Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
niedziela, 25 października 2009



Sexmob. Świetnie zagrana płyta, coś w rodzaju pastiszu różnych gatunków muzyki, mamy przeróbki takich coverów jak Fernando" Abby, "About A Girl" Cobaina, "Ruby Tuesday" The Rolling Stones, a nawet "Mooch" Duke'a Ellingtona. Wszystko to uwarzone w pseudo-awangardowym, free jazzowym sosie (tu: wyraźne puszczone oko do wyrobionego jazzowo słuchacza). Ale mimo takich w sumie bardzo ciekawych założeń płyta po prostu nie daje się słuchać. W jednej z recenzji znalazłem bardzo celną ocenę: "doprawdy trudno powiedzieć po co nagrywa się taka płytę?". W pełni się z nią zgadzam. Widać, że na płycie grają świetni artyści, którzy jednak celowo deformują muzykę na tyle, że staje się bolesna, wręcz nie do zniesienia (nie mówiąc o jakiejs przyjemności) w słuchaniu. Przypomina mi to sytuację w malarstwie: zbyt radykalna awangarda po prostu przekracza punkt, w którym traci kontakt z widzem. Jeśli jazz miałby pójść tą drogą to skończy jak muzyka klasyczna. Nikt go nie będzie słuchać. U mnie płyta znika z odtwarzacza, brrr....

Kończąc, w celach kronikarskich, podaję skład grający "muzykę" na płycie: Steven Bernstein (tr), Briggan Krauss (alto sax), Tony Scherr (bass), Kenny Wollesen (dr). Poniżej próbka brzmienia tej kapeli z koncertu (jednak z innym materiałem niż ten na niniejszej płycie, nota bene dużo lepiej brzmiącym):

PS. Acha i jeszcze uwaga, która ma bardziej związek z moimi lingwistycznymi zainteresowaniami. Długo nie mogłem zrozumieć co może znaczyć wyrażenie "solid sender" (notabene jest to też tytuł bardzo znanej i urodziwej kompozycji Johna Lee Hookera). W końcu na forum internetowym wordreference.com znalazłem następujące ciekawe wpisy:

Pierwszy wpis:
John Lee Hooker sings "You're the solid sender, babe...". Solid sender? Any ideas? Thanx

Odpowiedź 1:

I haven't heard the song by John Lee Hooker, but my earliest recollection of the expression "solid sender" is from a really fantastic, hard-driving song from the forties titled "A Conversation While Dancing" written and sung by Johnny Mercer, a duet with Jo Stafford. In this situation he's flirting with his dance partner, complimenting her ability:

—You're a solid sender, and the band is a real ear-bender.

And she replies:
—But why are we talking this shop? Mop! Mop! (Dance! Dance!)

To say that someone is a solid sender is to say that the person "really has it together," that the person has "that certain (attractive, self-confident) something."

Odpowiedź 2:

Hi there, the earliest reference I have to "Solid Sender" is the Little Richard song 'slippin and a slidin' 1950's....

"Oh My Melinda, shes a solid sender
You know you better surrender."

Bardzo ciekawe moim zdaniem :-)


16:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 października 2009



Kiedy sięgałem po tę wydaną w 1992 roku płytę nie miałem wielkich oczekiwań: sądziłem, że to jakaś próba "reanimowania" Dona Lanpherego (drugorzędnego saksofonisty, który pojawił się na kilku dobrych nagraniach z szalonych lat 50-tych) przez kumpli, który lepiej powiodło się jeśli chodzi o zrobienie jazzowej kariery. Tymczasem po raz kolejny (podobnie jak niedawno w przypadku innego "weterana" Franka Morgana) zostałem powalony na ziemię przez energię, witalność i poziom nagrania muzyków, których średnia wieku na pewno przekracza 60-tkę i prawdopodobnie lokuje się bliżej 70-tki!!! Ci faceci przeżywają dosłownie "drugą młodość", zaczynam się zastanawiać czy Pfizer nie wyprodukował specjalnie dla nich czegoś na kształt jazzowej Viagry.

Oprócz Dona, który gra na saksofonie altowym, na płycie usłyszymy samego wielkiego Buda Shanka na tenorze oraz Denney Goodhewa nad saksofonie barytonowym. Bardzo ortodoksyjnie, bopowo (co w tym przypadku jest w pełni zamierzonym komplementem) gra sekcja rytmiczna pod wodzą pianisty Marka Sealesa.
Im bardziej zagłębiam sie w biografię Dona Lanphere tym więcej widać punktów stycznych z biografią Franka Morgana i wielu innych muzyków tamtej ery (lata 50-te ubiegłego wieku). Niezwykle młody wiek, kiedy pojawili się na scenie (Don Lanphere: 19 lat), szybkie nagrania z "największymi" (Fats Navarro, Max Roach), fascynacja Birdem i bliskie, osobiste nieraz z nim relacje, alkohol, heroina, aresztowanie, więzienie i długie rozstanie z jazzem, nieraz na kilkadziesiąt lat!

Jazz bowiem jest dość kapryśną kochanką. Często zapominamy za jakie grosze muzycy grali i nagrywali na przykład w latach pięćdziesiatych. Artystom w tamtych czasach często brakowało dosłownie na podstawowe rzeczy (czytamy o tym w ich biografiach), a przecież były to złote czasy jazzu. Gdy przyszły lata sześćdziesiąte i boom na jazz zaczął mijać wielu, bardzo wielu muzyków znalazło się w skrajnie trudnej sytuacji materialnej, przeżywało kryzysy twórcze, czuło się niepotrzebnymi. I dlatego wprost nie chce się nam wierzyć, ze muzyk klasy Lanpherego mógł przez trzydzieści lat, do początku lat osiemdziesiątych, siedzieć za ladą rodzinnego sklepu jako ekspedient zamiast grać, rozwijać się i cieszyć ludzi swoją muzyką.

Renesans jazzu jaki obserwujemy od kilkunastu lat zmienił na szczęście tę sytuację. Nie, jazz nie wrócił już w świadomości masowego słuchacza na to miejsce jakie zajmował w muzyce rozrywkowej w latach 40, 50 czy nawet na początku 60-tych. Zajął jednak swoja niszę w obszarze kultury wysokiej (zwłaszcza w Europie, a stopniowo i w USA, choć brzmi to jak paradoks) i tutaj ma póki co zapewnione przetrwanie. Póki co, bo żywotność jazzu musi być podtrzymywana w każdym kolejnym pokoleniu. A jak z tym jest? W Polsce chyba nie najlepiej. Niedawno zlikwidowano jedyną w Polsce jazzową stację radiową. Nie potrafię tego zrozumieć... zamiast niej powstanie pewno jakaś stacja oferująca kolejne złote przeboje, gdzie po raz enty będzie się odtwarzać stare kawałki Smokie, Abby czy Demisa Roussosa. Trzeba się temu przeciwstawiać z "całom mocom i stanowczościom" i samemu sobie dobierać repertuar do słuchania. Co też niniejszym czynię po raz kolejny wkładając zacną płytę Dona Lanpherego do mojego Marantza, by wysłuchać dobrej up-tempowej kompozycji Marca Sealsa pod tytułem "I Didn't Really Mean That":

16:23, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 października 2009

Klasyk w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie miałem w swojej kolekcji zatem kupiłem od razu jak wyszła w nowej, godnej najwyższego polecenia serii "The Best of Blue Note Records", będacej częścią Biblioteki "Polityki" (wielkie brawa za tę inicjatywę!).  Przypomnijmy, że na płycie, oprócz legendarnego Arta Blakeya grającego na perkusji pojawiła się czwórka młodych ówczesnie (tj. w 1958 roku) muzyków z Filadelfii: trębacz Lee Morgan (wspaniała kariera jak się okazało przed nim!), pianista Bobby Timmons, basista Jymie Merritt i saksofonista tenorowy Benny Golson, kolega szkolny Johna Coltrane'a, bardzo utalentowany wykonawca i kompozytor.

Repertuar na tym konkretnie wydaniu to:

1. Warm-Up And Dialogue Between Lee And Rudy

2. Moanin'

3. Are You real?

4. Along Came Betty

5. The Drum Thunder Suite

6. Blues March

7. Come Rain or Come Shine

8. Moanin' (Alternate Take)

Nie będę oczywiście rozpisywał się o składzie i muzyce, o której napisano już chyba wszystko. Polecam zresztą bardzo rzeczowo napisane linear notes do tego wydania autorstwa Pawła Brodowskiego z Jazz Forum. Chcę przypomnieć specjalnie jeden z utworów z tej płyty, którego sex appeal jest dla mnie niezrównany. Mam na myśli kompozycję Bena Golsona pt. Along Came Betty. Jak pisze Paweł Brodowski: "Along Came Betty to tęskna melodia grana w unisonie, zainspirowana - jak wyjaśnił kompozytor - krokiem młodej damy, jej wdziekiem i kobiecością". Posłuchajcie sami tego utworu, a ja dodam, że choć minęło pół wieku, moim zdaniem Betty idzie tak śpiewnie jakby od nagrania minęła zaledwie chwila ...

18:04, trener66
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009


Półmrok. Niebo zasnute chmurami. Październik, deszcz za oknem, liście zmieniają się w cenny kruszec i wracają do ziemi. W domu w kominku płonie ogień, a w powietrzu rozbrzmiewa zmysłowy i gęsty dźwięk. Tworzy go bardzo nietypowy kwartet, w którego skład wchodzą następujące instrumenty: klarnet basowy (gra na nim Bennie Maupin), kontrabas (Darek Oleś Oleszkiewicz), perkusja (Daryl Munyungo Jackson) i bębny (Michael Stephans). Nieczęsto słyszymy składy złożone z samej sekcji rytmicznej! Do tego grające bardzo dobrze i tworzące płytę z wybitną muzyką.
Bardzo ciekawe linear notes do tej płyty autorstwa Micheala Stephansa znalazłem na stronie internetowej Bennie Maupina. Tekst ten można streścić w ten sposób: żyjemy w epoce, w której krytycy muzyczni opisują świat (lub tylko tak im się wydaje) za pomocą etykietek. Tymczasem najbardziej awangardowi artyści nic sobie nie robią z niezliczonych klasyfikacji, w jakie próbuje się ując ich twórczość i robią wszystko, żeby nie dać się zamknąć w granicach jakiegoś stylu czy gatunku.
Znakiem epoki jest wg Stephansa eklektyzm, którego źródła biją w muzyce Milesa Davisa i Johna Coltrane'a. Obydwaj byli niestrudzonymi poszukiwaczami, kwestionującymi status quo i zmierzającymi, mówiąc słowami Krishnamurtiego, do uwolnienia się od znanego. Jednym z muzyków, który jako pierwszy posłuchał tego wezwania był wg autora tekstu właśnie Bennie Maupin. Niesłychanie kreatywny, nie przestawał szukać niezbadanych dotąd muzycznych terytoriów, rozwijał swój muzyczny język i szukał wykonawców, którzy pomogliby mu urzeczywistnić własną, oryginalną wizję muzyczną.
W osobie basisty Darka Olesia Oleszkiewicza, Maupin znalazł muzyka, który dał jego muzyce rozjaśniający oddech. Jego bas jest głęboki, wyrazisty i ciepły, a dźwięk unosi się w powietrzu zaskakująco długo po tym jak palce muzyka dotknęły struny (doprawdy płytę warto słuchać z oryginału i na jak najlepszym sprzęcie by docenić wszystkie smaczki - dół pasma jest tu szalenie istotny, a mp3 niestety go wycina). Kontrabas Oleszkiewicza stanowi idealny kontrapunkt dla klarnetu Maupina. Cieszy nnie bardzo jak wspaniale rozwija się kariera mojego krajanina, który od lat ponad dwudziestu mieszka i naucza w Los Angeles. Jego ruch w kierunku nagrywania płyt autorskich, poświadczony wydaniem albumów "Expectation" i "Like A Dream" (z udziała Brada Mehldaua!) daje nadzieję, że Darek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a to, co najpiękniejsze jest jeszcze przed nim.
Wracamy do składu grającego na "Penumbrze": perkusista Munyungo Jackson gra z Maupinem od 30 lat, co powoduje, ze poza wirtuozerią operowania instrumentami, łączy go z liderem głęboka empatia znajdująca odbicie w perfekcyjnym zgraniu muzyków.
O sobie, jak przystało, autor tekstu pisze skromnie. My wszakże pamiętamy, że stale współpracuje on z Davem Liebmanem i Bobem Brookmeyerem. Z Maupinem Stephans gra od 10 lat, obydwaj aktywnie interesują się buddyzmem, co znajduje znajduje odzwierciedlenie także w ich muzyce (vide poprzedni album Maupina zatytułowany Jewel in the Lotus).
Następnie Stephans wyraża nadzieję, że zespół, który nagrał tę płytę będzie trwał, że będą dalej grać tę muzykę, a raczej, jak on to formułuje, "muzyka będzie nimi grać". Ta milesowska atmosfera byłaby niemożliwa bez Maupina, który jest spoiwem grupy, sprawia, że muzyka jest jak rozmowa czterech starych, oddanych sobie i sztuce przyjaciół. A cóż może być lepszego od takiej rozmowy? - takim pytaniem kończy swoje linear notes Stephans i przyznaję, że w stu procentach się z nim zgadzam (stąd właśnie, jak mniemam, bierze się moja chęć pisania tego blogu :-).

21:18, trener66
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2009


Tym razem niezwykła płyta z roku 1985, która zainteresowała mnie tyleż z powodu znajdującej się na niej muzyki, co z powodu prawdziwie jazzowej biografii muzyka, pod którego nazwiskiem została wydana. Oprócz Franka Morgana, który gra na saksofonie na płycie pojawia się doskonałe Cedar Walton Trio w składzie C. Walton na fortepianie, Tony Dumas na basie i wielki Billy Higgins na perkusji.
Frank Morgan debiutował w 1954 roku jako wówczas 21-letni saksofonista altowy okrzyknięty, wraz z "Cannonball' Adderleyem następcą Charlie Parkera. Odpowiedzialności tej nie zdołał udźwignąć i następne 40-lat życia spędził przeważnie w więzieniach lub w ośrodkach odwykowych, w których starał się uwolnić od uzależnienia od heroiny. O swoim życiu opowiada niesamowicie szczerze w wywiadzie dla www.allaboutjazz.com, którego fragment podaję poniżej w swoim tłumaczeniu:

AllAboutJazz: Czy miałeś okazję uczyć się z Charlie Parkerem?

FrankMorgan: Spotykaliśmy się zawsze kiedy przyjeżdżał do Los Angeles, co zdarzało się dość często. Wtedy byłem z nim niemal przez cały czas. Uwielbiał grać sessions. Mieliśmy wspaniałe sessions w domach należących do pewnych gwiazd filmowych. Bird był wtedy supergwiazdą. Jak Beatlesi. Hollywood dbało o niego.

AAJ: To właśnie tam (w L.A.) poprowadziłeś swój pierwszy zespół na nagraniu?

FM: Tak, w 1954. Tak naprawdę to jednak nie był mój album. Znalazłem się na spotkaniu ówczesnych gwiazd razem z Wild Billem Davisem i Conte Candolim, i wtedy umówiłem sie na kolejne spotkanie z Wardellem Grayem, Conte Candolim, Carlem Perkinsem, Larancem Marablem, Leroyem Vinegarem. A oni stwierdzili, że połączą się i stworzą zespół, a mnie postanowili zrobić liderem, co było oczywiście bardzo przyjemne (śmiech). W ten sposób powstała moja pierwsza płyta.

AAJ: Właśnie w tym czasie Parker odszedł i zaczęło się mówić o Tobie jako o jego następcy. To musiał być wielki ciężar położony na barkach tak młodego wtedy człowieka.

FM: Zbyt wielki. Śmiertelnie się tego przestraszyłem; i sam siebie zniszczyłem. Za każdym razem kiedy chcieli mnie wysłać do Nowego Jorku, wracałem do więzienia. Kiedy wychodziłem z więzienia znowu grałem, ale zaczynałem od razu też brać, i wkrótce przestawałem grać, przerażał mnie Nowy Jork, to że byłbym tam oceniany, i byłem gotowy popełnić każde głupstwo, aby to się nie zadziało.W końcu musiałem sobie powiedzieć, wiesz, do diabła, masz 52 czy 54 lata, na co czekasz, wtedy umówiłem się na grę na otwarcie Village Vanguard (w 1986 roku).

Leonard Feather powiedział mi kiedyś, zanim odszedł, "Niczego sie nie musisz bać człowieku. Po prostu przyjdź i zrób to co zwykle robisz, a świat otworzy się przed Tobą". A Billy Higgins, który był wtedy w Nowym Jorku ze mną, powiedział mi: "Pojawiaj się, a nie znikaj". Billy trzymał mnie za rękę, prowadził mnie. Także Cedar (Walton) i Johny Coles i Buster (Wiliams).  (...)

AAJ: Od tamtego czasu idziesz jak burza. Mam na myśli nagranie Easy Living w 1985, a potem trzech następnych krążków jako lider w tym samym 1986 roku?

FM: Wiesz, to było wtedy moje jedyne źródło utrzymania. Dzięki Bogu, że pozwolili mi nagrywać, tak iż mogłem choć trochę w ten sposób napchać sobie kieszenie. Wkrótce dzięki płytom pojawiły się propozycje koncertów.

AAJ: Między rokiem 1985 a 1996 nagrałeś 14 płyt, z których większość jest wybitnie dobra.

FM: Cóż, jedna rzecz była dla mnie w tym wszystkim najważniejsza. Przez cały czas grałem z najlepszymi muzykami, jakich mogłem dostać. Cały czas, można powiedzieć, jechałem na ich grzbietach. Cały czas oni wskazywali mi drogę, i to była naprawdę piękna podróż."

Saksofon Franka brzmi na płycie satynowo, jedwabiście, ale wyczuwa się w nim parkerowskie emocje i wyrazistość. Najwyższej klasy akompaniament trio Cedara Waltona. Płyta zabiera nas w podróż w czasie do złotej ery jazzu, a przecież wydana została zaledwie wczoraj, no, może przedwczoraj. Frank Morgan błysnał też na płycie jako kompozytor w niezwykle łatwo wpadajacym w uchu "vampie" o tytule "Rubber Man". U mnie płyta rozkręca sie z każdym kolejnym odtworzeniem, ciekawe jak będzie u Was?

22:52, trener66
Link Dodaj komentarz »
1 ... 36 , 37 , 38 , 39 , 40
 
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...