Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny
Kategorie: Wszystkie | Audycje archiwalne | Felieton | Goście | Koncerty | Podsumowania | Płytoteka | Recenzje | Relacje z koncertów | Wywiady
RSS

Relacje z koncertów

wtorek, 23 lipca 2013

W niedzielę 21 lipca 2013 w Studio Koncertowym Polskiego Radia imienia Witolda Lutosławskiego na warszawskim Mokotowie dał koncert Bester Quartet. Zespół znany do 2012 roku jako The Cracow Klezmer Band wydał właśnie swoją kolejną, dziewiątą płytę zatytułowaną “The Golden Land” zawierającą muzykę inspirowaną piosenkami żydowskiego barda Mordechaja Gebirtiga.

Zespół tworzą Jarosław Bester grający na rosyjskiej odmianie akordeonu zwanej bajanem, Jarosław Tyrała na skrzypcach, Oleg Dyyak na perkusjonaliach, klarnecie i bajanie oraz Mikołaj Pospieszalski na kontrabasie. Dodatkowo usłyszeliśmy także Tomasza Ziętka na trąbce, którego znamy z gry w Pink Freud, Marcina Malinowskiego na klarnecie basowym, lidera debiutującego niedawno Meadow Quartet oraz kwartet wiolenczelowy z udziałem Magdaleny Pluty.

Impuls do zajęcia się Gebirtigiem dał Besterowi Miron Zajfert, szef warszawskiego festiwalu Nowa Muzyka Żydowska. I dobrze się stało, bo twórczość najsłynniejszego chyba żydowskiego barda z Krakowa jest mało znana współczesnym Polakom. Usłyszeć tak dobrze znane melodie zagrane w równie wyśmienitym wykonaniu ucieszy zapewne niejedno żydowskie serce. Z kolei my będziemy mieli okazję przypomnieć sobie jak ciekawa była kultura naszych, nieobecnych już, współobywateli.

Od strony czysto muzycznej najnowsza płyta Bester Quartet opiera się na dobrze znanym z jej poprzednich krążków języku muzyki klezmerskiej i na olśniewającym poziomie wykonania bliskim standardom muzyki klasycznej. Do tego należy oczywiście dodać niewątpliwą charyzmę lidera zespołu i jego partnerów, która to mieszanka nieodmiennie porywa publiczność na całym świecie. Nie dziwi zatem, że “The Golden Land”, podobnie jak poprzednie płyty tego zespołu, zostało wydane przez prestiżowe, nowojorskie wydawnictwo Tzadik Records.

Warto przy tym zauważyć jak wiele dobrego wnieśli do muzyki zespołu zaproszeni goście. Pełne pasji sola Magdaleny Pluty, a zwłaszcza Marcina Malinowskiego i Tomasza Ziętka, który wspomógł się elektronicznie przetworzonym dźwiękiem, wprawiając tym w zdumienie siedzącego niedaleko mnie Jerzego Maksymiuka, pokazały jak wiele zyskać może muzyka Bester Quartet, gdy dodać jej trochę żywiołowości i nieprzewidywalności.

W każdym razie trud artystów publiczność nagrodziła brawami na stojąco, odegrano (dwa!) bisy, a w niejednych oczach widziałem autentyczne łzy wzruszenia. Może zatem mój niedosyt związany z pewną przewidywalnością muzyki tego składu jest nieuzsaadniony, a Jarosław Bester i jego koledzy mają rację, że trzymają się tego co im do tej pory tak dobrze wychodzi? Bo przecież i muzyka Gebirtiga jest niezbyt wyrafinowa, z ducha plebejska, a jednak  pomimo całej swej prostoty przemawia ciągle do serc i wzrusza mocniej niż niejedna symfonia czy kantata...




niedziela, 18 listopada 2012

Bill William Frisell. Powtórzcie to nazwisko parę razy, nie tyle wgryzając się w to kim jest ten muzyk (o tym parę słów za chwilę), ile wsłuchując się w dźwięk składających na nie głosek. Usłyszycie w nich być może pewne rozkołysanie, bluesowy zaśpiew, pewną miękkość i słodycz, które potem odnajdziecie na nagraniach tego amerykańskiego gitarzysty. A należy on do tej wśród muzyków jazzowych ekskluzywnej kategorii, których styl rozpoznawalny jest od pierwszego dźwięku. Tacy byli Thelonius Monk, Bill Evans, John Coltrane i oczywiście Miles Davis. Wśród gitarzystów zaledwie garstka: Kenny Burrell, Grant Green, Johnny Smith, Pat Metheny czy ostatnio zjawiskowa Mary Halvorson. 



Bill Frisell należy do tej wąskiej grupy i jeszcze do tego wszystkiego zajmuje w niej pozycję prominentną. Bo kiedy porównać go choćby z takim Johnnym Smithem to widać jak wiele Bill osiągnął. Obaj mają własny sound, który próbują naśladować liczni inni, z mniejszym lub większym powodzeniem. Ale podczas, gdy kariera Smitha trwała krótko to Bill jest nieprzerwanie na topie od początku lat 80tych. To zresztą ciekawa historia, bo jego przygoda z wielkim jazzem zaczęła się w sposób nieco przypadkowy. Chory Pat Metheny polecił go "na zastępstwo" Paulowi Motianowi i tak Frisell pojawił się na wydanym przez ECM w roku 1982 krążku "Psalm". Wystarczyła jedna sesja, by Manfred Eicher, szef ECM, zdecydował o tym, że Bill Frisell powinien stać się jedną ze sztandarowych i najcześciej nagrywanych postaci tej legendarnej wytórni.

Moja historia właściwie jest podobna: raz posłuchałem Billa Frisella, a potem lawina ruszyła. Byłem wtedy wiele lat młodszy i pamiętam jak poleciałem do starszego kolegi, lepiej znającego się ode mnie na jazzie i pytam: słuchaj czy on jeszcze coś nagrał, muszę go znaleźć na innych płytach?! Na to ten uśmiechnął się do mnie z politowaniem i rzekł: Czlowieku, on grał na ponad stu krążkach... No cóż, od tamtej pory liczba tych krążków urosła do ponad dwustu. GRUBO ponad dwustu... Oczywiście zaledwie cząstka z tego to autorskie projekty Billa. Reszta to projekty, do których był zapraszany. Jednak zaproszeń nigdy nie brakowało i to do bardzo różnych przedsięwzięć.

To jeszcze jedna z rzeczy, które odróżniają Frisella od Smitha (wracam do głównego wątku mej wypowiedzi), bo Smith to heros niemal wyłącznie cool jazzowej gitary, a język Frisella okazał się na tyle giętki, że równie dobrze odnajduje się on w mainstreamie, bluesie ("Blues Dream"), muzyce country i bluegrass ("Nashville" i "Disfarmer"), muzyce klasycznej (w ramach 858 Quartet m.in. ze wspaniałą skrzypaczką Jerry Scheinman), world music ("The Intercontinentals") czy rocku (współpraca z Elvisem Costello nad albumem "The Sweetest Punch"), a także awangardzie (np. współpraca z Johnem Zornem). Przy czym próba opisania muzyki jaką tworzył w tych wszystkich konfiguracjach przy pomocy jakichkolwiek etykietek jest nieadekwatna. Gdziekolwiek się pojawiał był po prostu sobą, snuł swoją włąsną opowieść i jest miarą siły jego indywidualności, że jego język jest na tyle uniwersalny, iż pasuje do tylu różnych stylistyk.



Właśnie ta umiejętność konstruowania narracji jest kolejną cechą wyróżniającą muzykę Frisella, bo jego autorskie płyty niemal zawsze są o czymś, niosą jakiś ważny przekaz, ideę. Tak jest i w przypadku materialu, który miałem okazję wysłuchać podczas jego koncertu w ramach tegorocznego festiwalu Jazztopad we Wrocławiu, a zatytułowanego "Great Flood". Po polsku "Wielka powódź" to projekt poświęcony katastrofie jaka dotknęła dorzecze Mississipi wiosną roku 1927. Koncertowi towarzyszy projekcja filmowego dokumentu autorstwa Billa Morrisona, do którego na żywo muzycy tworzą ścieżkę dźwiękową. Wracając do katastrofy, to spowodowała ona wielką emigrację głównie Afroamerykanów, z Południa Stanów Zjednoczoncych na Północ. Muzykologom pozostawiam analizę jak znaczący był wpływ tej emigracji także na dzieje muzyki amerykańskiej w tym jazzowej. 

Mnie poruszyło coś innego. Po pierwsze, byłem szczęśliwy, że mogę posłuchać swojego ulubionego muzyka, który przywiózł do Polski swój kto wie czy nie najlepszy skład (nie taka znowu częsta rzecz przy wizytach gwiazd jazzu w Polsce...). Ron Miles grający na trąbce, Tony Scherr na gitarze basowej i Kenny Wollensen na perkusji i wibrafonie towarzyszą Billowi od bardzo wielu lat, a ich artystyczny dorobek sprawia, że wizyta każdego z nich pojedynczo byłaby artystycznym wydarzeniem. Rzadko ostatnio chodzę na koncerty. Coraz częściej mam wrażenie wielkiego rozziewu między poziomem jaki odnajduję na płytach, a tym jak brzmi muzyka grana żywo. Na niekorzyść muzyki granej na koncertach. Nie muszę dodawać, że to oznacza śmierć jazzu. W tym przypadku było inaczej. Na żywo muzyka zabrzmiała lepiej niż na płytach. Wielka klasa muzyków i lata grania razem sprawiły, że swoboda i perfekcja wykonania pozostawały w absolutnej symbiozie. Kto miał uszy, czuł się jak w niebie.

Jednak mnie, jak i publiczność wrocławską, wzruszyło bardzo jeszcze jedno. 15 lat temu wielka powódź uderzyła w Dolny Śląsk zmieniajac na zawsze historię tego miasta. Ulicą Traugutta, przy której się wychowałem, a którą do tej pory jeździły samochody, autobusy i cieżarówki, wtedy, jak w Wenecji, poruszać się można było jedynie łódką. Patrząc na wzburzone fale Missisipi, widziałem Odrę, widziałem podobny los ludzi, bez względu na epokę, kraj czy kontynent, na kolor skóry. "Jesteśmy wszyscy braćmi - pomyślałem - ale nie rozumiem dlaczego, żeby to odkryć musimy stanąć w obliczu wielkiego nieszcześcia?..."

Autor tekstu: Maciej Nowotny

 


wtorek, 28 sierpnia 2012

(Zapraszam dzisiaj czyli we wtorek 0 21.00 do radioJAZZ.FM na audycję Kocham Jazz. Link, aby posłuchać radia w internecie: http://radiojazz.fm/player_l.html. A w międzyczasie oczytajcie mojej reminiscencji na jazzowo z niedawnego paryskiego wojażu. Do usłyszenia!)

Generalna przebudowa Paryża w czasach II Cesarstwa zwana hausmannowską, od nazwiska ówczesnego prefekta miasta, wzbogaciła miasto między innymi o piękne bulwary, w tym o Sewastopolski. Jego nazwa związana jest z nieco już zapomnianą wojną krymską jaką Francja, wraz z sojusznikami, toczyła z Rosją w latach 1853-56. Głównym wydarzeniem tej wojny było oblężenie Sewastopola dające przedsmak koszmarnych wojen wieku następnego. Bitwę, którą Francja zakończyła zwycięstwem, z powodu licznych ofiar tak gorzkim, że Francuzom trudno było je odróżnić od klęski.

Bulwar zaczyna się na placu de Chatelet i tam właśnie wysiadłem z metra, by przejść kolejne trzy przecznice i znależć się naprzeciwko Duc de Lombards. Najbardziej prestiżowego zdaniem wielu w chwili obecnej jazzowego klubu w Paryżu. Dlaczego jest on taki prestiżowy? Przestudiowałem sobie program tego klubu z ostatnich kilku miesięcy i doszedłem do wniosku, że ten prestiż jest związany z ceną drinków i jedzenia. Na przykład ja zamówiłem dość cienkie Mojito i zapłaciłem 12 Euro. A za przekąskę z rzymskiej sałaty, z dwoma mikroskopijnymi kawałkami grillowanej koziny i ciekawym dipem opartym na serze Roquefort skromne 18 Euro. Tego pułapu prędko już w życiu nie przebiję!



Gorycz tych astronomicznych z polskiego punktu widzenia cen osłodził mi nie tylko kubański rum i garść listków yerbabueny zmieszanych ze skruszonym lodem, ale przede wszystkim muzyka. Była jak łyk świeżego powietrza, jak chłodna kąpiel w morzu po skwarnym dniu, jak odpoczynek w głębokim, wygodnym fotelu po całym dniu spędzonym w niewyobrażalnie długich kolejkach do paryskich atrakcji: Luwru, Galerii D’Orsey i Wieży Eiffla. Do tego wszystkiego miałem szczęście, bo nie trafiłem na jakiś totalnie pokręcony jazz (który nota bene lubię), a na dobry, współczesny mainstream, który nie ranił uszu, a koił moje skołatane paryskim zgiełkiem nerwy.

Formację prowadził młody izraelski wirtuoz gitary Gilad Hekselman. Od 2004 roku mieszka i studiuje w Nowym Jorku. W jego grze słychać wpływ tak Johna Scofielda jak Pata Metheny, ale nie można tu mówić, jak w przypadku wielu innych młodych gitarzystów, o naśladownictwie. Na swoim koncie ma nagrane trzy albumy, z których ostatni “Heart Wide Open” dostarczył większości materiału granego na tym koncercie. O towarzyszącym mu basiście Joe Martinie niewiele potrafię powiedzieć, gra poprawnie, na ochy i achy jednak nie zasłużył moim skromnym zdaniem. Z kolei saksofonista Mark Turner to dobrze mi znana postać. Jego ton jest dość oszczędny, wręcz suchy, ale czuć pełne panowanie nad frazą. Pamiętam go z płyt nagrywanych z Kurtem Rosenwinkelem, Davidem Binneyem czy Joshua Redmanem. Ostatnio nagrał album z formacją Fly dla ECM czyli jest nieźle. Ale najlepsze wrażenie sprawił na mnie perkusista Marcus Gilmore. Gra zjawiskowo! Kiedy przywitaliśmy się zerknął mi bystro w oczy i zapytał: wiesz kim jestem? Jasne! - odpowiedziałem. A czy wiesz kim był mój dziadek? Wprawił mnie w konsternację, tym większą, gdy okazało się, że był nim legendarny bopowy pałkarz Roy Haynes.

 Muzyka sączyła się ze sceny elegancko, perfekcyjnie zagrana, lecząc rany jakie zadało mi rozhukane miasto na Sekwaną. Akustyka była wyśmienita! I wiecie co pomyślałem: fajnie jest! Prawie tak fajnie jak w Warszawie w Cudzie Nad Wisłą, na Chłodnej 25 albo w Pardon To Tu... czy w poznańskiem Dragonie... albo krakowskiej Alchemii... prawie... bo jak długo można sączyć jednego drinka?...



* Tekst ukazał się także w miesięczniku Jazz Press

sobota, 14 lipca 2012

Beethoven to nie taki pies z filmu Briana Levanta tylko faszystowski kompozytor, który zanim ogłuchł od słuchania disco polo napisał parę niezłych kawałków, w tym V Symfonię. Da-da-da-rammm da-da-da-rammm to jej motyw przewodni czyli jakby walenie w drzwi przez komornika, który chce nam zabrać nową plazmę kupioną na kredyt. Otóż załóżmy teraz, że akcja tego niby-felietonu przenosi się z wieku XIX w XXI i do Beethovena dzwoni promotor jazzu z warszawskiej Pragi i proponuje mu występ na corocznych dożynkach. "Kuhl" - odpowiada Beethoven - "aber das Stück ist für Orchester". "Nein, nein" - odpowiada nasz promotor - "przyjeżdzaj sam. Nicht money fur Orchester". Przechodzę teraz na polski i podaję Wam końcówkę tej konwersacji w symultanicznym tłumaczeniu w czasie rzeczywistym: 

El Dżi: Jak zagram V Symfonię bez Orkiestry?

Nasz Człowiek: Nie ma problemu. Przecież możesz Pan zagwizdać!

Ta ciekawa koncepcja przyszła do mojej zasadniczno non-stop pustej głowy wczoraj podczas piątkowego koncertu Matany Roberts. W życiu bowiem nie doznałem takiego dysonansu poznawczego jak na tym właśnie gigu. Matana jest bowiem największym objawieniem sceny muzyki improwizowanej na świecie! Jej płytę "Coin Coin" śmiało można porównywać z najlepszymi albumami w historii jazzu. Jednak nie sądziłem, że jego tytuł Roberts bierze aż tak dosłownie. Zamiast więc pełnokrwistego koncertu dostaliśmy ersatz czyli występ Matany, która odegrała materiał inspirowany tym krążkiem solo na saksofonie. Zagrała tak słabo, że aż wzbudziła we wszystkich odruchy opiekuńcze. Na plus trzeba jej zapisać, że w pełni zdawała sobie z tego sprawę. Schodząc ze sceny - w zasadzie - przeprosiła słuchaczy za obciach i wyraziła nadzieję na powrót do Polski ze swoim zespołem. Może na następne dożynki? Gdy sołtys gminy przesunie dotacje z pozycji stadiony na kulturę i sztukę? Marzę o tym, bo nawet zagwizdana V Symfonia pozostaje V Symfonią.



Po krótkiej przerwie na scenę wyszła czwórka: Ralph Alessi (trąbka), Jim Black (bębny), Mark Helias (kontrabas) i Matt Mitchell (fortepian). Wszystko odbyło się w całkowitej ciszy, lecz (wiem, że nie uwierzycie w ani jedno moje słowo) ja usłyszałem jak Alessi telepatycznie przekazuje mi następujący komunikat: "Teraz posłuchacie skurczybyki znad Wisły jak się gra jazz w Nowym Jorku, a nie na tej Waszej zawszonej wsi!". Jak powiedzieli tak też się stało! Poziom tego gigu był po prostu kosmiczny. Czułem się tak jak czuliby się Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski po meczu rozegranym z Furia Roja w formie z finału z Włochami. Był to ten rzadki moment w mojej pseudo-karierze jazzowego bloggera (a nawet chwilami dziennikarza), gdy czułem się wdzięczny Stwórcy, że dał mi parę uszu, a nie atrapy jak większości ludziom. Wybaczcie szczerość! Wiem jednak, że ten tekst czyta garsteczka podobnie zakręconych jak ja. Słuchamy niszowej muzyki, jesteśmy elitą, dlaczego mielibyśmy się tego wstydzić? Jeśli jazz za taką oszałamiającą jakość muzyki jak ta na koncercie wyżej wymienionej czwórki musi płacić elitarnością, to ja, podobnie jak Lord Farquaad ze znanej wszystkim bajki, tu cytata, "gotów jestem na takie poświęcenie".



Zasadniczo po tym nadzwyczajnym koncercie, na opisanie którego nie znajduję po prostu słów, wszystko mogło wypaść tylko blado. Jednak tak się nie stało. Należy ocenić jako niezwykły fakt, że następny ensambl, który się pojawił nie tylko nie zagrał gorzej, ale po prostu inaczej, tworząc równie atrakcyjny spektakl. Na scenę wszedł dream team, którego ozdobą były dwie panie: gitarzystka Mary Halvorson i akordeonistka Andrea Parkins. Towarzyszyli im legendarni avantjazzowi saksofoniści Tim Berne i Tony Malaby. Jednak w roli głównej wystąpił młody amerykański perkusista Chess Smith. Przyjemnie było go słuchać: pewność siebie, indywidualne brzmienie, skupienie, charyzma. Wypadł nie gorzej niż wielki Jim Black, a doprawdy w świecie perkusistów trudno o większy komplement. Zresztą tak ten kwintet jak poprzedni kwartet zaprezentowały jazz naszych czasów w najlepszym możliwym wydaniu. Uchylam z szacunkiem kapelusza przed organizatorami, którzy sprowadzili tych artystów. Nie wiem czy w Polsce publiczność, a nawet krytycy są gotowi na taką muzę. Doceniają ją za to nasi muzycy, bo wśród publiczności zauważyłem między innymi Tomasza Stańkę i Artura Dutkiewicza oraz garstkę naszych młodych gniewnych. Kto nie był - ten trąba...



To był niezapomniany, wspaniały wieczór! W sobotę sądzę, że avantjazzowe emocje zostaną nieco  stonowane, lecz za to zabiją żywiej bardziej mainstreamowe serduszka. Zagrają zespoły prowadzone przez trębacza Ambrose'a Akinmusire i saksofonistę Miguela Zenona. W tzw. głównym nurcie trudno o lepsze nazwiska. Nie dziwcie się zatem specjalnie, że tak jak wczoraj tak i dzisiaj będziecie mogli mnie spotkać w SOHO Factory na Mińskiej 25...

piątek, 13 lipca 2012

W zasadzie Warsaw Summer Jazz Days rozpoczął się już w niedzielę 8 lipca koncertem trio Marcina Wasilewskiego. Potem w Cafe Jazzarium miały miejsce trzy solowe występy Ralpha Alessiego, Jima Blacka i Marka Heliasa odpowiednio w poniedziałek, wtorek i środę. Jednak dopiero w czwartek mamy do czynienia z pierwszym jazzowym wieczorem z krwi i kości, bo granie zaczęło się o 20.00, a skończyło tuż przed pierwszą.

Rozpoczął kwintet Wojtka Mazolewskiego, marne resztki po wyśmienitym zeszłorocznym show case z polskim, głównie młodym, jazzem. Przykro, że dni poświęcone koncertom najciekawszych polskich formacji wypadły z programu tegorocznego festiwalu. Obok Mazolewskiego zagrała Joanna Duda, Marek Pospieszalski, Michał Bryndal i Oscar Torok, a wybrzmiał materiał z ich dwóch, ostatnich płyt: naprawdę niezłej "Smells Like Tape Spirit" i ocierającej się o kicz "Wojtek w Czechosłowacji". Mazolewskiemu należy się niewątpliwe nagroda za przybliżanie jazzu publiczności wychowanej na popie i rocku. To pokolenie głuchych nie jest w stanie skupić uwagi na niczym co nie ma wyraźnego melodyjnego motywu i najlepiej głupawego refrenu, który można zagwizdać. Jednak jazz to nie tresura psów, gdzie na gwizd Pana pies przybiega do nogi i aportuje. Bez swobody, autentyczności i kreatywności jazzu nie ma, a tych właśnie elementów w muzyce WMQ nie ma w nadmiarze. Wada dla takiego człowieka jak ja, ale przyznaję, że zaleta dla tych co do tej pory słuchali Dody czy Wiśniewskiego. Jeśli Mazolewski, jak Możdżer, przeprowadzi niektóre z tych duszyczek z popowego Tartaru na jazzowe Pola Elizejskie to chętnie zrzucę się na pomnik dla niego. 



O następnych The Bad Plus, podobnie jak o formacjach Mazolewskiego, jest głośno, w przenośni i dosłownie. The Bad Plus bowiem łączy rock, a nawet hard rock z jazzową improwizacją. Pochodzący z Ameryki pianista Ethan Iverson, basista Reid Anderson i perkusista Dave King dysponują rodzajem kolektywnej charyzmy, która zapewniła im rozpoznawalność w świecie jazzu i wierną publiczność. Indywidualnie wszakże niczym się nie wyróżniają, a od muzyków jazzowych oczekuje się w końcu wyrazistej osobowości. Tej wyżej wymienieni Panowie nie mają, zresztą wirtuozami też nie są. I pewno byłbym lekko rozczarowany ich występem gdyby nie fakt, że towarzyszył im saksofonista Joshua Redman. Ten przeszedł długą drogę od dziecka szczęścia, które wyrąbało sobie drogę na sam szczyt sławy takimi płytami jak "Moodswing" czy "Spirit of the Moment". Przez bycie pieszczochem wielkich wytwórni i prasy na całym świecie, której dziennikarze powtarzają bezmyślnie jeden po drugim z góry ustalone "prawdy". Po konstatację, że gra kiepski, mało kreatywny jazz i próbę zmiany tej sytuacji w ostatnich latach. Potwierdza to chociażby najnowsza jego płyta "Compass", która na powrót zyskuje mu zainteresowanie i szacunek co bardziej ogarniętej części publiczności. W Warszawie pokazał, że potrafi wszystko: żonglował stylistykami, nastrojami, tempem, wszystko z pasją, energią i... poczuciem humoru. Wielki muzyk!



Na koniec zagrał kwintet prowadzony przez legendarnego saksofonistę Joe Lovano i gwiazdę amerykańskiej trąbki Dave'a Douglasa. Cóż, wiele Wam powie, że swoje zachwyty zacznę od sekcji rytmicznej. Pochodząca z Malezji kontrabasistka Linda Oh (kto o niej słyszał?!) pokazała słuch absolutny, powalającą technikę i muzykalność na najwyższym poziome. Lawrence Fields stylem przypomina nieco Mala Waldrona, Kenny Drew czy Billy Childsa, czyli z tyłu, lecz bardzo czujnie. Wreszcie na peruksji, najbardziej znany z tej trójki, Joey Baron, który zagrał z taką energią i inwencją, że po prostu zaniemówiłem! Na takim tle saksofon Lovano i trąbka Douglasa skrzyły się, lśniły i błyszczały światłem prawdziwych pereł rzuconych przed... bynajmniej nie przed te zwierzęta, o których myślicie. Z dumą patrzyłem na reakcje warszawskiej publiczności, która ze znawstwem reagowała ciepło tam gdzie należało się wsparcie, chłodno, gdzie blisko było obciachu i entuzjastycznie, gdy na sali pojawiała się któraś z cór Zeusa i Mnemosyne. Jeśli były one obecne tego wieczoru, a moim skromnym zdaniem tak właśnie było, to chyba najdłużej klaskały podczas tego właśnie występu.



Dzisiaj zapowiada się kolejny doskonały dzień! Zabawę rozpocznie Matana Roberts, związana z chicagowskim AACM, która jest chyba największym objawieniem światowej sceny muzyki improwizowanej jeśli chodzi o rok ubiegły. Po niej zagra kwartet złożony z muzyków stanowiących śmietankę nowojorskiej awangardy czyli Ralph Alessi, Jim Black, Mark Helias i Matt Mitchell. A zakończy ten jazzowy wieczór dream team złożony z Tima Berne'a, Tony Malaby, Mary Halvorson, Andrei Perkins i Chessa Smitha. To najbardziej oczekiwany przeze mnie gig na tym festiwalu! Do zobaczenia wieczorem w SOHO Factory na Mińskiej 25!

czwartek, 31 maja 2012



W ten weekend wybieram się wraz z córką do Paryża, aby pokazać jej to niezwykłe miasto, królową i kurtyzanę świata jednocześnie. Poza Disneylandem, wieżą Eiffla i Luwrem odwiedzimy z bukietem fiołków cmentarz Pere-Lachaise, a także rzucimy okiem na pomnik Adama Mickiewicza na Nadbrzeżu Księcia Alberta. Pomnik ów jest dziełem Emila Bourdelle, który zapytany kiedyś co artysta powinien zrobić, aby świat go poznał, odparł: To bardzo proste, stworzyć arcydzieło!

Słowa te przypomniały mi się w trakcie wczorajszego koncertu zespołu Pink Freud w radiowej Trójce. Formacja ta niewątpliwie ma już miejsce w historii polskiego jazzu. Idea jaka stoi za ich muzyką była prosta: zbudować granie na solidnej rockowej podstawie rytmicznej, posługując się przy tym nieskomplikowanymi, melodyjnymi tematami z większą lub mniejszą (częściej) dozą jazzowej improwizacji w wykonaniu co bardziej ogarniętych muzycznie członków zespołu. Dla wychowanej na muzyce pop publiczności okazało się to strzałem w dziesiątkę!

To co najbardziej jednak imponowało w graniu Pink Freud to nie była świeżość muzycznego konceptu a entuzjazm muzyków, młodzieńcza radość z grania i charyzma nie kogo innego jak Wojtka Mazolewskiego. Sukces Pink Freud to w dużej mierze jego zasługa. Nawet wrogowie przyznają, że jest geniuszem jeśli chodzi o umiejętność nawiązania kontaktu z publicznością, mediami, o tak zwany piar. Uprzejmy, uśmiechnięty, dowcipny, inteligentny, Mazolewski wyróżnia sią na ogromny plus od większości polskich muzyków, którzy jeśli chodzi o public relations porażają brakiem profesjonalizmu, totalną siermięgą i amatorszczyzną. Stąd wielkie do Mazolewskiego w środowisku pretensje, bo on uświadamia pozostałym ich własne braki, które często niweczą cały trud włożony w kreację muzyki.

Ale w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu. Bo bogowie jedną ręką dąją, by drugą odebrać, abyśmy nie popadli w pychę. I tak jest w przypadku Mazolewskiego. Zjawiskowy jako sceniczna osobowość jest niestety muzykiem zaledwie przeciętnym. Serce się kroi, gdy się słucha jak chce, ale nie może zagrać tego co mu w duszy śpiewa. Tu strojenie min nie pomoże, w jazzie nie gra się z playbacku, a koncert w Trójce bezlitośnie obnażył te wszystkie muzyczne braki. Także dlatego, że całkowicie nierozsądnie Mazolewski porwał się w nim na solówki jakby chciał udowodnić, że jednak potrafi. To jeszcze nie koniec nieszczęść, bo w muzyce z najnowszego albumu zabrakło także obecnych do tej pory na płytach Pink Freud entuzjazmu, świeżości i autentyczności. Muzyka zabrzmiała wtórnie wobec tej z wcześniejszych krążków, co gorsze była monotonna, brakowało porywających, przebojowych melodii jakie odnależć można było nawet na skądinąd fatalnym “Wojtku w Czechosłowacji”. A nieliczne próby grania bardziej otwartego brzmiały sztucznie i nieporadnie.

Żal było słuchać jak w tym kontekście po prostu męczą się muzycy tej klasy co saksofonista Tomasz Duda i trębacz Adam Milwiw-Baron. O ile temu pierwszemu skory jestem wybaczyć, bo ma za sobą tyle cudownych, niszowych projektów, że czas, aby wreszcie odpoczął w lżejszej formule i... zarobił trochę pieniędzy. O tyle jeśli chodzi o młodego Barona (jest synem wspaniałego saksofonisty Piotra) to zastanawiam się co on robi w Pink Freud? Ten muzyk ma bowiem wielki talent i dojrzał by wreszcie powiedzieć coś istotnego od siebie. W jego wieku jest chociażby taki Piotr Damasiewicz, także pochodzący z Wrocławia, również trębacz, która ma już za sobą pomyślany z rozmachem projekt na jazzowy kwintet i orkiestrę kameralną, a ostatnio na festiwalu JazzArt w Katowicach zrealizował nagranie nowej płyty “Power of the Horns”. I wiecie co? Na miejscu młodego Barona wolałbym cierpieć nędzę i mieć za sobą “Power of the Horns”, niż opływać w luksusy z Pink Freud i mieć przed sobą rok grania “Power & Horse”. Dlaczego? Na to pytanie już 82 lata temu odpowiedział Monsieur Bourdelle..



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

* tekst ukazał się także na poratalu http://jazzarium.pl/

czwartek, 03 maja 2012

Trzeci dzień JazzArt Festival zaczął się od mocnego uderzenia, które słuchaczom zafundowali polski trębacz Tomasz Dąbrowski i amerykański bębniarz... Tyshawn Sorey. Dąbrowski to wysoki, przystojny mężczyzna o czarującym uśmiechu, którego łatwo rozpoznać po zawadiacko przechylonym na tył głowy kapelusiku. Sorey jest szpetny, wygląda jak King Kong w miniaturce, ale spoza grubych, ciemnych warg przebija wyraz twarzy równie nieziemski i pogodny jak ten u samego Buddy. Trudno o dwa bardziej przeciwstawne fizyczne typy. I trudno o dwa bardziej odległe od siebie muzyczne języki, bo Sorey to czarodziej ekstatycznego, czarnego jak lochy Tartaru, afrykańskiego z ducha pulsu, a w grze Dąbrowskiego słychać tak polską rzewność jak i skandynawską melancholię (zresztą studiował w Danii). Ale trudno też przypomnieć mi sobie kiedy ostatnio słyszałem tak udany avantjazzowy duet jak ten właśnie! Publiczność słuchała z niedowierzaniem z jaką niewyczerpaną kreatywnością Sorey odmienia przez tysięczne przypadki tak proste zdawałoby się słowo jak "rytm". Dąbrowski może być bardzo zadowolony, że na tle tego genialnego wprost muzyka zaprezentował się jak równorzędny partner. Jeśli ukaże się płyta nagrana przez tych dwóch muzyków w Nowym Jorku  to "z automatu" ubiegać się będzie o miano jednej z najlepszych w 2012 roku w polskim jazzie.

Wychodziłem z Katofonii na "miękkich nogach" jak Andrzej Gołota po walce z Mike'm Tysonem. Tymczasem czekał już na nas obłędny purpurowo-złoty kinoteatr Rialto, gdzie lada chwila zacząć się miał koncert nowego, międzynarodowego kwartetu Macieja Obary. Obara wyrasta na kluczową postać polskiego jazzu. Namaszczony przez Stańkę udziałem w New Balladyna Project, udał się następnie do Nowego Jorku, gdzie nagrał dwie wybitne płyty "Four" i "Three" ze śmietanką tamtejszej awangardy. Tym przetartym przez niego szlakiem udali się tam później Sarnecki, Bałdych czy wspomniany wyżej Dąbrowski. Jest zwiastunem tego co nowe w młodym polskim jazzie: otwarty na świat, szukający nowych dróg, nastawiony na współpracę ze wszystkimi, którym na sercu leży dobro ukochanej przez niego muzyki. 

Tego dnia spoczywała na nim podwójna odpowiedzialność: po pierwsze za koncert, a po drugie za festiwal, którego był dyrektorem artystycznym. Podołał obu i to w jakim stylu! To wielkie moje budzi uznanie. Pokazał pewność siebie, dojrzałość, wiarę w swoją sztukę czyli wszystko to, co cechuje największych artystów. Pomogli mu w tym jego wyśmienici partnerzy czyli Dominik Wania na fortepianie oraz zjawiskowa skandynawska sekcja rytmiczna - Ole Morten Vagan na kontrabasie i Gard Nilssen na perkusji. Zagrali muzykę przemyślaną, która przemawia nie tylko energią i entuzjazmem (jak na poprzedzającym  ich występ koncercie Dąbrowskiego z Soreyem!), ale i pięknie ukształtowanym detalem, kunsztowną formą. Miałem dużą satysfakcję słuchając Obary już nie tylko jako świetnego muzyka, porywającego improwizatora. Potwierdził bowiem swoją klasę także jako lider, muzyk świadomego kształtujący brzmienie całego zespołu, potrafiący ze wszystkich jego części wydobyć to co najlepsze. Brawa!

Te dwa wspaniałe koncerty wysoko ustawiły poprzeczkę! Kiedy zatem zjawiłem się w Hipnozie, gdzie grało brytyjskie Portico Quartet, kilka minut wystarczyło, żeby stwierdzić, że moja obecność nie jest tu niezbędna. Klub pękał w szwach, a ludzie świetnie się bawili przy dźwiękach, którym o wiele bliżej do muzyki klubowej i transowej muzyki tanecznej niż do jazzu. Innym razem bym został, bo nie mam nic przeciwko takim klimatom, wręcz je lubię, bo przyciągają płeć piękną jak miód pszczoły. Ale tym razem po dwóch tak potężnych dawkach autentycznego, czystego jak źródlana woda jazzu, dysonans był zbyt wielki.

JazzArt Festival zamykał koncert godzien tego by być kropką nad "i" całego trzydniowego muzycznego maratonu. W klubie Gugalander stanęły mikrofony i kamery, aby nagrać materiał na płytę, która ma szansę być jednym z najważniejszych wydarzeń tego roku. Chodzi o projekt Power of the Horns Piotra Damasiewicza, który w swoim zespole Damas Ensemble zebrał śmietankę polskiego jazzu (m.in. Obara, Pindur, Pospieszalski, Niewiadomski, Wania, Romanowski) z akcentem portugalskim (Ferrandini) i skłonił ich do zagrania materiału napisanego w duchu zespołów Henry'ego Threadgilla, Wadady Leo Smitha, Lestera Bowie czy niezapomnianego Art Ensemble of Chicago. Mimo, że te wszystkie inspiracje nie są przecież nowe to muzyka zabrzmiała potężnie. Młodzieńcza werwa, autentyczność, wiara w misję jazzu jako, mówiąc słowami Pharoah Sandersa, "siły uzdrawiającej świat", wszystko to sprawiło, że w Gugalanderze przeżyłem coś więcej niż koncert. To była magia! 

Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki razem z grupą kilkunastu osób poszliśmy na ul. Mariacką i jeszcze wiele godzin dalej rozmawialiśmy o jazzie, przeżywaliśmy to co się stało w ciągu tych trzech dni, staraliśmy się odzyskać kontakt z rzeczywistością. Udało się dopiero nad ranem, ale gdy wsiadałem do powrotnego pociągu do Warszawy spoglądałem z tęsknotą na Katowice. Dotąd były dla mnie szarym i smutnym miastem. Jednak jazz sprawił, że od tej pory pamiętał je będę jako miasto w chmurach i mam nadzieję tam wrócić, może już za rok na następną edycję JazzArt Festival...
Autor: Maciej Nowotny
* relacja ukazała się pierwotnie na festiwalowym blogu, do którego odwiedzin serdecznie zapraszam: http://jazzart-festival.blogspot.com/

 

wtorek, 01 maja 2012

Długonoga i długowłosa szatynka, odziana w zwiewną jak pajęczyna sukienkę, jak najbardziej odpowiednią na trzydziestostopniowy upał, podeszła do mnie i zapytała z miną niewiniątka: czy to na pewno w tym kościele odbywa się koncert? Ależ jak najbardziej - odpowiedziałem - chętnie pokażę Pani drogę. Dawno, wyznaję ze wstydem, nie zmierzałem z takim zapałem do domu Bożego, w czym niemała zasługa także muzyki, która tego dnia miała rozbrzmieć w ewangelicko-augsburskiej parafii przy ul. Warszawskiej. Bo takie projekty jak "Hadrony" można w polskim jazzie policzyć na palcach jednej ręki. Napisana przez Piotra Damasiewicza kompozycja na jazzowy kwintet i orkiestrę jest robiącym wrażenie debiutem muzyka, o którym powinno być głośno w nadchodzących lat. Podobnie jak o innych członkach zespołu, który tworzą saksofoniści Maciej Obara i Gerard Lebik, kontrabasista Maciej Garbowski i perkusista Wojtek Romanowski. Wracając do muzyki to za jej efekt odpowiada także dojrzałe brzmienie orkiestry kameralnej AUKSO, której dyrektorem od lat pozostaje Marek Moś. Wszystkie te elementy złożyły się na zapewne sukces, o czym świadczy licznie przybyła na koncert publiczność. Również opinie, które zbierałem wśród znajomych po koncercie były pozytywne. Jeśli o mnie chodzi to tej opartej na skomponowanym materiale muzyce brakuje charakterystycznej dla jazzu swobody i spontaniczności. Taki niestety ze mnie zakuty (free) jazzowy łeb!

Z "Hadronów", ku mojemu wielkiemu żalowi, musiałem wyjść przed końcem, aby przemieścić się do klubu Katofonia, gdzie gitarzysta Kamil Pater, perkusista Rafał Gorzycki, kontrabasista Paweł Urowski  i saksofonista Irek Wojtczak mieli zagrać materiał z jednej z najciekawszych płyt tego roku czyli albumu "A-Kineton". Jak wiele innych projektów muzyków pochodzących z okolic Bydgoszczy i związanych z legendarnym klubem Mózg, zespół ten gra muzykę, do której pasuje określenie post yass. To co najbardziej mnie urzeka w tym nurcie  to bezkompromisowość, nieuleganie  wszelkim estetycznym naciskom z jazzowego establishmentu i konsekwentne  poszukiwanie własnego języka. A-kineton to przede wszystkim projekt Kamila Patera znanego nam z Contemporary Noise Sextet. Tą płytą Kamil znacznie przekroczył ramy, w których poruszał się na  krążkach nagranych z CNS. W ogóle ten koncert świetne na mnie wywarł wrażenie poza jednym elementem, mianowicie publicznością, która wyjątkowo na to zdarzenie stawiła się bardzo nielicznie. Szkoda, bo muza warta była uwagi!

Aby posłuchać A-Kinetonu musiałem podarować sobie któryś z następnych koncertów i ku zaskoczeniu wielu mój wybór padł na... Larsa Danielssona i jego kwartet. Z tego co słyszałem Lars nie zawiódł i zaproponował coś co jest nam już świetnie znane z innych jego płyt czyli ECMowski jazz oparty na fundamencie muzyki klasycznej podobny nieco do szwedzkiego Volvo. Samochodu jak wiadomo bardzo bezpiecznego, którym bez ryzyka można się wybrać na zakupy do supermarketu, ale którym jazda dostarcza bardzo niewielu emocji. Stąd zamiast Volvo czekało na mnie teraz Stryjo czyli trio Nikola Kołodziejczyk na fortepianie, Maciej Szczyciński na kontrabasie i Michał Bryndal na perkusji. Szczyciński i Bryndal to muzycy młodzi, ale już wyraźnie rozpoznawalni na naszej scenie. Ciekaw byłem zatem zwłaszcza Kołodziejczyka. Poza tym wiadomo, że w trio zawsze główny akcent spoczywa na fortepianie. Trzeba przyznać, że Kołodziejczyk ma papiery na granie. Technika, muzykalność, wyobraźnia są. Nie ma koncepcji. Do czego użyć tych wszystkich narzędzi. Bo przecież koncepcją nie jest zgrywa. Zwłaszcza, gdy żarty niezbyt śmieszą.

Z Hipnozy przenieśliśmy się na ostatni koncert do Gugalandera, gdzie czekało nas powtórne spotkanie z Irkiem Wojtczakiem. Tym razem z jego autorskim Projektem Region Łódzki, w skrócie, PRL. Rzadki to u nas przypadek poważnego potraktowania rodzimej, ludowej tradycji muzycznej. Nie Cepelia, a gra w duchu takich kultowych już albumów w polskim jazzie jak Zbigniewa Namysłowskiego "Kujaviak Goes Funky". Nadto  udało się Wojtczakowi zebrać interesujący skład, bo na fortepianie Piotr Mania i na kontrabasie Adam Żuchowski znani z bardzo zgrabnej cool jazzowej Triomanii, a na perkusji i trąbce odpowiednio Kuba Staruszkiewicz i Tomek Ziętek, których wszyscy pamiętamy z gry w Pink Freud. Nadali oni prostym ludowym melodiom, które wyszperał Irek Wojtczak, takiej energii, że muzyka zabrzmiała świeżo, a  wreszcie nieco liczniejsza tego dnia publiczność zareagowała entuzjastycznie. W opinii wielu to był najlepszy koncert tego dnia, a może nawet na całym festiwalu! Ja bym nie poszedł tak daleko. Widzę spore rezerwy tak w zgraniu muzyków jak i w płynnym połączeniu folkowego materiału z nowoczesnym jazzowym językiem, ale była w tym przede wszystkim... koncepcja! 

A dzisiaj czyli w poniedziałek, ostatniego dnia JazzArt Festiwalu, powinno nie być gorzej, a wielu twierdzi, że napięcie jeszcze wzrośnie! Zacznie Tomek Dąbrowski z Tyshawnem Soreyem, jednym z najlepszych młodych perkustistów na świecie, który przyleci na ten koncert z Nowego Jorku. Potem projekt jak zawsze kreatywnego Macieja Obary z całkiem nowym, międzynarodowym kwartetem. Następnie duma brytyjskiej sceny czyli Portico Quartet. A na koniec Piotr Damasiewicz z Power of the Horns. Tym razem zamierzam jakimś cudem nie pominąć żadnego z tych, miejmy nadzieję, niezapomnianych koncertów...

Autor: Maciej Nowotny

* relaja ukazała się pierwotnie na festiwalowym blogu, do którego odwiedzin serdecznie zapraszam: http://jazzart-festival.blogspot.com/

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Bum bum bum bum! Grzmiało mi w głowie, gdy wczoraj w nocy wychodziłem z katowickiego klubu Gugalander po kończącym pierwszy dzień JazzArt Festival koncercie grupy Polar Bear. A to za sprawą perkusisty tej formacji Seba Rochforda, którego mogę określić adekwatnie jedynie słowem: "zwierzak". I nie chodzi mi tutaj o jego czuprynę wyglądającą jak rodzaj afro, w które przed chwilą uderzył piorun o rekordowym natężeniu. Tu chodzi o jego organiczne zrośnięcie z instrumentem muzycznym jakim jest perkusja, o niesłychaną swobodę gry i o rytm, który chociaż był skomplikowany jak gambit hetmański w wykonaniu Kasparowa brzmiał jednocześnie komunikatywnie i kipiał nieogarnioną wręcz energią. Gdyby nie było Rochforda pozostali muzycy tej formacji czyli grający na saksofonach Pete Wareham i Mark Lockhart, na kontrabasie Tom Herbert oraz na elektronice i gumowym baloniku John Leafcutter, musieliby go wymyśleć. Bez niego ich muzykę dałoby się zaszufladkować jako zagrany na free jazowo dość standardowo brzmiący indie pop. Z nim jednak, wraz z upływem kolejnych minut koncertu, widać było jak rosną im skrzydła. A wkrótce za nimi podążyła cała scena Gugalandera, aby powoli, ocieżale, lecz konsekwentnie, unieść się do nieba. Wtedy klęknąłem na drugie kolano i zacząłem wołać: Hosanna! Bo kocham jazz, zwłaszcza taki jak ten grany przez Polar Bear: autentyczny, ekstatyczny, swobodny i niczym nieograniczony jak skowronek na błękitnym, wiosennym niebie. 

Napisałem na drugie kolano, bo pierwsze miałem już od dawna ugięte po poprzedzającym ten koncert występie trio Neila Cowleya w innym katowickim klubie Hipnoza. To trio zaproponowało cudownie spójną, do końca przemyślaną i perfekcyjnie zaaranżową muzykę pop zagraną z prawdziwie jazzową dezynwolturą. Porażający był profesjonalizm muzyków w każdym dosłownie elemencie, a energia, entuzjazm, emocje jakie rozbudzili są niezapomniane. Prosta jak budowa cepa muzyka ta jeszcze raz konfrontuje tabuny krytyków piejących z zachwytu nad przekomplikowanymi płytami Keitha Jarretta czy Brada Mehldaua z pewną trudną prawdą: do wywołania efektu artystycznego nie trzeba wcale wyrafinowanych środków. Ludzie nie chodzą na koncerty w celu wysłuchania pełnego patosu kazania, które uświadomi im ich ograniczoność i rozbije w pył złudzenia, które pozwalają żyć. Grający na pianinie Cowley i jego partnerzy czyli kontrabasista Richard Sadler, perkusista Evan Jenkins (nie zapominajmy też o kwartecie smyczkowym, który im towarzyszył) przypomnieli nam lekcję jaką dał światu brytyjski rock i pop. Lekcję, którą rozumie każdy kto słuchał kiedykolwiek The Beatles: otóż prosta melodia i prosty tekst potrafią nieraz powiedzieć więcej o nieznośnej lekkości naszego bytu niż tysiące opasłych dzieł filizofów i teologów. 

 Te wszystkie ochy i achy byłyby niemożliwe bez ludzi, którzy w Katowicach zebrali się razem, by zaplanować i wcielić w życie ideę festiwalu będącego rodzajem upamiętnienia przypadającego na 30 kwietnia światowego dnia jazzu. Piękny to przykład, gdy miasto obejmuje mecenatem inicjatywę tyleż potrzebną mieszkańcom co wartościową pod względem artystycznym. Piszę potrzebną mieszkańcom, bo chociaż termin rozpoczęcia festiwalu przypadł na początek długiego majowego weekendu to publiczność dopisała i tłumnie wypełniała sale tak w wymienionych wyżej klubach Gugalander i Hipnoza jak i w kinoteatrze Rialto, gdzie miało miejsce otwarcie festiwalu. 

Możemy dzisiaj uchylić rąbka tajemnicy i poinformować Państwa, że do końca trwała walka by festiwal otworzył się występem Roberta Glaspera. Bez wątpienia jednego z najzdolniejszych pianistów młodego pokolenia w Stanach i gwiazdy legendarnej wytwórni Blue Note. Nie udało się i zamiast niego festiwal otworzył Courtney Pine, który pokazał nieokiełznaną wprost chęć podzielenia się z nami tym jak dobrze mu się gra klarnecie basowym (rzecz nowa dla niego, gdyż do tej pory grał głównie na saksofonie). Energia tak rozpierała artystę, że właściwie nie zwaracał uwagi na swoich partnerów, którzy smętnie pobrzękiwali na fortepianie, kontrabasie i perkusji. Katowicka publiczność pokazała wielką klasę łaskawie nagradzając brawami zmagania artysty ze swoim wybujałym ego. To była druga wizyta Pine'a w Polsce, po około 10 latach nieobecności. Życzę mu oczywiście by zagrał jeszcze w naszym pięknym kraju, pod warunkiem jednak, że nastąpi to po upływie nie krótszego niż poprzednio okresu... 

Tego dnia wystąpił jeszcze polski skład pod nazwą Orange The Juice w klubie Katofonia, ale niestety nie udało mi się tam dotrzeć. Niemniej od znajomych słyszałem, że było świetnie! Jaka szkoda, że nie opanowałem sztuki bilokacji czyli bycia jednocześnie w dwóch różnych miejscach! Przydałaby mi się ona i dzisiaj, bo od rana siedzę i zastanawiam się, który z dzisiejszych pięciu koncertów wybrać: Piotra Damasiewicza z Orkiestrą Kameralną Aukso w projekcie Hadrony? Patera, Gorzyckiego, Wojtczaka i Urowskiego z materiałem z ich najnowszej płyty A-Kineton? Kwartet Larsa Danielssona? Stryjo z Kołodziejczakiem, Bryndalem i Szczycińskim? Czy kwintet Irka Wojtczaka z projektem PRL? O la la... Jedno jest pewne... będzie się działo i zapowiada się kolejna, szalona, jazzowa noc w Katowicach z JazzArt Festival!

PS. Relacja z drugiego dnia wkrótce na festiwalowym blogu: http://jazzart-festival.blogspot.com/

Autor: Maciej Nowotny

 

czwartek, 22 marca 2012

Wiele można powiedzieć o ludziach obserwując jak sobie radzą, gdy jest im zimno. Niektórzy zamykają się w domu, uszczelniają drzwi i okna, ubierają się w ciepłą piżamę, zakładają grube skarpety, by na koniec wśliznąć się pod pierzynę skąd ledwie widać zaczerwieniony i wilgotny nos. Ale są i drudzy, którzy zachowują się w całkowicie przeciwny sposób! Rozpinają koszulę, podwijają spódnicę, zsuwają buty ze stóp, biorą kogoś w ramiona i zaczynają tańczyć, śpiewać, szaleć! Muzyka jak ciepło z farelki przenika przez ich skórę, dociera do każdej komórki, wywołuje w każdej z nich minieksplozję entuzjazmu, paroksyzm energii, wprawia w lewitację. I oto czujesz jak po plecach przechodzi Ci dreszcz. Jeszcze przed chwilą byłeś jak wielki sopel lodu, a już jesteś jak przyczajony tygrys i ukryty smok. Muzyka zmieniła Cię z przygniecionego szaroburą, nadwiślańską zimą zombie w człowieka światła, który razem z innymi nutkami wspina się po pięcioliniach schodami do nieba...

To mniej więcej przydarzyło się Waszemu zziębniętemu korespondentowi, gdy w sobotni wieczór 17 marca anno domini 2012 “przechodził z tragarzami” opodal przenajświętszej kawiarnianej trójcy współczesnej Warszawy czyli Szparki, Szpilki i Szpulki położonych na najpiękniejszym chyba warszawskim placu Trzech Krzyży. I właśnie w tę ostatnią, w Szpulkę, udało się wtłoczyć, innych słów nie znajduję biorąc pod uwagę, że kawiarnia ta jest doprawdy maleńka, kilkadziesiąt osób publiczności i... jedenastu muzyków tworzących razem Piotr Damasiewicz Ensamble! Projekt nosi nazwę “Power Of The Horns” i jest ciągle w fazie kształtowania, dlatego muzycy zmieniają się, a w tej konfiguracji byli to lider na trąbce, Maciej Obara i Adam Pindura na saksofonach altowych, Gerard Lebik na saksofonie tenorowym,  Piotr Łyszkiewicz na saksofonie sopranowym, Paweł Niewiadomski na puzonie i sekcja rytmiczna Jakub Mielcarek i Marcin Jadach na kontrabasach, Michał Trela na perkusji i Wojtek Romanowski na perkusjonaliach. A to jeszcze nie koniec! Bo w jednym z trzech granych tego wieczoru utworów zatytułowanym ‘Botswana’ zagrał sympatyczny gość z Afryki imieniem Buba, który wspomógł zespół grą na chordofonie szarpanym zwanym korą.

Znawcy wśród publiczności (która była znakomita i muzycznie wyrobiona!) wskazywali na takie źródła inspiracji jak Art Ensemble of Chicago z niezapomnianym Lesterem Bowie na trąbie i Roscoe Mitchelem na saksofonie tenorowym. Podobnie jak ta wywodząca się z ruchu AACM formacja band Damasiewicza ma charakter warsztatowy, skład jest płynny, a punkt ciężkości leży nie na kompozycji, a na spontaniczności danego wydarzenia (patrz ad hoc dołączenie Bubu do składu!) czy interkakcji między muzykami grającymi w zmieniających się jak w kalejdoskopie układach. Brakuje jeszcze tylko pewnego elementu show, który jak wiadomo towarzyszył występom zespołu z Chicago, gdy Joseph Jarman występował odziany jedynie... w pasek do saksofonu, a Lester Bowie wychodził na scenę ubrany w biały kitel i maseczkę jak chirurg do operacji. U nas to chyba nie przejdzie, ale i tak zespół ten wnosi powiew świeżości o jaki w naszej dość konserwatywnej jazzowej rzeczywistości niełatwo, a energia muzyków i ich poświęcenie (tak należy określić ośmiogodzinną podróż z Wrocławia do Warszawy na darmowy koncert) porywają. Podsumowując, granie było nieco  chaotyczne, ale power (nazwa zobowiązuje) rzeczywiście był!!! Chciałoby się usłyszeć to zagrane starannie i w optymalnym składzie (lider wspominał, że w wersji ostatecznej pojawi się na fortepianie Dominik Wania), w odpowiedniej sali i nagrane tak, żeby wybrzmiały wszystkie detale. I koniecznie w wersji Live...



Ałtor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

 

niedziela, 23 października 2011

W śródmiejskim domu kultury na ul. Smolnej w Warszawie w sobotę 22 października 2011 roku miał miejsce wzruszający koncert, bo oto legendarny polski saksofonista Zbigniew Namysłowski zebrał nowy kwintet i zagrał materiał ze swojej planowanej nowej płyty. Jak inni wielcy królowie saksofonu z jego pokolenia Sonny Rollins czy Wayne Shorter, Namysłowski nie obniża poziomu , a jego płyty jakie wyszły w ostatnich latach bez wyjątku zachwycają. Przypomnijmy tylko kilka ostatnich, bardzo udanych projektów autorskich takich jak wydany w roku 2009 krążek "Nice & Easy", od którego słuchania wprost nie mogłem się oderwać czy wyrafinowane (acz z przymrużeniem oka) "Assymetry". Kapitalnie Namysłowski wsparł także projekt Adama Pierończyka "Few Minutes In Space" czy Piotra Lemańczyka "Freep". Jest tego oczywiście dużo więcej, nie czas na wyliczankę, ale nie można tu pominąć wspaniałego nagrania historycznego z roku 1965, które wszakże opublikowane zostało dopiero w 2008 roku pod tytułem "Live At Kosmos" i przynosi zapis koncertu jaki kwartet Namysłowskiego dał we Wschodnich Niemczech z wybitnym pianistą Joachimem Kuhnem. Kto tej płyty nie ma ten wielką powinien odczuwać stratę, bo to jedno z najlepszych nagrań w historii jazzu polskiego i nie tylko...

Wracając do koncertu to przypomniał mi on nastrój niezapomnianych jamów jakie miewały miejsce choćby w klubie Akwarium, bo na wypełnionej po brzegi sali panowała rodzinna atmosfera, brak było napięcia, zadęcia, wypięcia, panował luz i święty spokój. Taka chyba jest atmosfera nowego domu kultury na ul. Smolnej, ale takie jest też podejście Namysłowskiego do muzyki, ironicznie, ale bynajmniej nie lekceważące, niedbałe czy powierzchowne. Dlatego publiczność w trakcie tego koncertu miała unikalną wręcz okazję słuchać i obserwować muzykę w trakcie jej tworzenia, zanim jeszcze uzyska ona swój ostateczny i doskonały kształt. Muzycy nie ukrywali tego, coraz to ktoś wertował nuty, solówki rozkręcały się w miarę grania, a sam mistrz od czasu do czasu dobrotliwie napominał muzyków, że mają grać wolniej, szybciej, głośniej czy ciszej, a nawet podawał rytm w czasie numerów jak to zwykle u niego o nietypowym, pokręconym metrum. Co z tego? Pomimo tych wszystkich chropowatości, a może właśnie dzięki nim, koncert był niezapomniany, zresztą nie tylko ze względu na klimat, ale przede wszystkim ze względu na muzykę.


Ta zaś oznacza powrót Zbigniewa Namysłowskiego do jego koronnej konkurencji czyli jazzu igrającego z elementami ludowymi. Nastała chwila, aby powiedzieć parę słów brutalnej prawdy: chociaż tabuny młodych kapel grają ostatnio mnóstwo folkjazzu, zwłaszcza pełno w tym graniu nut klezmerskich, będących podróbką tego co kiedyś tak orginalnie rozkwitło w wytwórni Tzadik Records, to nikt, powtarzam NIKT, nie potrafi pożenić polskiego folku z jazzem tak lekko, tak bezpretensjonalnie, tak twórczo jak Zbigniew Namysłowski. Podobają mi się wątki żydowskie w polskiej młodej awangardzie jak na przykład w tym co robi Mikołaj Trzaska, Raphael Rogiński, Wacław Zimpel czy towarzystwo zebrane w formacji o nazwie Cukunft, ale poza tym to więcej w tym Cepelii i budzi moją podejrzliwość taki nagły niemal wszystkich run na tę żydowską ludowość. Z polską muzyką ludową jakoś to naszym młodym gniewnym nie wychodzi, chociaż oczywiście i tu są wyjątki, ale o tym w innym tekście. Szkoda, że nasi młodzi muzycy nie wybrali się na ten koncert, bo WIELE mogliby się nauczyć od tak wielkiego mistrza jak Namysłowski.

Przetworzona przez niego muzyka ludowa brzmi niesłychanie nowocześnie, jest ambitna, a jednocześnie komunikatywna i, co najważniejsza, jego własna. Od razu się rozpoznaje jego język i, oczywiście, jego dżwięk. Tytuły utworów mówią wiele: zaczęło się od "Obermeistera", w którym mistrz wziął się za oberka; potem "Chórem z gór" przypomniał nam płyty nagrywane z muzykami góralskimi; potem zaskakująca "Abrabeska",w której pojawiły się motywy muzyki arabskiej; następnie wcale nie sielankowe "Pastorale"; i "Jako tako", "Świr na lewo świr na prawo" i na finał zagrano "Jadąc zakopianką", której Namysłowski nie mógł skończyć tak rozentuzjazmowana była wypełniająca szczelnie salę publiczność. Nastąpił bis, ale nie pamiętam niestety co zagrano... Krótko mówiąc, wiele bym dał, aby tę wspaniałą muzykę usłyszeć dopracowaną i nagraną na płytę. Przecież potencjał zebrany przez Namysłowskiego jest tu nadzwyczajny, bo oprócz jego syna Jacka Namysłowskiego grającego na puzonie, tego wieczoru grali dla publiczności Sławek Jaskułke na fortepianie, a w sekcji rytmicznej Maciej Garbowski na kontrabasie i Grzegorz Grzyb na perkusji. To potencjalny dynamit, chciałoby się rzec, a mimo to wydanie tego materiału nie jest pewne, wręcz będzie to niemożliwe bez wsparcia sponsorów. W głowie się nie mieści, ale to prawda!!! Dziwnych zaiste dożyliśmy czasów, gdy gwiazdeczki "Mam talent", nieposiadające za grosz umiejętności wydają płyty, a wielcy muzycy, ktorzy wzbogacają skarbnicę narodowej kultury nie mają na to środków... Tym bardziej polecam Wam kupno tych albumów Namysłowskiego jakie jeszcze znajdują się w sklepach i wizytę na jego koncertach, bo bez względu na upływ lat, wielki mistrz gra tak dobrze jak zawsze, ba, lepiej niż kiedykolwiek i ciągle ma wspaniałe plany na przyszłość, które miejmy nadzieję, zdołają się urzeczywistnić.  



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/


sobota, 15 października 2011

Jazz to muzyka ludowa murzynów amerykańskich z delty Missisipi. Dopiero potem jako swing zawitał do sal tanecznych, jeszcze później jako bop stał się indywidualną formą wypowiedzi artystycznej najbardziej świadomej i pewnej siebie części społeczności czarnych muzyków, by wreszcie stać się czymś w rodzaju nowej muzyki klasycznej, której naucza się w akademiach i odtwarza w filharmoniach w sposób maksymalnie wierny orginałowi, którym najczęściej są złote lata be bopu, hard bopu i cool jazzu. Jednak to ten ludowy charakter jazzu jest tym co w nim ciągle żywe, bo przekazał on nowoczesnemu jazzowi skłonność do improwizacji, która nieustannie odświeża oblicze tej muzyki, chociaż jednocześnie zmienia je nie do poznania, tak że w pewnym momencie pojawiają się watpliwości czy to w dalszym ciągu jest jazz. Wreszcie u korzenia tej ludowości tkwi przeżycie religijne (i w jakiejś mierze też erotyczne, ale to już temat na inny tekst), które sprawia, że jazz i jazzmani nawiązują często kontakt z czymś co jest transcendentalne i metafizyczne.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo 2 października 2011 roku, w niedzielny wieczór, w trakcie koncertu kwartetu klarnetowego o nazwie Ircha wszystkie te wątki skupiły sie jak w soczewce w warszawskiej synagodze Nożyków. Przede wszystkim wątek ludowy, tym razem żydowski, którego renesans obserwujemy tyleż na świecie co w Polsce. Może nawet do przesady, bo ostatnio na co drugiej płycie młodej polskiej kapeli słychać jakieś oddźwięki klezmerskie co przypomina mi nieznośny klimat PRL-owskiej Cepelii. Bo Cepelia to była taka podróbka polskiej kultury ludowej w celu wyciagnięcia kasy od cudzoziemców. Przypominała troszkę jakieś piękne zwierzę wypchane sianem, ze wstawionymi plastikowymi oczami, które w Muzeum straszy dzieci przychodzące za karę z nauczycielką biologii. Na szczęście Ircha zdołała uniknąć zarówno Cepelii jak Muzeum, znajdując wolną przestrzeń dla autentycznej artystycznej ekspresji między sztuczną i udawaną ludowością a martwym i staroświeckim kultem eksponatów muzealnych. Jakimś cudem żydowski korzeń tej muzyki tu okazał się ciągle żywy, jakby nie było tych wszystkich tragicznych wydarzeń, które wstrząsnęły tą społecznością w Europie w XX wieku. I wypuścił on cztery nowe, zielone listki, dzięki muzykom jazzowym i to takim, którym bardzo bliski w muzyce jest element improwizowany.

Postacią główną w tym zespole jest bez wątpienia Mikołaj Trzaska, postać wyjątkowa w polskiej muzyce: samouk, jeden z ojców rewolucji yassowej w polskim jazzie, człowiek od wielu lat bezkompromisowo poszukujący w muzyce tego co awangardowe i... Żyd. To on powołał do życia ten kwartet, który w roku 2010 wydał swoją pierwszą płytę "Lark Uprising", z udziałem legendarnego amerykańskiego saksofonisty Joe McPhee, która przez wielu została uznana za jeden z najlepszych albumów roku 2010. Lecz stytuacja ma się tak, że w tym kwartecie grają sami wybitni muzycy, a nawet gwiazdy polskiej sceny awangardowej. Bo poza Trzaską Wacław Zimpel, zdaniem wielu najlepszy polski muzyk jazzowy ubiegłego, 2010 roku, który wydał takie płyty jak "The Passion" i "Hera", obsypane deszczem pozytywnych recenzji tak w Polsce jak i zagranicą. A nadto młode lwy z warszawskiej sceny skupionej wokół klubu na Chłodnej 25 czyli Paweł Szamburski znany nam ze wspaniałego duetu SzaZa z Patrykiem Zakrockim jak i z doskonałego Cukunftu oraz Michał Górczyński, który także znany jest z Cukunftu, a ostatnio pojawił się w prowadzonym przez Marcina Maseckiego wyśmienitym sekstecie Profesjonalizm.

Oczywiście najważniejsza jest muzyka jaka wybrzmiała tego wieczoru, a była ona nadzwyczajna! Kiedy słuchało się drewna klarnetów przychodziło mi do głowy pytanie o tajemnicę drzew zamieniających się w dźwięki. Artystyści wprawiali w wibracje instrumenty i było dla mnie oczywiste, że słowo dusza nie przypadkiem ma wspólny żródłosłów ze słowem oddech. Muzycy wędrowali po całej przestrzeni synagogi do piękna dźwieków isntrumentów dołączając zaskoczenie płynące z ich zmiennej lokalizacji. Częściowo skomponowana, częściowo improwizowana, daleka od jazzu, a bliższa muzyce klasycznej, z nutą klezmerską, na szczęście tak delikatną i elegancką jak kropla Chanel na pełnej klasy damie, muzyka ta wymyka się krytycznym opisom i klasyfikacjom, wzbudzając po prostu zdumienie, zachwyt, miłość. Powstała ona w ramach projeku "Pamięć przede mną", poświęconego bohaterom i ofiarom powstania w getcie warszawskim i wspieranego przez Muzeum Żydów Polskich. Mam nadzieję, że klimat tego koncertu znajdzie odzwierciedlenie na planowanych kolejnych albumach tego kwartetu, na które czekam z wielką niecierpliwością!  

Autor Maciej Nowotny:

http://polish-jazz.blogspot.com/

 


środa, 28 września 2011

 LEAN LEFT - EX GUITARS MEET NILSSEN-LOVE & VANDERMARK @ Bimhuis 2009

Poznański Klub Dragon powoli staje się centrum jazzowej awangardy w Polsce, jakim niegdyś była krakowska Alchemia. Choć może lepiej powiedzieć, że to centrum znajduje się po prostu tam, gdzie chce pracować Ken Vandermark, a dzięki Wawrzyńcowi Mąkini i Tomkowi Konwentowi chce w Poznaniu. Wielka chwała im za to, bo Ken jest często porównywany do Johna Coltrane’a i słusznie.  Zachwyca jego bezkompromisowa kreatywność, całkowite poświęcenie muzyce, niewiarygodna wprost aktywność wyrażająca się w dziesiątkach projektów, w których uczestniczy i których jest siłą napędową. W piątkowy wieczór 16 września 2011 roku publiczność w Dragonie miała okazję słyszeć go grającego z zespołem o nazwie Lean Left, w skład którego wchodzą ponadto Paal Nilssen-Love, legenda awangardowej perkusji, a do tego dwóch graczy mniej mi znanych: Andy Moor i Terrie Hessels, którzy przeszli długą drogę, od momentu gdy w roku 1979 zaczęli grać punk w ramach formacji o nazwie The Ex. Zgarniając po drodze wpływy związane z noisem, rockiem, muzyką etniczną, doszli w końcu na Everest muzyki improwizowanej, bo granie z Vandermarkiem i Nilssen-Love tak właśnie trzeba określić.

Opisywać tę muzę na poziomie etykietek byłoby profanacją, poszukam zatem metafor. Ściana dźwięku jaką na początku stawiają muzycy zszokować może nawet zaprawionych w bojach „metalurgów”. Człowiek czuje się jak niedźwiedź wyrwany w środku zimy ze snu przez atak pancernej dywizji strzelającej ze wszystkich luf! Ale jednocześnie muzyka ta poprzez swoje wyrafinowanie, techniczną perfekcję wykonania i niezwykłe nowatorstwo lokuje się o lata świetlne od zwykle nieporadnych i trywialnych wysiłków większości kapel rockowych, noisowych czy metalowych. Wszyscy muzycy zamiast oczywistych i wielokrotnie powielanych schematów poszukują nigdy jeszcze nie słyszanych dysonansów, polirytmii, pulsu łączącego afrykańską dzikość z industrialną powtarzalnością.

LEAN LEFT - EX GUITARS MEET NILSSEN-LOVE & VANDERMARK @ Bimhuis 2009

Osią tej muzyki zawsze pozostaje Ken, jak wódz pośród swych legionów, pewnie i z wdziękiem steruje tym tsunami dźwięków za pomocą saksofonu tenorowego, a niekiedy także klarnetu. W centrum natarcia znajduje się zestaw perkusyjny Paale Nilssena Love, który jak artyleria, bombarduje publiczność decybelami precyzyjnych eksplozji. Na skrzydłach atakują zaś na swych gitarach elektrycznych Moor i Hessels jak jeźdźcy apokalipsy, kawaleria porucznika Custera czy szwoleżerowie pod Samosierrą.  

Po koncercie czułem się jak wrak człowieka, wata w uszach sprawiała, że siedzący 20 centymetrów ode mnie Tomek Łuczak musiał krzyczeć, żebym zrozumiał, że chce mnie poznać z Wawrzyńcem Mąkinią. Nie wiedziałem czy to moje nogi się trzęsą, kręci mi się we łbie czy też może budynek wzruszony do głębi tą wybuchową mieszanką zaczął się kołysać i chwiać w posadach. Na szczęście instynktownie włączyłem dyktafon i dzięki temu mogę teraz napisać słów parę o planach Multikulti. Przede wszystkim nowa Hera, kwartet Wacława Zimpela podobno tym razem wzbogacony o dodatkową osobę i brzmienia orientalne. Ale to jeszcze nie koniec jeśli chodzi o tego muzyka, bo w kolejce do wydania czeka jego kwartet z Perrym Robinsonem grający muzykę Żydów z Jemenu.  Następnie płyta z udziałem Andrzeja Przybielskiego i dwoma młodymi muzykami: kontrabasistą Jackiem Mazurkiewiczem i grającym na perkusji Pawłem Osickim. Ponadto kwartet z Per-Akke Holmanderem, Robertem Raszem i Robertem Kusiołkiem, którego pamiętamy z doskonałej płyty wydanej na początku tego roku, a zatytułowanej „Nuntium”. Niewykluczone jest też pojawienie się płyty, na której zagrają razem Agusti Fernandez i Mats Gustaffson.

Jak już wspomniałem wyżej oprócz opanowania sztuki czynienia nieziemskiego wprost hałasu wielkie wrażenie w trakcie tego koncertu wywarły na mnie precyzja tej muzyki i wspaniałe zgranie muzyków. W trakcie rozmowy po zakończeniu koncertu uzyskałem od muzyków, w tym Kena, prostą odpowiedź na pytanie skąd takie porozumienie: kilkanaście lat wspólnego grania! Tyle lat wspólnego muzykowania pozwala Lean Left swobodnie szybować ku free jazzowym chmurom i nie bać się słońca. W którego żarze, jak w brzuchu martenowskiego pieca, z punkowo-noisowskiego ołowiu powstało czyste złoto muzyki improwizowanej w duchu naszych czasów…

Autor: Maciej Nowotny

tekst ukaże się w najbliższym, październikowym numerze miesięcznika JazzPress razem z tekstem na temat młodych polskich trębaczy i wywiadem z Mikołajem Trzaską oraz wielu innymi fantastycznymi tekstami innych autorów, których udało się Ryśkowi Skrzypcowi zagonić do roboty...;-)))


sobota, 03 września 2011

 

Fot. Blanka Tomaszewska

Ponieważ jazzowa awangarda to muzyka, która stawia wszystko co znane na głowie to i ja zacznę ten tekst… od końca. A ów weekend z awangardą skończył się w niedzielę krótko przed północą, tuż obok olśniewającego budynku Centrum Nauki Kopernik, gdzie stałem przechylony przez barierkę i gapiłem się jak pusta butelka płynie brudną Wisłą, a obok ludzie puszczają małe balony z zapalonymi świeczkami w środku, które szybko unoszą się ku niebu i nikną w chmurach, by tam się spalić.

Nad brzeg przyszedłem z Cudu Nad Wisłą, modnej ostatnio warszawskiej knajpy, położonej tuż nad rzeką, z maleńką scenką w przerobionym kontenerze i z publicznością rozłożoną na europaletach pokrytych sztuczną trawą, kocykami i poduszkami. Ta publiczność to głównie młodzież z położonego w pobliżu Uniwersytetu, uśmiechnięci, lekko zblazowani, eleganccy, wręcz wykwintni, nowi młodzi piękni dwudziestoletni.  Na tym targowisku próżności, na którym snobizm mieszał się w wyrafinowany sposób ze skrajną dezynwolturą, miał zabrzmieć free jazz najczystszej wody i trudno było o miejsce bardziej odpowiednie i równocześnie nieodpowiednie.

A grali: legenda polskiej awangardy saksofonista Mikołaj Trzaska i młody, obiecujący kontrabasista Jacek Mazurkiewicz. Koncert zakończył się bisem, który był zasłużony, bo muzycy rozgrzewali się w miarę grania. W tej drugiej części Trzaska czarował swoim chropawym, pełnym intensywności altem i klarnetem przypominającym jako żywo brzmienie  Jimmy’ego Giuffre z wyraźną jednak klezmerską nutą, a Mazurkiewicz nie ustawał w udowadnianiu, że gra na kontrabasie to zupełnie inny sport od tego, który uprawiali Scott LaFaro, Dave Holland czy Gary Peacock.

Nie chcę przez to powiedzieć, że pierwsza część koncertu była nieudana, chociaż słychać było, że muzycy dopiero szukają wzajemnego porozumienia. To jest wszakże całkowicie zrozumiałe w tym czystym jak łza free,  gdzie niemal nic nie jest z góry zaplanowane. Zresztą na początku publiczność zupełnie nie wspierała artystów – ktoś czytał książkę, ktoś podrywał dziewczęta, ktoś śpiewał 100 lat solenizantce, ktoś jeździł dookoła na rowerze (teren jest dość duży).

Przed koncertem miałem okazję porozmawiać o muzyce tak z Mikołajem Trzaską jak i z Jackiem Mazurkiewiczem. Mikołaj Trzaska zaskoczył mnie stwierdzeniem, że gra jazzowy mainstream, a Jacek Mazurkiewicz – zapowiedzią swojej płyty nagranej z Pawłem Osickim i – uwaga! -Andrzejem Przybielskim. Więcej o tym koncercie i rozmowie z artystami w artykule, który ukaże się wkrótce…

Przenieśmy się teraz do warszawskich Złotych Tarasów, które poprzedniego, sobotniego wieczora opuszczałem z głową pełną sprzecznych uczuć. Z jednej strony nie mogłem wyjść z zachwytów nad pięknem inspirowanych folklorem sefardyjskich Greków pieśni Jorgosa Skoliasa i klasą gry sekcji rytmicznej tworzonej przez Bartłomieja i Marcina Olesiów. Z drugiej strony nie mogło chyba być publiczności bardziej obojętnej na to co się działo na scenie. Letnia bowiem scena w Złotych Tarasach mieści się wprost na patio modnej galerii handlowej w Wawie pośród stolików mających tam miejsce pięciu restauracji. Przy jednym ze stolików, tuż obok mnie, siedział łysy osiłek, obwieszony złotymi łańcuchami, którego ręka miała większy obwód od obwodu mojego uda. Znajdowaliśmy się może 5 metrów od sceny, przy czym on odwrócony był plecami, ale ani razu się nie obejrzał na grających muzyków! Przez cały ten czas z bardzo znudzoną  miną dłubał w zębach srebrną wykałaczką, a ja nie mogłem wyjść ze zdumienia, bo przecież nawet małpa w ZOO obróciłaby się choć raz, z ciekawości!!!

Trudno znaleźć słowa odpowiednie by opisać jakość muzyki tworzonej przez Jorgosa i braci Olesiów, bo jest tam wszystko by długo nie wyjść z zachwytu: wielka muzykalność, żywy element etniczny, mainstreamowa przystępność i awangardowa odwaga. A to wszystko łączy się w spójną całość dzięki niezwykłej technicznej maestrii tak grającego na kontrabasie Marcina Olesia, jak na perkusji – Batłomieja Olesia, a nadto głosu Jorgosa Skoliasa, który osiągnął ten najlepszy wiek w życiu artysty, gdy dojrzałość wyraża się w swobodzie improwizacji . Udowodnił to w drugiej części koncertu, gdy w jednym z utworów połączył w jeden zapierający dech w piersiach wokalny popis pieśń sefardyjską, włoską piosenkę („Nel blu dipinto di blu” Domenico Modugno) i amerykański rap!

Zbliżamy się do końca mojej relacji, proszę zatem przeczytajcie, co zdarzyło się w przerwie między pierwszą i drugą częścią koncertu, gdy udało mi się zamienić z Marcinem Olesiem parę słów. Dowiedziałem się od niego iście sensacyjnych rzeczy, bo oto wiosną przyszłego roku ukaże się płyta braci Olesiów z Theo Jorgensmannem w prestiżowym wydawnictwie HatHut Records, a możliwe jest także wydanie innego materiału nagranego z tym samem muzykiem i z Chrisem Dellem dla kanadyjskiego Red Toucan Records. Doczekamy się także być może nowej płyty braci w duecie, po tym jak ich wydana kilka lat temu płyta DUO wielkie uznanie zyskała u smakoszy jazzowej awangardy. Kto wie może ziszczą się też plany nagrania materiału z saksofonistą Gregory Tardym, a jakby tego było mało już w listopadzie bracia wchodzą do studia oczywiście z Jorgosem Skoliasem , a ich płyta ma być wydana przez legendarne wydawnictwo Tzadzik Records . Natomiast jeśli  zmaterializują się plany nagrania płyty z genialnym Matthew Shippem, który to projekt realizuje Matusz Walerian, to po prostu będzie to wydarzenie jakiego nie było w polskim jazzie od lat!!!

Podczas tej jakże interesującej pogawędki podeszła do nas młoda niewiasta i zażyczyła sobie od Marcina autograf, a potem ku wielkiemu mojemu zdziwieniu poprosiła i mnie o to samo! Chciałem oczywiście wyprowadzić ją z błędu tłumacząc, że pomyliła mnie z Bartłomiejem Olesiem, z którym wspólny mamy jedynie wysoki wzrost, design okularów i fryzurę (a raczej jej brak). Ale Marcin powstrzymał mnie władczym ruchem ręki i powiedział: „Dziecku się nie odmawia”. Po odejściu dziewczynki siedzący przy stoliku artyści bezwzględnie zaczęli się ze mnie natrząsać, a Bartłomiej Oleś stwierdził, że skoro za niego rozdaję autografy, to w takim razie bardzo proszę, oto jego pałeczki i marsz do perkusji, na sławę trzeba zarobić! „Ależ panowie!” – krzyknąłem w przerażeniu – „zrobię wszystko co chcecie tylko oszczędźcie mi tego!”. Marcin Oleś mrugnął do brata, a ja domyśliłem się jak mogę wykupić się z grania na Bartłomiejowej perkusji…

Na koniec posłuchajcie jak to brzmiało -jakość nienajlepsza, ale myślę, że jednak warto posłuchać, aby odczuć atmosferę:



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

niedziela, 19 czerwca 2011

W piątek zaczęły się kolejne Warsaw Summer Jazz Days, organizowane przez zasłużonego dla polskiego jazzu Mariusza Adamiaka. Jakoś ostatnimi laty nie składało się, abym był obecny na koncertach odbywających w ramach tego festiwalu, natomiast ten rok był dla mnie bardziej szczęśliwy i oto wczoraj byłem jednym z wielu widzów, którzy mieli okazję uczestniczyć w wydarzeniach drugiego dnia tej imprezy. Moje szczęście było podwójne, bo jak być może wiecie jestem uważnym obserwatorem polskiego jazzu (proszę o odwiedziny i polubienie mojego bloga o polskim jazzie: http://polish-jazz.blogspot.com/), a wczorajszy koncert poświęcony był polskiemu jazzowi właśnie.

Tytuł tego cyklu: "Don't Panic! Yass We Are From Poland 2011" sugerował jakieś nuty awangardowe poprzez nawiązania do niezapomnianego yassu, który w latach 90tych odświeżył nam (na krótko) nieco zatęchłą rodzimą scenę jazzową. Myśl szczytna i z wdzięcznością chylę czoła przed Mariuszem Adamiakiem, że, po pierwsze, na taki pomysł wpadł, a, po drugie, że go zrealizował. I to z charakterystycznym dla niego rozmachem, bo na koncert zaprosił liczne grono osób z Europy (głównie Niemcy), organizatorów koncertów jak i menedżerów, aby pomóc w promocji tego, co najlepsze w młodym polskim jazzie. W tym zacnym dziele współdziałał z Instytutem Adama Mickiewicza, już wcześniej znanym z wielu projetów wspierających polską muzykę. Podobają się nam takie przejawy współpracy w zbożnym celu: brawo!

Publiczność i muzycy spotkali się w Muzeum Powstania Warszawskiego, jednej z najbardziej orginalnych warszawskich sal koncertowych, z zaskakująco dobrą akustyką jak na miejsce bedące niczym innym jak wymyślną plątaniną betonowych konstrukcji i poskręcanego żelastwa. Unoszący się nad głowami obecnych Liberator (patrz na zdjęciu) zapowiadał wysokie muzyczne loty...

Pierwszy na scenę wszedł Mikrokolektyw czyli Artur Majewski (trąbka) i Kuba Suchar (perkusja). Obaj Panowie wyglądali jakby przed chwilą wyszli z lasu: Artur Majewski z czupryną i bujną brodą prezentował się niczym Rumcajs, a Kuba Suchar ze wzrokiem oderwanym od rzeczywistości nieco jak Jozin z Bazin. Widziałem niepewne spojrzenia gości z zagranicy, które jednak trwały tylko do momentu, gdy wyżej wymienieni zaczęli grać. Także i Was pozory nie powinny mylić, bo Artur Majewski to największa nadzieja, obok Kamila Szuszkiewicza, polskiej awangardowej trąbki, a Kuba Suchar to jeden z nielicznych polskich perkusistów, obok Huberta Zemlera czy Pawła Szpury, który zdołał wypracować swój własny, rozpoznawalny od pierwszego beatu, język.

Ich występ powalił mnie na kolana, jak niewielu muzyków nie tylko w kraju, ale i za granicą, potrafią oni umiejętnie splatać awangardę z mainstreamem, a chociaż towarzyszący mi Tomek Łuczak i Piotr Wojdat ze screenagers.pl mówili mi, że byli już na lepszych i bardziej odjechanych koncertach tego duetu, to ja byłem zachwycony tym występem. W tym kontekście nie dziwi wcale, że Mikrokolektyw już został zauważony za granicą, a ich ostatnia płyta zatytułowana "Revisit" ukazała się nakładem legendarnej amerykańskiej wytwórni Delmark. Wielka przyszłośc przed nimi!

Następnie na scenie pojawił się Contemporary Noise Sextet, twór braci Kapsa, który w ostatnich latach osiagnął wielki sukces, zwłaszcza dzięki płytom "Pig Inside Gentleman" i "Unaffected Thought Flow". Wszakże ich najnowsza płyta "Ghostwriter's Joke" już nie wywołała samych ochów i achów, a wrażenia z samego koncertu mam podobne jak Maciej Karłowski, którego wyśmienitą relację umieszczoną na nowopowstałym portalu www.jazzarium.pl gorąco Wam polecam.

Ponieważ w krótkim czasie miałem okazję słuchać CNS dwukrotnie (relacja z pierwszego koncertu tutaj) odnotowałem wyraźne zmiany w muzyce tej formacji otwierające dość schematyczny (acz atrakcyjny) język tego zespołu na bardziej free jazzową estetykę. Tomasz Gadecki zastępujący nieobecnego, etatowego saksofonistę CNS Tomka Głazika, chociaż niezbyt zgrany z zespołem, co słyszalne było w partiach z "Ghostwriter's Joke", miał kilka wejść totalnie free, które brzmiały bardzo świeżo. Wspierany był w tym przez grajacego na trąbce Wojtka Jachnę, którego także ciągnie ku awangardzie, o czym niech świadczy jego wydana dosłownie przed kilku dniami w duecie z Jackiem Buhlem płyta "Niedokończone książki". Jeśli CNS pozostanie przy obecnym swym języku, to mam, podobnie jak Maciej Karłowski obawy, czy wkrótce ta formuła nie wyczerpie się. W każdym razie brawo dla braci Kapsa i ich kolegów (oprócz wymienionych wcześniej także Kamil Pater na gitarze i Patryk Węcławek na kontrabasie), że poszukują nowej drogi dla swojej muzyki. Jakie przyniesie to owoce, czas pokaże!

Występujące jako trzecie Sing Sing Penelope, kapela z ponad 10-letnim już stażem, to legenda polskiej alternatywy, wiązana przede wszystkim z perkusistą Rafałem Gorzyckim, a w której grają muzycy opisywanego wyżej CNS (Tomek Glazik, Wojtek Jachna, Patryk Węcławek), a także Daniel Mackiewicz (klawisze) i Aleksander Kamiński (saksofon sopranowy). Mam olbrzymią sympatię do tej grupy , która potrafi tworzyć nieziemiesko piękną muzykę, co udowodniła wielkokrotnie, także w ramach nieodżałowanego Ecstasy Projekt, natomiast ich nowa płyta "Electrogride", z której pochodził materiał zagrany na koncercie, jak i sam koncert, nie przekonały mnie. Muzycy poszli w kierunku nu jazzu, pełno było nawiązań do estetyki molvaerowskiej, pobrzmiewał w sopranie Garbarek, a warstwa rytmiczna nadawałaby się na podkład do karaoke. Gdybym nie znał takich płyt Sing Sing Penelope jak "We Remember Krzesełko" czy genialnej "Stirli Poeple In Jazzga" z nieodżałowanym Andrzejem Przybielskim, to po prostu wyszedłbym w trakcie koncertu. 

Na deser zostało Levity, o którym to występie wspomniane przeze mnie wyżej asy ze screenagers.pl orzekły, że był najmocniejszym punktem tego interesującego wieczoru. I rzeczywiście, Jacek Kita (klawisze), Piotr Domagalski (bas), a przede wszystkim fenomenalny Jerzy Rogiewcz na perkusji, którego słyszeliśmy ostatnio w Pink Freud na "Monster Of Jazz", emanowali energią, witalnością i kreatywnością, bo każda ich płyta oznacza niemal całkowita zmianę tego co grają. Rogiewicz walił w bębny jak opętany, jego puls dominuje w muzyce Levity, nie boi się ryzyka, gra na granicy kontroli tego, co chce powiedzieć, jest niezwykle wprost ekspresyjny. Kiedy muzykom tej formacji uda się znaleźć odpowiednie współgranie w tak rozedrganym emocjonalnie materialne, ująć je w karby dyscypliny tak by muzyka nabrała selektywności, a detal nie ginął w hałasie, wtedy powiem być może, że narodziła sie nam kolejna wielka grupa jazzowa. 

Na koniec Wasz Smerf Maruda doda słowo, nieco krytyczne, że chociaż cieszy go bardzo tyle uwagi poświęconej młodej polskiej scenie, to jednak z yassem niewiele ma ona wspólnego. Bez takich postaci jak Wacław Zimpel, Paweł Szamburski, Marcin Masecki, Tomasz Duda, Gerard Lebik, Raphael Rogiński czy bracia Olesiowe trudno mówić o polskiej awangardzie jazzowej. Dlatego moja prośba do Mariusza Adamiaka o więcej procent yassu w jazzie (Broń Boże kosztem mainstreamu, może na osobnej scenie?) podczas następnych Warsaw Summer Jazz Days!  

Na koniec chciałbym Wam gorąco polecić udział w dzisiejszym koncercie, stanowiącym drugi dzień Don't Panic, tym razem z udziałem wspaniałego składu Macieja Obary, kwintetem Wojtka Mazolewskiego, trio Marcina Wasilewskiego i Agą Zaryan. Tego przeoczyć nie wolno!

     

 

 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...