Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
piątek, 05 lutego 2010

Za zapoznanie z trupą Pink Martini i tą konkretnie płytą dziękuję autorowi bloga jazzava cafe, która przy tej okazji gorąco polecam milośnikom jazzu i okolic. Poniżej podaję link do notki autora tego bloga o tej płycie:

http://jazzava.blox.pl/2009/10/Pink-Martini-Splendor-in-the-Grass-2009-1.html

A jaka jest moja opinia? Bardzo lubię te projekty, w których artyści poruszają się świadomie na pograniczu kiczu i pokazują, że potrafią na siebie i na swoją muzykę patrzeć z dystansem, autoironicznie. Jednak na płycie Pink Martini jesli taki był zamierzony efekt to moim zdaniem nie wypalił. Brak tu  zupełnie komizmu, zamiast uśmiechu pojawia się raczej zmęczenie przyciężkawym materiałem. Jeśli zaś traktować te nagrania bardziej poważnie to nie widzę specjalnego powodu by przedkładać tę płytę nad ciekawe skądinąd dokonania takich klasyków exotic soundz jak Les Baxter czy Martin Denny.

Płyta zatem doskonała, ale raczej na randkę z dziewczyną i to taką, której dobra muzyka kojarzy się z dźwiękami jakie płyną z głośników w centrach handlowych, luksusowych butikach czy perfumeriach. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że inne płyty tej kapeli oferują jednak więcej. W przeciwnym wypadku liczba sprzedanych przez zespół płyt, przekraczająca 2 miliony, utwierdziłaby mnie tylko w przekonaniu, że wystarczy gówno owinąć w kolorowy papierek, a ludzie wszystko kupią.

Poniżej jeden z nielicznych, ciekawszych utworów na tej płycie:

17:10, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 lutego 2010

Jedna z moich ulubionych płyt, jednego z moich ulubionych muzyków. Za każdym razem kiedy gram tę płytę i siadam do pisania, nic z tego nie wychodzi. Bo zamiast pisać, myśleć, kombinować, tylko i aż słucham. Mijają kolejne minuty a ja śnię na jawie. I kolejny raz nici z pisania notki, zostaje tylko zaduma, bo mówiąc słowami Mieczysława Kosza, "tylko smutek jest piekny", a najprawdziwszy blues dźwięczy w tych nutach, blues który jest sercem każdego dobrego jazzu. Zatem tylko słów kilka o samym Jackie McLeanie i o najpięknieszym utworze na płycie, balladzie "Poor Eric".

Kiedy w wieku 19 lat Jackie McLean zagrał wraz z Sonny Rollinsem na płycie Milesa Davisa "Dig" otworzył sie przed nim jazzowy Panteon. Przez kilkanaście następnych lat, począwszy od 1951 roku aż do roku 1968, kiedy to skończył się jego kontrakt z wytwórnią Blue Note, człowiek ten stworzył niezliczoną ilość płyt (którymi zarabiał na niezbędną mu do życia heroinę), nie tylko grając z najlepszymi muzykami jazowymi jacy wtedy i w ogóle pojawili się w historii tej planety, ale i wpływając wyraźnie na kształt tego czym w ogóle jest jazz jako gatunek muzyczny.

Nie będę sie jednak zagłebiał w tej chwili w szczegóły dotyczące jego kariery, chcę tylko wspomnieć o najważniejszym, o czym zresztą wie każdy jazzman i co jest marzeniem każdego grającego jazz. Dorobił sie bowiem McLean własnego dźwięku. Od pierwszej nuty, nie patrząc na skład, możemy powiedzieć, że saksofon altowy jaki słyszymy na danej płycie to musi być Jackie. W jednym zdaniu. Grał na alcie w sposób ostry, chropawy, muskularny, do tego stopnia że bardzo łatwo pomylić jego alt z saksofonem tenorowym. Porównując go na przykład z altem Paula Desmonda trudno wprost uwierzyć, że to dwa instrumenty z tej samej klasy, bo podczas gdy Desmond chciał by jego dźwięk był wyborny jak szlachetne Martini, McLean brzmi mocno i soczyscie jak burbon pędzony na najprawdziwszej amerykańskiej kukurydzy.


"Poor Eric" napisany przez Larry'ego Willisa ku pamięci zmarłego w wieku zaledwie 36 lat Erica Dolphy'ego w wykonaniu kwartetu Jacke McLeana sprawia, że moim zdaniem ta płyta powinna znaleźć się w każdej porządnej kolekcji jazzowej. Znany bowiem głównie z uptempowych, hardbopowych numerów McLean pokazuje wielką klasę, grając ten blues w sposób zaiste godny takiego herosa jazzu jakim był Dolphy, którego album "Out To Lunch" z 1964 roku przez wielu uwazany jest za najlepszy album jazzowy w ogóle. Wspaniałe reqiuem dla tej niezwykłej postaci grane przez muzyka, którego talent był jakbardziej godny takiego zadania.

Oprócz Jackie McLeana na saksofonie altowym na płycie grają wspomniany wyżej pianista Larry Willis, Bob Cranshaw na kontrabasie i Clifford Jarvis na perkusji. W programie obok tylko cztery utwory:

1. Eco

2. Poor Eric

3. Christel's Time

4. Right Now!

Nagrany w roku 1965 w studiu Rudy Van Geldera w Nowym Jorku. Moja sygnatura najwyższej jakości ;-)




17:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010

Nie znam Michaela Shrieve prawie w ogóle, bo to muzyk rockowy, a nie jazzowy. Kiedy zatem włożyłem tę płytę do odtwarzacza niemałe było moje zdziwienie, gdy u tego anonimowego dla mnie wykonawcy usłyszałem muzyków tej miary co gitarzysta Bill Frisell czy grający na organach Wayne Horvitz. Zaraz tedy postanowiłem nadrobić swoje braki i dowiedzieć się czym prędzej z kim oto mam do słuchania.

Na niezawodnym serwisie www.allaboutjazz.com dowiedziałem się, że Micheal Shrieve jako młody chłopak (19 lat) został perkusistą Carlosa Santany, a potem stał się znany z nieokiełznanej chęci do eksperymentowania i szukania nowych brzmień, w których to pouszukiwaniach towarzyszyli mu tej miary artyści co Mick Jagger, George Harrison, Andy Summers (gitarzysta The Police), Klaus Schulze, Zakir Hussain, Airto Moriera, Amon Tobin, Freddie Hubbard czy Jaco Pastrosius pośród wielu innych. Ci, co znają te nazwiska są zapewne podobnie jak ja zdumieni paletą zainteresowań Micheala, który jak widać choćby z cytowanej przeze mnie listy, odwiedzał tak różne okolice jak rock, pop, muzyka elektroniczna, klubowa i oczywiście bliski memu sercu jazz.

A co należy powiedzieć o samej muzyce znajdującej się na tym wydawnictwie? Jest przyzwoita, jest ok, nie ma słabych punktów, chwilami jest błyskotliwa, chwilami fascynująca, jak i brzmi tytuł albumu. Jednak po tej wydanej w 2001 roku szóstej płycie solowej w dorobku artysty jego kariera solowa właściwie dobiegła końca. Od tamtej pory nie nagrał juz żadnej płyty, poprzestał na 6 wydanych do tej pory, choc nie zaprzestał całkowiecie współpracy z innymi muzykami nad ich projektami. Ciśnie sie na usta pytanie dlaczego tak się stało?

Otóż chociaż płytę sygnuje Michael Shrieve jest to de facto płyta Billa Frisela. Kreatywność i indywidualny styl Frisella bezwzględnie dominują nad dość bezbarwną i schematyczną obecnością/nieobecnością lidera na płycie. Gdyby nie Frisell i, w mniejszym stopniu, Horwitz, byłaby to kolejna sztampowa pozycja muzyka rockowego próbujacego sił w świecie jazzu. Jak na przykład liczne płyty słynnego Allana Holdswortha, które choć zacne można sobie z powodzeniem darować, bo nie wnoszą absoltnie nic nowego do jazzu. Może zatem Shrieve zrozumiał, że jego obecność w jazzie byłaby połowiczna, wtórna, nie inspirująca i odpuścił sobie tę nic nie wnoszącą do jazzu eskapadę? Gdyby tak było świadczyłoby to, że jest rzeczywiście muzykiem i człowiekiem najwyższej klasy...


16:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 lutego 2010

Bonobo to gatunek szmpansa znany z tego, że jako jedyny naczelny może konkurować z homo sapiens pod względem intensywności życia seksualnego i jego rozlicznych perwersji. Zatem juz sama ksywka brytyjskiego DJa Simona Greena wzbudziła moją sympatię, chociaż początkowo wobec muzyki byłem bardzo sceptyczny. Szukałem po prostu muzyki do odtwarzacza w swoim samochodzie. Rozglądam się wtedy za czymś o wyraźnym rytmie, pogodnym i wyluzowującym (wiadomo jakim stresem jest poruszanie sie po zatłoczonych i nierównych drogach w naszym kraju). I od momentu kiedy płyty Bonobo pojawiły się w odtwarzaczu CD w moim samochodzie mogę powiedzieć, że na długi czas objęły tę strategiczną pozycję na wyłączność. A przecież w powodzi najróżniejszej muzyki loungowo-downtempowo-elektronicznej nie jest doprawdy łatwo przebić się artystom na trwałe do świadomości słuchacza. Jednak w moim przypadku, i pozwolę sobie przypuszczać że nie tylko w moim, Bonobo udała się ta trudna sztuka. Ma on bowiem wręcz diabelskią łatwośc tworzenia orginalnych melodii, doskonały gust pozwalający uniknąć obciachu i kiczu o jaki łatwo w tej muzyce, a przy tym wszystkim jego muzyka nie traci kluczowego dla chill-outu wewnętrznego spokoju, dystansu i uporządkowania. Jednym zdaniem, wspaniała muzyka nie tylko do samochodu!

Dodatkowym aturem tej płyty jest obecność i to wyróżniajaca się obecność jako wokalistki artystki o pseudonimie Bajka, na którą uważam, że także warto zwrócić uwagę:

16:32, trener66
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Ci, którzy od czasu do czasu zerkają na ten blog wiedzą, że nie przepadam za Nilsem Petterem Molvaerem. Przed tą jednak płytą, wydaną już 12 lat temu, moja niechęć musi skapitulować i ustąpić miejsca niekłamanemu zachwytowi. Choć album ten wydany jest przez monachijski ECM niewiele ma wspólnego z jazzem jaki zwykle wybrzmiewa na nagraniach, które docierają do nas z tej wytwórni. Muzyka ta wymyka się wszelkim kwalifikacjom, niepodobna znaleźć dla niej odpowiedniej etykietki. Mnie cieszy ponadto, że także swoją ostatnią płytą, wydaną przed miesiącem Hamadą, Molvaer wraca do podobnych klimatów muzycznych, pokazując, że ma potencjał na to by być kimś w rodzaju Edgara Allana Poe dzisiejszego jazzu: niepowtarzalnym, kontrowersyjnym twórcą, który kreuje muzykę o epickim wymiarze, niepokojącą, demoniczną w najgłębszym sensie tego słowa. Pozycja kultowa.


09:16, trener66
Link Komentarze (3) »
niedziela, 31 stycznia 2010

Album (2 CD) z koncertu w słynnym jazzowym klubie Village Vanguard wydana w roku 1995 przez Warner Bros. Sygnujacy płytę młody ówczesnie saksofonista Joshua Redman (syn znanego miłosnikom free jazzu Deweya Redmana) to prawdziwa jazzowa maszynka do robienia pieniędzy. Podobnie jak powiedzmy Diana Krall. Co nie znaczy, że Diana czy Joshua to wyłącznie komercyjne kreacje wielkich wytwórni płytowych. Tak się do końca jednak w jazzie ani w muzyce klasycznej nie da. Chociaż z drugiej strony trzeba otwarcie napisać, że Redman nie jest żadnym jazzowym bogiem, po prostu dobrym saksofonistą, po którym ja i wielu innych sporo sobie obiecuję, ale nie lepszym niż wielu innych z jego pokolenia. Dodatkowo muszę przyznać, że drażni mnie nieco towarzyszący mu marketingowy hype i myślę sobie, że po płytach Redmana widać trochę jakby temu ulegał, inaczej niż na przykład tacy muzycy z jego pokolenia jak Dave Douglas czy Christian McBride, z którymi zresztą dużo nagrywał.

Oprócz Redmana grającego na tenorze, Peter Martin gra na fortepianie, Christopher Thomas na kontrabasie i Brian Blade na perkusji. Repertuar to głównie orginały autorstwa muzyków grajacych na płycie i garść standardów, w tym "My One And Only Love" (Wooda i Mellina), "Remember" (Irvinga Berlina) i "St. Thomas" (Sonny'ego Rollinsa).

A teraz najważniejsze: warto czy nie warto? Bez wątpienia płyta ta należy do najlepszych w dyskografii Redmana. Czuć atmosferę koncertu, czasami nawet aż za bardzo, jakby entuzjazm publiczności był reżyserowany, mimo tego wszakże brzmi tu Redman bardziej spontanicznie, żywiołowo i free niż na swoich płytach studyjnych. Dla kulturalnego jazzmana jest płyta ponadto smakowita, bo Redman jest wielkim jazzowym erudytą i sprawne ucho słuchacza wychwyci w poszczególnych utworach granie na modłę takich wielkich poprzedników Redmana jak Coleman Hawkins, John Coltrane, Joe Henderson i wielu innych. Ta zabawa ze słuchaczem w zgadnij kogo teraz naśladuję nigdy nie przekraza granic dobrego smaku i jest czymś bardzo przyjemnym, a jednoczesnie pokazującym jakie niezrównane mistrzostwo w opanowaniu instrumentu posiadł Joshua Redman.

Z drugiej strony te mocne punkty w jakiś paradoksalny sposób można też zaliczyć do słabości tego albumu. Żonglerka stylami prowadzi to poczucia, że koncert ten przypomina listę przebojów, brakuje mu myśli przewodnej, jedności stylistycznej. Ma się poza tym pewne wrażenie, że tego się już słuchało, chociaż to bez wątpienia najwyższej jakości granie, nawiazujące do tradycji, dzięki której wszyscy kochamy jazz. Innymi słowy czujemy się jakbyśmy czytali książkę, w której jest za dużo cytatów, bardzo zresztą mądrych, dobranych celnie i ze smakiem, ale za mało jest własnego tekstu autora. Podsumowując, czekam jeszcze na płytę Redmana, na której przemówi on własnym, niepowtarzalnym głosem. Taką jego płytę będę mógł z czystym sercem polecić, bo to naprawdę wybitny muzyk o nieprzeciętnych możliwościach.

A oto jak się bawił Joshua Redman i jego załoga na jednym z koncertów:


16:57, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 stycznia 2010

Znajomość z Lee Morganem zawdzięczam koledze z pracy, prawdziwemu jazzmanowi nie tylko muzycznie, ale i w życiu, Mirkowi, który parę lat temu nie słuchał niczego innego niż jazzu ze złotych lat 50tych i 60tych, a w tym właśnie niezrównanych nagrań tego herosa jazzowej trąbki. Po omawianej 2 dni temu doskonałej płycie Christiana Scotta nie zwalniamy tempa i nie zaniżamy poziomu, bo płyta jest zdecydowanie uptempowa, a jej poziom artystyczny jest po prostu najwyższy z możliwych.

Bajeczny skład jaki udało się zebrać Morganowi w studio to saksofonista altowy Jackie McLean, saksofonista tenorowy Hank Mobley, pianista Cedar Walton, basista Paul Chambers i perkusista Billy Huggins. Uff! Same przymiotniki naj naj naj są tutaj oczywiście na miejscu, ale oczywiście najważniejsza jest muzyka. Jaka ona jest na tej płycie?

Moim zdaniem to jedno z najlepszych nagrań hard bopowych lat sześćdziesiatych. Aż się nie chce wierzyć, że po nagraniu tej sesji w 1963 roku nagranie przeleżało w Blue Note aż 3 lata zanim zostało wydane, a potem właściwie przeszło bez większego echa. Jesli jednak zetknąłeś się z takim słynnymi płytami Morgana z tego okresu jak Sidewinder i Search For The New Land, to sięgając po tę płytę napewno się nie zawiedziesz. A tylko utwierdzisz się w przekonaniu, że przedwczesna śmierć (w wieku zaledwie 33 lat) zasztyletowanego przez zazdrosną kochankę Morgana zabrała Davisowi jedynego realnego kontrkandydata do miana króla jazzowej trąbki.

I w istocie moim zdaniem zapoznanie się z twórczością Lee Morgana powinno być obowiązkowe dla każdego chcącego zagłębić sie w jazzowej tradycji, bo jego granie było rodzajem antytezy dla przywołanego wyżej Davisa: zdecydowane, mocne, czyste i wirtuozerskie bez najmniejszego jednak śladu wkładanego w ten efekt wysiłku. Ta charakterystyka brzmieniowa, jasna, słoneczna, gorąca jak letni, upalny dzień zbliżała Morgana w naturalny sposób do gorących rytmów kubańskich i w ogóle latynoskich. Te klimaty są obecne zwłaszcza w utworze Hey Chico, który uważam zresztą za jeden z najlepszych na tej zasadniczo doskonałej w każdym calu płycie:

12:18, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 stycznia 2010

"Rewind That" wydany w roku 2006 w doskonałym amerykańskim wydawnictwie Concord to debiut 22-letniego trębacza amerykańskiego Christiana Scotta, którego talent jest po prostu kosmiczny. Na nagraniu słychać wyraźna fascynację twórczością Milesa Davisa, zwłaszcza z jego okresu elektrycznego, ale nigdy nawiązania do twórczości mistrza nie są zbyt nachalne i oczywiste, jak to się zdarza u wielu jego naśladowców. Do chromatycznego i bluesowego brzmienia trabki Scott dodaje to coś charakterystyczne jedynie dla niego, wewnętrzne ciepło i młodzieńczą energię. Muskularność tej muzyki podkreślają ponadto silne wpływy rocka i muzyki rhytm bluesowej.

9 na 11 utworów to orginały , a wśród dwóch standardów uwagę przyciąga mające chyba znaczenie symboliczne So What Davisa, którym Christian pokazuje jak wysokie ma aspiracje. Prezentuje bowiem podobną jak Miles pewność siebie, bezczelność i łatwość w kreowaniu muzyki, z której biją emocje, melodyjność i rytm. A same orginały? Moim zdaniem to kapitalne kompozycje, gęste, a jednocześnie wpadające w ucho, mające potencjał jazzowych standardów i mogę je porównać co do jakości z kompozycjami Manu Katche z jego także debiutanckiej płyty Neighbourgood. Ci co słyszeli tamtą bajeczną płytę wiedzą co oznacza ta rekomendacja :-)

Kto pomagał Scottowi na tym pierwszym nagraniu? W sekcji dętej towarzyszy mu saksofonista tenorowy Walter Smith i altowy Donald Harrison (wujek artysty, który pomagał mu w muzycznej edukcacji, zanim chłopak nie wstąpił w progi znamienitego, bostońskiego Berklee College). Brzmienie uzupełniają Matt Stevens na gitarze, Zaccai Curtis na Fenderze (kapitalna gra!) i sekcja rytmiczna w osobach Luquesa Curtisa na basie akustycznym i elektrycznym (elegancki i bardzo melodyjny akompaniament) oraz Thomas Pridgen na perkusji.

I własnie temu ostatniemu muzykowi chciałbym poświęcić jeszcze słów kilka zanim zaprezentuję jedno nagranie z płyty i zachęcę Was do jak najszybszego odsłuchania tej rewelacyjnej płyty. Praca Thomasa Pridgena na perkusji przypomina dokonania szturmujących jazz rockowych z ducha pałkarzy w rodzaju Steve'a Gadda czy Michaela Schrieve, a ostatnio młodszych Jima Blacka (jego płytę Alasnoaxis omawiałem jakiś czas temu) czy Magnusa Ostroma ze słynnego E.S.T. Jego styl jest bardzo indywidualny, rozpoznawalny od razu, atakujący, bezkompromisowy, wspaniale kontrastujący z miękkim, ale gorącym jak wulkan brzmieniem Scotta. Także i jemu należy wróżyć oszałamiającą wręcz karierę. Zresztą ona już się zaczyna, vide jego gra w bardzo ciekawym zespole Mars Volta, o którym niebawem także opowiem na łamach tego bloga.

Podsumowując, przyszłość amerykańskiej trąbki za sprawą Christiana Scotta wygląda doprawdy obiecująco, a przecież są jeszcze zaledwie 44-letni Wynton Marsalis, a także jeszcze młodsi Dave Douglas, Roy Hargrove i całkiem już młody  Nicolas Payton. Ludzie! wracają złote czasy jazzu. Wow!!!

Poniżej niemalże smoothjazzowe Like That z tej płyty, ale ja po prostu dostaję gesiej skórki jak tego słucham ;-)))


16:22, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010

Wydany w 2006 roku debiutancki album austryjackiego muzyka Marcusa Furedera ukrywającego się pod pseudonimem Parov Stelar. "Cuts" na tym albumie wcale nie są takie "rough", a raczej "mellow, soft and jazzy". Klimat płyty jest zdecydowanie downtempowy, muzyka nie jest wystarczająco gęsta ani oryginalna, aby przykuć uwagę samodzielnie na dłużej, ale sprawdza się nieźle jako nie intruzywny dodatek do innych wykonywanych w tym czasie czynności (dłubanie w nosie, praca na laptopie, konsumpcja posiłku wieczorem).

Najmocniejsze momenty na płycie to kiedy Stelar sam bawi się elektroniką, beatami i samplami. Poziom płyty pikuje w dół kiedy pojawiają się wokale Anity Riegler (na szczęście dość rzadko). Słychać oczywiście, że to jest album debiutancki. Zgranie sampli jest dość mechaniczne, muzyce brakuje "ciała", ale podoba mi się, że autor stara sie nadać jej przestrzeń. Bardzo oszczędnie dozuje perkusję i bass. Dzięki temu muzyka na płycie ma dość swobodny "oddech".

Mówiąc w skrócie (bo się nie ma nad czym specjalnie rozwodzić), ot taki fajny album ze spokojną elektroniczno-taneczną muzą, którego autora warto zapamiętać, bo może nas w przyszłości jeszcze pozytywnie zaskoczyć. Poniżej bardzo prosty i taneczny utwór For All I Know, który naprawdę nieźle wciąga:


18:03, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 stycznia 2010

To nagranie to bootleg (prawdopodobnie, bo w dyskografii artysty nie znaduję żadnej informacji na ten płyty z takim materiałem). Jak podaje wikipedia "geneza wyrazu bootleg wywodzi się z czasów amerykańskiej prohibicji alkoholu w latach '20 i '30 XX wieku, gdzie mianem "bootleg" określano alkohol wyrabiany bez zezwolenia i jakiejkolwiek kontroli państwa lub bary, nielegalne kluby lub miejsca, gdzie można było ów alkohol nabyć. Ściślej, słowo bootleg czy bootlegging odnosiło się do procesu przelewania nielegalnego alkoholu do butelek (butelkowanie), w których był on rozprowadzany dalej". Oby walka wielkich korporacji ze swobodą wyboru słuchacza muzyki skończyła się jak onegdaj walka amerykańskiego rządu z prohibicją.

Ale mnie nie obchodzi polityka, kasa, władza, skupiam się na muzyce. A ta na tej płycie jest doskonała. Ach! jak to swinguje, jak pulsuje, jak kręci! Pierwszej klasy jazz. Zżera mnie ciekawość kto oprócz Petruccianiego grał tego wieczora i jaki był grany repertuar, ale nie jest to łatwo odtworzyć po przeszło 20 latach. Przeprowadźmy więc małe dochodzenie w tej sprawie...

Co do składu to zadanie jest łatwe. Przed drugim utworem Petrucciani wymienia nazwiska dwóch muzyków: Paolo Fresu (trąbka) i Roberto Gatto (perkusja). Słychać jeszcze gitarę, ale nie wiem kto na niej gra.

Najłatwiej rozpoznać trzeci utwór, to słynne So What, kompozycja Milesa Davisa. Pierwszy utwór wiem, że skądś znam, ale na początku nie mogę sobie przypomniec skąd. W końcu nasuwa mi się skojarzenie z trąbką Chrisa Bottiego z jego płyty Italia i już mam! Ta piosenka to Estate (po włosku Lato) pióra Bruno Brighettiego i Bruno Martino. Doskonałe nawiązanie to miejsca koncertu jak i do włoskich korzeni Petruccianiego. Także czwarty utwór ma wyraźna linie melodyczną i mogę mieć nadzieję, że go rozpoznam. Mam tytuł na końcu języka. Acha! To słynne bluesowe i melancholijne You Don't Know What Love Is, które wryło się w pamięć dzięki wykonaniom Milesa Davisa, Sonny'ego Rollinsa i Cheta Bakera (jeden z nielicznych wypadków, gdy jego śpiew wspominam miło). A utwór drugi? Od pierwszych taktów wiadomo, że to kompozycja Theloniusa Monka? Pozostaje jeszcze przypomniec sobie która? Moim zdaniem to Straight No Chaser, ale posłuchajcie sami.


18:45, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 stycznia 2010

Squad na te płycie jest kosmiczny, bo poza Johnem Pattituccim (gra na kontrabasie i elektrycznej gitarze basowej) pojawiają się na niej takie tuzy jak Brian Blade na perkusji, Chris Potter na saksofonie oraz Adam Rodgers na gitarze. Mamy zatem na tej płycie obecne wszystkie składniki niezbędne dla uwarzenia dobrej muzyki: wspaniałe perkusyjne bity, soczyste saksofonowe wejścia, solidne gitarowe wsparcie i melodyjny, nienaganny technicznie bas . Niestety z tych wspaniałych składników nie wychodzi danie jakiego bym się spodziewał. Na usta ciśnie sie pytanie: z jakiego powodu tak się dzieje?

Poprzeczka jaką stawiamy Patitucciemu musi być niezwykle wysoka. grał on i to przez bardzo długi czas w zespołach prowadzonych w latach 80 i 90-tych przez Chicka Coreę i Wayna Shortera. Zespołach, których słuchał każdy i które nadawały jazzowi nowoczesne oblicze. Niestety ta płyta nawet nie zbliża się do tego poziomu. Nie oferuje ona nic nowego, inspirującego czego byśmy do tej pory nie znali.

Próby wycieczek w kierunku myzuki klasycznej (w tych utworach Patitucciemu towarzyszy na wiolonczeli żona) są bardzo piękne, ale niespójne z resztą płyty. Wolałbym, żeby Pattitucci zdecydował sie w jakiej stylistyce chce utrzymać tę płyte, a tak mamy tu przeplatankę kawałków jazzowych, third streamowych i czysto klasycznych, które raczej do siebie nie pasują, mimo że każdy z osobna brzmi nieźle. Brakuje czegoś co spinało by jakaś klamrą całą tę muzyke, jakiejś idei, nastroju, emocji etc. Tymczasem rzeczywiście mamy sytuację jaka sugeruje jakby tytuł płyty: linia (melodyczna) za linią. Fajnie się tego słucha, jest to oczywiście świetne zagrane, ale przypomina to oglądanie pięknych potraw przez szybę, nie czujemy smaku, nie czujemy aromatu, zatem nasza ochota by je skosztować jest tylko średnia. Mówię to żalem, ale płyta raczej nie zagości ponownie w moim odtwarzaczu.

Poniżej jedno w mojej ocenie najlepszych nagrań z albumu. Czysto jazzowa akcja we wspanialym monkowskim standardzie Evidence. Jaka szkoda, ze takich klimatów jest na tej płycie zbyt mało.


19:18, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 stycznia 2010

Album koncertowy, który został wydany 30 lat po śmierci Jimmi Hedrixa przez nigdy nie syty zysków przemysł fonograficzny. Na płycie oprócz Jimmiego grają Buddy Miles na perkusji i Billy Cox na gitarze basowej. Wszyscy panowie dają od czasu do czasu też głos, ale ten ma moim zdaniem drugorzędne znaczenie na tej płycie.

Gra Hedrixa, ale i pozostałych muzyków, jest na tej płycie tak mocarna, energetyczna, pełna wigoru, że po prostu nie znajduję słów by wyrazić swój podziw. Trudno się dziwić, że wielki Miles Davis  skłaniał swych gitarzystów do naśladowania Hendrixa. W ogóle chociaż nie bezpośredni, ale wpływ Hednrixa na jazz był olbrzymi. Całe lata siedemdziesiate fusion jazz rozwijał się jakby w cieniu jego potężnej osobowości. I dlatego sądzę, że każdy porządnie wykształcony jazzman powinien od czasu do czasu brać korepetycje u Jimmiego. Co też niniejszym czynię i do czego i Was zachęcam :-)

Poniżej kawałek słynnego Machine Gun:

 

18:24, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2010

Świetna awangardowa muza taneczna na tym albumie. Wiem, awangarda i taneczność, czy to w ogóle możliwe jest. A jednak JEST!!! Obecne na płycie strzępy rytmów, melodiii, gąszcz zapętlonych i mozolnie rozplątywanych prez Willa Hollanda sampli wskazuje na wspaniałą erudycje muzyczną i wrodzoną łatwość w kreowaniu autentycznej, swingujacej jak biodra dziewczyn muzyki. Jazz, funk, exotic, reagge i co tam jeszcze, wszystkie style mieszają się na tej płycie jak ingrediencje w dobrym drinku, by przenieść nas na brzegi tropikalnych wysp istniejacych jedynie na ocenanach wygaszaczy komputerowych ekranów. Waham się wyrokować czy ta muzyka ma jakąś wartość, wiem jedno, dla mojego zmęczonego umysłu jest złudzeniem, które przynosi wytchnienie po męczącym dniu spędzonym w wiecznie spóźnionych Polskich Kolejach Państwowych.

17:46, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 stycznia 2010

Wydawnictwo składa się z czterech płyt kompaktowych. Na pierwszej (jak i na pozostałych) znajdują się same hity: 1. East of the Sun, 2. For All We Know, 3. I Get A Kick Out Of You, 4. Greensleeves, 5. Two Degrees East, Three Degrees West, 6. Time After Time, 7. You Go To My Head, 8. Susie, 9. Out Of Nowhere, 10. The One I Love, 11. Polka Dots And Moonbeams, 12. Samba De Orfeu. Paula Desmonda oraz Jim Halla nie trzeba nikomu przedstawić. Obaj muzycy należą w mojej opinii do aboslutnych czempionów jazzu, zwłaszcza jego odmiany west coast. W tym wpisie kilka słów chciałem poświęcić Desmondowi.

Jego kariera rozkwitła, osiągnęła niewiarygodne szczyty, a nastepnie zgasła wraz z gwiazdą jednego z najsłynniejszych kwartetów jazzowych w historii jakim był Kwartet Dave'a Brubecka. Kwartetu ważnego też ze wzgledu na jazz polski, bo odwiedził on Polskę w latach 50tych wywierając znaczny wpływ na rozwój polskiego jazzu, jego unikalnej stylistyki. Do dzisiaj to, co najlepsze w polskim jazzie jest raczej cool niż bop. Jednak sam Paul Desmond, genialny altoista w kwartecie Brubecka, był na tyle niepowtarzalnym zjawiskiem, że nie znalazł naśladowców ani w Polsce ani nawet w Stanach Zjednoczonych. Jego brzmienie, co jest charakterystyczne jedynie dla najwiekszych muzyków, jest łatwo i natychmiast rozpoznawalne od pierwszego dźwięku. Co więcej, jest tez bardzo orginalne moim zdaniem, bo jako jeden z naprawdę bardzo nielicznych altoistów Desmond zdecydował się nie podążać śladami wielkiego Charliego Parkera.

Paul Desmond sam o swoim brzmieniu mawiał, iż chciałby żeby było równie eleganckie i wyrafinowane jak włoskie martini. I jak martini właśnie w niezliczonych konfiguracjach z innymi składnikami stanowi zawsze inspirujący element wielu drinków, tak  alt Desmonda uszlachetniał każdy skład, który miał szczęście towarzyszyć temu nietuzinkowemu muzykowi. Nie sposób wyobrazić sobie Kwartetu Brobecka bez dźwięku saksofonu Desmonda, tak jak przy całym szacunku dla geniuszu Jima Halla, płyta ta byłaby niczym nie wyrózniająca się produkcją gdyby nie koronkowe, delikatne jak marcepan, gładkie jak jedwab improwizacje Desmonda. Poza wymienionymi wyżej muzykami na płycie na basie gra Gene Cherico, a na perkusji Connie Kay.

Posłuchajcie co ten artysta robi na tej płycie ze znanym wszystkim tematem przewodnim z "Czarnego Orfeusza":


22:19, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2010

Kwartet Tomasza Stańki w znanym wszystkim składzie: Tomasz Stańko (trąbka), Marcin Wasilewski (fortepian), Sławomir Kurkiewicz (kontrabas), Michał Miśkiewicz (perkusja) z gościnnym udziałem włoskiego saksofonisty Gianluigi Trovesi'ego (jego płytę In cerca di cibo omawiałam na łamach tego bloga niedawno). Nagranie nie do dostania, bo nie wyszło z tego, co wiem na żadnej płycie, a jest zapisem koncertu, który miał miejsce na odbywającym sie w Parmie festiwalu Jazz Frontiere, 7 grudnia 2003 roku. Materiał został wyemitowany w raiu RAI Tre 13 kwietnia roku następnego. W lepszych czasach dla jazzu zaraz byłby wydany na płycie, w obecnych, i tak nie najgorszyh Tomasz Stańko wydaje jedną płytę na 2 lata. Marketing, marketing i jeszcze raz marketing... Ale dla nas, jazzowej publiki z najwyższej półki (bo tak się skromnie powinnismy oceniać ;-) jest to strata niepowetowana.

Na zdjęciu poniżej Tomasz Stańko:

I jeszcze zdjęcie Gianluigi Trovesiego:


Zwłaszcza, że z polskiego punktu słyszenia materiał ten jest niezmiernie wprost ciekawy. Rzućcie okiem sami, co było grane:

1. Litania
2. Svantetic
3. Ballada
4. Sleep, safe and warm
5. Night-time, daytime requiem
6. Ballad for Bernt

Same największe komedowskie covery. Najlepszy (ok, rzecz gustu, ale jednak) polski kwartet jazzowy i Gianluigi Trovesi, wspaniały włoski saks, o bardzo jednak indywidualnym brzmieniu, o bardzo specyficznej wrażliwosci muzycznej. Doprawdy arcyintrygująca konfiguracja, na którą trudno nie czekać niecierpliwie, wprost czuję gęsią skórkę wkładając płytę do mojego odtwarzacza (skąd mam płytę? Zapis koncertu ściagnąłem z internetu. Ktoś nagrał z radia i zamieścił na swojej stronie. Jak się pojawi w sklepach na pewno kupię).

Poniżej fantastyczna uptempowa wersja komedowskiej kołysanki z filmu Romana Polańskiego (wypuście go wreszcie!!!) Rosemary's Baby:

 

17:09, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...