóry, które nadają jej kształt, ale jakże często zaciemniają też obraz. Z pewnym żalem patrzę na ten rozbiór tak drogich memu sercu utworów, czuję się jak student medycyny na pierwszej w życiu sekcji zwłok, ale może warto było to przezyć, by zrozumieć jak działa muzyka, którą tak kocham, która jest tak droga memu sercu?

Nie udało mi się niestety znaleźć w necie żadnych filmów z muzyka z tego albumu, zatem dołączaminny, ze wspaniałego dutu Marca Copelanda z Gary Peacockiem. Jeden z moich ulubionych standardów, Blue in Green (Billy Evans), w pięknym, nokturnowym w klimacie, wykonaniu:


 

09:33, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 października 2010

Niemal równo rok temu zacząłem pisac ten oto blog, doprawdy nie wiadomo kiedy to zleciało! Drugi wpis poświęciłem Donowi Byronowi (http://kochamjazz.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?3), a teraz z przyjemnością wracam do niego, bo jest po prostu nietuzinkowym i bardzo kreatywnym artystą. Tak, muszę przyznać, lubię muzyków, którzy ciągle zmieniają skórę, jak niegdyś ów słynny morski starzec, Proteusz, o ile mnie pamięć nie myli.

Tym razem Don Byron figluje sobie z dwoma gatunkami muzycznymi, które od zawsze niemal mają się ku sobie czyli z jazzem i muzyką klasyczną. Jazz reprezentuje obniżony alt Cassandry Wilson, a muzykę klasyczną sopran Patricii O'Callaghan. A jeśli chodzi o program płyty to piosenki Stevie Wondera przeplatają się z kompozycjami Dave'a Hollanda, Ornetta Colemana, Henry Manciniego i samego Dona Byrona. A z drugiej strony usłyszymy Zwielicht Roberta Schumanna, arię Nessun Dorma z Turandota Giacomo Pucciniego, a nawet Largetto z 2go Koncertu Fortepianowego Szopena.

Jeśli czyjeś serce, tak jak moje, bije po połowie dla jazzu i dla klasyki, to doprawdy nie będzie się nudził słuchając tej płyty! Jest to wszystko zagrane w sposób swobodny, radosny, otwarty, żadnego akademizmu, przeciężkości, przesadnego intelektualizmu. Bardzo ciekawym pomysłem Byrona jest to, że nieraz słyszymy kawałki jazzowe grane na sposób charakterystyczny dla muzyki klasycznej, a klasyczne na sposób jazzowy czy nawet popowy. Dodatkowym smaczkiem tej plyty jest genialne (zarówno w idiomie klasycznym jak i jazzowym) granie na fortepianie w wykonaniu Uri Caine'a, którego oczywiście nie muszę miłośnikom jazzu przedstawiać.

Podsumowując, ciekawa propozycja, mimo to nie polecam całkowicie bezkrytycznie, bo jak wszystkim flirtom jazzu z klasyką, płycie brakuje nieco spójności i nie wiadomo za bardzo do kogo jest zaadresowana, bo z jednej strony może być za mało jazzowa dla wielbicieli tego gatunku, a z drugiej zbyt frywolna, a nawet niefrasobliwa, dla wielbicieli muzyki poważnej.

Najpiękniejszą chyba kompozycją na płycie jest czwarty utwór zatytułowany Basquiat, zagrany przez Dona Byrona klarnet) w duecie z Uri Caine'm (fortepian). Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie mogę nigdzie w necie znaleźć muzyki z tego albumu, zatem dzisiaj zamiast dżwięków jeden z obrazów tego niezwykłego malarza jakim był Basquiat, a któremu jakże wzruszający hołd oddał Byron tym wspaniałym, utrzymanym w klimacie nokturnu utworem:


08:35, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 października 2010

Napaliłem się na ta płytę, bo w supporcie takie nazwiska jak Herbie Hancock, Randy i Michael Brecker, David Sandborn, a przede wszystkim wielki Jaco Pastorius, którego płyt ciągle jestem głodny. I rzeczywiście buzz Jaco grzeje jak letnie słońce brazylijska Copacabanę. Niestety ów piekny bas jest zanurzony w takim kiczu, który roztacza mdły i czułostkowaty głos Flory Purim, że nie da się tego p prostu słuchać (z innej płyty, ale podobne):



20:37, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 października 2010

Eliana Elias, niezła brazylijska pianistka, ale tragiczna wokalistka (jest jeszcze gorsza niż Chet Baker, a to osiagnąć to naprawdę rzecz trudna), nagrała tę płytę, a lepiej byłoby napisać, że popełniła te płytę, ze swoim pierwszym mężem trębaczem Randy Breckerem (jej drugim mężem jest nie mniej słynny muzyk basista Marc Johnson). Zatytułowany imienim ich córki album Amanda to smoothjazzowy potworek, którego szczerze mówiąc kompletnie nie da się słuchać. Ale z drugiej strony ile mieliśmy jazzmanek, które mogą się pochwalic takimi zdjęciami?

Ponieważ nie chciałbym się znaleźć w kategorii blogów dozwolonych tylko od lat 18 jednak dodam kawałek muzyki z tego albumu:


20:35, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 października 2010

To jest doprawdy dziwne dla mnie, że jakimś cudem ta czarująca płyta wpadła w moje ręce, bo ze wszystkich etykietek jakie można przyporządkować do kanadyjskiej wokalistki Kathryn Dawn Lang, a pasował by do niej pop, folk, country, czy nawet rock, to właśnie jazz raczej byłby na samym końcu. A jednak kilka jej płyt przesłuchałem (opowiem o nich po kolei jak przyjdzie wena, a czas pozwoli) i z nich wybrałem moim zdaniem najlepiej nadającą się na jesienno-zimowe wieczory, które nie ma co ukrywać  nadciagają milowymi krokami.

I taka właśnie jest ta muzyka: grzeje jak dobrze rozpalony kominek, jak ciepły koc, którym okrywamy nogi, albo jak herbata z sokiem malinowanym i rumem, której dobrze jest się napić, gdy listopadowym wieczorem siadamy do lektury ciekawej książki, a by jeszcze zwiększyć przyjemność puszczamy sobie ulubioną muzykę. Co też wlaśnie i dla Was także pozwolę sobie teraz uczynić (nota bene" mina perkusisty bezcenna :-)))


22:14, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 października 2010

Jak to dobrze jest dzielić się z innymi swoimi muzycznymi pasjami! Ileż w ten sposób artystek i artystów zagościło na odtwarzaczu laserowym firmy Marantz w moim domu, do których nigdy bym nie dotarł, gdybym jak przez lata cieszył się muzycznymi skarbami w samotności. I oto przy okazji któregoś wpisu na temat płyty jednej z niezbyt lubianych przeze mnie jazzowych wokalistek któraś z uroczych niewiast czytających ten blog, znużona najwyraźniej moimi narzekaniami, zapytała w komentarzu: "A słuchałeś Rachelle Ferrer?". Otóż nie słuchałem i błąd ten postanowiłem jak najszybciej poprawić. Dotarłem zatem do jej pierwszego albumu zatytyłowanego "First Instrument", wydanego w roku 1990 w Japonii, a który musiał czekać jeszcze aż pięć lat na wydanie w USA, doprawdy wstyd dla ojczyzny jazzu, która jak niegdyś tak i teraz po macoszemu traktuje swoje cudowne, jazzowe dzieci!

O ile wymieniona w poprzednim wpisie Patricia Barber, czaruje nas NASTROJEM, o tyle Rachelle Ferrell osiąga ten efekt GŁOSEM, którego moc, nie, potęga, lokuje ją doprawdy bliżej wielkich operowych głosów niż zwykłych jazzowych wokali (Rachell zresztą odebrała doskonałą klasyczną edukację uzupełnioną jeszcze o studia w legendarnym Berklee College). Jest to doprawdy głos, który mnie powalił na kolana, sprawił, że szczęka opadła mi na ziemię z wielkim stukiem, a tuż po niej opadły mi z oczu łuski. Jak jazzowe może być współczesne śpiewanie w wykonaniu tych dwóch wspaniałych dam!

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności na płycie tej Farrell nagrała także ów kapitalny Bye Bye Blackbird. Wysłuchanie obu tych wersji udowadnia nausznie dlaczego warto słuchać jazz, z którym niewiele zjawisk (muzycznych przynajmniej) może się równać na tym łez padole:


18:46, trener66
Link Komentarze (3) »
wtorek, 05 października 2010

Nareszcie!!! Kocham jazz, natomiast jazzowe śpiewanie raczej drażniło mnie niż cieszyło do tej pory. Piszę o tym rzadko, niemniej moją pierwszą miłością jest muzyka klasyczna, zwłaszcza opera, a jeszcze bardziej precyzyjnie śpiewaczki operowe. Ach, te niezapomniane operowe heroiny!!! Madama Butterfly, Manon Lescaut czy niezrównana Aida. Dlatego śpiewanie jazzowe, wspaniałe przecie, i zaklęte w kształt doskonały w osobach takich wielkich jazzowych indywidualności jak Billy Holliday, Ella Fitzgerald czy Betty Carter, wydawało mi się czymś dawno przebrzmiałym, a w swojej obecnej formie nie dorastającym już do poziomu na jakim funkcjonuje reszta tej wspaniałej muzyki jaką jest jazz.

A jednak przyszła chwila na całkowite zrewidowanie swoich do cna błędnych poglądów! Bo oto szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafiły do uszu moich płyty, które po prostu są doskonałe i właśnie wokal jazzujący stanowi o ich wielkosci i orginalności. Zacznę zatem ten mini-cykl od płyty, która po prostu przebojem zdobyła moje serce, a jest to krążek Patricii Barber zatytułowany Nightclub. Już jej pierwsza płyta jakiej słuchałem i w ogóle pierwsza w jej karierze) zatytułowana Split wywarła na mnie świetne wrażenie (http://kochamjazz.blox.pl/2009/11/Patricia-Barber-Split.html). Natomiast ta płyta jest po prostu niesamowita!

Patricii Braber, która oprócz wspaniałego wokalu cudownie gra na fortepianie, towarzyszą tu Micheal Arnopol na basie (głęboki i pełny bas przypominajacy nieco pracę Scotta LaFaro u boku Billa Evansa) i Adam Cruz oraz Adam Nussbaum na perkusji (równie eleganccy jak wczesny Tony Williams). Do tego klasycznego jazzowego trio dołączają na pojedynczych utworach jako wsparcie Marc Johnson (jeden z najlepszych basistów na tym globie) oraz Charlie Hunter (doskonały gitarzysta). Granie i śpiewanie Barber to prawdziwa kwintesencja jazzowej tradycji, która jednak nie ma w sobie nic z kopiowania wspaniałych wokalistek jazzowych z przeszłości i jest zanurzone po uszy w jazzie nowoczesnym, jego klimacie i nieziemskim wyrafinowaniu. Background ma Barber podobny jak choćby Joshua Redman, syn wielkiego Deweya Redmana, tak ojciec Barber był saksofonistą w niezapomnianej orkiestrze Glenna Millera.

Niezwykłość tej płyty polega na tym, że Barber, której śpiewanie jest chłodne, intelektualne, dalekie od jakiejkolwiek czułostkowości i pretensonalności w jaką obfituje produkcja takiej choćby Diany Krall, Cassandry Wilson (chociaż ta pani ma na swoim koncie fantastyczne osiagnięcia w niekomercyjnych projektach) czy całkowicie bezbarwnej Norah Jones, akurat na tej płycie jakby wchodzi na chwilę w nurt przetarty przez te wymienione wyżej panie i pokazuje co może wielki talent, nie, geniusz po prostu, uczynić z tak wydawało by się do bólu zgranymi standardami jak Black Bird choćby (mój ulubiony zresztąod czasów słynnej wersji Milesa Davisa). Posłuchajcie proszę jak wielka Patricia Barber rzuca przed nas te oto perły (acha, jakość nagrania kosmiczna, warto odsłuchiwac na dobrym sprzęcie!!!):


06:22, trener66
Link Komentarze (4) »
sobota, 02 października 2010

Chucho Valdes, chociaż trudno w to uwierzyć, ma już prawie 70 lat! Jest z rocznika 1941, a jednak gra tego kubańskiego pianisty działa na mnie jak Red Bull dodany do alkoholu. Skąd w tym staruszku tyle werwy i chęci do walenia w klawiaturę tego szlachetnego isntrumentu jakim przecież jest fortepian?! Przypomina w tym trochę Lista, który też niemiłosiernie katował instrumenty, ale jednak jakimś cudem, to wszystko brzmiało wspaniale, nie można się było od słuchania tego oderwać, z tego żywiołu rodziła sie jakaś nieznana wcześniej forma wyrafinowania i elegancji.

Ach, ten Chucho Valdez! Ach, ta wyspa zwana Kubą, na której muzyka rodzi się tak piękna i orginalna jak w rzadko którym miejscu na świecie. Ach, te kubańskie dziewczyny... chyba się zagalopowałem, to przecież chyba nie ma z tą muzyką nic wspólnego. Natomiast wiele wspólnego ma z tym Bill Evans, któremu Chucho Valdes poświęcił ósma kompozycję, w moim odczuciu najpiękniejszą na płycie, bo nagle w oku tego cyklonu jakim jest gra tego wirtuoza fortepianu na tej solowej (ale nie do końca) płycie, otóż w oku tej burzy, tego zamieszania, odkrywamy ciszę, spokój i zadumę. Kapitalne to odczucie i przerażające jednocześnie! Przez chwilę rzeczywiście poczułem się jak kapitan MacWhirr z niezapomnianego Tajfunu Josepha Conrada. Posłuchajcie przez chwile tej "burzy":


07:47, trener66
Link Komentarze (5) »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...