Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny

Płytoteka

niedziela, 01 stycznia 2012


 

Jeśli chodzi o jazz, to należę do tych jego miłośników, którzy wybierając płytę do kupna kierują się tym kto gra na perkusji i basie. Wysiłek nawet najlepszych trąbek, saksofonów czy fortepianów niweczy moim zdaniem brak odpowiedniego "wsparcia" sekcji rytmicznej. Tymczasem na polecanej dzisiaj przeze mnie dzisiaj płycie, nota bene nominowanej do Nagrody Grammy w 2004, pojawia się niejaki Jack DeJohnette. Zapewne Doda nie zaprosi go do nagrania swojej najnowszej płyty (brukowej), ale mimo to, wierzcie mi, nie jest to postać w muzyce jazzowej nieznana. Ponieważ założyłem sobie, że ten wpis będzie krótki nie wymienię teraz wszystkich "wielkich", z którymi grał ten wspaniały muzyk: musiałbym bowiem w tym miejscu napisać skróconą historię jazzu. Posłuchajcie sami i wyróbcie sobie zdanie. Ja wiem jedno: Jack DeJohnette i perkusja to jak szampan i piękna dziewczyna, takich spotkań nie zapomina się długo.


Na fortepianie gra Jason Moran. Ktoś z Państwa o nim słyszał? W takim razie brawo. W trochę lepszych czasach (a nie w czasach, gdy muzycznymi gustami rządzą królowie obciachu  w rodzaju Wiśniewskiego czy Kazika) facet ten byłby równie znany i podziwiany jak Cecil Taylor, Thelonius Monk czy Herbie Hancock (z każdym z nich łączy go muzyczna prowieniencja). Co?!!! Nic Wam nie mówię te nazwiska i nie spotkaliście sie ze słowem prowieniencja??? W takim razie naprawdę przyda się Wam lektura mojego blogu ;-) Po kilku miesiącach będziecie jak molierowski pan Jourdain, który się nagle dowiaduje, ze całe życie mówił prozą. 


Wreszcie lider trio, klarnecista i saksofonista, D
on Byron. Nie to nie ten, który napisał "Giaura", tamten był Lordem i zginął 150 lat temu w Grecji. "Ten" Byron to wybitny muzyk jazzowy, jeden z nielicznych, którzy uprawiają muzykę zgodnie z tradycją Milesa Davisa, której sednem jest nowatorstwo, podążanie za zmieniającym się stylem epoki i nadawanie mu nowej wyrafinowanej formy. Nie przypadkiem do prawdziwych "pereł" na tej płycie należą dwie interpretacje milesowskich standardów: "Freddie Freeloader" i "In A Silent Way". Oba kawałki wymiatają i cicho o nich i sza, bo opisywanie jak brzmią i tak dalej, byłoby jak pytanie Jahwe jak się nazywa.

Nie Wielki Miles wszakże i jego muzyka jest najważniejszą inspiracją twórców tego krążka, lecz, jak sami to przyznają, Lester Young. Ponieważ napisałem na temat Lester Younga pracę doktorską obawiam się, że mógłbym nieco popłynąć, a moje ochy i achy nad tym obecnie nieco zapomnianym muzykiem przyprawiłyby Was o mdłości. Nadto byłyby raczej nieusprawiedliwione, bo "Ivey-Divey" nie jest jednym z niezliczonych, z reguły nudnych i wtórnych albumów "in tribute to", "in memory of", na których muzycy próbuję brzmieć jak ich mistrzowie, pokazując tym jednocześnie, że niczego się nie nauczyli. Don Byron odchodzi tak daleko jak tylko można od jazzu Lestera Younga i tym należy mierzyć orginalność tej płyty oraz talent biorących udział w jej nagraniu muzyków (oprócz trzech wymienionych także, w nie wszystkich utworach, trębacz Ralph Alessi i basista Lonnie Plaxico).


Żeby jednak nie było tak słodko, wrzucę na koniec łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Jeśli wychowałeś się na wiejskich przyśpiewkach Abby czy Boney M., ba!, nawet jeśli słuchałeś w samochodzie czegoś co sie nazywa smooth jazz i zaczeło Ci się nawet podobać, to ciagle możesz być nieprzygotowany na ten rodzaj muzyki jaki Don Byron i spółka proponują nam na tym albumie. Nieduża, ale jednak spora dawka free jazzu na płycie, wymaga od słuchacza odwagi i odrobiny wysiłku przy słuchaniu (ten wysiłek jest potrzebny, by zamknać krzyczącą żonę, awanturujące się dziecko, wyjacego psa -nie potrzebne skreślić - w szafie). 


Na koniec słowo wyjaśnienia co znaczy wyrażenie "ivey-divey"? Zostało ukute przez Lestera Younga i, jak wyjaśnie Don Byron, znaczy coś jak "che sera, you know, ivey-divey". Niezłe co?



MaciejNowotny
http://polish-jazz.blogspot.com/

 


Jazz włoski wielką potęgą jest i basta, świadczą o tym nazwiska takich wielkich mistrzów jak Enrico Rava, Paolo Fresu, Enrico Pieramunzi czy Aldo Romano. Ale to tylko najbardziej znani spośród wielu doskonałych muzyków z Italii, za którymi idą ławą mniej znani, ale bynajmniej nie gorsi.


Oto dni temu kilka do łapek moich trafiła płyta włoskiego trębacza Fabio Morgery, pod tytułem "Slick", wydana w roku 1999. Płyta ta prezentuje to, co najlepszego może dać światu współczesny post-bop z pewnymi może elementami hardu-bopu. Jak zwał tak zwał jest to kawał doskonałej muzyki, której słucha się z przyjemnością porównywalną do konsumpcji tiramisu po dobrym włoskim obiedzie.


Grająca dość ostro, lecz wyraziście i niemonotonnie sekcja rytmiczna składa się na tej płycie z perkusisty Alvestera Garnetta i basisty Erica Revica. Poza trąbką mamy tu jeszcze dwa inne instrumenty dęte: J.D.Allena na saksofonie tenorowym i Jasona Jacksona na puzonie, muzyków bez wątpienia nietuzinkowych. Składu dopełniają wibrafon Billa Ware'a (wspaniale uzupełniający graną na albumie muzykę) i gitara Petera Griesengera. 

A jaki jest repertuar grany na tej płycie? Poza trzema standardami (Serenade To A Cuckoo Rolanda Kirka, Con Alma Dizzy Gillespiego, The Kicker Joe Hendersona oraz Old Devil Moon Harburga Lane'areszta utworów na płycie to oryginały autorstwa Fabio. Morgera to członek bardzo znanego Groove Collective, zatem charakterystyki brzmienia jego septetu oprócz cech post i hard-bopowych, dopełniają melodyjność i spora dawka swingu. Czyli to co najlepsze w tradycji nowojorskiej, gdzie od lat Morgera mieszka i tworzy. W jednej z recenzji tej płyty C. Micheal Bailey (AAJ) zauważył, że muzyka na tej płycie jest przepięknie gęsta a zarazem lekka jak piórko. Pięknie i doprawdy celnie powiedziane.

Efekt ten, jak sądzę, to świadoma kreacja muzyków: przecież tytuł albumu to w angielskim słowo na określenie czegoś gładkiego, wypolerowanego, a jednocześnie eleganckiego i inteligentnego. Przynajmniej z wierzchu, bo pod tą jedwabistą, wyrafinowaną powłoką kryje się gorące jak wulkan wnętrze nowojorskiego bopu - tak jakby na miękkich, puchowych poduszkach od Versacego leżała naga, piękna i wyzywająca Naomi Campbell.



Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

środa, 31 sierpnia 2011



Dzięki takiej muzie i takim muzykom wierzę w jazz! Muza pokręcona jak relacje Tusk - Kaczyński i muzycy jakich garstka tylko, nie tylko zresztą współcześnie, zawsze ich było niewielu. Nazwałbym ich: czarnymi aniołami. Tak, wyznam Wam, że jedną z rzeczy jakiej najbardziej się boję to moment, gdy jazz przestaną grać czarni ludzie. Wiem, wiem, sam jestem biały, ale tylko po wierzchu... Jazz białych ludzi bardzo mi się podoba, jest wyrafinowany, subtelny, elegancki, ale... Od czasu do czasu potrzebuję szaleństwa. Szaleństwa, które spływa falą zdziwienia do samych korzeni rzeczywistości jaka mnie otacza. A jaka ona jest? Maksymalnie pojebana! Dziwnym wszakże trafem ta pokręcona muza prostuje ścieżki Waszego korespondenta. Jak to się dzieje? Nie znaju. Piotr Baron, którego tak lubię nie tylko za muzykę, ale i za to, że stracił zmysły, powiedziałby: nic dziwnego, muzyka jest tylko odbiciem na ziemi tego, co jest doskonałe....tam...u góry...

PS. Za polecenie tej płyty dziękuję Azowi, który szkoda, że się przestał pojawiać :-(((

Jemeel Moondoc Quintet:

Jemeel Moondoc (saksofon altowy), Rahn Burton (fortepian), Bern Nix (gitara), William Parker (kontrabas), Dennis Charles (perkusja).

Album "Nostalgia In Times Quare" wydany w 1986 roku przez włoską wytwórnię Soul Note.

Utwory:

1. Nostalgia In Times Square (Thelonius Monk)

2. Flora

3. In Walked Monk

4. Dance Of The Clowns

Posłuchajcie "Tańca klownów" - genialny jazzzzzz...



Autor: Maciej Nowotny

http://www.polish-jazz.blogspot.com/

niedziela, 26 czerwca 2011

Majid Bekkas - African Gnaoua Blues (2001) 

Lubicie bluesa? Myślę, że tak, bo każde jazzowe serce bije trochę na bluesową nutę. A gdzie znaleźć dobry blues (możecie też zajrzeć tu: http://bluejazz.bloog.pl/)? Na pewno w wielu miejscach, choćby w Polsce, gdzie ostatnio Jarek Śmietana i Wojtek Karolak nagrali wspaniałą (podobno!) płytę "I Love Blues", nota bene płytę tygodnia w radiojazz.fm, na którego falach możecie ją usłyszeć.

A poza tym pełno doskonałego bluesa jest w Afryce i nie mogę po prostu wyjść z podziwu jak ludzie na Czarnym Lądzie potrafili ożywić wydawałoby się nieco skostniały bluesowy idiom. Świadczą o tym takie płyty jak chociażby omawiana już na tym blogu "Kongo Magni" (2005) Boubacara Traore czy dokonania właśnie Majida Bekkasa. Natknąłem się na niego przy okazji pisania notki na temat krążka "Kalimba" (2007) i "Out Of Desert" (2009), której to płycie poświęciłem dłuższy tekst. Po prostu jest tego warta, bo cudów na niej dokonuje nie tylko Bekkas, ale przede wszystkim genialny niemiecki pianista awangardowy Joachim Kuhn wspomagany przez (doskonałą zresztą) perkusję Ramona Lopeza.

Wszystkie wymienione płyty należą po prostu do wybitnych dlatego dalej cierpliwie namierzam kolejne pozycje w dyskografii Bekkasa i w ten sposób wpadła w moje ręce kolejna perełeczka. Tym razem czysto afrykańskie, bluesowe klimaty, czarne jak smoła jaką leją nasi drogowcy na prowadzące donikąd autostrady. Ciekawi mnie zwłaszcza to określenie "gnaoua", które wskazuje na terapeutyczne traktowanie tej muzyki przez ludy pogranicza berberyjsko-afrykańskiego: jako "lekarstwa" na zbolałą duszę. Przyda się ono prawdopodobnie nam wszystkim, tak w jutrzejszy poniedziałek jak i wtedy, gdy zamiast mknąć po autostradach na Euro 2012 staniemy w szczerym (chińskim) polu...



Autor: Maciej Nowotny (http://polish-jazz.blogspot.com/)

środa, 08 czerwca 2011

"Gdzie jest raj mężczyzny? W kobiecym buduarze..." - o ile pamiętam ten cytat pochodzi z "Greka Zorby" Nikosa Kazantzakisa. Nie inaczej jest w jazzie, a zwłaszcza w jazzowym śpiewaniu, gdzie kobiety biją mężczyzn kompletnie na głowę. Bo nie sposób sobie wyobrazić jazzu bez takich artystek jak Ella Fitzgerald, June Christy, Betty Carter, a w nowszych czasach Diana Krall, Cassandra Wilson czy Patricia Barber. Nasycają one jazz czymś specyficznie kobiecym: intymnością, ciepłem, tajemniczością... Łatwo jednak z tym przesadzić, zwłaszcza w jazzie, przesłodzić, zagłaskać, ztrywializować. 

Gretchen Parlato - In A Dream (Obliqsound, 2009)

Młoda amerykańska wokalistka, Gretchen Parlato, na tym wydanym w roku 2009 przez ObliqSound krążku udowadnia, że formuła jazzowej wokalistyki daleka jest jeszcze od wyczerpania. Mimo, że nie posiada wielkiego głosu, a raczej podobnie jak wymieniona wyżej Patricia Barber czy nasza Krystyna Stańko, operuje nastrojem i barwą, potrafi zaintrygować i dostarczyć wartościowego jazzu, który jest inspirujący nie tylko dla miłosników stylistyki smoothjazzowej. Ten efekt udaje się jej osiagnąć dzięki inteligentnemu i zręcznemu operowaniu dwoma czynnikami.

Po pierwsze, Gretchen Parlato współpracuje i pozostaje otwarta na to, co najważniejszego dzieje się w obecnej nowojorskiej awangardzie. Choćby na tym blogu opisywałem jej udział w kapitalnym wręcz tegorocznym albumie Davida Binneya "Graylen Epicenter" (2011), a do nagrania tego krążka zaprosiła świetnych młodych instrumentalistów w osobach Kendricka Scotta grającego na perkusji, Derricka Hodge'a na kontrabasie, Aarona Parksa na fortepianie i Lionela Loueke, który fantastycznie akompaniuje grając na gitarze, a niekiedy też towarzyszy wokalistyce swym głosem (nic dziwnego, jest Afrykańczykiem, a dla nich łączenie grania na instrumencie i śpiewania jest czymś naturalnym). Muzycy ci nie tylko zapewniają Parlato bezpieczne wsparcie, ale niekiedy (zbyt rzadko moim zdaniem!) wypuszczają się na bardziej burzliwe jazzowe wody, nasycając muzykę odrobinką brzmienia wpółczesnej awangardy.

Po drugie i najważniejsze, na płycie znajdziemy bardzo różnorodne i interesująco zaaranżowane kompozycje, bo na swój warszat Parlato nie waha się wziąść tak Steve Wondera ("I Can't Help It") czy brazylijskiej samby Antonio Almeidy ("Doralice"), ale także wydawało się zgranego do nieprzytomności "Butterfly" Herbiego Hancocka, które pamiętamy z nieśmiertelnej wersji nagranej z The Headhunters. A poza tym znajdziecie tu i "E.S.P." Wayne'a Shortera, które chyba każdy jazzman zna na pamięć, a którego słuchając cały czas szuka się milesowskiej trąbki czy Ellingtona "Azure'a", ale nie gorzej brzmi tytułowa kompozycja, której współautorką jest sama Gretchen. A to bynajmniej nie koniec, krótko mówiąc, wspaniały program!

Tak, ten album to bez wątpienia mainstream i to nagrany z myślą o jak najszerszej jazzowej publiczności, ale świetnie zaśpiewany, wzorowo zagrany i zawierający doskonałe wręcz kompozycje. Dlatego śmiało mogę go polecić moim czytelnikom i postawić obok niegorszych nagrań takiej chocby Melody Gartot "My One And Only Thrill" (2009), Dianne Reeves "When You Know" (2008) czy Dee Dee Bridgewater "Eleonora Fagan" (2010).

A na deser wyżej wspomniany "Butterfly" Hancocka:



Autor tekstu: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

wtorek, 31 maja 2011

Na moim blogu poświęconym polskiemu jazzowi, przypomniałem ostatnią EPkę Skalpela zatutułowaną oczywiście "Polish Jazz", a przy okazji ubolewałem nad kiepskim stanem polskiego nu jazzu i trip hopu. Kiedyś wiele takich płyt znajdowałem na tym blogu http://szulc888.blox.pl/html, ale ostatnio jego autor nieco zaniedbuje czytelników i brak mi bardzo takich rekomendacji. Tak, kochani, trzeba się od czasu do czasu oderwać od jazzu i miło jest wtedy posłuchać dobrej tanecznej muzy, bo do niczego nie można się nazbyt przywiązywać nawet do tego co dobre i ze wszech miar pożądane jak jazz, i to ten z najwyższej póły, jaki nieraz (mam nadzieję!) znaleźć można na tym blogu. Prawdziwy NINJA musi mieć duszę wolną jak ptak, by móc polecieć w każdym z kierunków, z których powieje dobry muzyczny wiatr... 

Posłuchajcie doskonałej Zap Mamy zmiksowanej przez DJ Krusha w piosence, która nieco nawiązuje do ostatniego zdania niniejszego tekstu (szkoda, że cała płyta nie jest równie dobra!):





sobota, 21 maja 2011

Pozwólcie, że przedstawię: moja żona, Iwona! Doszła ona ostatnio do wniosku, że za dużo czasu poświęcam muzyce i wysłała mnie do doktora. Poszedłem i mówię: Panie doktorze ciągle słucham muzyki. W pracy, na spacerze, na imprezach, w kawiarniach, na deptakach, w pociagu, w aucie, podczas jedzenia, seksu, a nawet wtedy, gdy chcę zasnąć. Pokiwał głową, powiedział: rozumiem, coś nagryzmolił na recepcie i powiedział następny proszę.

Zmartwiony szedłem do samochodu, co ze mną będzie, co powie żona i z niepokojem rzuciłem okiem na receptę, aby sprawdzić co mam kupić w aptece. Ale tam takie tylko znalazłem napisane słowa: "Nic nie mogę na to poradzić. To Pana przeznaczenie...".

Słońce świeciło tak pięknie, czułem ciepły wiatr we włosach, a na pobliskim drzewie rozśpiewały się ptaki. Trwałem w zachwycie nie wiem jak długo...

A jeśli chcecie razem ze mną poszukać tego "przeznaczenia" i "ekstazy" koniecznie sięgnijcie po tę muzykę. Jedna z moich najukochańszych płyt...




poniedziałek, 16 maja 2011

Jakoś ostatnio nasłuchałem się free aż do przesytu i ciągnie mnie z powrotem do mainstreamu: to jak powrót męża do żony po romansie z kochanką, szaloną, dziką, fascynującą, ale jednak nieco męczącą. W pewnym momencie zaczyna się tęsknić do swoich starych kapci, do fotela w rogu salonu, w którym najlepiej smakuje poranna gazeta, do obiadu podanego na czas i do wypranych koszul. Ale powiecie: drogi Macieju, czyż nie można jakoś połączyć jednego z drugim? Otóż można, a udowadnia to Nate Wooley, młody amerykański muzyk, na którego zwrócono mi uwagę jako na jednego z najciekawszych młodych trębaczy na świecie.

Wszakże do tej pory kojarzyłem go głównie z muzyką free i improwizowaną, a tymczasem na tej płycie gra jak z nut, dosłownie. Muzyka jest uporządkowana, melodyjna, pełna skupienia i ciszy, a przy tym swobodna, spontaniczna, przystępna. Cóż za cudowna mieszanka! 

Odnotujmy, że ten lekki jak puch melanż pomagają tworzyć liderowi muzycy tak wyśmienici jak Josh Sinton na klarnecie basowym, Matt Moran na wibrafonie, Eiving Opsvik na kontrabasie i Harris Eisenstadt na perksusji. Te nazwiska od jakiegoś czasu powtarzają się na kolejnych rewelacyjnych nagraniach z portugalskiej wytwórni Cleen Feed, która wydała także i tę płytę. Ostatnio katalog tej oficyny zaczyna przypominać te z najlepszych lat Blue Note czy ECM-u. Studiujcie go uważnie w poszukiwaniu prawdziwych perełek dzisiejszej jazzowej awangardy, a jeśli chodzi o Nate'a Wooley, to posłuchajcie go chociażby na tym na tym nagraniu, które uwidacznia jak wielka jest skala jego talentu (chociaż nie pochodzi z tej płyty):   

  

poniedziałek, 09 maja 2011

Mam dzisiaj szczęście! Czeka mnie ciężki dzień pracy, ale mam muzykę, która spowoduje, że z łatwością pokonam wszelkie przeszkody. Bo nagrany w zeszłym roku na żywo przez band o nazwie Angles album zatytułowany "Epileptical West" to jedna z najlepszych płyt ubiegłego roku. Na szczęście została opisana bardzo interesująco w języku polskim przez Artura Szareckiego na Impropozycji, zatem moja impresja w jednym zdaniu: piątka młodych Skandynawów (Matthias Stahl, Magnuss Broo, Mats Aleklint, Martin Kuchen, Kjell Nordeson, Johan Berthling) zabiera nas na pokład "Bounty", którego załoga wyrzuca kapitana, a wraz z nim wszelkie zasady, reguły i normy, za burtę, by eksplorować nieziemsko piękny świat afrykańskich wysp, równie fascynujący jednak co budzący grozę i pchający nas ostatecznie ku granicom szaleństwa. Jednym słowem normalny dzień w pracy...;-) A na poważnie, to jest to zdumiewająca muzyka, od której nie mogę się oderwać... Arcydzieło!    

Posłuchajcie utworu "Present Absentees/Pygmi" z tejże płyty:



Autor tekstu: Maciej Nowotny (http://www.polish-jazz.blogspot.com/)




środa, 04 maja 2011

Mojemu powrotowi do pracy towarzyszy dzisiaj ta oto płyta Scotta Colleya zatytułowana "Initial Wisdom" (2002). Zwróciłem uwagę na Colleya przy okazji przełuchiwania płyt mojego ulubionego ostatnio saksofonisty Davida Binneya (album "South"), a także natknąłem się na niego u boku włoskiego pianisty Stefano Bollaniego ("Les Fleurs Blues"). Colley wydobywa ze swego kontrabasu pełny, okrągły, choć nie miękki, ale lekko funkujący dźwięk. Mogę tego słuchać i słuchać, zwłaszcza gdy wspomaga go odpowiedniej klasy perkusista. A tak z reguły jest, bo dobry perkusista zawsze się skuma z dobrym basistą. Na wyżej wspomnianych płytach towarzyszyli Colleyowi, odpowiednio, Brian Blade i Clarence Penn, wiadomo, ekstraklasa, a na tym nagraniu, Bill Stewart, muzyk na pewno nie gorszy od poprzednio wymienionych.

Tak, świetnie tu brzmi sekcja rytmiczna, rozkoszą jest sobie jej słuchać tego słonecznego, acz chłodnego poranka majowego anno domini 2011. Reszta składu jest w stanie dostarczyć równie ciekawych dźwiękowych kombinacji, bo na gitarze gra Adam Rodgers, znana bardzo postać, a na saksofonie muzyk, którego wyjatkowo cenię czyli Ravi Coltrane. Płyta oscyluje na granicy ambitniejszego mainstreamu, muzyka jest przestrzenna i nienachalna, a przy tym groove w niej jest wyrażny, prawdziwie nowojorski, trudno się zresztą dziwić biorąc pod uwagę zarówno nowojorski background Colleya jak i mającego nieco rockowy styl Stewarta.

Posłuchajcie super muzyki z tej płyty, konkretnie kompozycji zatytułowanej "The Susser":



Autor: Maciej Nowotny

http://www.polish-jazz.blogspot.com/ 

wtorek, 19 kwietnia 2011

Nie przepadam za Chrisem Potterem, niezbyt mnie przekonuje ta płyta - zaraz wyjaśnię dlaczego - natomiast muszę przyznać, że jest to kawał wyśmienitego jazzu, a szerzej, muzyki, zagranej tak dobrze, z takim feelingiem, z takim sercem, że mi brak słów po prostu. Ale po kolei, obok Chrisa Pottera grającego na saksofonie, na płycie usłyszymy wspaniałego Craiga Taborna na Fenderze, Adama Rodgersa, który jakoś mnie tutaj nie powalił na kolana swoją gra na gitarze, a przecież to wielki grojek, oraz Nate'a Smith na perkusji, który jest schematyczny i przewidywalny, próbuje grać w stylu Jima Blacka, ale jakoś to nie wychodzi, moim skromnym zdaniem.

Tak, gdyby nie Chris Potter i, w mniejszym stopniu, Taborn, należałoby stwierdzić, że ta tak szeroko reklamowana płyta nie jest znów aż tak dobra jak wieść gminna niesie. Potter, za którym nie przepadam, jest ostatnim (czy będą jeszcze następni?) królem w długiej linii saksofonistów-wirtuozów, biorącej swój początek od Charlie Parkera, a do niedawna uosabianej przez Micheala Breckera. Wszakże mnie takie podejście do gry na saksofonie drażniło zawsze i nie przepadam ża żadnym z tych muzyków: wiem, świadczy to o moim bezguściu, ale to już ustaliliśmy wielokrotnie wcześniej, potwierdzam to i zgadzam się z wszelką krytyką.

Z tym, że ta właśnie ta płyta jest wyjątkiem od tych wszystkich moich pokręconych zasad, których się zazwyczaj trzymam: co prawda sajdmeni grają słabo, kompozycje są schematyczne mimo, że to orginały, a styl Pottera drażniący, a jednak płyta podoba mi się! Z jakiego powodu? Bo od czasu do czasu Potter odjeżdża tak totalnie w bok, do góry i w dół jednocześnie, że po prostu zapiera dech w piersiach. Ze względu na te kosmiczne odjazdy Pottera, na to, nazwijmy to tak, porwanie emocjonalne, uważam płytę za wartą wysłuchania, ba!, nie mogę się wprost od niej oderwać! Może to zasługa tego także, że album ów jest zarejestrowany na żywo w słynnym klubie The Village Vanguard. Posłuchajcie conieco czyli urywku kompozycji "Train" z tej płyty...



poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Nie wiem jak wy, ale ja ciągle się spieszę. Boże! ile to na człowieka czeka obowiązków: praca, uczelnia, dom, przyjaciele, mnogie hobby, polityka, sztuka, kobiety! Nie narzekam, nie wybrażam sobie bez nich życia, natomiast musi się pośród tego zgiełku znaleźć jeszcze czas na ciszę, na spokój, na zadumę. Dlatego od czasu do czasu mówię: STOP! Dobrze jest mieć wtedy przy sobie muzykę, która z ciszą współbrzmi, uwydatnia ją, pogłębia.

I taką się właśnie cisza staje, gdy staje się tworzywem dla największych muzyków, do których bez wątpienia zalicza się amerykański pianista Kenny Drew (tu znajdziecie kilka słów jakie napisałem niegdyś o nim, przy okazji jego płyty "Undercurrent") jak i duński mistrz kontrabasu Niels-Henning Orsted Pedersen...



sobota, 16 kwietnia 2011

Ktoś z moich gości niedawno zauważył, że dość rzadko na moim blogu pojawia się jazz skandynawski. A przecież należy on do moich ulubionych! Zapiera dech w piersiach różnorodność skandynawskiego jazzu: z jednej strony tacy giganci nu jazzu jak Molvaer czy Danielsson, z drugiej potęga mainstreamowa z nieodżałowanym Esbjornem Svenssonem, Tordem Gustavsenem czy Bobo Stensonem, a przecież mają jeszcze mocarną awangardę z Paalem Nilssenem czy Matsem Gustafssonem. Wymieniam na łapu capu: za  nimi stoją dziesiątki innych, niemniej ciekawych postaci. Jaka jakość grania, jaka obfitość, jaka kreatywność! Skąd to się wszystko bierze w tak małych krajach i z czego się utrzymuje!?

Ostatnio dzięki jednemu z moich przyjaciół mam możliwość słuchania skandynawskich nowości. Tym razem do wiecznie głodnej szufladki mojego Marantza trafiła płyta trio Jacoba Karlzona, o którym wiedziałem dotąd bardzo niewiele, właściwie tylko tyle, że towarzyszył doskonałej szwedzkiej wokalistce Viktori Tolstoy. Płytę można kupic w Polsce via Multikulti, na którego stronie znajdziecie bardziej szczegółową recenzję. Ja tylko wspomnę, że grającemu na fortepianie Karlzonowi towarzyszą Hans Andersson na basie i Jonas Holgersson na perkusji. I wreszcie najważniejsze pytanie: jaka muzyka znajduje się na tym krążku?

Jest to klasyczne cool jazzowe trio o tym nieomylnie skandynawskim brzmieniu, które najlepiej uosabiało Esbjorn Svensson Trio. Szukając bliższych paraleli ich muzykę należałoby umieścić gdzieć między "Songs Without Words" Jurek Jagoda Trio a "One" RGG trio. A jeśli bym miał okreslić poziom płyty, biorąc pod uwagę atrakcyjność kompozycji, jakość zgrania muzyków i orginalność brzmienia to powiedziałbym, że nieco przewyższa pierwszą z wymienionych formacji, ale ustępuje drugiej i to wyraźnie. Brakuje temu trio tak charakterystycznej dla RGG głębi, swobody w improwizacjach i tej zabawy ciszą, która udaje się tylko najlepszym muzykom. A przecież ostatnia płyta RGG nie jest bynajmniej moją ulubioną i najlepszą płyta tej formacji!

Posłuchajcie muzyki tego ciekawego zespołu i wyróbcie sobie swoje własne zdanie:


Jacob Karlzon 3 plays Maniac from the new album The Big Picture

Jacob KarlzonMyspace Wideo

środa, 06 kwietnia 2011

Kiedyś, przed laty, usłyszałem tę płytę i niesamowice wręcz spodobała mi się: było z nią jak z piękną nieznajomą, wykwitną i elegancką. Niestety nigdy nie spotkaliśmy się. Nie miałem wtedy grosza przy duszy, aby zaprosić ją na kolację do Bristolu.Tak, płyty ECM, bo to ta wytwórnia wypuściła tę płytę, zawsze było ekstremalnie drogie, ale wtedy 70 złotych za płytę to było jak 170 dzisiaj. Minęło parę lat i problem się, że tak powiem, sam rozwiązał. Dystrybucja płyt się rozleciała, za to ich dostępność znacznie się upowszechniła. Wydawało by się zjawisko pozytywne, ale wszyscy narzekają...

Kim jest Wada Leo Smith? Jedną z najważniejszych postaci jazzu po prostu, muzyk tej miary co Miles, Coltrane czy Monk. Zaczynał w chicagowskim AACM-ie, a potem współtworzył słynne Creative Constructive Company ze skrzypkiem Leroyem Jenkinem i saksofonistą Anthony Braxtonem. Nie będę pisał z kim grał, aby go dowartościowywać, bo sytuacja jest taka, że to inni wpisywali sobie do cv granie z nim, bo to była natychmiastowa nobilitacja. Z naszych muzyków zaszczytu tego doświadczył chyba włącznie saksofonista Piotr Baron, na którego płycie "Salve Regina", możemy usłyszeć tego genialnego muzyka.

Tak, nie przejęzyczyłem się, jest to muzyk genialny, a ten album dobitnie to udowadnia. Nawijać na trąbce (i innych dziwnych intrumentach, głównie afrykańskich), przez godzinę, SOLO, a słuchacz ma przy tym wrażenie bogactwa porównywalnego z koncertem orkiestry symfonicznej, wow!!!, to trzeba mieć "cojones grandes"... Przeplatając klasyczną jazzową frazę w stylu Freddiego Hubbarda z avantjazzem i freeimprov, Wadada jest absolutnie kluczowym punktem odniesienia dla takich młodych i wybitnie uzdolnionych trębaczy jak Cuong Vu, Nate Wooley, Jonathan Finalyson czy dyskutowany tu ostatnio Ambrose Akinmusire. Płyta jeszcze lepiej smakuje jak odsłuchać ją w parze z nie mniej słynnym, solowym nagrianiem Tomasza Stańki "Music form Taj Mahal and Karla Caves"...

Utwór "Love Supreme", hołd dla Trane'a, ale jaki...Chryste...chapeau bais...


 

piątek, 01 kwietnia 2011

Uwaga! Wydana pod tym tytułem w 199, ale oczywiście muza jest nagrana dużo wcześniej, bo o ile mi wiadomo w roku 1955 i została wydana na płycie "Grovin' Higher.

Sound Conte Candoli (nie odmieniam jego nazwiska przez polskie przypadki, przerasta to mnie) jest tak nieziemsko piękny, że nie mogę się powstrzymać, ale grzebię jak śmieciarz w starych nagraniach, i jedna po drugiej wyciągam zapomniane płyty z jego udziałem. Kilka było ostatnio takich, w których grał w orkiestrze Stana Kentona, a teraz płyta kwintetu jaki udało mi się zebrać w następującym składzie: Bill Holman (tenor), Lou Levy (fortepian), Leroy Vinnegar (kontrabas) i Lawrance Marable (drums).

Holman ma ciepły, swingujący sound, przypominający nieco Stana Getza, obaj grali także u Stana  Kentona. Ponadto Bill grywał w różnych combo z innymi znaczącymi postaciami cool jazzu jak Shorty Rogers czy Art Pepper. Przede wszystkim znany był jednak z wyśmienitych aranży, które pisywał nie tylko dla Kentona, ale i dla Counta Basiego, Woody'ego Hermana czy Gerry Mulligana, a później także dla Buddy Richa. Oj, łebski musiał być z niego muzyk, choć może nie już aż tak wybitny instrumentalista.

Jest niesamowite, o czym to ja już na tym blogu pisałem, bo ze zdziwiem konstatuję, że notka na temat Lou Levy'ego już się na nim znajduje, o tu. Dodajmy, że podobnie jak wyżej wymienieni muzycy zdobywał ostrogi grając w wielu bigbandach (u George Aulda, Jimmy Dale'a, Woody Hermana i Tommy Dorseya). Znany był także jako doskonały akompaniator u boku wielkich jazzowych wokalistek tego okresu, bo towarzyszył Sarah Vaughan, Elli Fitzgerald, Anicie O'Day i Peggy Lee. Pamiętajcie o tym, że wszystkie te dane czerpię od Pawła Brodowskiego, wcale nie jestem taki sam z siebie mądry, a Paweł dodaje jeszcze, że w grze Lou słychać wyraźne wpływy Buda Powella, z czym mogę się tylko zgodzić.

Kontrabasista Leroy Vinnegar zaczynał w Chicago, gdzie zetknął się Charlie Parkerem, ale potem przeniósł się na Zachodnie Wybrzeże i wsiąknął na maksa w cool jazz. Niewiele o nim wiem ponadto, może rozpoznam go lepiej, przy następnym spotkaniu: sorry Leroy, dopiero się poznaliśmy, sam rozumiesz...

Lawrence Marable? Perkusista? Ktoś coś wie?

Inny skład etc., ale ten niezapomniany klimat cool jazzu...i Conte Candoli na trąbce...



 

 
1 , 2 , 3 , 4
Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...