Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
czwartek, 12 listopada 2009

Tym razem nie sięgnąłem po nowy nabytek, ale wracam do płyty dobrze mi znanej, ba, ukochanej przeze mnie.  Moja opinia nie jest zresztą odosobniona, album dostał w 2005 roku Nagrodę Grammy za najlepszy album jazzowy roku. Co stanowi o wyjątkowości tego nagrania? Zanim przekażę swoją opinię zapraszam Was do posłuchania jednego z utworów o tytule "1968":

Bill Frisell. Co jest największym osiągnięciem w jazzie? Słyszeliście kiedyś trąbkę Milesa Davisa, saksofon Johna Coltrane'a, fortepian Billa Evansa czy Theloniusa Monka? Nie potrzebowaliście WIEDZIEĆ kto gra, SŁYSZELIŚCIE, że to oni, bo ich styl grania jest na tyle specyficzny, niepowtarzalny i osobisty, że nie sposób go pomylić z innym. To samo powiemy o stylu Mozarta, Beethovena, Chopina i Mahlera. To coś jest nieuchwytne, ciężko to nazwać, wypowiedzieć czym jest, ale słyszymy to wyraźnie, czujemy to. Szczególnie ciężko, ze względu na konstrukcję instrumentu, osiagnąć taki efekt grając na gitarze. Ile osób gra na gitarze? Miliony. A o ilu można powiedzieć powyższe? O niewielu, muszę się ratować postaciami spoza jazzu, Jimmi Hendrix, Mark Knopfler, kto jeszcze "chodzi" w tej kategorii?

Co? Acha. Że niby zapomniałem o Pacie Methenym. Nie, nie zapomniałem. Trzymałem go w rękawie dokładnie na ten moment. Bez wątpienia pod wieloma względami obu tych muzyków można porównywać. Podobnie jak Frisell Metheny wypracował własne, unikalne brzmienie, ale Methenemu w przeciwieństwie do Frisell z dużą trudnością, rzadko i z wątpliwym skutkim przychodzi zagranie czegokolwiek w stylu innym niż ten, do którego przyzwyczaił nas 20 lat temu. Tymczasem Frisell jest włóczegą w milesowskim stylu i inspiruje pojawiając się na nagraniach w tak różnych gatunkach muzycznych jak pop, rock, country i awangardowy free jazz.

Ponieważ chcę tę notkę ograniczyć do jakiejś przyzwoitej długości dodam tylko jedną ciekawostkę dotyczacą tego nagrania i gorącą zachętę do wysłuchania tej płyty. Skład grający na płycie jest dość liczny, ale ja chciałbym zwrócić uwagę na dwóch muzyków: Tony Scherra grającego na basie i Kenny Wollensena - na perkusji. Lista muzyków, z ktorymi Scherr grał jako sideman jest aimponująca: Al Di Meola, John Lurie, Steven Bernstein, John Scofield, Norah Jones i wielu, wielu innych. W 2002 (Come Around) i 2008 (Twist In The Wind) wydał pierwsze solowe płyty, których odsłuch mógłby nam wiele powiedzieć na temat przyszości tego obiecującego muzyka. Z kolei Kenny Wollensen, perkusista i bębniarz, nagrywał z takim postaciami jak Tom Waits, David Byrne, Norah Jones czy John Zorn. Obaj muzycy pojawili się także na innym nagraniu omawianym przeze mnie niedawno na tym blogu, mianowicie na płycie Solid Sender formacji Sexmob. Trudno o dwie bardziej różne płyty pod względem stylistyki, chociaż przecież obie należą do muzyki jazzowej. Żeby jednak nie zabrakło w recencji małego prztyczka, wyznam, że praca gitary basowej i perskusji jakoś specjalnie nie zachwyciła mnie na tej płycie. Ciągle czekam na płytę, na której usłyszę w pełni zrealizowany potencjał tych dwóch niesamowicie uzdolnionych muzyków.




17:29, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 listopada 2009

Cyfrowa reedycja nagranego w 1956 roku dla Blue Note Records albumu niemieckiej pianistki Jutty Hipp z udziałem wielkiego saksofonisty amerykańskiego Zoota Simsa. Skład uzupełniają inni dobrzy muzycy: Jerry Lloyd on trąbce (w owym czasie z braku lepszego zajęcia jeżdżący na taksówce), Ahmed Abdul-Malik on basie i Ed Thigpen perkusji. Posłuchajcie utworu "Violets For Your Furs" z tej właśnie płyty:

Historia Jutty Hipp, młodej wówczas pianistki, uciekinierki z Niemiec Wschodnich, to materiał na dłuższą opowieść, na którą jeszcze dla mnie jest za wcześnie. "Królowa jazzu z Niemiec" to bowiem jedna z nielicznych jeśli nie jedyna pianistka jazzowa, która w tamtych czasach odniosła sukces artystyczny i komercyjny. Stała się bowiem pierwszą kobietą, a zarazem pierwszym muzykiem jazzowym z Europy zakontraktowanym przez słynną wytwórnię Blue Note Records. Nota bene sprowadził ją do Stanów i polecił w Blue Note Leonard Feather, drugi współautor amerykańskiej Encykopedii Jazzowej, o której wspominałem w poprzednim poście. Oto jak wyglądała w tym czasie; zdjęcia z sesji nagraniowej z Zootem Simsem:

Niestety jej kariera po świetnym początku nie rozwinęła się tak jak mogła tego oczekiwać. Wkrótce po 1956 roku boom na jazz zaczął mijać, zamykano mnóstwo małych klubów jazzowych, a wielu muzyków stanęło przed problemem braku podstawowych środków do życia. Trudno w to uwierzyć, ale Jutta była zmuszona zarabiać na życie jako szwaczka. Po jakimś czasie rzuciła fortepian na zawsze (sic!!!), ale w końcu udało sie jej nadać trochę lepszy kierunek swojemu życiu, zajęła się malowaniem i rysowaniem, w czym znów osiągnęła pewne sukcesy. Postać fascynująca, do której obiecuję sobie jeszcze kiedyś powrócić...

16:53, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 listopada 2009

Poza Malem Waldronem na fortepianie, na płycie pojawia się saksofon altowy Steve'a Colemana (na Judy i Soul Eyes), Andrew Cyrille na perkusji, Joe Henderson na saksofonie tenorowym (w Git Go), Reggie Workman na basie oraz wokaliści Jeanne Lee (Soul Eyes, Fire Waltz, No More Tears) i Abbey Lincoln (Straight Ahead, God Bless The Child). Płyta nagrana dla BMG w roku 1997 w Belgii, w Brukseli.

W Europie Waldron mieszka na stałe już od 1965 roku, ale ta płyta, nagrana z wybitnymi amerykańskimi muzykami jazzowymi, jest niczym innym jak hołdem dla pełnego wydarzeń, nowojorskiego etapu kariery Waldrona. To wtedy Mal, jako pianista wytwórni Prestige, uczestniczył w niezliczonych sesjach z najwybitniejszymi muzykami jazzu lat piędziesiatych i ujawnił swój nietuzinkowy talent kompozytorski. To spod jego pióra wyszły takie piosenki jak Fire Waltz napisany dla Erica Doplhy'ego, Left Alone dla Billie Holiday, Straight Ahead dla Abbey Lincoln czy wreszcie słynny Soul Eyes, który John Coltrane wykonywał w taki oto sposób:

A co znajdujemy na tej konkretnie płycie? Pierwszy utwór Portrait of Bud Powell jest hołdem złożonym twórcy, który nadał bopowe brzmienie jazzowemu fortepianowi, zresztą na spółkę z Theloniusem Monkiem, którego duch w tym nagraniu jest równie słyszalny. Potem słyszymy dwie piękne piosenki, w tym słynną Soul Eyes zaspiewaną przez Jeanne Lee, którą Mal przypomina nam jak wiele znaczyła dla niego współpraca z Billie Holliday. W czwartym na płycie Dakarze wracamy ponownie do bopu, a nawet hard bopu i możemy się delektować monkowskimi klimatami pełnymi dzikich zmian rytmu, niesptotykanych temp i dysonansów. I tak już będzie do końca: rzadko spotykany melanż tradycyjnej w brzmieniu wokalistyki jazzowej i ostrego, hardbopowego, monkowskiego jazzu instrumentalnego. Żadna płyta Mala Waldrona mnie dotąd nie rozczarowała i to nagranie nie jest wyjątkiem.

16:41, trener66
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 listopada 2009

I tak po kilku płytach Johna Taylora, który budziły mój niewielki entuzjazm, trafiłem wreszcie na tę, solową, która wznieciła mój niekłamany zachwyt. Ciary dosłownie chodziły mi po plecach podczas odsłuchów tej płyty. A przecież wybór właśnie solowego albumu wydaje sie najbardziej z punktu widzenia słuchacza ryzykowny. Niewielu muzyków, a tym bardziej jazzowych, jest w stanie udźwignąć ciężar całkowicie solowej płyty. Można nawet powiedzieć, że jest to do pewnego stopnia sprzeczne z duchem jazzu. Nigdy Miles Davis czy John Coltrane takiej płyty nie nagrali...

Bo też i gra solo to ukłon w stronę tradycji muzyki klasycznej. Muzyki europejskiej w swych korzeniach, której John Taylor czuje się częścią, słyszymy to wyraźnie. Frazowanie jazzowe jest na tej płycie delikatne jak haleczka młodej dziewczyny wiosną na łące pełnej stokrotek i róż. I to jest najsilniejsza strona tej płyty, dla której jazz jest inspiracją, ale nigdy ciężarem. Muzyka, której nie sposób sobie odmówić zwłaszcza w długie jesienne i zimowe wieczory, gdy już zdejmiemy kożuch, rękawice i wełniany szalik, a światło z płonącego kominka zaiskrzy w szklaneczce whisky, którą warto się uraczyć słuchajac płyty tego genialnego Szkota.

Brzmienie jakiego możecie spodziewać się na płycie obecne jest na klipie, który zamieszczam poniżej (piosenka pochodzi z płyty "Whirlpool"):

19:58, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 listopada 2009

Na tej nagranej w 2004 roku w Nowym Jorku płycie obok Kenney Wheelera grającego na flugellhornie (polska nazwa to chyba skrzydłówka?), pojawia się doskonały amerykański saksofonista tenorowy młodego pokolenia Chris Potter oraz dwóch brytyjskich weteranów (którzy niczym dobre wino grają tym lepiej im są starsi) John Taylor na fortepianie i Dave Holland na kontrabasie.

W bardzo ciekawych linear notes autorstwa słynnego amerykańskiego dziennikarza jazzowego Iry Gitlera (jest współautorem amerykańskiego odpowiednika naszej polskiej Encyklopedii Jazzu Dionizego Piątkowskiego) znajdujemy mnóstwo ciekawych informacji o muzykach i samym nagraniu. Na przykład komentarz Wheelera do braku perkusisty w  zespole: "Dzięki temu na nagraniu pojawia się jakaś niezwykła przejrzystość, dynamika. Bez dźwięku perkusji, zaczynasz po prostu słyszeć".

Inna ciekawa wypowiedź to cytat z wypowiedzi Boba Brookmeyera na temat trąbki Wheelera: "Jego dżwięk jest pełen słodyczy i piękna, a ponieważ doskonałe piękno jest nieosiągalne, zatem jest też pełen smutku." Sformułowane z siłą aforyzmu. Naprawdę warto nie tylko posłuchać, ale i poczytać. Bo też i nie często autor linear notes jest także gościem na nagraniu płyty. Brawo dla wytwórni C.A.M. za ten pomysł i sugestia  dla naszych wydawców i muzyków jazzowych: pamiętajcie słowa Aleksandra Macedońskiego, który ubolował nad tym, że pozostanie nieznany jeśli nie znadzie się historyk równie wielki jak on sam, by przekazać potomnym jego czyny.

Ale do rzeczy, jaka jest muzyka na tej płycie? Piękna. Mamy szansę uchwycić naszym uchem brzmienie jednych z najlepszych grajacych muzyków jazzowych na tej planecie, którzy chociaż grają w tym skladzie po raz pierwszy, to stopień ich wzajemnego zrozumienia, empatia wydają się kompletne. Każdy kolejny odsłuch, jak w rosyjskiej matrioszce, odsłania nam nieznane wcześniej rozkosze czystego, przestrzennego i jasnego grania, które jakby nie koncentruje sie na dawaniu odpowiedzi, lecz na stawianiu pytań. Wyjatkowo dobrym posunięciem było zaangażowanie do nagrania Chrisa Pottera. Mam pewien dystans do tego nowego pokolenia jazzmanów amerykańskich (obok Chrisa Pottera należy do nich zaliczyć Joshuę Redmana, Christiana McBride'a czy Dave Douglasa). Mam wrażenie, że są tak silnie promowani przez wytwórnie płytowe, że nagrywają zbyt wiele płyt, które niczym specjalnym się nie wyrózniają. Choć są to fantastycznie utalentowani muzycy obawiam się czy nie powtórzy się casus Branforda Marsalisa, gdy zbyt duży hype marketingowey zaszkodził karierze wybitnie utalentowanego jazzmana (iinnym takim przykładem jest Artur Blythe). W przypadku tej płyty jednakże Christ Potter odnalazł sie znakomicie w grającym składzie, a jego muskularny, lecz liryczny tenor doskonale komponuje sie z delikatnym dźwiękiem trąbki Wheelera, jak niegdyś w innym wspaniałym duecie jaki przez czas jakiś tworzyli Miles Davis i John Coltrane.

Reasumując, w tytule albumu muzycy stawiaja pytanie "Co teraz?". Niewykluczone, że w tym przypadku znaki zapytania układają się jednocześnie w odpowiedź. Po prostu tak doskonale współpracujący skład powinien koniecznie kontynuować wspólne granie. Silnie rekomenduję tę płytę do wysłuchania i ewentualnego zakupienia. A poniżej próbla iście anielskiego brzmienia tego kwartetu w tytułowym utworze z płyty:



20:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 listopada 2009

Cóż, proszę o wpisy osób, które słyszały kiedyś o tych dwóch gitarzystach. A jednak można śmiało postawić tezę, że są to jedni z najwybitniejszych gitarzystów w historii jazzu i prawdziwi twórcy brzmienia jazzowej gitary. Z ich dokonań czerpali następcy, których nazwiska są nam o wiele lepiej znane: Jim Hall, Pat Metheny, Ralph Towner, John Abercrombie, Al Di Meola, Bill Frisell i wielu, wielu innych. Podłóżcie sobie na glebę miękką poduszkę, żeby nie zabolała Was szczęka...

22:33, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 listopada 2009

Ta płyta Patricii Barber jest jednym z nielicznym powodów, dla których taki miłośnik opery jak ja powinien jednak zrobić wyjątek i posłuchać wokalistki jazzowej (wokaliści jazzowi to jeszcze większy horror). Generalnie bowiem nie znoszę współczesnej wokalistyki jazzowej, a zwłaszcza tych przereklamowanych trzech nudziar to znaczy Norah Jones, Diany Krall i Cassandry Wilson. Wiem, o gustach się nie dyskutuje, dlatego ja nie gadam, tylko włączam kawałek w wykonaniu Patricii Barber, abyście i Wy mogli ocenić co skłoniło mnie to zmiany zdania w tym konkretnym przypadku...

13:02, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 listopada 2009

Wspaniała płyta free jazzowa! Ellery Eskelin, wybitny saksofonista tenorowy, lider zespołu, Andrea Parkins grająca na instrumentach klawiszowych i akordeonie (sic!) oraz Jim Black, genialny perkusista, o którym pisałem kilka notek wcześniej. Dodatkowo plyta została świetnie nagrana w szwajcarskim wydawnictwie hathOLOGY (wydana w roku 2007). Zaprezentowany poniżej bardzo krótki fragment koncertu jaki odbył w roku 1996 w legendarnym, bydgoskim klubie MÓZG jest reprezentatywny dla stylu tego super-trio.

Ponieważ wszystko się ze wszystkim łączy (efekt motyla!) warto w tym miejscu wspomnieć o zaplanowanym na koniec listopada (25-28 listopada) piątym MÓZG FESIWALU w Bydgoszczy. Oprócz wielu innych wydarzeń odbędą się tam koncerty jazzowe (z dużym naciskiem na awangardową stronę jazzu), a wszystkie informacje o tym wydarzeniu można uzyskać pod następującym linkiem:

http://www.festiwal.mozg.pl/

14:29, trener66
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 listopada 2009

Jedna z płyt, od której zaczęła się moja przygoda z jazzem. Przyniósł mi ją mój kolega ze studiów Piotrek i pamiętam jak słuchając jej, ciężko było nam utrzymać nogi i tułów w spokoju. Niesamowity swing bił z tego nagrania!

Mówiąc w największym skrócie mamy tu do czynienia z płytą wyjątkową z kilku względów. Po pierwsze jest to ostatnia płyta Milesa Davisa. Nagrania do niej zaczęły się w styczniu 1991 roku, a we wrześniu tego roku Miles niestety odszedł. Nie licząc różnych materiałów "odgrzewanych", ta płyta to ostatni zaplanawany projekt wielkiego mistrza jazzowej trąbki.

Po drugie pomysł tej płyty polegał na fuzji jazzu i hip hopu. Pomysł (no i wykonanie) okazał się tak nośny, że dał początek czy nowy, potężny impuls wielu muzykom przyczyniając się do stworzenia całych nowych kierunków w muzyce jak np. acid jazz.

Po trzecie płyta pozostaje w stanie niedokończonym. Plany Milesa były szersze niż materiał, który do chwili śmierci zdołał nagrać. Wiemy, że rozmawiał o współnym graniu m.in. z Princem. Do tego spotkania jednak już nie doszło. Edycją materiału i stworzeniem z niej płyty, którą można by sprzedać, zajął się biorący udział w nagraniu raper Easy Mo Bee. Aby zwiększyć ilość muzyki na płycie (i tak płyta trwa tylko ok. 40 minut) Mo Bee dodał dwa całkowicie swoje utwory, to jest "High Speed Chase" oraz "Fantasy", z wykorzystaniem jednak istniejących już nagrań trąbki Milesa. Repertuar na płycie uzupełnia druga wersja "Mystery". Jak widać droga do powstania albumu była raczej wyboista i można się było poważnie obawiać o efekt końcowy takich zabiegów.

Ostatecznie płyta odniosła wielki sukces. Recenzje krytyków były raczej powściągliwe, ale reakcja publiczności entuzjastyczna. Płyta wydana w roku 1992 sięgnęła po Nagrodę Grammy w roku następnym, jednak co charakterystyczne w kategorii Najlepszego Nagrania Instrumentalnego R&B. Czyli pominięto dyplomatycznie milczeniem jazzowy aspekt płyty i obecność na niej raperów.

Cóż, przyjdzie się nam chyba pogodzić z tym, że płyta ta jest genialna tyleż z powodu tego czym jest jak i tego czym mogłaby być gdyby nie przedwczesna śmierć Davisa. Posłuchajcie utworu o tytule Mystery z tejże płyty:

http://www.dailymotion.pl/video/x52wqc_mystery-miles-davis-1992_music

 

 

20:21, trener66
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 listopada 2009

Nagrania, które mam przyjemność teraz odsłuchać pochodzą z 1958 roku. W tym okresie Coltrane nagrał płyty, które stały się bardziej znane (Soultrane czy Blue Trane), ale właśnie ta płyta brzmi dla mnie wyjątkowo świeżo, bo jeszcze nie miałem okazji równie często jej odtwarzać jak tamtych. Co więcej te nagrania pochodzą z okresu przed zaangażowaniem się Coltrane'a w bardziej awangardową i freejazową estetykę. Chociaż bardzo doceniam płyty z tego następnego okresu to muszę powiedzieć, że gubi się w nich gdzieś tak charakterystyczna dla Coltrane poetyckość i romantyczność brzmienia (hołdem dla tego brzmienia jest choćby słynna komedowska "Ballad For Brent").

Rzut oka na skład, który przypomina galacticos Realu Madryt z najlepszych lat: John Coltrane (tenor saxophone); Wilbur Harden (trumpet, flugelhorn); Red Garland (piano); Paul Chambers (bass); Jimmy Cobb (drums). Im mniej słów tym lepiej, niech popłynie Twoja muzyka John. Na nagraniu tytułowa scieżka z tej płyty.

 

09:51, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 października 2009

Próbuję sobie przpomnieć nazwiska muzyków, z którymi kojarzy mi się jazz brytyjski: Dave Holland, John Surman, Kenny Wheeler (chociaż przypominam sobie, ze przecież urodził się i dorastał w Kanadzie) i John Taylor właśnie. Niby jazz brytyjski to wielka potęga, ale jakoś kojarzy mi się głównie z tymi czterema nazwiskami. Przy czym John Taylor jest mi z tych czterech muzyków znany najsłabiej, po prostu nie posiadałem do niedawna w ogóle nagrań tego muzyka. Z tym większą ciekawością powitałem w mojej kolekcji tę płytę.

Na początek garść informacji o tym kto gra? John Taylor  (fortepian), Kenny Wheeler (trąbka), Chris Pyne (puzon), Stan Sulzman (saksofon altowy), Chris Laurence (bas), Tony Levin (perkusja), John Surman (saksofon sopranowy), Norma Winstone (dała głos w ostatnim nagraniu). Po zapoznaniu się ze składem ucieszyłem się, bo okazało sie, że mam na tej płycie większość gwiazd brytyjskiego jazzu w jednym koszyku. A repertuar? Wszystkie pięć utworów obecnych na płycie to kompozycje Johna Taylora (ważny szczegół).

1 Pause
2 White Magic
3 And Think Again
4 Awakening / Eye to Eye
5 Interlude / Soft Winds

Naciskam przycisk "PLAY". Muzyka robrzmiewa w mieszkaniu na siódmym piętrze na warszawskim Mokotowie. Pies sąsiadki nie wyje, nikt nie wali w rury ani nie wzywa straży miejskiej, zatem mogę stwierdzić, że mimo pewnej charakterystycznej dla tamtej epoki dawki free jazzu na nagraniu (pamiętajmy, że płyta pochodzi z 1971 roku), nie jest to dawka śmiertelna dla uszu przeciętnego słuchacza, za jakiego uważam także i swoją skromną osobę . Szybko mijają 42 minuty i przyszła pora na to bym się podzielił tak zwanym pierwszym wrazeniem.

Przede wszystkim nagrania brzmią niezwykle nowocześnie, słychać od pierwszych taktów nadzwyczajną jakość wykonania, mamy płytą nagraną przez muzyków o najwyższych kwalifikacjach (tego mogliśmy spodziewać się po składzie) i będących w doskonałej formie. A sama muzyka? Na pewno nie rzuciła mnie na glebę od pierwszego odsłuchu, trochę akademicka, mało spontaniczna mimo przybieranej od czasu do czasu maski jazzu improwizowanego. Niemniej na tyle gęsta i intrygująca, że mam ochotę jeszcze do niej wrócić. Ale czy mnie przekona, rozpali, zauroczy? Jeszcze nie wiem.

Zgodnie z sugestią zawartą w tytule tego utworu i całej płyty zarazem rzeczywiście zrobiłem sobie PAUZĘ. W ciągu dwóch tygodni wysłuchałem płyty 2 razy, pozwoliłem jej dotrzeć do mnie, nie przynaglałem jej, dałem jej kredyt zaufania, niech przez ten czas robi ze mną co chce. I jak? I jak to często bywa z muzyką: zmieniłem zdanie :-)

Z czasem zaczęły do mnie docierać niuanse, płyta jest bardzo intelektualna, niełatwa w odbiorze, tylko że teraz wiem, że warto. Zwłaszcza fortepian Johna Taylora, tańczący jak baletnica gdzieś w tle, delikatny i wyszukany jak marcepanowa figurka na wystawie warszawskiego Wedla. Dziś wiem, że warto się na nią skusić, bo jej słodycz choć nieco skryta, jest po prostu niezrównana.

19:56, trener66
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009

Zasadniczo większość recenzji płyt jazzowych wygląda podobnie: tekst składa  się z informacji na temat muzyków uczestniczących w nagraniu. Liczą się tu daty, płyty, koncerty, festiwale czy znane kluby, w których dany muzyk sie pojawił. Następnie analizuje sie repertuar na płycie i odsiewa oryginały (tzn. utwory skomponowane specjalnie na daną płytę i grane na niej po raz pierwszy) od tzw. standardów (czyli utworów granych już wcześniej na innych płytach, nieraz kilkaset razy przez różnych muzyków), które znowu porównuje się z innymi wykonaniami, odszukanymi w domowej płytotece lub u przyjaciół.
Mówiąc w skrócie liczą się w recenzji jazzowej tak naprawdę dwa aspekty: kto z kim oraz co i jak. Choć dla nas, jazzmenów i jazzmanek, taki sposób opisywania rzeczywistości jest czymś oczywistym, zauważyłem, że budzi zdziwienie ludzi spoza jazzowego światka. Pytają oni słusznie poniekąd: a kogo obchodzi z kim nagrała ostatnią płytę Mandaryna albo kto napisał jej piosenki i czy ktoś wcześniej już je wykonywał?
Otóż tym co odróżnia muzykę od popowej rąbanki, luksusową kurtyzanę od dziewczyny z ulicy, Mouton Cadeta od Caberneta z Mołdawii jest tradycja. Pamiętacie zapewne z "Misia" co to jest tradycja: to coś ekstra itd.
W jazzie, tej najbardziej nowatorskiej dziedzinie muzyki, to przywiązanie do tradycji może dziwić, ale tylko na pierwszy rzut oka. Mandaryną może być każdy pod warunkiem, że utleni sobie włosy, powiększy usta i biust, ale już na przykład Ellą Fitzgerald nie - do tego potrzebny jest talent i olbrzymia praca, a ponadto wsparcie wielu równie utalentowanych ludzi, którzy pomogą ukształtować gust muzyczny. Stąd tak żywa w jazzie (gdzie indziej już prawie nieobecna) relacja mistrz-uczeń.
W tym kontekście warto wspomnieć pianistę Buda Powella, jednego z twórców bopu, gdzieś u źródeł tego najżywotniejszego nurtu w jazzie czyli na przełomie lat 40 i 50tych. Nie będę tu oczywiście pisał biografii Powella, znajdziecie ją choćby w bardzo dobrze zredagowanej informacji jaką znalazłem na Wikipedii. Dla mnie istotniejsze jest pytanie o to co ciągle jest żywotne w bopie takim jaki słyszymy na tej niezwykłej płycie.
Moim zdaniem są to pasja, energia, awangardowość, twardość połączona jednak nierozerwalnie z przesiąknięta rytmem melodyjnością (ten związek ulegnie zerwaniu we free jazzie). W istocie kilku czarnym chłopakom z Nowego Jorku udało się to co nie udało się wielkiemu Schoenbergowi, Schnittkemu czy Bergowi - stworzyli awangardową muzykę, która dawała się słuchać i porwała za sobą tłumy.
A dlaczego pisze o tym wszystkim przy okazji płyty Herba Robertsona? Reprezentuje on wlaśnie to najbardziej cenne w jazzie polączenie awangardy z tradycją. Inni może grali bardziej komercyjnie (Branford Marsalis), dawali się promować na nie wiadomo co (Dave Douglas), a Herb gra ze swoim zespołem taki jazz, że trzeba mieć jaja z brązu, żeby ich nie urwało kiedy zaczynają swingować. Czapki z głów także przed tymi muzykami, którzy mu towarzyszą: Brian Lynch (trumpet); Vincent Chaney (French horn); Robin Eubanks (trombone); Bob Stewart (tuba); Joey Baron (drums). Wspaniały squad! Bliskie mi są zwłaszcza dokonania Robina Eubanksa i Joeya Barona.

A oto punkt, w którym tradycja styka sie z dniem dzisiejszym. Na płycie Herba pierwszym nagraniem jest niesamowita, dzika jak afrykańska dżungla wersja Un Poco Loco Buda Powella. A my posluchajmy tu oryginału po raz pierwszy nagranego w roku 1951 w nastepującym składzie: Bud Powell (piano), Curly Russell (bass) i Maz Roach (perkusja). Klasyk.

PS. Acha i płytę warto kupić dla przepięknej okładki...

20:29, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2009

Jim Black pochodzi z Seattle, które jest miejscem narodzin i stolicą światowego grungu. I już pierwsze takty i pierwszy utwór płyty Alasnoaxis (który stał się zarazem nazwą formacji, która nagrała razem od 2000 roku kolejne płyty) do tej stylistyki wyraźnie nawiązują. Hipnotyczny rytm perkusji wsparty pulsowaniem elektrycznych gitar Skulli Sverissona i Hilmara Jenssona bierze nas od pierwszej sekundy za tak zwaną twarz. A po tym trzesięniu ziemi, dokładnie jak w słynnej recepcie Hitchcoka na dobry kryminał, napięcie nie spada, a rośnie. Dziwi tylko, że pierwszy rewelacyjny utwór kończy sie banalnym wyciszeniem, co brzmi zaskakująco i głupio, do tego stopnia, że sami muzycy jakby na takie rozwiązanie nie mogą się zgodzić, w zwiazku z tym to wyciszanie trwa nie wiadomo po co aż dwie minuty.

Charakterystyczny dla stylu formacji i w ogóle całego pomysłu na tę muzykę jest zaprezentowany powyżej, trzeci kawałek na płycie noszący tytuł "Maybe". Zaczyna się jak jakaś typowa rockowa "pościelówa" czyli coś w rodzaju spokojnej piosenki, której się co prawda uważnie nie słucha, ale ponieważ "idzie wolno", więc stwarza na imprezie okazję, aby można spokojnie pomacać panienkę. Aż tu nagle, po półtorej minuty takiej niby-szmiry nastepuje totalna zmiana tempa, na scenę wkracza podkurzony tym brzmieniem Jim Black i swoją ostrą perkusją, rockową w brzmieniu, skutecznie sprawia, że piosenka startuje jak rakieta kosmiczna ku stratosferze. Ale to nie koniec, po kolejnej minucie piosenka wraca  do tantrycznego rytmu, od którego się zaczęła, tylko że teraz wszystko zaczyna pięknie do siebie pasować, wreszcie oba wątki się zlewają i prowadzą do finału, który nie pozostawia watpliwości, że właśnie słuchaliśmy wybitnej muzyki.

Ale nic w tym dziwnego, bo przecież Jim Black to jeden z nabardziej obiecujących muzyków jazzowych nowego pokolenia. Jest on jednym z tych perkusistów, którzy przerzucają most między jazzem i rokiem (i odwrotnie). Nie jest tu oczywiście prekursorem. Wystarczy przypomnieć Steve'a Gadda, Billa Bruforda (Yes, King Crimson), Vinniego Colaiutę (który grał z Frankiem Zappą) czy ostatnio Manu Katche (chociaż porównywawać Alasnoaxis Blacka do na przykład Neighbourhood Manu Katche to jak porównywać Imperium Kontratakuje z Mrocznym Widmem). Wszyscy oni zadają kłam tezie mówiącej, że perkusja rockowa i jazzowa to jak ogień i woda, jing i jang, PIS i PO, czyli elementy, które nie współgrają, nie pasują do siebie, kłócą się. Od czasu do czasu bowiem zdarzją się perkusiści przez duże P, którzy potrafią połączyć oba style i dzięki temu pchają oba gatunki do przodu. Czy kimś takim jest Jim Black i jego Alasnoaxis?

Tak, moim zdaniem Jim Black jest dobrej drodze do udowodnienia, że dzisiejsze smętne zawodzenie wielu rockowych  kapeli jest tylko chwilowym kryzysem i  rock'n'roll nie umarł razem z Elvisem.

PS. Acha, płytę należy słuchać GŁOŚNO!!! To absolutnie NIE jest "kumkanie"  w ECM-owskim stylu.

 

16:09, trener66
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009

Od gór Taurus w Maroku do wyżyn Iranu, a kto wie może nawet dalej, aż do wielkich rzek indyjskich, ciągnie się kraina pustyń, gór i nielicznych, lecz bajecznie żyznych i pięknych skrawków uprawnej, dobrze nawodnionej ziemi. Na tej ziemi rodzą sie bogowie, ludy wielkie i ich historia, oraz muzyka jakiej nie ma w żadnym innym miejscu na świecie. W autentycznym i całkowitym tego słowa znaczeniu duchowa. I mam wrażenie, że tej muzyce będą przeszkadzać niepotrzebne słowa. Zatem tylko garść informacji.

Na oudzie (arabskiej lirze) gra tunezyjczyk Anouar Brahem (każda jego płyta jest doskonała, dla mnie legendarna postać), na saksofonie John Surman, a na basie Dave Holland. Połączenie tego co najlepszego na Wschodzie i na Zachodzie. Ale kebab raczej nie pasuje do whisky, dlatego bardzo bałem się spotkania tych muzyków. Istnieje niezliczona liczba płyt, bardzo kiepskich płyt, nagrywanych przez zachodnich muzyków z wielkim gwiazdami muzyki orientu. Muzycy europejscy i amerykańscy wykorzystują swój dostęp do rynku, do pieniędzy, by nagrywać płyty z gwiazdami muzyki arabskiej, irańskiej czy pakistańskiej. Niestety czystość i piękno muzyki Wschodu często bardzo na tym skomercjonalizowaniu cierpi. Tutaj mamy na szczęście artystów, którzy traktują swoją rolę wobec sztuki służebnie, ona się nimi posługuje i dzięki temu słuchając tej płyty można naprawdę poczuć się jakby się samotnie spędzało noc na bezkresnej pustyni i słuchało tylko gwiazd.

 

12:26, trener66
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 października 2009



Dopiero niedawno zacząłem słuchać Mala Waldrona, zatem właściwie zaczynam się czegoś więcej na jego temat dowiadywać i osłuchiwać z jego muzyką. Oczywiście wiedziałem kim jest Mal Waldron. To postać na tyle znacząca, że trudno go nie zauważyć. Zwłaszcza rola Waldrona w wytwórni Prestige, gdzie miał stały kontrakt jako "pianista wytwórni" i dzięki temu brał udział w niezliczonych nagraniach jako muzyk sesyjny (trudno w to uwierzyc, ale dyskografia Waldrona liczy aż 234 pozycje!!!). Dzięki tym kontaktom grał ze wszystkimi wielkimi jazzu lat pięćdziesiątych w Nowym Jorku od Theloniusa Monka począwszy, przez Jackie McLeana, Donalda Byrda, Thadda Jonesa, Hanka Mobleya, a na Johnie Coltranie skończywszy. Przez ostatnie 2 i pół roku jej życia akompaniował też wielkiej "Lady Day" czyli Billie Holiday.

A oto przykład na współpracę między Billie Holiday a Malem Waldronem, w nagraniu, od którego ciary dosłownie chodzą po plecach... (oczywiście nie pochodzi ono z płyty Mal/4). Uwaga!!! Po nacisnięciu ikonki Play poniższy filmik ładuje sie około 30 sekund. trzeba cierpliwie poczekać, aby następnie cieszyć nim ucho i oko :-)))

Nie jest moim zamiarem jednak pisanie biografii Waldrona, nie miałbym tu póki co do powiedzenia nic więcej niż na przykład znajduje się w zawsze godnej polecenia Encyklopedii Jazzu Dionizego Piątkowskiego.  Mnie zaintrygowało coś innego. Płyta Waldrona trafiła do mnie przypadkowo, nie zamawiałem jej, nie szukałem. Włożyłem ją do swego Marantza CD-63 mkII KI bez specjalnego przekonania i pierwszy odsłuch nie przyniósł mi bynajmniej poczucia, że właśnie byłem świadkiem czegoś niespotykanego i nadzwyczajnego. A jednak... ta płyta jak i inne płyty Mala Waldrona ciągle powracają do mojego odtwarzacza, gdy inne, także i te, które pozostawiły lepsze pierwsze wrażenie, dawno już zapomniane pokrywają się kurzem na półce. Jaka jest tajemnica tych nagrań?
Nie leży ona chyba w składzie, bo Waldronowi towarzyszą Addison Farmer na basie i Kenny Dennis na perkusji. Nie są to gwiazdy, których splendor mógłby dodać pozłoty nagraniu. Akompaniament jest na bardzo wysokim poziomie, ale muzycy za niego odpowiedzialni nie mieli i nie mają wielkich nazwisk. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej uważam, że wyjątkowość tych nagrań, fakt, że przykuwają uwagę i nie pozwalają o sobie zapomnieć jest w przeważającej mierze zasługą Mala Waldrona właśnie.
Jego granie jest bowiem połączeniem dwóch bardzo trudnych do pogodzenia aspektów: awangardowości i komunikatywności. Awangardowość Waldrona leży w niewątpliwym pokrewieństwie jego brzmienia z brzmieniem Theloniusa Monka (ciekawe, że w następnych latach wielokrotnie Waldron współpracował ze Stevem Lacym, innym słynnym wielbicielem estetyki monkowskiej).  Słyszymy u Waldrona mnóstwo dysonansów (ale takich, które brzmią harmonijnie :-) dżwięk fortepianu jest chropawy, perkusyjny i zrytmizowany. Ale jednocześnie gdybyśmy mieli porównać Monka do Waldrona, moglibyśmy powiedzieć, że pierwszy był jak Ferrari, a drugi jak Alpha Romeo. Jeden i drugi samochód jest szybki i piękny, ale Ferrari ciężko się jeździ na co dzień, dlatego o wiele więcej ludzi jeździ Alfami.
To właśnie ta komunikatywność muzycznego języka Mala Waldrona tak przyciąga i urzeka. Ta komunikatywność, którą jak sądzę mógł wyćwiczyć akompaniując dziesiątkom innych muzyków, a zwłaszcza Billie Holiday (mowa ludzka, a co za tym idzie i śpiew nakłada pewne więzidło brzmieniu instrumentów, ktore muszą się niejako do niej upodobnić, nauczyć mówić jej językiem).
Czy rozwiazałem zagadkę Mala Waldrona? Nie jestem pewny, chyba pozwolę sobie na jeszcze jeden odsłuch tej płyty...

11:10, trener66
Link Dodaj komentarz »
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...