Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny

Recenzje

piątek, 24 sierpnia 2012



 

Idą sobie Państwo warszawskim zakurzonym chodnikiem, aż tu nagle... brylant!!! Rozglądają się Państwo z niedowierzaniem dookoła siebie. Może ktoś robi sobie żarty. Może to kolejny odcinek programu “Z ukrytą kamerą”. Wreszcie z wahaniem sięgają Państwo po skrzący się światłem tysięcy słońc klejnot. Blask skacze jak ognisty bazyliszek po ściankach kamienia i wlewa w Wasze serca entuzjazm. Co za cudowny traf! Co za radość!

Takie mniej więcej emocje towarzyszyły mi, gdy zupełnym przypadkiem dowiedziałem się, że Polskie Nagrania wydały trzypłytowy album zawierający muzykę z koncertów jakie różne zespoły prowadzone przez Krzysztofa Komedę dały na festiwalu Jazz Jamboree w Warszawie w latach 1961-1967. Wszystko tutaj jest naj! Przede wszystkim Komeda, którego charyzmatyczna osobowość spaja tę muzykę. Płyta ta jest tylko kolejnym dowodem, że jest on jedynym muzykiem na naszej scenie jazzowej, do którego pasuje określenie geniusz.

Ale poza nim przez płytę tę przewija się prawdziwa plejada gwiazd tak polskiego jak i skandynawskiego jazzu. Oczywiście Tomasz Stańko, ale poza nim Czesław Bartkowski, Gucio Dyląg, Janusz Kozłowski, Michał Urbaniak, Jerzy Milian, Rune Carlsson, Bernt Rosengren i wielu, wielu innych. Błyszczą oni grając tak interpretacje starych standardów jak i cudownych kompozycji samego lidera, które od tamtej pory same zyskały status standardów.

Zdumiewa nadzwyczajny poziom tych nagrań. Wersje te brzmią tak przekonywująco, świeżo, emanują taką autentycznością, entuzjazmem i kreatywnością, że słucha się ich nie jak nagrań archiwalnych, lecz po prostu jak najlepszego współczesnego jazzu. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że to co naprawdę wartościowe w muzyce w ogóle się nie starzeje. A muzyka Komedy taka właśnie jest!

Pod jeszcze jednym względem ten album wyznacza pewne standardy jeśli chodzi o wydawnictwa płytowe w naszym jazzie. Estetycznie i starannie wydany, opatrzony fotografiami Marka Karewicza i pełnym informacji tekstem Tomasza Szachowskiego, przetłumaczonym dodatkowo na język angielski. Cenna to praktyka, bo album już wywołał znaczne zainteresowanie na świecie. John Kelman, redaktor naczelny największego na świecie portalu alllaboutjazz.com, napisał do mnie błagalnego mejla z prośbą, abym załatwił mu egzemplarz tej płyty. Która to płyta, jestem tego pewien, z czasem zyska miano absolutnie kultowej.



Autor: Maciej Nowotny (http://polish-jazz.blogspot.com)

* tekst ukazał się też w miesięczniku JazzPress

 

 

niedziela, 17 czerwca 2012

Zespół Sing Sing Penelope obchodził niedawno 10-lecie swojego istnienia i z tej perspektywy należy go uznać za jedną z najważniejszych formacji pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia. Zabrzmiało patetycznie, a nie powinno, bo muzykę SSP określić można jako post yass, a w tej tradycji muzycznej zawsze było wiele dowcipu, autoironii, a nawet zgrywy. Fakty jednak są jakie są i bez SSP nie byłoby takiego renesansu polskiej młodej muzyki improwizowanej (o korzeniach jazzowych) z jakim mamy do czynienia obecnie i jaki budzi zainteresowanie, wręcz podziw, na świecie.

Skład grupy ulegał zmianom na przestrzeni tych lat, a obecnie grają w SSP Wojtek Jachna na trąbce, Tomek Glazik na saksofonie tenorowym i klarnecie basowym, Aleksander Kamiński na saksofonie sopranowym, Rafał Gorzycki na perkusji i Daniel Mackiewicz na różnych przeszkadzajkach. Zaczęli jako nikomu nieznani kumple w garażu (przesadzam!), ale dzisiaj niektórzy z nich to czołowe postacie polskiej sceny. Z pewnością za takiego muzyka należy uznać Gorzyckiego, który poza tym zespołem prowadzi doskonały Ecstasy Project i kwartet z Paterem, Urowskim i Wojtczakiem. Ale pozostali też nie mają się czego wstydzić jak choćby Wojtek Jachna, którego współpraca z Jackiem Buhlem zaowocowała niedawno zjawiskowym albumem “Niedokończone książki” czy Tomek Glazik, którego sound odnajdziemy także w Contemporary Noise Sextet czy Spejsie.

Wracając do SSP to ta płyta jest już szóstą w ich dyskografii, której znajomość powinna być obowiązkowa dla każdego miłośnika dobrej polskiej muzyki. Albumy te różnią się od siebie, lecz przynoszą za każdym razem muzykę oryginalną i jednocześnie spójną. Są kreacją w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa. Do bardzo dobrych należą wydany w 2005 debiutancki “Sing Sing Penelope”, a “Music For Umbrellas” (2007) i “We Remember Krzesełko” (2008) słucha się dzisiaj równie świetnie jak w momencie ich wydania. Z kolei “Stirli Poeple in Jazzga” nagrana z legendarnym trębaczem i ekscentrykiem Andrzejem Przybielskim jest po prostu albumem genialnym i jedną z najlepszych płyt w całej historii polskiego jazzu. Tak, tak, nie ma w tym żadnej przesady. Wszakże następny i przedostatni album “Electrogride” nie spotkał się z tak ciepłym przyjęciem. Wielu, w tym ja, uważa go po prostu za najsłabszy ze wszystkich. Zresztą sami muzycy uważają go za nieco pechowy i nakręcili nawet film na ten temat, zatem nie będę się nad tym rozwodził. Słowo Smoleńsk jest kluczem do zrozumienia tej sytuacji, podobnie jak wielu innych absurdów w tym kraju.

Tym większy mój szacunek dla SSP, że nie przejął się specjalnie negatywnymi recenzjami poprzedniej płyty, lecz kontynuował prace nad projektem razem z norweskim DJem o przydomku Strangefruit i skrzypkiem Sebastianem Gruchotem. Dzięki temu ich druga wspólna płyta po pechowym “Electrogride” przynosi muzykę o wiele bardziej dojrzałą, dopracowaną i po prostu zachwyca klimatem. Który to klimat jest zupełnie odmienny od poprzednich płyt SSP, bo oznacza zwrot w kierunku minimalizmu, nasyconej ambientem i chilloutem elektroniki, w kierunku pięknych melodii i subtelnych nastrojów. Jest w tym jakaś pogoda ducha, spokój, a jednocześnie piękno, które powinno zwrócić na ten projekt uwagę nie tylko yassowej czy nawet jazzowej publiczności, ale każdej, bo muza ta chociaż ambitna i wartościowa nie jest bynajmniej trudna. Po prostu brawo!

Próbka muzyki z albumu do posłuchania: http://www.singsingpenelope.com/mp3/Mini.mp3

Autor: Maciej Nowotny (http://polish-jazz.blogspot.com)

* tekst ukazał się też w miesięczniku JazzPress

 

 

środa, 23 maja 2012

Początki roku 2012 nie są jakieś spektakularne dla polskiego jazzu z wyjątkiem wszakże dokonań Mikołaja Trzaski ( tekst o jego płycie ‘Watching Edvard’ znajdziecie Państwo także w tym numerze JazzPressu) i tych Rafała Gorzyckiego. Gorzycki nie ma ekspansywnej osobowości jaka potrzebna jest w dzisiejszych czasach, aby być gwiazdą, ale w moim odczuciu zasługuje na duże uznanie, bo rok po roku inicjuje jedne z najciekawszych projektów na naszej scenie. Takie jego formacje jak Sing Sing Penelope czy Ecstasy Project są już doskonale znane, zwłaszcza fanom nowoczesnej muzyki improwizowanej. Najnowsza płyta tej drugiej formacji ‘They Were P’ ukazała się w końcówce 2011 i należała do najciekawszych propozycji w całym tym wyśmienitym dla polskiego jazzu roku. Niejeden spocząłby na laurach, a tu Gorzycki wydał na początku 2012 roku kolejny krążek w ramach trzeciego swojego projektu, z którym w 2009 roku wydał płytę ‘Dziki Jazz’. Kolektyw ten tworzą oprócz Gorzyckiego grającego, przypomnijmy, na perkusji, saksofonista Irek Wojtczak, gitarzysta Kamil Pater i basista Paweł Urowski. Ponadto gościnnie na płycie usłyszymy trębacza Maurycego Wójcińskiego.

‘Dziki Jazz’ narobił na naszej scenie sporo zamieszania, bo tytuł miał charakter prześmiewczy i autoironiczny (co nie wszyscy załapali...) podobnie jak powiedzmy tytuł albumu ‘Chopin Chopin Chopin’ sekstetu Marcina Maseckiego Profesjonalizm. Tam nie było prawie wcale Chopina, a tu dzikości w ogóle, a i jazzu (rozumianego jako muzyka synkopowana itd.) niewiele. Ale było to co najważniejsze: spójna, kreatywna i przede wszystkim własna wizja artystyczna muzyki jaką chcą ci muzycy grać. Nie inaczej jest na najnowszym krążku, który nawet lepsze wrażenie na mnie wywiera niż pierwsza płyta. I nie jest to chyba efekt Mamonia czyli upodobanie do tego co już jest mi znane, a po prostu naturalny proces dojrzewania pewnego pomysłu. Ten pomysł to granie dużo bardziej free niż w przypadku Sing SIng Penelope i mniej ‘klasycyzujące’ niż w skądinąd świetnym Ecstasy Project. Jest to kawał porządnego avant jazzu czyli muzyki, która nie odgrzewa po raz setny i tysięczny kotletów wg gotowych recept sformułowanych przed dziesięcioleciami przez Davisa i Coltrane’a. Lecz szuka własnych środków wyrazów i usiłuje oddać nastrój tu i teraz, w kórym żyjemy. Jaki jest ten opis rzeczywistości wg tych muzyków to warto sprawdzić samemu słuchając płyty, której tytuł już dawno powinienem podać, a który brzmi: ‘A-Kineton’...

Autor: Maciej Nowotny

* tekst ukazał się także w kwietniowym numerze pisma JazzPress (link)

czwartek, 29 marca 2012



Jerzy Mazzoll - bass clarinet, a, b, c clarinets

Sławek Janicki - double bass

Qba Janicki - drums, electronics


Minimalover (2012)

Mazzoll, jeden z ojców założycieli yassu i legenda polskiej awangardy, nie lubi bardzo kiedy tak się o nim mówi. Lubi patrzeć w przyszłość, urodzony w 1968, ma przecież dopiero nieco ponad czterdziestkę. I oto wraca po sześciu latach od ostatniej płyty i zapowiada aż dwa albumy w tym roku, z których pierwszy ukazuje się “Minimalover” z premierą zaplanowaną na 1 marca 2012. Pod jednym względem na pewno może on służyć za wzór dla większości byle jak wydanych krążków na polskim rynku: ładna i korespondująca z zawartością okładka, a  poza CD z muzyką, także DVD z zapisem koncertu. Po prostu perfekcja i więcej chciałbym widzieć tak wydanych płyt jazzowych!

Co do zawartości to jest ona dokładnie taka jakiej można się spodziewać po Mazzollu, który kilka jazzowych Bastylii już zdobył i dalej atakuje to co w muzyce nowe, zaskakujące, niespotykane. Tym razem jest to wycieczka w świat minimalizmu, w ciekawy sposób zbieżna z tym co robi w tej chwili inny muzyk związany z tym środowiskiem czyli Rafal Gorzycki na równie oszczędnej płycie “They Were P” swej formacji o nazwie Ecstasy Project. Jeśli jeszcze Contemporary NOISE Sextet nagra płytę, której głównym aktorem będzie cisza to stwierdzę, że wszystkim im coś rzuciło się na MÓZG. To żart. Ale nie bez kozery, bo wszyscy wyżej wspomniani muzycy blisko są kultowego bydgoskiego klubu o tej właśnie nazwie, a “Minimalover” został wręcz nagrany podczas sesji w samym klubie z ojcem i synem Janickimi, którzy obecnie prowadzą tą zasłużoną dla kultury placówkę.

A jaka jest muzyka? Na pewno zaspokoja gusta takiego jak ja wielbiciela awangardy, bo Mazzol i Janiccy wedrują ścieżką rzadziej wędrowaną. Patrząc z tego punktu widzenia jest to niewątpliwie jedna z najciekawszych płyt freeimprov jakie powstały w ostatnim czasie w polskim jazzie. Bardzo ważne, że nie przypomina niczego nie tylko u nas, ale i poza naszym krajem. Mazzollowi bowiem nie można zarzucić chęci kopiowania czegokolwiek czy kogokolwiek. Z drugiej strony trzeba powiedzieć jasno, że muza ta dość daleko lokuje się od smooth jazzu jaki umila łyk porannej kawy czy jazdę windą do biura. Nie jest to muzyka łatwo wpadająca w ucho i nie sądzę, aby na Mazzola spadł teraz deszcz pochwał za wysiłek jaki włożył w nagranie tego materiału. Moim skromnym zdaniem jednak powinniśmy tej płycie okazać zainteresowanie, bo w zalewie polskiej produkcji, dobrej technicznie, lecz co najwyżej wiernie imitującej afroamerykański wzorzec, to co robi Mazzoll i Janiccy wyróżnia się orginalnością i odwagą...



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

* Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress, z którym zapoznać się możecie klikając na ten LINK!

niedziela, 18 marca 2012


“Elements” to pierwszy autorski album Macieja Garbowskiego. Piękny to moment nie tylko dla niego, ale i dla wszystkich, którzy śledzą jego muzyczne dokonania od wielu już lat. Mimo młodego wieku osiągnął bowiem wiele. Przede wszystkim sukces w ramach trio RGG, które tworzy z kolegami z Akademii Muzycznej w Katowicach, gdzie studiował, pianistą Przemysławem Raminiakiem i perkusistą Krzysztofem Gradziukiem. Ta formacja jest kultowa i już zapisała się złotymi zgłoskami w historii polskiego jazzu. Ponadto stale współpracuje z saksofonistą Maciejem Obarą, a ich wydana w końcówce zeszłego roku płyta “Equilibrium” była jedną z najlepszych w 2011 roku w naszym kraju. Poza tym uczestniczył w bardzo licznych sesjach nagraniowych, projektach i koncertach będąc obok Michała Barańskiego najczęściej ostatnio zatrudnianym kontrabasistą na polskiej jazzowej scenie.

Materiał na płytę “Elements” powstał dość dawno, bo w 2009 w ramach I edycji International Musical Project. Jest to inicjatywa samego Garbowskiego powołana przez niego do  "poszukiwania nowej jakości artystycznego wyrazu, poprzez połączenie ze sobą artystów z róznych kręgów kulturowych". Do nagrania Maciej Garbowski zaprosił trębacza Piotra Damasiewicza, który chociaż ma na swym koncie dopiero dwie płyty, “Mnemotaksję” i “Hadrony”,  to nie tylko w mojej opinii jest wielką nadzieją polskiej trąbki. Na perkusji zaś gra Jon Falt, którego ostatnio słyszeliśmy we Wrocławiu na Jazztopadzie w duecie z Bobo Stensonem.

Muzyka na płycie ma formę suity podobnie zresztą jak niedawno wydany przez Piotra Damasiewicza album “Hadrons” (na którym nota bene także gra Garbowski). Jazzu jako takiego jest tu mało, chyba  że za jazz uznamy muzykę improwizowaną ciążącą w kierunku współczesnej kameralistyki i z jazzem łączącą się poprzez zastosowane instrumentarium. Mnie to nie przeszkadza, bo osobiście lubię taką zakręconą muzę, pod warunkiem wszakże, że jest najwyższej jakości i poraża mnie swoją świeżością. Z tym na szczęście nie jest źle na płycie “Elements”, jest to zagrane po prostu świetnie i brzmi nowocześnie, gdyby tylko muzyka miała więcej ciała! Brak jakiejś wyrazistej idei, która spajałaby materiał na płycie, a poza świetnymi momentami są i takie, w których czuje się jakby muzycy nie wiedzieli po co i w jakim kierunku zmierzają... mimo tych zastrzeżeń i tak jest to jedna z najlepszych polskich płyt jazzowych jakie słyszałem w pierwszych dwóch miesiącach 2012 roku...



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com

* Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress, z którym zapoznać się możecie klikając na ten LINK!

środa, 14 marca 2012

Piotr Lemańczyk miał u mnie do tej pory fory, a to z tego powodu, że dźwięk jego kontrabasu - pełny, głęboki, wibrujący - przypominał mi najlepsze czerwone wina, o wyrazistym smaku, idealnie zbudowane, z długą, satysfakcjonującą końcówką. I nic się w tej mierze na jego najnowszej płycie “Guru” nie zmieniło. Pod względem brzmienia ta płyta prezentuje po prostu niebotyczny wręcz poziom, podobnie zresztą jak i inne, wydane do tej pory albumy tego muzyka. A było ich wiele i to znakomitych! Wymieńmy kilka z nich, chociaż wszystkie są warte by do nich wracać: “Freep” (2005) z Jakobem Dinesenem i Zbigniewem Namysłowskim, “Naha People” (2009) z Timem Hagansem, “Three Point Shot” (2010) z Jerrym Bergonzim i “Able To Fly” (2011) w trio z Maciejem Sikałą i Tylerem Hornby. Jak widać z tego pobieżnego zestawienia (płyt autorskich ma o kilka więcej, a jako sideman brał udział w kilkudziesięciu projektach) Lemańczyk bardzo starannie dobiera współpracowników i lubi mieć na swojej płycie jakąś “gwiazdę”.

Nie inaczej jest na “Guru”, na którym towarzyszy mu oprócz Macieja Sikały grającego na saksofonie, Cezarego Konrada na perkusji i Macieja Fortuny na trąbce, Dave Kikoski na fortepianie. Ale słowo gwiazda nie przypadkiem umieściłem w cudzysłowie, bo chociaż wszyscy muzycy, których zapraszał Lemańczyk do współpracy to świetni w swym fachu profesjonaliści, jednak wielkiej sławy nigdy nie zaznali. Co do Kikoskiego to wątpię, żeby jego nazwisko mówiło coś młodemu pokoleniu miłośników jazzu. Ale trzeba przyznać, że ten urodzony w 1929 roku Amerykanin miał swoje wielkie chwile, na przykład gdy współpracował z Randym Breckerem, Royem Haynesem czy Billy Hartem. Nagrał też wiele interesujących albumów jako lider, ale jakoś nie wstrząsnął jazzowym światem. Zawsze doceniany przez muzyków, ale rzadko przez media aż do... zeszłego roku, w którym otrzymał Nagrodę Grammy za płytę “Live at Jazz Standard” nagraną razem z Mingus Big Band.

W Polsce to wystarczy, aby był guru chociaż kiedy wsłuchuję się w tę płytę to nie słyszę jakiejś przepaści między umiejętnościami guru, a polskimi członkami składu. Ba! śmiem twierdzić, że paru pianistów w Polsce potrafiłoby zagrać ten materiał nie gorzej. Z drugiej strony na pewno warto Kikoskiego wysłuchać, bo jest to muzyk co się zowie! Ale aby w tej beczce nie było samego miodu na koniec jednak pewna uwaga krytyczna. Bo jak wspomniałem na początku Piotr Lemańczyk miał do tej pory u mnie fory i zachwycałem się dosłownie każdą jego kolejną płytą. To samo mógłbym zrobić i odnośnie tego albumu, na pewno nie gorszego niż poprzednie, a może nawet i najlepszego do tej pory w jego karierze. Problem polega na tym, że te płyty są niemiłosiernie podobne do siebie. To wszystko już było! Dlatego też śmiem twierdzić, że mimo swej nadzwyczajnej jakości nie będą one specjalnie zauważone w Polsce, o zagranicy nie wspominając. Brakuje im dostosowania do tego czego słucha współczesny słuchacz, ignorują otaczającą nas dźwiękową rzeczywistość, pozostają we wspaniałej, lecz jednak izolacji od otaczającego świata. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że to co dla mnie może być wadą dla innych niewykluczone, że będzie właśnie największą tej muzyki zaletą... 

Szalejący Dave Kikoski w trakcie trasy z Piotrem Lemańczykiem:



Autor tekstu: Maciej Nowotny 

Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress, z którym zapoznać się możecie klikając na ten LINK!


niedziela, 15 stycznia 2012

Pamiętam taki żarcik rysunkowy, chyba Sawki, który wiele lat temu przyprawił mnie o agonię ze śmiechu. Otóż w gęstym lesie, w środku zimy, przy ognisku siedzi kilku drwali. Wtem podchodzi do nich niedźwiedź, grzecznie się kłania i pyta: „Przepraszam, czy któryś z Panów nie zgubił siekiery?” Nadmieńmy, że ta siekiera wystaje mu z pleców… Otóż w tej historii niedźwiedziem jestem ja, drwalem Michał Tokaj, a siekiera to najnowsza płyta Petera Gabriela zatytułowana, nomen omen, „New Blood”…

Jest to dziewiąta studyjna płyta w dorobku tego brytyjskiego muzyka, który karierę zaczynał w słynnym Genesis i jest tak znany, że nie widzę potrzeby dalej zagłębiać się w szczegóły jego biografii. Jednak mimo tych wszystkich sukcesów, milionów sprzedanych płyt, nieprzebranych rzesz fanów nigdy nie sięgnąłbym po tę płytę, bo ja… kocham jazz!  Ponadto byłem przekonany, że Gabriel lata świetności ma już za sobą, że ciągle klepie to samo, że nie zmienia ani sposobu śpiewania ani repertuaru. I nie myliłem się! Wszakże tu właśnie na scenę wkracza Michał Tokaj. Czy kojarzą Państwo to nazwisko? Powinni Państwo, ale niestety nie jest to takie pewne. Zadebiutował bajecznie: jego jedyna płyta zatytułowana „Bird Alone” zdobyła w 2004 Fryderyka. Niezły debiut, ale co z tego, kiedy od tamtej pory nic nie nagrał pod swoim nazwiskiem chociaż…  prawie nie wychodził ze studia. Lubią może Państwo piosenki Agi Zaryan? Nie dziwię się, bo kto nie ceni tej wokalistki powinien zająć się oraniem roli, a nie muzyką, bo nie ma dla niego nadziei, nie pomoże mu żaden laryngolog… otóż od lat Michał nie tylko jej towarzyszy, ale jest autorem większości muzyki jaką znajdziecie na jej płytach, w tym na tegorocznej „Księdze Olśnień”, gdzie skomponował wszystkie, poza jedną, melodie.  Poza tym wsparł też idącego w górę Grzegorza Karnasa, dobrego jak wino co im starsze tym lepsze Piotra Barona na jego najnowszym „Kaddish” i nie można także zapominać o jego nagraniach z Bennie Maupinem, a tego typu przygody ze światowej klasy jazzem niewielu na swym koncie ma muzyków znad Wisły.

I oto spotykam tego Pana i gawędząc to o tym to o owym w końcu pytam go, jak zwykle pytam ludzi, czego słuchasz na swojej empetrójce? I tu pada cios siekierą: „New Blood” najnowszy album Petera Gabriela. „Peter Gabriel? Przecież on się skończył 100 lat temu? Czego ten Michał słucha?” – pomyślałem. Jakoś wyczytał to w moich oczach, bo z niewinnym uśmieszkiem odpowiedział: koniecznie zwróć uwagę na symfoniczne orkiestracje … Zaintrygował mnie. Zaciekawił. Wszedłem w posiadanie płyty, popędziłem do domu, włożyłem ją do mojego Marantza CD-63 mkII KI, spojrzałem z nadzieją na ukochane Tannoye i nacisnąłem przycisk START…

Pamiętacie Państwo taką przebojową, acid jazzową piosenkę kapeli o nazwie Freak Power zatytułowaną „Turn On Tune In Cop Out”? Tak właśnie wyglądała moja reakcja po włączeniu „New Blood”: nastąpił modelowy opad szczęki! Jak to możliwe? Nie chodzi bynajmniej o to, że odświeżenie sobie po latach takich nadzwyczajnych piosenek jak „Red Rain”, „Mercy Street” czy „Don’t Give Up" jest warte grzechu jakim jest niewątpliwie słuchanie popu. Bo to nie wielkie covery stanowią o wartości tego albumu, brakuje tu przecież słynnego „Biko”, „Shock The Monkey” czy „Sledgehammer”. Nie chodzi też o wyjątkowy zupełnie głos Gabriela, który bez wątpienia należy do historii rocka i będzie pamiętany długo. Nie ma on też na tym krążku przy swoim boku tak wielkich postaci jak niegdyś Kate Bush we wspomnianym wyżej „Don’t Give Up”. Cały niemal show bowiem kradnie, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu, muzyk, który jest odpowiedzialny za aranżacje orkiestry symfonicznej, która gra po prostu główną rolę na tej płycie.

Człowiek ów nazywa się John Metcalfe i był dla mnie kompletnie nieznaną postacią, dlatego nie będę się wymądrzał wiedzą na temat jego dokonań: możecie zrobić to samo co i ja zrobiłem czyli wygooglować informacje o nim w internecie. Natomiast podzielę się moimi wrażeniami i nazwę krótko to co mnie w tej muzyce zachwyciło. A jest to jakość orkiestracji, jej oryginalność, bo najczęściej w tych symfonicznych aranżacjach muzyki popowej bądź rockowej przeważają jakieś takie nuty zbanalizowane, milion razy już zgrane, ocykane do bólu. Rzadko kto sięga do takich kompozytorów jak Wagner, Holst czy Orff. Ba! jak Mahler, Stravinsky, a nawet… Schoenberg! I przy okazji przyszła mi refleksja: ileż jest w klasyce, w muzyce tzw. poważnej, pomysłów, dźwięków, całych estetyk, do których jakże niechętnie sięgają polscy muzycy jazzowi. Po raz enty z uporem maniaka wracają do tego Szopena, do tego Prokofiewa, Rimsky-Korsakowa czy Czajkowskiego, a tyle jest ciekawego, mrocznego, brudnego, korzennego, bluesowego i…. jazzowego (przynajmniej z ducha) soundu w klasyce! 

No właśnie, na koniec powinienem zapewne wytłumaczyć się z tego co ma to wszystko wspólnego z jazzem? Odpowiem znowu, podobnie jak na początku tego tekstu, posługując się analogią, tym razem jednak z wykorzystaniem słynnego bareizmu: „każdy pijak to złodziej”. Dla mnie „każda dobra muzyka to jazz”, a na ewentualne głosy, że już Kant ostrzegał przez pułapką rozumowania przez analogie odpowiem, że w rezultacie całe życie szukał wolności, której możliwość wykluczył… być może tej wolności, którą wszyscy wielcy muzycy grający jazz uważali za najważniejszą jego cechę…

PS. Acha i wyjawię jeszcze Państwu na ucho pewną tajemnicę: Michał Tokaj zdradził mi, że ma już gotowy materiał na nową płytę! 

Autor: Maciej Nowotny

tekst pierwotnie ukazał się na http://www.jazzarium.pl/



środa, 10 sierpnia 2011

 

Ivo Perelman / Matthew Shipp / Joe Morris / Gerald Cleaver - The Hour of the Star (Leo Records, 2011)

Tłumaczenie z tłumaczenia, ale nie ma rady, nie czytam po portugalsku, w którym to języku pisała Clarice Lispector:

„Nie oczekujcie gwiazd, gdzie nie ma niczego, co mogłoby błyszczeć. Z ciemnej materii stworzone jest to, co ze swej natury przez wszystkich jest odrzucane. Ta opowieść nie ma w sobie żadnej melodii, która byłaby cantabile. Rytm nieuporządkowany ma często. (…) Słowa są dźwiękami pomieszanymi z cieniami, które przecinają się pod nierównymi kątami, są stalaktytami, tkanymi koronkami, przetworzoną muzyką na dudniące organy. Przyznaję, z trudem znajduję słowa, by opisać ów wzór, wibrujący, bogaty i niezdrowy, niejasny, jego  kontrapunktem głęboki  będzie bas smutku. Allegro con brio. Złota spróbuję dobyć z tych węgli…”.

Tych kilka zdań pochodzi z jej ostatniej powieści, wg wielu najlepszej, zatytułowanej „The Hour of the Star”, wydanej w roku 1977. Jej pisarstwo jest szeroko znane na świecie (dziwi, że żadna z jej książek nie doczekała się tłumaczenia na język polski), a przede wszystkim w Brazylii, do której wyemigrowała (z Podola)  wraz z rodziną jako dziecko. Stąd już w miarę prosta droga do tego,  by również pochodzący z Brazylii saksofonista oraz malarz (i to jaki! Zajrzyjcie na jego stronę: http://www.ivoperelman.com/) Ivo Perelman użył jej powieści jako inspiracji dla swej płyty pod tym samym tytułem, wydanej w tym roku przez Leo Records. 


Otoczony muzykami,  od których w światowej jazzowej awangardzie nie ma lepszych, czyli Matthew Shippem na fortepianie, Joe Morrisem na akustycznej gitarze basowej i Geraldem Cleaverem na perkusji, udał się, jak unurzani w krwawych mitach greckich Argonauci, po złote runo współczesnego jazzu, którym jest piękno w muzyce wyzwolonej od jakiejkolwiek formy. Nie będę ukrywał, że muzyka jest trudna. Nie będę namawiał do jej słuchania tych, którzy do tej pory słuchali jedynie piosenek: Dody, Czerwonych Gitar, Komedy czy melodii Milesa Davisa. Nie będę udawał, że po jednym przesłuchaniu płyta ta zachwyci Was tak bardzo, że odtąd będzie słuchali jej non-stop, w samochodzie, w kuchni czy na party ze znajomymi.

Ta muzyka jest dokładnie taka, jak słowa użyte przez Clarice Lispector powyżej, Ivo Perelman oraz jego towarzysze wiedzieli  dobrze, jakie ryzyko podejmują. Chociaż kocham free jazz i jestem z nim nieźle osłuchany, przyznam, że po paru pierwszych przesłuchaniach chciałem spalić ten krążek, rozbić go na atomy w najbliższym reaktorze atomowym, potraktować go jak Nietsche przesądy filozoficzne - czyli młotem!


Minęły nie dni, nie tygodnie, ale miesiące, zanim muzyka ta zaczęła odsłaniać przede mną swoją głębię, swoje wyrafinowanie, swoje piękno. Bo ta nowa muzyka, wymaga od słuchacza nie tylko odbioru, lecz współtworzenia! Podczas obcowania z nią najpierw czeka nas wysiłek, „krew pot i łzy” -cytując skrzydlate słowa Churchilla, by pojawiła się nagroda, niepewna zresztą, jaką jest co? Wolność od znanego…? Nie zdziwię się, jeśli zareagujecie na to niedowierzaniem…

Nie z tej płyty, ale pokazuje format tego grajka:



PS. Ostatni jak do tej pory tekst jaki napisałem na blog Marcina Kicińskiego Impropozycja, aby wesprzeć tę cenną inicjatywę na rzecz muzyki improwizowanej.

Maciej Nowotny

http://www.polish-jazz.blogspot.com/

piątek, 03 czerwca 2011

Kiedyś istniało (może istnieje dalej?) "Radio Złote Przeboje", a może to było "Radio Pogoda", czy coś podobnego. Przykro mi, ale od kilku lat nie słucham radia: puszczają w nim taki shit, że nie chcę sobie nim kalać uszu. Ale wtedy włączyłem, jechałem samochodem i może zapomniałem swoich  płyt, nie pamiętam dokładnie. 

Jest ranek, Pan Maciej jedzie do pracy, a prezenter o aksamitnym jak miś koala głosie rozpoczyna dzień ze swoimi słuchaczami: "Witam Państwa, i znów poniedziałek, najgorszy dzień w tygodniu, jaka szkoda że niedziela się już skończyła i że nie możemy przeskoczyć od razu do wtorku, środy, a najlepiej do piątku wieczorem" - ciśnienie powoli zaczyna mi rosnąć, a aksamitek nadaje dalej - "a jakie prognazy na dziś? Oj, mam niezbyt miłą wiadomość, co prawda świeci słońce, temperatura 25 stopni, ale meteorolodzy ostrzegają, że biomed niekorzystny, a w ciągu dnia sytuacja jeszcze się będzie pogarszać wraz ze spadkiem ciśnienia" - zaczyna zalewać mnie krew, a sympatyczny prezenter kończy takim oto akcentem - "nie zapomnijmy o dziurze ozonowej, wg amerykańskich naukoców od kilku dni nie mamy tej niedostrzegalnej ochrony nad naszymi głowami, zatem mała rada, najlepiej zamknijcie Państwo szczelnie wszystkie okna i drzwi, zasuńcie zasłony i nie martwcie się, wystarczy, że macie włączone nasze radio, a i tak będziecie wiedzieli co ważnego dzieje się na zewnątrz".

Nie, nie, nie!!! Rankiem potrzebuję czegoś zupełnie innego: potrzebuję krzyku, czegoś co odda pełen dysharmonii, lecz i rytmicznego pulsu, zgiełk wielkiego miasta, tego mrowiska ludzi, którzy swoją gonitwą nadają sens pustce jaką jest wyłącznie materialny świat. Jest w tym rytmie zarówno brzydota tego chaotycznego zbiegowska, tragizm jego nieprzystosowania do ludzkiej natury jak i patos: losu, przeznaczenia, karmy, która sprawia, że nie mamy innego wyboru niż biec, biec, biec do przodu...

Jeśli chcecie poczuć ten pęd to sięgnijcie koniecznie po wspaniałą po prostu płytę The Rempis Percussion Quartet z Davem Rempisem grającym na saksofonach, Ingebrigtem Haker Flatenem na kontrabasie oraz Timem Daisym i Frankiem Rosalym na perkusjach, która to płyta, jeśli chodzi o free jazz jest chyba najlepsza płytą w ogóle jaką słyszałem w tym roku. Mam ją już od wielu miesięcy, zakochałem się w niej od pierwszego słuchania i towarzyszy mi non stop, a zwłaszcza wtedy kiedy jak wojownik muszę zagrzać sam siebie do walki z różnymi przeciwnościami losu. Nota bene płyta ma też i polską recenzję pióra Andrzeja Podgórskiego - warto zajrzeć tu: http://impropozycja.blogspot.com/search?q=dave+rempis+quartet. Acha i sprawdźcie ten link, aby posłuchać próbkę tego jak mocarnie ta muzyka brzmi.

Wszakże wieczorem, gdy wracam z pracy, albo gdy opustoszałym miastem brnę przed siebie w poszukiwaniu wytchnienia, zapomnienia, przygody, potrzebuję czegoś co w ten betonowo-stalowy węzeł gordyjski wleje odrobinę metafizyki. W tym celu pragnę zwrócić Waszą uwagę na album "New Dance!", który wytwórnia Hathology (wkrótce nakładem tej oficyny ukaże się nowa płyta braci Olesiów) przypomniała nam w roku 2003 i który jest sygnowany nazwiskiem Anthony Ortegi. Anthony Ortega? Tak, należę do tych, którzy w ogóle do tej pory nie mieli zielonego pojęcia o istnieniu tego muzyka, a jest to muzyk z pokolenia Johna Coltrane'a, Sonny Rollinsa czy Ornette'a Colemana, rocznik 1928, niczego nikomu nie wypominając.

Ale jak wielu zupełnie zapomnianych prekursorów free jazzowej awangardy jak choćby mój ukochany Marion Brown ("Marion Brown" czy "Back To Paris") czy Horace Tapscott ("Dark Tree") Ortega został odkryty dopiero po reedycji swoich albumów, nota bene poprzedzonej kilkudziesięcioletnim czyścem obojętności krytyków i publiczności. Musiała zmienić się nie jedna epoka, a co najmniej trzy albo cztery, byśmy dojrzeli wreszcie do tej szalenie bezpretensjonalnej, a jakże pięknej muzyki. Bo w doprawdy niezrównany sposób Ortega połączył bop, cool jazz z najczystszej wody awangardą free jazzową, tworząc własną estetykę tyleż oszczędną i subtelną co pełną wyrazu i sugestywną. Odnotujmy, że Ortedze towarzyszą: w duetach kontrabasista Chuck Domanico (gra tego Pana kapitalna!), a w triach basista Bobby West i perkusista Bill Goodwin. Arcydzieło!

 

Autor tekstu: Maciej Nowotny http://www.polish-jazz.blogspot.com/


czwartek, 28 kwietnia 2011

Łacińskie przysłowie "Ars longa, vita brevis" można przetłumaczyć na polski "Życie krótkie, a nauka długa". Tyle jest rzeczy na świecie wartych poznania, wręcz niezbędnych ku temu, by dobrze zrozumieć to i owo, a czasu mało, zbyt mało. Nie inaczej jest z jazzem, chcieć poznać wszystko to droga donikąd, zanim człowiek dojdzie do końca, to po pierwsze osiwieje ze zmartwienia i starości, umrze z głodu, a przede wszystkim w międzyczasie i tak nagrają tyle płyt, że okaże się ten wysiłek syzyfową pracą. Dlatego jeśli chcecie poznać dobrze jazz, uchwycić jego esencję, a jednocześnie dobrze się bawić, to warto się skoncentrować na muzyce, która powstała w okresie przemian w jazzie, wyznaczała nowe kierunki, odświeżała atmosferę.

Recepta wydaje się prosta, ale wcale nie tak łatwo wprowadzić ją w życie! Bo na przykład zadam pytanie: co dzisiaj jest nośnikiem zmian w jazzie? Kto pcha go na nieznane tory? Co należy posłuchać, żeby otworzyć sobie nowe horyzonty i jednocześnie zachwycić się pięknem? Oj, nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, może jakieś sugestie? Odpowiedzieć nie jest łatwo, bo zmiany w jazzie następują najczęściej na zasadzie ewolucyjnej (oczywiste nawiązanie do tytułu albumu Moncura), to znaczy, zmiany te są prawie niezauważalne, z wolna kumulują się i, często niepostrzeżenie, pojawia się nowa jakość!

Nie inaczej jest z tym fantastycznym albumem jaki Graham Moncur III nagrał w 1963 roku dla Blue Note. Po pierwsze, Moncur jest puzonistą, a dźwięk tego instrumentu nie jest znów aż taki częsty w jazzie. Pamiętamy oczywiście takie nazwiska jak Curtis Fuller, Steve Turre, Roswell Rudd czy Bob Brookmeyer, ale Graham Moncur ma z ich wszystkich nabardziej przestrzenny ton, najlepiej udało mu się opanować twardą i ostrą naturę dźwięku jaki wydaje puzon i wkomponować go w grę innych instrumentów, a nawet w ciszę...

Po drugie, oprócz Moncura na tej płycie pojawia się towarzystwo jakim nie pogardziłby żaden jazzman na tym globie, bo na trąbce gra niezrównany Lee Morgan, na alcie Jackie McLean (to właśnie dzięki jest kapitalnej płycie "Destination Out!" zwróciłem niegdyś uwagę na pojawiającego się na niej Moncura), zjawiskowy Bobby Hutcherson (który udowadnia tu, że wyśmienity wibrafonista może swobodnie zastąpić wydawałoby się nieodzownego pianistę w klasycznym składzie jazzowego kwintetu), solidny Bob Crenshaw na basie i Tony Williams, podówczas niespełnia 18-letni, którego zaraz po tym nagraniu ukradł Moncurowi sam Davis (z którym nagrał wydaną w tym samym roku płytę "Seven Steps To Heaven").

Po trzecie i najważniejsze, muzyka na tej płycie, podobnie jak na "Birth Of The Cool", "Kind Of Blue, "Bitches Brew" Milesa Davisa, "A Love Supreme", "Ascension" Johna Coltrane'a, "Free Jazz" Ornette'a Colemana, "Out To Lunch" Erica Dolphy'ego czy "Free Fall" Jimmy'ego Giuffre odzwierciedla DOKŁADNIE ten moment zmiany, gdy jazz zrzucał skórę i spod starej, która jeszcze jest obecna, widać już nową, wilgotną, miękką, która będzie przyszłością tej muzyki. W przypadku tej płyty muzycy opuszczają dobrze nam znane hardbopowe tory, by otworzyć przed nami szeroki widnokrąg muzyki free, ale właśnie najciekawsze jest to, że słychać dobrze JEDNO I DRUGIE. Koniecznie posłuchajcie tej muzyki:

Autor: Maciej Nowotny

http://www.polish-jazz.blogspot.com/

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Dawno temu, w Izraelu, kiedy człowiek czuł, że jego ciało albo duch są chore, udawał się do kapłana i wręczał mu w ofierze dwa gołębie, z których jednego poświęcano na ołtarzu, a drugiego puszczano wolno, aby w ten sposób przebłagać gniew Boga. Dzisiaj tym drugim ptakiem jest właśnie muzyka free. Wszystko inne jest powoli zabijane w telewizorze ku uciesze gawiedzi: kino, pop, kultura - wszystko się sypie i pruje jak stary szlafrok przeżarty przez mole, bo odprawiają nad nimi swój chocholi taniec kapłani Mamony. 
Ale my zacznijmy od Johnny Smitha: jego gwiazda zabłysła na krótko w roku 1952, gdy z towarzyszeniem  Stana Getza nagrał „Moonlight in Vernon”. Nie był postacią na miarę tytanów jazzowej gitary, jakimi byli Charlie Christian czy Django Rheinhardt, ale jego stonowany, melodyjny i ciepły dźwięk utkwił mi na zawsze w pamięci. Kojarzy mi się, razem z grającymi w podobnej stylistyce, chociaż na innych instrumentach, Paulem Desmondem (alt),  Miltonem Jacksonem (wibrafon) czy Chetem Bakerem (trąbka), z tym, co  najlepsze w cool jazzie. Ale było w jego brzmieniu coś jeszcze, mianowicie odrobinę zaśpiewu tak charakterystycznego dla muzyki country, coś co łączyło go z takim na przykład Chetem Atkinsem.


Zacząłem od Johnny Simitha, a chcę kilka słów powiedzieć o najnowszej płycie młodej awangardowej gitarzystki Mary Halvorson. Wcześniej była znana ze  współpracy z Anthonym Braxtonem, a nadto z duetu z Jessiką Pavone. Udzielała się również w nagraniach innych muzyków, takich jak  Kevin Shea, Trevor Dunn czy Marc Ribot. Dopiero niedawno uformowała swój pierwszy zespół: trio z Johnem Hebertem na basie i Chesem Smithem na perkusji, z którymi nagrała w 2008 roku dobry album „Dragon’s Head”. Ku mojemu zaskoczeniu brzmienie jej gitary na tej płycie bardzo przypominało sound zapomnianego już mistrza, jakim był Johnny Simith, chociaż było przetworzone całkowicie na awangardową modłę i umieszczone na zupełnie innym, bardzo nowoczesnym tle niezwykle kreatywnej sekcji rytmicznej. 
Rok później do swego zespołu zaprosiła grających na trąbce - Jonathana Finlaysona i  na saksofonie altowym - Jona Irabogana , co otwarło kompletnie nowe możliwości przed zespołem. Wędrująca pośród modnych mikrotonalności, puknięć, szarpnięć, szelestów, świstów i jęków wytwarzanych przez sekcję rytmiczną, swingująca jak pijany zając w polu, gitara Halvorson zyskała teraz wsparcie hardbopowo brzmiących instrumentów dętych. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, muzyka nabrała oddechu, a jej język może być zrozumiały i atrakcyjny także dla wielbicieli mainstreamu, mimo że zachowuje świeżość awangardy najwyższych lotów.
Płyta zyskała doskonałe recenzje na świecie, a z mojego tekstu wynika, że ja także należę do  jej entuzjastów. Słucham jej po raz nie wiem który i nie nuży mnie ani odrobinę, bo każdy utwór to mikrokosmos, w każdym ukryta jest jakaś myśl, jakaś kolejna bariera do przełamania. Ale nawet jeśli do tej pory nie przepadaliście za awangardą, a po prostu kochacie jazz (albo szerzej dobrą muzykę) i chcecie doświadczyć czegoś całkowicie nowego, to włóżcie płytę do odtwarzacza CD, zadbajcie o to, by mieć czas i ciszę po, by mogła ona dla Was wybrzmieć i pamiętajcie o gołębiach, kiedy już zaczną płynąć pierwsze dźwięki.

Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

środa, 20 kwietnia 2011

Jeden z moich ulubionych dowcipów brzmi tak: przez pustynię idą dwa koty, robi się cholernie gorąco, a tu po horyzont nic tylko piasek i piasek. W końcu jeden z kotów staje i przykładając rękę do spoconego czoła mówi do drugiego "Wiesz, ku...a, nie ogarniam tej kuwety!". Nie inaczej jest z jazzem, którego różnorodność przyprawia o zawrót głowy. Z drugiej strony daje to olbrzymie pole popisu dla słuchaczy: jeśli tylko mają ochotę już poprzez sam wybór współtworzą muzykę, którą kochają! Nie ulega jednak wątpliwości, że owa zdolność wyboru nie jest czymś danym z góry, lecz raczej rozwija się wraz z wiedzą o muzyce i dojrzewa wraz ze świadomością co w tej muzyce odpowiada moim gustom. Stąd tak nieoceniona pomoc ludzi, którzy mogą czasami coś zasugerować, coś co rozszerzy horyzonty, otworzy nową perspektywę.

Tak było w moim przypadku, bo pisałem tekst o najnowszej płycie Davida Binneya "Graylen Epicenter" i zeszło na najlepszych w naszych czasach saksofonistów. I wtedy ktoś, komu przy tej okazji bardzo dziękuję, zwrócił mi uwagę na Arama Sheltona, o którym do tej pory niewiele wiedziałem. A potem inny mądry człowiek, skierował mnie na tę konkretną płytę, chociaż sam może nie był do niej specjalnie przekonany. Ale właśnie to jest w tych jazzowych peregrynacjach piękne, że zawsze z nich człowiek wraca bogatszy, nawet jeśli muzyka niespecjalnie mu się podoba. Podobnie jak z prawdziwej podróży, wraca się z głową pełną wrażeń i nie żałuje się wcale wydanych pieniędzy.

Nie inaczej jest z tą płytą, bo już dla samego składu warto jej posłuchać: Aramowi Sheltonowi grającemu na alcie towarzyszą genialny Jason Adasiewicz na wibrafonie, Jason Roebke na kontrabasie i sam Tim Daisy na perkusji. Ale i brzmienie tego kwartetu jest świetne chociaż...niezbyt orginalne. Każdy bowiem wielbiciel awangardy natychmiast rozpozna zarówno w ogólnym klimacie muzyki jak i w licznych cytatach duch nagrania, do którego muzycy nawiązują także tytułem, który możnaby przetłumaczyć "Dawno temu był...".Właśnie był taki kwintet, w którym się zebrali Eric Dolphy (klarnet basowy, saksofon altowy), Bobby Hutcherson (wibrafon), Freddie Hubbard (trąbka), Richard Davis (kontabas) i zaledwie 18-letni wówczas Tony Williams (perkusja), by nagrać w roku 1964 jeden z najbardziej niezwykłych albumów w historii jazzu "Out To Lunch".

I kiedy po powtórnym wysłuchaniu "Out To Lunch" jeszcze raz przesłuchałem "There Was..." dotarło do mnie jak niewiele i jak wiele zmieniło się w jazzie przez ostatnie kilkadziesiat lat: niewiele, bo klimat jest do złudzenia wręcz podobny, a wiele, bo gęstość muzyki, jej wewnętrzna złożoność, głębia uległy zwielokrotnieniu, jakby spotęgowane kilkudziesięcioletnim echem. Czy to wystarcza, żeby napisać, że jazz ciągle się rozwija czy też jest to dowód, że "jazz is dead", tego nie podejmuję się rozstrzygnąć. Może spróbujecie odpowiedzieć na to pytanie sami przesłuchując oba albumy, w tym koniecznie "Out To Luch", z którego tytułowy utwór znajdziecie poniżej:


poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Królowie saksofonu! To w dużej mierze dzięki nim mamy jazz taki, jaki dzisiaj kochamy, to oni nadawali kierunki, w jakich on się rozwijał, określali jego tożsamość na nowo, dostosowując go do danej epoki i zmieniających się czasów. Charlie Parker, właściwie jego alt, stworzył ten sposób improwizacji na saksofonie, który kojarzymy z bopem, a później, niemal wszyscy, mniej lub bardziej naśladowali jego styl. Jego ścieżką poszedł John Coltrane, ale w pewnym momencie znalazł swój własny niepowtarzalny sound (przypomnijmy: grał na tenorze), potem zaś współtworzył nową free jazzową estetykę z następnym gigantem tego instrumentu, jakim był Ornette Coleman. Coleman nagrywa do dzisiaj (jego album „Sound Grammar” z 2006 jest po prostu świetny!), a gdyby chcieć traktować historię jazzu linearnie, jak przecież wielu sobie życzy, chociażby piszący tutaj niekiedy (zbyt rzadko!) Paweł Baranowski, to następni powinni być Albert Ayler i Archie Shepp. Bóg Ojciec, Duch Święty i Syn – jak ktoś nazwał ich kiedyś żartem (chociaż wielu za tego ostatniego uważa raczej Pharoaha Sandersa). 
Ale przecież na rozwój jazzu można patrzeć nie tylko chronologicznie, ale jak na drzewo, które wypuszcza gałęzie w różne strony i wcale nie jest jasne, która sięgnie najwyżej, ku światłu. Bo czyż można pominąć w historii jazzowego saksofonu takie postaci, jak Wayne Shorter, Micheal Becker (kapitalne przeróbki jego utworów prezentuje ostatnio w krakowskim Piecarcie Paweł Kaczmarczyk) czy David Sanborn? Każdy z nich wywarł na jazz wpływ olbrzymi, nie do przecenienia, nawet jeśli nieraz ich artystyczna droga kończyła się ślepym zaułkiem. 
A dzisiaj kto może aspirować do takiej roli? Wielu wskaże Kena Vandermarka, o którego znaczeniu pisałem niedawno przy okazji płyty trio Free Fall „Grey Scale”, gdzie jego kreatywność przypomniała mi znane z fizyki „ruchy Browna”. Ale dla wielu Vandermark będzie zbyt nieokiełznany i wskażą raczej Chrisa Pottera, którego pełno wszędzie i to nie tylko po free jazzowej, ale głównie po mainstreamowej stronie jazzu. Wszakże właśnie przez tę swoją kompromisowość i pociąg ku komercyjnym projektom dla wielu będzie niestrawny, podobnie jak choćby taki Joshua Redman czy Branford Marsalis, którzy mimo marketingowego zgiełku, który ich otacza,  miejsca wśród wielkich moim zdaniem raczej nie zajmą.
Może zatem warto, abyście zwrócili uwagę na Davida Binneya, który jest jednym z najbardziej kreatywnych saksofonistów młodego pokolenia i jednym z nielicznych, którzy pokazują, że można iść ścieżką jazzowej awangardy, a jednocześnie zachować kontakt z szeroką publicznością.
Moje pierwsze z nim spotkanie miało miejsce przy okazji przesłuchania płyty „Welcome To Life”,  wydanej w 2004 roku, która to płyta wywarła na mnie niezatarte wrażenie. Nigdzie i nigdy nie słyszałem, żeby jakiś jazzman potrafił wykreować podobny nastrój: opisałbym go jako mieszankę niepewności i rezygnacji, a jednocześnie niezrównanego, metafizycznego piękna. Jest to bardzo rzadkie połączenie emocji szalenie trudnych do wyrażenia w muzyce, a płyta w mojej opinii ociera się o status arcydzieła. Od tamtej pory skaczę to w tył, to w przód, eksplorując cierpliwie liderski dorobek Binneya i nie znalazłem żadnej słabej płyty (jeszcze jedna cecha, która łączy go z największymi). 
Zresztą ci najwięksi bardzo mu pomogli, bo pobierał nauki u boku Phila Woodsa, George’a Colemana czy Davida Liebmana (jak nasz młody pianista Mateusz Kołakowski), a na jego płytach znaleźć można nazwiska takich tuzów, jak Uri Caine czy Bill Frisell. Ale od tych wielkich postaci może nawet istotniejsze są  nazwiska jego rówieśników, bo to creme de la creme nowojorskiej awangardy. I właśnie na jego najnowszym krążku, zatytułowanym „Graylen Epicenter”, towarzyszą mu między innymi Craig Taborn (grywa ostatnio w Nowym Jorku z Tomaszem Stańko), Wayne Krantz, Chris Potter, Brian Blade, pojawia się nawet wokal niezrównanej Gretchen Parlato.
Tak, „Graylen Epicenter” Davida Binneya, wydana pod koniec stycznia tego 2011 roku, to dokładnie epicentrum światowego jazzu, kompas wskazujący kierunek, co powinno dać wiele do myślenia naszym pięknie swingującym młodym muzykom. Bo najpiękniejszy jazz, śmiem twierdzić, rodzi się, gdy artysta potrafi, jak niegdyś rzymski bóg Janus, patrzeć jednocześnie za i przed siebie…

I próbka muzyki z tego spaniałego albumu:


sobota, 26 marca 2011

Kilkanaście kilometrów dzielące egipską Tabę od jordańskiej Akaby pokonuje się w pół dnia. Dlaczego? Bo po drodze jest Izrael. Przejście graniczne po egipskiej stronie to cały ten kraj w pigułce: piękne krzewy i drzewa, a na nich pachnące nieziemsko kwiaty, w których tonie posterunek wyglądający, jakby miał się zaraz zawalić. Izrael to zupełnie inna bajka. Wszystko tu nowoczesne i dobrze zorganizowane, jak na amerykańskim lotniskowcu, który jakimś cudem zarył dziobem w środku najbardziej suchej z arabskich pustyń. Kiedy wreszcie po długich godzinach oczekiwania w bezczynności, rewizjach i pytaniach o cel wyprawy, dotarliśmy do Akaby, przygniótł nas tak potworny upał, że aż zatykało dech w piersiach. Bo Akaba to jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi. Temperatura przekraczała 50 stopni. Przeszedłem w inny stan skupienia. Przestałem być białym człowiekiem. Musiałem odrzucić tę rasową tożsamość. Powyżej 50 stopni okazała się ona fikcją.

W czasie, gdy reszta wycieczki zaszyła się w hotelu, a dokładniej pod prysznicem - jedynym działającym urządzeniem  przynoszącym złudzenie ochłody, ja udałem się na bazar. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, wzywała mnie pustynia. Wiem, brzmi śmiesznie, ale tak było. Oczami wyobraźni widziałem, jak T.E. Lawrence zbiega tu z gór, prowadząc korowód wielbłądów w karmazynowych czaprakach.

Postanowiłem napić się kawy. Dostałem filiżankę świeżo zmielonej arabiki z obfitą domieszką kardamonu. Upał i ta upiornie mocna kawa wyostrzyły moje zmysły do ostateczności: wtedy usłyszałem muzykę… Cały bazar nią rozbrzmiewał, każdy sklep był pełen dźwięków niczym miniaturowa muszla koncertowa, chodziłem od jednego do drugiego, łowiąc dźwięki. Szybko uznano mnie za szaleńca, który stracił rozum pod wpływem tego nieznośnego upału. Zamiast bowiem targować się o cenę chlebów, przypraw, koszul czy butów, pytałem sprzedawców, co za muzyka rozbrzmiewa z ich straganów i gotów byłem słono płacić za należące do nich kasety i płyty CD.

Zewsząd dobiegały mnie zmieszane ze sobą dźwięki arabskiej perkusji, wprawiającej moją duszę w przypominający taniec derwiszów transowy wir, oraz dudnienie muzyki ludów z Czarnego Lądu, której ekstatyczny charakter przyprawiał mnie o zawrót głowy. Pod sklepieniem nieba zaczęły drżeć błyskawice, nadchodziła tak rzadka na pustyni burza. Tylko w mojej głowie rozbrzmiewał jeszcze jeden niezwykły dźwięk, wśród tej bujnej jak dżungla i gorącej jak pustynia rytmicznej wegetacji – zimny jak lód fortepian.

Kiedy  wracałem do Sharm-EL-Sheikh, izraelska straż graniczna skonfiskowała cały, z takim trudem zdobyty zapas muzycznych skarbów z akabańskiego bazaru. Nie spodobały im się arabskie napisy na płytach i kasetach, może podejrzewali, że jestem kurierem Al-Kaidy? Wrażenia tej niezwykłej chwili uleciały- jak mi się zdawało- na zawsze. Aż do niedawna, gdy w moim odtwarzaczu znalazła się wydana w 2009 roku płyta niemieckiego pianisty Joachima Kühna „Out of Desert”.

Nagrana z towarzyszeniem marokańskiego wirtuoza oud i guembri Majida Bekkasa i hiszpańskiego perkusisty Ramona Lopeza, jest ogromnym krokiem naprzód Kühna  po pierwszym albumie tego trio, czyli wydanej w 2007 roku „Kalembie” i po wcześniejszym „Journey To the Centre of the Egg”, nagranym z udziałem Libańczyka Rabiha Abou-Khalila w 2006, które i tak były już świetne. Przełomem jest sięgnięcie przez Kühna nie tylko po muzyków arabskich, ale i głębiej, do dźwięków Afryki subsaharyjskiej, reprezentowanej tu przez pochodzącego z Beninu Bessana Josepha Kouassi i jego towarzyszy. Płyta ta udowadnia, że Kühn osiągnął status artysty wyjątkowego, tworzącego własną muzykę, mającego za nic granice gatunków i nadawane przez krytyków etykietki. Jest równie inspirujący, gdy - jak tutaj - przetwarza to, co zwykle kojarzymy z world music, czy kiedy idzie pod rękę z awangardą w swoich płytach nagranych z udziałem Daniela Humaira, Tony Malaby’ego czy w niezapomnianym duecie z Ornettem Colemanem. Ale równie dobry jest także, gdy płynie bliżej głównego nurtu, jak na płytach w trio z Michaelem Wollnym i Heinzem Sauerem czy wreszcie wtedy, gdy daje wyraz swojej miłości do muzyki klasycznej, jak na solowym „Allegro Vivace”. Krótko mówiąc, album z tych, które - gdy ich słuchasz-wywołują myśl: chciałbym być tam, gdzie ci chłopcy grali i tańczyć!

niedziela, 20 marca 2011

W którejś z poprzednich notek pisałem na temat płyty „7”, nagranej przez formację Der Rote Bereich z  grającym na perkusji Oliverem Stiedle, dla którego finezji po prostu nie byłem w stanie znaleźć słów. A teraz chciałbym zwrócić Waszą uwagę na kolejną płytę, na której perkusja jest w roli głównej, tylko że tym razem gra na niej Tiziano Tononi.  I tu jazz, i tam jazz, free, improwizacja, awangarda z najwyższej półki, ale jakże kompletnie różne podejścia do rytmu! U Stiedla rytmy są postrzępione jak pajęczyny u schyłku babiego lata, u Tononiego ustrukturyzowane, uporządkowane jak w fabryce Forda. A wydawałoby się to zupełnie niezgodne z ich narodowymi charakterami! Co za perkusiści, co za jazz, co za odmienne podejścia do bębnów we free! 
Oczywiście to nie wszystko, co czeka Was na tej płycie. Otóż są w jazzie nazwiska, które działają na mnie jak czerwona płachta na byka. Pharoah Sanders, Wadada Leo Smith,  David S. Ware, William Parker. Mój Boże! Od wielu już lat atakuję niemal każdą ich płytę w nadziei, że w tych doskonałościach znajdę wreszcie jakąś rysę. Ale nic z tego! Zwykle po kilku przesłuchaniach leżę i kwiczę z podziwu, jak byk przebity srebrną klingą szpady torreadora, ukarany przez Muzy za mą nadmierną pychę. Czy tym razem będzie podobnie, bo przecież wymienionemu przeze mnie wyżej Tiziano Tononiemu i młodemu skrzypkowi włoskiemu Emanuele Parriniemu towarzyszy  grający na kontrabasie sam wielki William Parker właśnie?
Jeśli chodzi o muzykę, jaka znajduje się na tej płycie, to punktem wyjścia dla niej jest Leroy Jenkins, dla którego album ten jest rodzajem trybutu. Jenkins to legendarny amerykański skrzypek jazzowy, który działał na awangardowej scenie chicagowskiej, był w AACM, grał z Anthony Braxtonem, założył formację z udziałem Anthony Davisa i Andrew Cyriila, a potem koncertował z Cecilem Taylorem. Szukając inspiracji, skrzypkowie często oglądali się na dominujących w jazzie saksofonistów, a niektórzy, jak chociażby nasz Zbyszek Seifert, łączyli grę na obu instrumentach. Jednak Jenkins, idąc śladem Trane’a, nawiązywał głównie do tego okresu jego twórczości, gdy ten  współtworzył free jazz. To właśnie dlatego na płycie tej, obok oczywistych nut bopowych (zwłaszcza w pracy perkusji), pełno jest brzmień coltranowskich z tamtego okresu, muzyki transowej, pełnej niczym nie skrępowanych improwizacji, akcentów folkowych, w tym szczególnie tych z muzyki orientalnej. Ostatnim źródłem inspiracji, które ma niebagatelne znaczenie dla brzmienia muzyki na tej płycie, są włoskie tradycje muzyki improwizowanej, uosabiane tutaj przez takie formacje, jak Nexus i Italian Instabile Orchestra. W ogóle Włosi byli bardzo gościnni wobec amerykańskich jazzmanów, nie tylko tych zajmujących się muzyką improwizowaną, umożliwiając im przetrwanie w trudnych latach 70tych i 80tych, gdy w USA królowała czarna muza spod znaku Motown Records, a potem rapu. Katalogi  takich małych, rodzinnych, włoskich wytwórni jazzowych, jak Red, Black Saint, Soul Note, Philology, CAMjazz czy słynny Splas(h), by wymienić tylko kilka najbardziej znanych, kryją prawdziwe perły… amerykańskiego jazzu! Włoska awangarda powstała pod wpływem nagrywających w Italii muzyków zza Oceanu, a płyta ta jest rodzajem hołdu dla trwających wiele już lat związków między jazzem amerykańskim a włoskim. Hołdem najlepszym z możliwych, bo wyrażonym muzycznym językiem dnia dzisiejszego, inspirowanym tradycją, ale spoglądającym w przyszłość. 
No to może na zakończenie jeszcze słów kilka o obecności Wiliama Parkera na tej płycie? Cóż, leżąc na boku, w kałuży krwi, na wysypanej białym, morskim piaskiem arenie, słyszę grzmoty oklasków i wiwaty na jego cześć. Od potężnego, zwieńczonego rogami ciała odrywa się moja dusza, mówiąc słowami Hadriana, „animula vagula blandula”, której wznoszeniu się ku Niebu („Ascension”…) oprócz smutku towarzyszy jednak zachwyt, zwłaszcza gdy słucham niezwykłej wersji „Naimy” Coltrane’a, którą znajdziecie ukrytą, jak perłę w muszli, w utworze czwartym na tej godnej uwagi płycie.

Nie znalezłem na TouTube żadnego filmiku z muzyką z tej płyty, ale jak chcecie posłuchać jak mięsisty jest bad Williama Parkera to bardzo proszę:


 
1 , 2
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...