Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
wtorek, 15 grudnia 2009

Kiedy sięgałem po tę płytę moje ręce drżały jakby rozbierał piekną, seksowną kochankę. Już samo spojrzenie na skład sprawiło, że nie mogłem opanować podniecenia, zresztą sami spójrzcie: Mal Waldron na fortepianie, Eric Dolphy na saksofonie altowym i klarnecie, Booker Erwin na saksofonie tenorowym, Ron Carter na wiolonczeli, Joe Benjamin na kontrabasie i Charles Esip na perkusji. Nagrane w roku 1961 dla legendarnej wytwórni Prestige.

Znajdujące się w dołączonej do albumu książeczce notes Nata Hentoffa informują nas dokładnie jaka była idea stojąca za nagraniem znajdujących się na płycie utworów. Pierwszy na płycie Status Seeking opisuje szarpaninę w jaką się wdajemy na co dzień, aby osiagnąć tak zwane coś w tym życiu. Przy czym według Waldrona oprócz muzyków (czy szerzej ludzi w ogóle) nastawionych materialistycznie zdarzają się też tacy, jak na przykład John Coltrane, ktorych celem jest jak najpełniejsze ujawnienie swojego potencjału. To materialistyczne życie jest pełne pośpiechu, bezrefleksyjne i przebiega w schemacie napięcie i krótkotrwałe odprężenie, ta pętla powtarza się bez końca jak taniec w zaklętym kręgu.

Duquility to neologizm stworzony od słów Duke (Ellington) i tranquility. Mal przyznaje się do dużego wpływu jaki wywarła na niego muzyka Ellingtona (inne ważne dla niego żródła inspiracji to Thelonius Monk i Charles Mingus), a zwłaszcza jej pogodny i zrelaksowany charakter. Nie przypadkiem też utwór ten następuje po rozbieganym i pełnym chaosu poprzednim utworze.

Thirteen to perełka awangardowej kompozycji, gdzie Mal i pozostali muzycy bawiąc sie strukturą utworu przekształcają melodię w podkład rytmiczny, a następnie w typowo jazzowy sposób improwizują solo wariacje na temat pierwszych trzynastu nut utworu. Cała ta dość złożona zabawa nie ma jednak w sobie nic z cięzkiego akademizmu, a jest przesycona żywotnością i żywiołowością typowego jam session.

Tytuł czwartego utworu na płycie We Diddit łatwo wytłumaczyć, bo nawiązuje on do bardzo charakterystycznego motywu wystepujacego w tym utworze, dżwięku dwóch sąsiadujących ze sobą szesnatek wygrywanych agresywnie przez instrumenty dęte. I przypomina trochę słynne Two Bass Hit Milesa Davisa i Johna Coltrane'a.

Warm Canto to prawdziwy wamp, kiedy się go słucha na myśl przychodzą takie wielkie standardy jak Blue In Green, Chelsea Bridge czy Along Came Betty. Cichy, pełen słodyczy i nostalgii utwór z cudownym solo na klarnecie Ericka Dolphy'ego, którego po prostu nie sposób zapomnieć. Cudo!


W Warp And Woof  muzycy eksperymentują z dość niezwykłym tempem jakim jest 5/4. A w końcu następuje Fire Waltz, które miało zyskać status standardu, napisane przez Waldrona dla Dolphy'ego i rozsławione na słynnej płycie o takim też tytule nagranej z udziałem Waldrona przez Erica Dolph'ego i Bookera Little. Nieodżałowanych i wielkich muzków, którzy odeszli wkrótce, a którzy mogli osięgnąć status Milesa, Coltrane'a czy Morgana gdyby mieli szczęście żyć nieco dłużej. Mówiąc w skrócie, Fire Waltz to koniec, który wspaniale wieńczy to niezwykłe dzieło. Czapki z głów także przed Natem Hentoffem, wielkim jazzowym erudytą, piszącym dla Wall Street Journal i Washington Post, postaci wybitnej także na innych niż jazzowe polach. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz przyjdzie się nam spotkać z nimi wszystkimi, w ktorejś z moich kolejnych notek.


19:32, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 grudnia 2009

Pop, który w niczym nie ustępuje, a nawet przewyższa niezliczone produkcje jazzowe, dlatego stawiam go na piedestale i ubóstwiam. Kto by zreszta nie chiał się modlić do takiej boginii jak Roisin Murphy?

A ponieważ doświadczenie uczy, że kiedy modłom towarzyszą śpiewy, raźniej na sercu robi się nam maluczkim, to podkładam ściężkę dźwiękową stanowiącą fragment z wymienionej wyżej płyty. Dodatkowym smaczkiem jest kozacki taniec towarzyszący tej muzyce w wykonaniu dzieciaków z pewnej brytyjskiej szkoły. Wow!!!


 

12:03, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 grudnia 2009

Płyta wydana w roku 1994, a w 2004 przypomniana i bardzo slusznie, w reedycji przez znane wydawnictwo Winter&Winter. Na płycie pojawia się Marc Johnson grający na basie oraz Ben Monder grający na gitarach i Arto Tuncboyaciyan grający na perkusji (użyczający także głosu do licznych na płycie wokaliz w stylu wczesnego Patha Metheney'ego). Na płycie grany jest całkowicie oryginalny program pióra wszystkich trzech pojawiających się na płycie muzyków. Marc Johnson jest doskonałym muzykiem, wystarczy tylko powiedzieć, że był ostatnim basistą w słynnym trio Billa Evasa, a także grał w niemniej słynnym kwartecie Bass Desires z gitarzystami Billem Frisellem i Johnem Scoufieldem, oraz perkusistą Peterem Erskinem. Potem też nie zwalniał tempa i współpracował z tej klasy muzykami co Enrico Pieramunzi i Joey Baron, by wymienić tylko tych dwóch bardzo znanych spomiędzy wielu innych, też wybitnych.

Twórczość Marca Johnsona podoba mi się, bo z miłością wraca on do drogiego mojemu sercu okresu, gdy na scenach jazzowych królowało fusion. A łączy to z pełnym poetyckości i ciszy brzmieniem, które nie przypadkiem zaprowadziło go w końcu do wytwórni Manfreda Eichnera. Doskonałym tego przykładem jest właśnie utwór tytułowy z tej płyty czyli "Right Brain Patrol". Pobrzmiewają w nim w pełnej harmonii dwie piękne, choć odległe od siebie epoki: milesowski fusion i ecmowski postbop. Do tego wszystkiego należy dodać nieprawdopodobnie wysoki poziom realizacji nagrania. Muzyka wręcz niebiańsko wybrzmiewa z głośników Tannoy Merkury M3, a podejrzewam, że będzie brzmiała podobnie na każdym dobrej jakości sprzęcie. Zdumiewa mnie i smuci, że płyta ta jest w sumie tak mało znana i doceniana. Bez względu na to należy do jednych z najbliższych memu sercu.

To nagranie z swerwisu You Tube daje niestety tylko odległe pojęcie jak wspaniale brzmi muzyka na płycie:

 

 

 


10:10, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 grudnia 2009

Czas na zawarcie bliższej znajomości z tymi dwoma muzykami, legendami jazzowej i w ogóle muzycznej awangardy. Dzieci jeszcze w szkole, a żona w pracy, psa zostawiłem u matki, mogę więc śmiało włożyć tę płytę do odtwarzacza pewien, że nikt przez to nie wyskoczy przez okno albo nie zacznie wyć do księżyca. Takie niestety są bolączki każdego wielbiciela free jazzu. Nikt z reguły nie podziela jego perwersyjnych gustów muzycznych. Nigdy nie puści swojej ukochanej muzyki na randce, wieczorem, przy zapalonych świecach. Ale cóż, miłość nie wybiera, kto się zakochał we free jazzie, ten wiecznie bedzie wracał do tej szalonej muzyki, jak Żyd Tułacz albo Latający Holender.

Wypada zacząć od płci żeńskiej czyli Marylin Crispell. Jej wspaniale napisany biogram pióra Pawła Baranowskiego mogą Państwo znaleźć na nieocenionym Diapazonie. Krótko mówiąc Marylin Crispell już od samego początku kariery gustowała w jazzie awangardowym, o czym świadczy nawiązana w roku 1978 współpraca z legendą free jazzu, Anthony Braxtonem. Od tamtej pory współpracuje w róznych składach z muzykami zakochanymi w jazzie eksperymentalnym (m.in. Gerrym Hemingwayem, Regie Workmanem czy Barry Guyem), gdzie pojawia sie nie tylko jako doskonała pianistka, ale i kompozytorka. Od połowy lat osiemdziesiatych Crispell nagrywa także dzieła kompozytorów współczesnej muzyki tzw. poważnej, m.in. Johna Cage'a, Manfreda Niehausa, Anthony Davisa i wielu innych.

Saksofonista altowy Tim Berne pochodzi z tego samego co Marylin Crispell pokolenia (przełom lat 40-tych i 50-tych ubiegłego stulecia) i tak jak w jej przypadku, jego muzyczny gust wykształcił  się i dojrzał przy okazji współpracy z Anthony Braxtonem, a także Juliusem Hemphillem. Tim Berne to prawdziwy gigant amerykańskiej sceny free jazzowej. Lista projektów, które zapoczątkowal i muzyków, których udało mu się skłonić do współpracy w tej trudnej przecież w odbiorze, nie skomercalizowanej dziedzinie jazzu jest doprawdy imponująca. Wymienić wystarczy takie nazwiska jak: Paul Motian, Bill Frisell, Joey Baron, John Zorn czy Herb Robertson, którego dokonania niedawno omawiałem w notce poświęconej płycie "Shades Of Bud Powell".

Ale nie myślcie sobie, że życie muzyka grającego free jazz jest usłane różami. Nikt mu nie daje jak Dodzie za darmo Porsche do pojeżdżenia. Dionizy Piątkowski w swym biogramie wspomina, że w trakcie swojej kariery Berne przeżywał tak ciężkie chwile, że musiał się między innymi zatrudniać po prostu jako sprzedawca w nowojorskim oddziale Tower Records. Wytrwał i wdzięczni mu dzisiaj jesteśmy za to, bo dzięki temu tworzy muzykę, której spontaniczności, bezkompromisowości i nowatorstwa nie da się porównać z niczym innym.

A jak brzmią przedstawieni powyżej muzycy na omawianej właśnie, wydanej w 1992 roku, płycie? Fortepian Crispell klasycznie, a saksofon Berna jazzowo, nawet chwilami swingująco, co summa summarum wytwarza mieszankę wrecz niebiańską dla takich miłosników jazzu, ktorzy jak ja mają klasyczną proweniencję. Utwory na płycie to całkowicie nowe kompozycje autorstwa obu artystów. Muzyka ma mnóstwo przestrzeni, klarowności i tego wewnętrzengo zdziwienia, które jest charakterystyczne dla współczesnej awangardy w najlepszym wydaniu. Mocna propozycja dla każdego miłośnika muzyki awangardowej i free jazzowej!


18:46, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 grudnia 2009

Tym razem chciałbym zaproponować czytelnikom mojego bloga zapoznanie się z muzyką na płycie "Like That" (wydanej w 1997 roku) gitarzysty jazzowego Jimmy'ego Bruno. Proponuję tę płytę także i z tego powodu, ze specjalnym na niej gościem jest Joey DeFrancesco, młody wirtuoz gry na nieco zapomnianym już instrumencie, jakim są organy Hammonda. Ale po kolei... Zacznijmy od samego Jimmy Bruno, o którym ktoś powiedział, że jest najwiekszym nieznanym gitarzystą jazzowym. I rzeczywiście na tej płycie znajdziemy wystarczające powody, by postawić go w jednym szeregu z największymi gitarzystami naszych czasów.

Jimmy urodził się w roku 1953 w znanej z najlepszych jazzowych tradycji Filadelfii, ale na ścieżkę solowej kariery wkroczył nie wcześniej niż dopiero na początku lat 90-tych, wcześniej grał jako muzyk sesyjny i sideman we wszystkich możliwych gatunkach muzycznych. Jego debiut solowy to wydany w 1992 roku Sleight Of Hand, którym od razu określił swoją jazzową orientację i pokazał, że jest gitarzystą, z którym trzeba będzie się liczyć na jazzowym podwórku. Brzmienie gitary Bruno przypomina mi najbardziej Johnny'ego Smitha, a przede wszystkim wspaniałego Jima Halla. Jest eleganckie, stonowane, jedwabiste, nie ma w nim za grosz Methenowskiej emfazy czy Townerowskiej aseptyczności. To prawdziwie jazzowy grojek, który najlepiej brzmi grając z innymi muzykami i to im lepsi Ci muzycy, tym wybitniejsza pojawia się muzyka, nie ma w nim nic z primadonny czy gwiazdy. Z kolei obecność Joeya DeFrancesco na tej płycie jest dla mnie istotna ze względu na zainteresowanie organami Hammonda, któremu dałem wyraz w notce sprzed kilku tygodni (płyta Back At The Schicken Shack Jimmy'ego Smitha) i w której obiecałem też sobie zaprezentować któregoś z młodych, bardzo zdolnych muzyków grających na tym instrumencie. Ponadto w dwóch utworach na płycie Joey pojawia się grając na trąbce (i to całkiem nieźle). Poniżej zdjęcie Joeya DeFrancesco grającego na kultowym Hammndzie model B3 (źródło: wikipedia):



Na płycie znajduje się sześć orginałów Jimmy'ego Bruno i na okrasę kilka dobrze znanych standardów. Możliwości techniczne muzyków grających na tej płycie są wprost nieogarnione. Wystarczy posłuchać na przykład utworu zatytułowanego Pat's House (na cześć wspaniałego gitarzysty Pata Martino), w którym stosunkowo prosta melodia zostaje dziesiątki razy przetworzona przez gitarę Bruno i hammonda Defrancesco w dzikim, pełnym pasji dialogu między solistami jakby żywcem wziętym z czasów birdowskich i pojedynków jazzmanów a la Kansas City. A potem jakby dla kontrastu pojawia się Night Dreamer cudownie stonowana, monochromatyczna ballada, w której nie ma nic z bójki między instrumentalistami, a raczej wzajemne obejmowanie się i przytulanie jakby oczarowanych sobą kochanków. Cóż za fantastyczna plastyczność, elastyczność i wrazliwość cechuje muzykę graną przez tych dżentelmenów! Dzielnie akompaniuje im na perskusji Steve Holloway i Craig Thomas na akustycznym i elektrycznym basie (który jest dodatkowo kompozytorem jednego z utworów na płycie). Dość słów! Dajmy przemówić muzyce, trzeci utwór na płycie Waltz For Nancy:







08:58, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 grudnia 2009

Bela Fleck to urodzony w 1958 roku w Nowym Jorku amerykański wirtuoz gry na banjo. Banjo to rodzaj gitary, której pudło rezenansowe wykonane jest jednak nie z drewna, a przypomina znany nam ze szkolnych lekcji muzyki tamburyn. Dżwiek banjo jest znany wszystkim miłośnikom westernów, bo banjo jest kluczowym elementem muzycznej tożamości Południa Stanów Zjednoczonych Ameryku Północnej, na równi z gitarą bluesową, skrzypcami ludowymi ("fiddle") czy ustną harmonijką. Stamtąd brzmienie banjo trafiło do muzyki country, bluesa, a w końcu oczywiście i do jazzu.

Z oficjalnej biografii Beli Flecka dowiadujemy się, że grą na tym instrumencie Bela zajał się w wieku lat 15. Już na studiach ciągnęło go do jazzu i eksperymentował z graniem bebopowych coverów w adaptacji na swój instrument. Pierwszy solowy album nagrał w roku 1980, gdzie obok muzyki country w jej ortodoksyjnej odmianie zwanej blue grass, zmieścił także standard Chicka Corei "Spain". W 1989 założył grupę The Fleckstones i stopniowo, nagrywając kolejne płyty, stał się legendą muzyki country nagrywając osiagające fantastyczne nakłady płyty (głównie w USA) i siegając po Nagrody Grammy w latach 1995, 1996, 1998, 2000, 2001 i 2007. A nominacje do Nagrody Grammy zdobywa właściwie seryjnie każdego roku od roku 1986 począwszy (łacznie 27 nominacji).

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z muzyką Beli Flecka (stało się to pod wpływem utrzymanego w stylistyce blue grassowej albumu Nashville Billa Frisella), wydawało mi się, że będzie to przelotna znajomość. Dźwięk banjo wydawał mi się mieć ograniczone możliwości i byłem pewien, że tylko na chwilę zstępuję do pewnej niszy, z której co prędzej będę uciekał na szersze wody. Tymczasem Bela Fleck okazał się artystą o prawdziwie jazzowym podejściu do grania i zadziwił mnie swoją skłonnością do eksperymentowania, do poszerzania swoich muzycznych horyzontów w kierunku jazzu (za album "Hidden Land" otrzymał Nagrodę Grammy za najlepszą płytę jazzową roku!), muzyki etno (nagrywał ze świetnymi muzykami afrykańskimi, składając tym samym hołd afrykańskim korzeniom banjo) czy muzyki klasycznej (jego album Perpetual Motion zdobył w 2001 Nagrodę Grammy za Best Classical Crossover Album).

Podsumowując, nawet wziąwszy pod uwagę pewną łatwość zdobywania Nagród Grammy przez amerykańskich artystów, do tego w niszowych kategoriach, musimy uznać, że mamy do czynienia z muzykiem wybitnym, który pomimo jednokrotnej obecności na Warsaw Summer Jazz Days, wydaje sie w naszym kraju raczej niedoceniany i mało znany. Naprawiam więc to niedociągnięcie, przynajmniej w małej części, polecając polskim słuchaczom jego płytę "Outbound" z roku 2000. Pod wieloma bowiem względami jest idealna na początek przygody z Bela Fleckiem: stanowi bowiem wycieczkę Flecka i jego zespołu w bardziej popowe rejony, przy czym koniecznie trzeba podkreślić, ze artyści grający na płycie nie idą na ŻADNE kompromisy jeśli chodzi o jakość grania i oryginalność repertuaru. Sądzę jednak, że doskonałe popowe aranżacje znajdujacych się na płycie utworów sprawią, że niejeden miłośnik innych gatunków muzyki niż blue grass, country czy nawet jazz, z przyjemnością sięgnie po tę płytę by, zapewniam, mile się zaskoczyć.

Udało mi się znaleźć na YouTube ciekawy klip z koncertowym nagraniem utworu A Moment So Close z omawianej powyżej płyty. Dodatkowym smaczkiem na tym wykonaniu jest obecność mongolskiego artysty na na początku nagrania i jego śpiew w stylu khoomei, o którym pisałem kilka notek wcześniej przy okazji albumu Stepmother City tuwimki Sainkho Namtschylak.

09:53, trener66
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 grudnia 2009

Nazwa zespołu i tytuł albumu przywodzą na myśli skojarzenia z flimami sci-fi drugiej kategorii (moje ulubione!) z lat sześćdziesiątych tego strasznego i wspaniałego ubiegłego stulecia. Zapytajmy więc jakiego rodzaju nieziemskie stwory zamieszkują Planetę X? Brett Garsed gra na gitarze, na instrumentach klawiszowych Derek Sherinian, Virgil Donati na perkusji a Jimmy Johnson i Rufus Philpot na gitarach basowych (z wyjątkiem 5 i 9 ścieżki). Dodatkowo na płycie pojawia się słynny Alan Holdsworth (2 i 3 ściezka), jedyny znany mi muzyk na tej płycie.

Płyta została nagrana w 2007 roku, ma charakter studyjny, brzmienie jest rockowe, a właściwie precyzyjniej rzecz ujmując metalowe. Jak to brzmi dla mojego nieobeznanego z tym rodzajem muzyki ucha? Dość ciekawie. Na duży plus zapisuję muzykom doskonały warsztat, słychać, że są to doskonali rzemieślnicy, a nawet (jak w przypadku Holdswortha) mistrzowie gry na swych instrumentach. Bardzo mile zaskakują, rzadkie na płytach rockowych, częste zmiany tempa, które sprawiają, że o żadnym utworze znajdującym się na płycie nie można powiedzieć, że brzmi nudno i monotonnie.

Nie byłbym wszakże sobą, gdybym nie przypiął tej produkcji kilku łatek. Po pierwsze nie czuję, żebyśmy mieli tu do czynienia, jak chcą niektórzy recenzenci, z nagraniem łapiącym się do szeroko pojętej kategorii fusion jazzu. Na to, by zaliczyć to nagranie do fusion, muzyka jest zbyt przewidywalna, mechaniczna w brzmieniu, nieobecny jest całkowicie element improwizacji. To dlatego, gdy porównać to nagranie z recenzowanym przeze mnie kilka tygodniu temu albumem Jima Blacka "Alasnoaxis" (oba utrzymują sie w podobnej stylistyce pogranicza jazzu i rocka), to jest tak jakbyśmy porównywali codzienną jazdę PKSem do pracy z jazdą odkrytym kabrioletem z piękną dziewczyną w nieznane. Wiele jeszcze musi wody upłynąć w Odrze zanim muzycy rockowi zrozumieją i zaryzykują bardziej spontaniczne i nieprzewidywalne granie nad ciągle te same chwyty, przewidywalne do bólu schematy, które można usłyszeć na metalowo-rockowych płytach w co drugim nagraniu. Z drugiej strony płyta ta jest na pewno krokiem w tym kierunku. Czy metal doczeka się swojego Milesa Davisa czy Johna Coltrane'a, który katapultuje tę muzykę w nieśmiertelność? A może to już stało, tylko ja tego nie wiem, biorąc pod uwagę moja nikłą znajomośc tego gatunku? Jeśli sądzisz, ze znasz takie nagrania proszę koniecznie wspomnij o nich w komentarzach do niniejszego postu.

Poniżej prezentuję nagranie z tej płyty, w którym muzycy oprócz dobrej muzyki uraczyli nas ciekawymi zmianami tempa, o ktorych wspominałem w notce:


17:24, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009

Sainkho Namtchylak pochodzi z Tuwy, która jest niewielką (jak na warunki rosyjskie, bo mówimy tu o kraju wielkości Polski, w którym wszakże mieszka nieco ponad 300,000 ludzi) republiką autonomiczną w azjatyckiej części Federacji Rosyjskiej przy granicy z Mongolią. Republikę zamieszkują głównie Tuwimcy i Rosjanie. Tuwimcy to koczownicy, hodują bydło, konie, wielbłądy, a nawet renifery (co jest dość niespotykane tak daleko na południe). To, co nas interesuje jeśli chodzi o ten dość niezwykły naród to fakt, że w tuwimskiej muzyce występują gardłowe śpiewy zwane xoomei.

Wikipedia podaje, że "ta technika wokalna pozwala na jednoczesne wydobywanie z gardła kilku niezależnych od siebie dźwięków, od niskich, przypominających dźwięk didgeridoo (styl kargyraa), aż po wysokie poświsty (styl sygyt), przywodzące na myśl japoński, buddyjski flet shakuhachi. Najwybitniejsi wykonawcy potrafią emitować nawet do 6 niezależnych dźwięków w różnych tonacjach. Inna nazwa tej techniki to "śpiew alikwotowy".

Słowa tego używa się zarówno na określenie jednego ze stylów tuwińskiego gardłowego śpiewu, jak i szerzej na wszystkie jego rodzaje. Muzyka ta zainspirowana jest życiem na stepach i słowa piosenek często opowiadają o koniach. Tuwiński śpiew zainspirował muzykę wielu innych kultur – w starożytności zaadaptowali go tybetańscy mnisi, zaś współcześnie robią to amerykańscy muzycy new age'owi." Z innych znanych mi wykonawców stosujacych xoomei polecić mogę Huun-Huur-Tu, a także Yat-Kha i Gennadija Czamzyryna zwanego Gendosem.

Posłuchajmy jak brzmi melanż neaw agu i mongolskich zaśpiewek:





09:31, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 listopada 2009

Groove Collective to założona roku 1990 formacja, która oferuje nam acid jazz o najwyższym możliwym stężeniu funky. Wszystko gra i buczy, mimo że zespół nie pochodzi z Kampuczy tylko z Nowego Jorku, a w jego skład wchodzi plejada wybitnych muzyków, z których wymienię na pierwszym miejscu włoskiego trębacza Fabio Morgerę, którego doskonałą płytę o tytule Slick miałem okazję omawiać w październiku. Poza Fabio w zespole grają: Richard Worth na flecie, Itaal Shur na klawiszach, Gengi Siraisi na bębnach, Jonathan Maron na basie, Bill Ware na wibrafonie, Jay Rodriguez na saksofone, Josh Rouseman na puzonie, Chris Theberge na perkusji oraz DJ Smash obsługujacy konsole oraz Nappy G  odpowiedzialny za rapping.

Jaka jest muzyka grana na tej wydanej w 2001 roku płycie? Wielbiciele mainstreamowego jazzu odrzucą ją być może ze wzgardą jako płytką, pospolitą i komercyjną. I rzeczywiście mnie także wydaje się, że Groove Collective to formacja stworzona głównie z myślą o tym, żeby muzycy mieli co do garnka włożyć i nie pomarli z głodu. Faktem jest jednak, że dzięki takiemu charakterowi płyta jest bardzo taneczna, spodoba się także żonom i przyjaciółkom hardcorowych free jazzmanów (czy są jakieś kobiety, które same, z własnej nie przymuszonej woli słuchają muzyki granej przez Dona Cherry'ego, Alberta Aylera czy Artura Blythe'a?). Słuchając wiekszości kawałków na płycie, stopy same będą Wam wybijały rytm, łepek bedzie chodził w prawo i w lewo, mówiąc w skrócie ucieszy się Wasze taneczne ucho, choć to żadna jazzowa 5 Symfonia. Ale za to jest to kawał porządnego acid jazzu, za którego powołanie do życia dziekujęmy boskiemu Milesowi (patrz notka do płyty "Doo Bop Sound" Milesa Davisa recenzowanej kilka tygodni temu).

Oto jak gra ów kolektyw:



 

09:08, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 listopada 2009

Muzyka na tym albumie jest tak czarna jak tło na moim blogu. Jeśli czasem myślę za co kocham jazz, co burzy i mąci moją krew kiedy słucham tej muzyki, to właśnie za takie płyty i z powodu takich muzyków. Chociaż bowiem cenię różne gatunki jazzu, a nawet i okolice jazzu przynoszą mi nieraz zaskukujące i miłe odkrycia, to jednak mój największy entuzjazm budzi jazz czarny i dziki jak etiopska kawa. Piliście kiedyś etiopską kawę? Można zamówić filiżankę takiej kawy w jednej z rozsianych po Polsce kawiarń o nazwie "Pożegnanie z Afryką". Przyjrzyjmy się zatem co oferuje nam ta kawa?

Najlepsza etiopska kawa pochodzi z dziko rosnących krzewów, kawa z plantacji tylko udaje prawdziwą kawę rosnącą na niedostępnych etiopskich wyżynach. Najlepszą kawę uzyskuje się z dojrzałych, ciemnoczerwonych owoców, dlatego wytrawni zbieracze zrywają tylko dojrzałe ziarna. Nastepnie przez długi czas ziarna te suszone są na klepiskach domów lub na specjalnych platformach z drewna, zaś na noc przykrywa się je liśćmi bananowca. Pod wpływem słońca owoce czernieją i marszczą się. Po wyschnięciu miąższ owocu kawy jest kruchy i rozsypuje się pod lekkim naciskiem - to znak, że ziarna są wystarczająco suche. Wówczas kobiety wsypują je do stępy wydrążonej w drzewnym pniu i ostrożnie tłuką długim drągiem z nacięciem w środku. Jeśli ziarno jest za bardzo wysuszone, wówczas przy silniejszym uderzeniu można je łatwo rozłupać. Gdy zaś jest jeszcze wilgotne w środku, łatwo je rozgnieść na miazgę. Wysuszone i zmielone ziarna kobiety przesiewają na plecionych z trawy sitach, oddzielając plewy od miąższu. Tak przygotowaną kawę transportuje się w workach z koziej skóry, gdyż do dłuższych przewozów na mułach worki jutowe są nieprzydatne.

W Etiopii prawdziwą kawę należy przygotować samemu i zwykle jest to obowiązek kobiet. Istnieje wręcz cały rytuał jej przyrządzania. Zielone ziarna są po umyciu wysypywane na blachę i prażone do uzyskania ciemno-brązowego koloru. Po kilku minutach izba wypełnia się gorzkim aromatem. Jeszcze gorące wsypuje się je do małego moździerza i tłuczkiem ubija na proszek. Po takim zmieleniu kawę wsypuje się do specjalnego dzbanka i gotuje. Kiedy napój jest prawie gotowy gospodarz odmawia krótką modlitwę. W końcu ciemnobrązowy napój zostaje rozlany do malutkich czarek i dostajemy kawę tak aromatyczną jak tylko to możliwe (informacje na temat etiopskiej kawy zaczerpnąłem ze strony www.etiopia.pl).  

Jak widzicie wszystko robione jest ręcznie, kawa taka jest zrywana, przerabiana i przyrządzana w warunkac domowych, a nie na wielkich planatacjach czy w wielkich palarniach z jakich pochodzą pospolite Jacobsy, Maxwelle czy inne badziewia. Nie inaczej jest z muzyką Horace'a Tapscotta. Przeczytajcie zresztą fantastyczną notkę na temat tego muzyka autorstwa Dionizego Piatkowskiego umieszczoną na najlepszym polskim serwisie jazzowym Diapazon.pl. Czy muzyk ten nie jest jak dzika, etiopska kawa rosnąca na leżącej odłogiem, skalistej, położonej bliżej nieba niż ziemi afrykańskiej wyżynie? Zaznajamiając sie z tym muzykiem posłuchajcie w międzyczasie próbki jego niezwykle orginalnego stylu w zaprezentowanym poniżej nagraniu z płyty "The Call". Chociaż nagranie pochodzi z płyty o kilka lat pózniejszej sądzę, że daje dobre pojęciu o klasie tego jazzmana:


11:48, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 listopada 2009

Pan Bóg bawi się ze mną w kotka i myszkę. Nie tak dawno temu napisałem, że współczesny wokalista jazzowy to ktoś równie trudny do znalezienia jak uczciwy polityk w Nadwiślańskim Kraju i nagle okazało się, że muszę pełen wstydu napisać, że to jest jednak możliwe. A to za sprawą Jose Jamesa, którego płyta "The Dreamer" przypłynęła pewnej bezsennej nocy z Tannoyek M3 prosto do moich uszu jak homerowy śpiew syren, tak iż moja dusza jest już odmieniona, nie potrafię tego głosu zapomnieć i tęsknię kiedy znowu go usłyszę.

Kim jest Jose James? Ponieważ do tej pory nic o nim nie wiedziałem, zacząłem gorączkowo szukać informacji w internecie. Wśród recenzji wrzucanych na Amazon. com (stanowiących przeważnie dobre źródło informacji) znalazłem interesującą pióra Olukayode Balogun, która tak mi się spodobała, że poniżej podaję jej tłumaczenie (z niewielkimi skrótami):

"Mieszkający na Brooklinie, pół-Irlandczyk i pół-Panamczyk Jose James brzmi jak soulowa krzyżówka Gila Scotta Herona, Terry'ego Calliera i Kurta Ellinga. (...) Na płycie śpiewa jako członek kwartetu, w którym poza nim grają, Nori Ochiai na fortepianie, Alexi David na kontrabasie i Steve Lyman na perkusji - poza nimi w utworze "The Dreamer" pojawia się Luke Damrosh na perkusji, a w "Spirits Up Above" na fortepianie gra Junior Mance. Ponadto drobną zmianę w składzie jak i w brzmieniu odnotowujemy w utworze "Park Bench Poeple", gdzie Ryan Blum gra na instrumentach klawiszowych, a Gal Ben Haim na gitarze. Bluma słyszymy także w zamykającym album, inspirowanym drum&bassem, utworze o tytule "Love". Wreszcie na albumie pojawia się dźwięk trabki Omara Abdukarima, w piosence tytułowej.

Nie jest to najbardziej ekscytująca płyta jaką słyszałem w życiu (skala głosu Jamesa jest ograniczona), niemniej z pewnościa jest interesująca i to czego brakuje jeśli o chodzi o możliwości wokalne, James nadrabia z nawiązką tonacją i ciepłem swojego głosu. Nigdy wczesniej nie słyszałem o Jamesie (o ile pamiętam to mój znajomy zwrócił mi uwagę na niego - dzięki Joe!)  i z tego co się orientuję jest to pierwszy album tego artysty. Na tej płycie pokazał niewatpliwy talent do pisania ciekawych tekstów piosenek, nadto do produkcji i aranżacji, a szczególnie należy mu się szacunek za to, że poszedl bardziej jazzową ścieżką, a nie popową czy R&B, które prawdopodobnie szybciej przyniosłyby mu sławę i pieniądze. Najwyrażniej kocha i wierzy w to, co robi. Z optymizmem należy patrzeć na karierę tego artysty i z nadzieją na kolejne, planowane przez niego płyty. (...)".

A oto jeden z ciekawszych utworów z tej płyty :


10:36, trener66
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 listopada 2009

Jazz band, którego odkrycie jest dla mnie naprawdę wydarzeniem! A stało się to przy okazji niedawno redagowanej notki na temat płyty Milesa Davisa "Doo-Bop". Byłem ciekawy jacy artyści poszli śladem Milesa próbując łączyć estetykę hip-hopową i jazz. Hypnotic Jazz Ensamble robi to w sposób naprawdę wyjątkowo udany.

W 9-osobowej kapeli, w skład której wchodzą instrumenty dęte i perkusja, gra 8 synów znanego amerykańskiego jazzmana Kelana Phila Cohrane'a. Cohrane urodził się i mieszka w Chicago, grał w Sun Ra Orcehstra, był zaanagażowany w powstanie AACM czyli Association for the Advancement of Creative Music. Z tą założoną przez muzyków organizacją non-profit związane były najważniejsze postacie jazzowej awangardy lat sześćdziesiatych, w tym na przykład Anthony Braxton, Jack DeJohnette, Wadada Leo Smith i słynne Art Ensamble of Chicago Lestera  Bowie. Od tamtej pory na jazzowej mapie Ameryki Chicago jest kojarzone z free jazzem, działaniami awangardowymi, a także kultywowaniem tradycji jazzowych big bandów w takich na przykład grupach jak Lester Bowie's Brass Fantasy. Właśnie z tą ostatnią formacją nieodżałowanego i niezapomnianego Lestera Bowie najwięcej pod względem jazzowej prowieniencji łączy orkiestrę, której dokonania omawiamy w niniejszej notce.

Zespół zaczynał roku 2004 od grania po prostu na ulicach Chicago. Jednocześnie było to znaczącym przypomnieniem jazzowej publiczności jak skromnie w istocie, ludowe i prześne były początki jazzu (jak wielu wielkich zjawisk muzycznych w ogóle). Płyta "New York City Live" jest najświeższym nagraniem zespołu, pochodzi z roku 2009 i dokumentuje ten właśnie "uliczny" charakter muzyki Hypnotic Brass Ensamble. Spójrzcie na ten klip, by zapoznać się z atmosferą tej płyty:


W takim momentach jak ten pokazany na klipie człowiek żałuje, że nie jest nowojorczykiem. Chociaż z drugiej strony każdy jazzman po części musi nim być, nawet jeśli nigdy nie spędził ani jednej nocy w Wielkim Jabłku. Bo czymże byłby jazz bez Nowego Jorku?

Gęstość, innowacyjność i groove jaki ma ta muzyka wskazuje wyraźnie, że grupa ma już za sobą okres formowania i gra obecnie dojrzałą, przykuwającą uwagę, a jednocześnie miłą dla ucha muzykę. Z całego serca polecam każdemu kto ma dwoje uszu i wie co z nimi robić :-)

 


13:37, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 listopada 2009

Płyta z roku 1995, na której obok Johna Surmana,  pojawiają się: wokalistaka Karin Krog, gitarzysta Terje Rypdal i pianista Vigleik Storaas. Niedawno pisałem na tym blogu o płycie zatytułowanej Thimar nagranej przez Surmana z tunezyjczykiem Anouarem Brahemem. Tamta płyta tchnie słońcem i Saharą, a tu przeskok do w 3/4 skandynawskiego składu i muzyki zimnej jak morze i lód w norweskich fiordach. Co wybieram?

Zawsze lubiłem ciepło i słońce :-) A tak na poważnie, to mimo że przynajmniej Surman i Rypdal to ekstraklasa światowego jazzu płyta jest dla mnie ZBYT skandynawska. Słuchając tej muzyki czuję się jak mały Kaj, którego przytulała Królowa Śniegu, a serce chłopca w wyniku tych uścisków stopniowo zmieniało się w kawał lodu. Żegnaj więc Nordycki Kwartecie, niech Cię słuchają białe niedźwiedzie, pingwiny i foki. Moje serce jest czarne i gorące jak wnętrze Afryki. Tam wracam.

Poniżej film z jednym z piękniejszych utworów z tej płyty. "Offshore Piper":


20:54, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009

Kolejne nagrania z przezacnej serii Biblioteki Polityki. Tym razem prezentuje się nam Jimmy Smith na organach Hammonda. Mówiąc w największym skrócie: Jimmy Smith jest tym dla ogranów Hammonda w jazzie czym Bud Powell dlla fortepianu, Charlie Parker dla saksofonu a Fats Navarro dla trąbki. Jednym słowem klasyk. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć o Jimmym jak i o płycie umożliwiają Wam to profesjonalnie i z pasją napisane linear notes do płyty autorstwa Pawła Brodowskiego. Cóż zatem mnie, sierotce, pozostanie do napisania przy tej okazji? Ano napisze wobec tego słów kilka o samym instrumencie czyli o Hammonda organach.

Wynalazł je w latach trzydziestych ubiegłego stulecia amerykański zegarmistrz Laurens Hammond. W epoce przedelektronicznej organy miały dość duże gabaryty i składały się z dwóch skrzynek wygladających tak oto (zdjęcie z wikipedii):

Ciężko było to nosić, kosztowało to kupę kasy i żarło mnóstwo prądu. Dodatkowo wynalazca zazdrośnie strzegł swojego wynalazku, który jego zdaniem miał służyć Bogu i grać w kościołach. A tu jak na złość przywłaszczyły go sobie diabły wcielone (narkomani, pijacy, dziwkarze w przeważającej częsci :-))) czyli jazzmani i nastąpiła eksplozja zainteresowania instrumentem tak jak wcześniej zdarzyło się z fortepianem, pianinem i klawikordem przed dziesiątkami i setkami lat, tylko że w Europie.

Hammondy przypominały trochę dinozaury, były duże i ciężkie, zatem...wymarły jak one. W latach siedemdziesiątych XX wieku, w ramach wielkiego postępu elektroniki, zaczęły sie pojawiać niezliczone nowe instrumenty klawiszowe (Rolandy, Korgi itp.). Skutecznie wyparły one drogie i brzmiące ciągle tak samo hammondy. Najgorsze, że także muzycy w poszukiwaniu nowych brzmień odwrócili się od zasłużonego dla jazzu, bluesa i rocka instrumentu. Nastała cisza zapomnienia, w której organy hammonda czekały na swojego Spielberga...

W końcu pojawili sie tacy muzycy jak Larry Goldings (rozcznik 1968) czy Joey DeFrancesco (urodzony w 1971), którzy tchnęli w stare hammondy nowe życie. Może los pozwoli i spotkamy się z nimi, w którejś z kolejnych moich notek :-)

PS. Poniżej próbka możliwości Johnny Smitha i jego instrumentu ;-)



15:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 listopada 2009

Dzisiaj trochę mniej jazzowo, chociaż pozostajemy w obrębie "czarnej" muzyki, o smaku powiedzmy cafe au lait w moim ulubionym Cofee Heaven w Blue City. Na moje ucho jest to R&B z silną składową soulu, muzyka równie dobrze pasuje do jajecznicy rano jak i do drinka wieczorem. O artyście i piosence się nie będę rozpisywał, brzmi to zacnie, kołysze i buja, buja i kołysze, piosenka jest o miłości, co się dobrze kończy przypadkowym seksem bez zobowiązań, a ponieważ oto w tym wszystkim chodzi słucham tego z przyjemnością nie zapominając o kawie. Au lait.

 

PS. Za znajomość z D'Angelo dziękuję autorowi niniejszego bloga http://andrzejcala.blox.pl/html . Polecam wszystkim!


20:08, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...