Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny

Podsumowania

środa, 17 października 2012

Początkiem tego roku spędziłem miesiączków wiele niewiele w gościach u braciszków cystersów ściślejszej obserwancji. Słynni są oni wśród naszych zakonników z powodu dziwnie mocnych i smacznych miodów jakie w ich piwniczkach dojrzewają. Osobliwie malinowy półtoraczek, gęsty jak śmietana, a krzepki jak diabeł tak mię przypadł do gustu, że nie przeszkadzała mi nawet klauzula milczenia, która biednych cystersów i ich gości przymusza do zachowania całkowitej ciszy w czasie pobytu w klasztorze. Słał Ci zatem mój opat Ryszardus list za listem i gorzko pisał : “wracaj Wincentiusie, wracaj, bo tu rośnie kupa jazzowych nowości i na Ciebie czekają i Ciebie wołają, abyś je wysłuchał i swym gęsim piórem opisał”. Aliści bona fide przyznam, żem się ruszyć zdołał dopiero gdy ostatnia kropla maliniaczka stała się jeno reminiscencją. Wtedym wrócił, syn marnotrawny, do swego opactwa. Wchodzę ja do mojej celki, a tam płyty na łóżku, pod łóźkiem, dookoła łóżka i taką to pokutę zadał mi ojciec opat, abym je wszystkie czem prędzej przesłuchał i wybrał co piękniejsze, a opisał ad maiorem Dei gloriam.

Najgłośniej chyba było o nowej płycie Pink Freud “Horse & Power”. Piękne melodie na tym krążku przemówią zapewne do miłośników rocka i popu, którzy z ciekawością spoglądają w stronę jazzu w poszukiwaniu czegoś świeżego. Jednak mnie ta płyta szczególnie nie zachwyca. Zbyt mało w niej jazzowej swobody i spontaniczności. Dlatego spośród licznych projektów Mazolewskiego wybrałbym raczej wydany w Stanach winylowy singiel “Wind Streak in Syrtis Major” nagrany z wyśmienitym amerykańskim trębaczem Dennisem Gonzalezem. Za 10-minut tej muzyki oddam chętnie całe “Horse & Power” i jeszcze dorzucę “Wojtka w Czechosłowacji’. Cieszy mnie bardzo, że Mazolewski i Gonzalez planują na ten rok trasę w Stanach, która ma być zwieńczona nagraniem longplaya. Jeśli tak się stanie odszczekam być może wiele z krytyk jakie ostatnio kieruję w stronę Wojtka...

Równie głośno, i nie był to tylko PRowy szum, było o pierwszej płycie Adama Bałdycha dla renomowanej niemieckiej wytwórni ACT. Skład jaki udało mu się zebrać (zapewne z pomocą Siegiego Locha, szefa tej wytwórni) po prostu oszałamia! Lars Danielsson, Jacob Karlzon, Morten Lund, Verneri Pohjola , Marius Neset i Nils Landgren. To jest po prostu śmietanka skandynawskiego jazzu! Muzyka skomponowana przez Adama pięknie wybrzmiała na tym gwiazdorskim tle. Jest głęboka, angażująca, pełna słowiańskiej rzewności, acz przystępna. Dla mnie szczególnie wzruszjące jest to, że Adam nawiązuje do wielkich tradycji polskiej szkoły jazzowych skrzypiec uosabianej przez tak charyzmatyczne postaci jak Zbyszek Seifert, Michał Urbaniak czy Krzesimir Dębski. 

A teraz o płytach, o których prawie nikt nie słyszał, a które są tak dobre, że będą walczyć o miano najlepszych tegorocznych krążków. Pierwsza z nich to drugi w karierze album Tomka Licaka zatytułowany “Trouble Hunting”. Licak reprezentuje środowisko młodych polskich muzyków studiujących w Akademii Muzycznej w duńskim Odense. Podobnie jak jego debiutancki “Quintet” (2011) album ten został nagrany w polsko-skandynawskim składzie, przy czym przynosi jednak o wiele bardziej swobodną, dojrzałą i spójną muzykę. O Licaku się nie mówi tyle co o Baldychu czy Mazolewskim, jednak śmiem twierdzić, że jest on co najmniej równie uzdolniony jak jego mający nieco więcej szczęścia do mediów koledzy.

Licak to człowiek młody, wszystko przed nim, może na sławę poczekać, z kolei Ryszard Piernik to weteran naszych scen. Sława jakoś go omija od lat, ale za to każdy projekt, w który się angażuje zaskakuje. A przecież to zawsze była immanentna cecha najlepszej jazzowej muzyki! Nie inaczej jest z płytą “Fromm”, na której ten legendarny tubista pojawia się wraz z Intuition Orchestra, którą stworzył powracający na scenę Ryszard Wojciul. Jednak “szoł” skradła tym Panom występująca na tej płycie gościnnie Grażyna Auguścik, której wykonywane we freejazzowym stylu wokalizy katapultowały ten materiał do artystycznej stratosfery! 

Nie myślcie, że to koniec wspaniałych płyt jakie przyniósł II kwartał 2012. Zanim jednak do nich przejdziemy zwolnijmy nieco. Latem bowiem mieliśmy prawdziwy wysyp krążków inspirowanych muzyką żydowską. Znany z płyt dla nowojorskiego wydawnictwa Tzadik Records Cracow Klezmer Quartet zmienił nazwę na Bester Quartet (od nazwiska lidera), lecz nie zmienił nic w swojej muzyce. Na ich najnowszym krążku zatytułowanym “Metamorphoses” najmniej jest właśnie tytułowych “metamorfoz”, ale wiele najwyższej jakości grania utrzymanego w inspirowanej muzyką klezmerską stylistyce.

Krok dalej idzie Raphael Rogiński na swojej płycie “Total Gimel”. Z jej okładki wyskakują do nas półnadzy chasydzi w objęciach roznegliżowanych dziewcząt śmigający na deskach surfingowych! Nie jest to przypadek, bo w intencji członków zespołu o nazwie Alte Zachen ma to być żydowska muzyka surferska. Uchylam rąbka kapelusza przed kreatywnością i odwagą młodych artystów, którzy wymyślili ten projekt. Jednak mi bardziej podoba się wydana parę miesięcy wcześniej inna płyta Rogińskiego zatytułowana “Sisters”. Bardzo oryginalne brzmienie gitary Raphaela pięknie uwydatniają na niej wysmakowane elektronicze efekty autorstwa DJ Lenara. Brzmi to nowocześnie, lecz jest spokojniejsze niż “Total Gimel”, a to lepiej odpowiada mojemu temperamentowi czterdziestolatka.

W ogóle Rogiński jest superaktywny w tym roku, bo pojawia się także na najnowszej płycie Wacława Zimpela. Album ten zawiera wariacje na bardzo orginalny (i modny na świecie!) temat muzyki Żydów z Jemenu. Polską dwójkę potężnie wsparli na tej płycie doskonały klarnecista amerykański Perry Robinson i perkusista Micheal Zerang. Ten amalgamat nowoczesnej muzyki improwizowanej i muzyki świata o odcieniu orientalnym prawdopodobnie nikogo nie zostawi obojętnym.

Na koniec dwie płyty, które do głębi mną wstrząsnęły nie tylko muzycznie, ale i duchowo - jak to się niekiedy zdarza w przypadku najlepszego jazzu. Pierwszym krążkiem jest “Zikaron - Lefanay” nagrany przez Ircha Clarinet Quartet. To trzecia płyta tej formacji, której kierunek nadaje Mikołaj Trzaska wspierany dzielnie przez młodych Zimpela, Górczyńskiego i Szamburskiego. Kiedy usłyszałem po raz pierwszy ten materiał w zeszłym roku na koncercie w warszawskiej synagodze Nożyków oniemiałem. Było to idealne połączenie duchowości obecnej w muzyce o korzeniach żydowskich z językiem nowoczesnego jazzu opartego na improwizacji i swobodnej formie. Powstała muzyka czerpiąca z najlepszych tradycji obu gatunków, a jednocześnie zwrócona w przyszłość co zresztą sugeruje tytuł albumu, który można przetłumaczyć “Wspomnienie przede mną”. Ta perełka kończy jednocześnie przegląd licznych w ostatnim czasie polsko-żydowskich asocjacji.

Równie poteżnym ładunkiem duchowej energii jak Trzaska raczy nas Piotr Baron na swoim najnowszym albumie “Jazz Na Hrade”. Podobnie jak tamten także otoczony świetnymi, młodymi muzykami czyli Milwiwem-Baronem, Wanią, Adamczakiem i Jaroszem dał koncert na Praskim Zamku dla Prezydenta Czeskiej Repubki Vaclava Klausa. Na program występu złożyły się kompozycje z jego ostatniej, zeszłorocznej płyty “Kaddish” i z w wydanej kilka lat wcześniej “Sanctus”. Żarliwa religijność Barona sprawia, że jego muzyka wibruje od emocji , jest w niej i rozpaczliwy krzyk i wszechogarniający zachwyt nad dziełem stworzenia, z nie najmniej ważnym jego elementem czyli muzyką. Ta na płycie uniosła na swych skrzydłach mą duszę prosto do Nieba tak, iż przyznam, że całkiem już nie żałuję, że opuściłem gościnny dom braci cystersów z ich słodkim jak miód malinowym półtoraczkiem...

Autor: Maciej Nowotny

 * opublikowane w sierpniowym numerze miesięcznika JazzPress

 

 

sobota, 04 lutego 2012

Niemalże do tańca ;-))) A tak poważnie to jest mały przegląd tego jak szeroko idzie młody polski jazz. Tylko czy to jazz jeszcze? Nieważne! Ważne, że muza świetna. A więcej się o nie możesz dowiedzieć klikając linki z tytułami albumów. Polecam!!!

 

11. Wojtek Mazolewski Quintet - suggested album: "Smells Like Tape Spirit"

Ta kapela najlepiej sobie chyba daje radę ze wszystkich młodych polskich zespołów jazzowych na szerokim rynku muzyki niejazzowej. Duża w tym zasługa showmeńskiej osobowości lidera i niektórych członków zespołu, na przykład Joanny Dudy. Co bardziej wymagający będą kręcić nosem na jakość tej muzy (i niekiedy będą mieli rację), ale trzeba przyznać, że słucha się tego świetnie...

10. Monika Borzym - "Girl Talk" 

Przyszłość jazzu tkwi w odnowieniu relacji z muzyką popularną. Przynajmniej taki pogląd jest powszechny w Ameryce, gdzie studiuje wokalistka Monika Borzym. I gdzie nagrała płytę udowadniającą, że coś jest na rzeczy w tym poglądzie, który brzmi jak herezja dla wielbicieli europejskiej odmiany awangardy jazzowej.
 
9. Light Coorporation"Rare Dialect"
W młodym polskim jazzie najciekawsze rzeczy dzieją się na tzw. obrzeżach, czego dowodem jest debiut tego zespołu czerpiącego inspirację z muzyki rockowej lat 70. i 80. Jednak silny element improwizowany w tej muzie przesądza o tym, że jest to coś bardziej interesującego niż kalka dajmy na to King Crimson...

8. Contemporary Noise Sextet"Ghostwriter's Joke"
Niesamowita jest kreatywność młodych polskich jazzmanów, którzy umiejętnie łączą jazz, rock, pop z tzw. inteligentną muzyką taneczną. W efekcie pies z kulawą nogą nie interesuje się za granicą naszym popem, a polskim jazzem zachwyca się na świecie wielu. Smutne jest, że nasza rodzima publiczność często jest obojętna na wspaniałą muzykę tworzoną w kraju dopóki nie uzyska ona rozgłosu poza Polską...

Takie polskie kapele są dumą nie tylko młodego polskiego jazzu, ale całej naszej kultury. Dojrzała wizja artystyczna idzie tu w parze z wyrafinowanym smakiem muzycznym i wielkimi umiejętnościami gry na instrumentach. A jeszcze brzmi to lekko i radośnie!

Wiele polskich młodych polskich apel jazzowych unika etykietki jazzu obawiając się skojarzeń z muzyką przeszłości. Nie winię ich za to. Polski jazz to przez dziesięciolecia była konserwa i reakcja. Dominowało pokolenie, które w rozwoju zatrzymało się na latach najdalej 80. Obecnie w polskim jazzie dokonuje się rewolucja właśnie dzięki zespołom takim jak Daktari, które jak ognia unikają jazzowej etykietki.
 
5. Jachna/Buhl  - "Niedokończone książki"
Najpiękniejszą częścią jazzu jest muzyka improwizowana. To prawdziwa arystokracja wśród całej muzyki rozrywkowej, bo do jej tworzenia potrzebne są bajeczne umiejętności i wielka wyobraźnia. Wyobraźcie sobie Beethovena, który wychodzi na scenę i na bieżącą wymyśla całą "Sonatę Księżycową"! A tak właśnie robią Keith Jarrett czy Brad Mehldau. Ale i u nas powstaje wiele takiej muzyki jak ta chociażby tworzona przez duet: trębacza Wojtka Jachnę i perkusistę Jacka Buhla... 
 
4. Maciej Trifonidis"Roots"
Inny przykład to ten wspaniały etnojazz w wykonaniu zespołu Maćka Trifonidisa. Warto podkreślić autentyczność, naturalność i spontaniczność tej muzy. Oto cechy muzyki, którą ludzie jazzu cenią najbardziej. Kiedy widzą oni tzw. "gwiazdy" muzyki pop śpiewające z playbacku i entuzjazm publiczności oklaskujących te marionetki w Opolu czy Sopocie pukają się w czoło i dziwią jak można dać się nabierać na taki chłam. Już lepiej słuchać rapu czy hip hopu! Tam przynajmniej także przeważa element improwizowany choć głównie w warstwie wokalnej...

3. Niski Szum"Songs from the Woods"
Sonny Rollins mawia, że jazz jest jak parasol, pod którym rozkwitać mogą wszystkie nowości i innowacje w muzyce. Dawno przestał być muzyką wyłącznie Milesa Davisa, Johna Coltrane'a czy Billa Evansa. Jest po prostu synonimem nie tego "co" jest w muzyce, tylko "jak" się ją uprawia. Jeśli muzyka jest swobodna, otwarta i szuka czegoś czego jeszcze nie było to uznaję ją za jazz. Przykładem jest ten właśnie krążek Marcina Dymitera, który stylistycznie nic wspólnego z jazzem nie ma, a jednak... jest bardziej jazzowy niż wiele współczesnych kopii muzyki amerykańskiej sprzed 50 czy 60 lat...
2. Profesjonalizm"Chopin Chopin Chopin"
Jazz to granie na żywo. Płyty są zaledwie pamiątką czegoś znacznie ważniejszego, a tym jest właśnie koncert. Muza, którą usłyszycie na tej płycie jest po prostu wyśmienita i bardzo oryginalna, ale... koncerty są jeszcze lepsze. Stąd moja rada: bierzcie chłopaki dziewczyny pod rękę i zamiast nudzić się na miernej muzie wpadajcie od czasu do czasu posłuchać na żywo JAZZ!!!
1. Kamil Szuszkiewicz - "Prolegomena" 



Na koniec chwila zachwytu, bo w jazzie często najpiękniejsza i najtrudniejsza do okiełznania jest cisza. To łączy jazz z muzyką klasyczną i z każdą wielką sztuką, której jakość poznaje po tym jak zniesie próbę czasu. W związku z tym warto czasem zadać sobie pytanie: ile z muzyki, której słuchacie i której poświęcacie swój czas przetrwa chociaż rok? Ta piękna pawana ma tradycję sięgającą lat kilkuset. I za to Kocham Jazz ;-)))

Tekst ukazał sie pierowotnie na zaprzyjaźnionym blogu Maćka Blatkiewicza, który polecam: http://litoslav.blogspot.com/

Autor: Maciej Nowotny http://polish-jazz.blogspot.com/
piątek, 27 stycznia 2012

I znów skromny skryba Wincentius Kadłubkonis polskiego jazzu chwyta za pióro by opisać dla Was jakie to dziwy w muzyce, którą kochamy przyniósł nam IV kwartał. Zacznijmy jak zwykle od mainstreamu, ktory płynął obfitym strumieniem, ale który przyniósł tylko niewiele płyt godnych zapamiętania. Kwartał zaczął się od pięknego akcentu, bo trudno inaczej określić płytę 'Air' trębacza Jurka Małka nagraną z towarzyszeniem Marcina Wasilewskiego, Michała Miśkiewicza i Michała Barańskiego. Małek jest jednym z najbardziej zapracowanych  muzyków sesyjnych, ale ma za sobą też sporo już albumów nagranych pod własnym nazwiskiem. Żaden z nich nie spełnił jego oczekiwań, a te są duże, bo talent predystynuje go do czołowej pozycji w polskim jazzie. Czy te nadzieje spełni 'Air'? Może być ciężko, chociaż podkreślam, że mi ta płyta bardzo się podoba. Niestety wielu zarzuci Małkowi nadmierną skłonność do naśladowania wielkich mistrzów (Milesa, Stańki, etc.) i brak własnego wyrazistego przekazu. Czy słusznie? Moim zdaniem warto zapoznać się z płytą i wyrobić sobie własne zdanie...

O najnowszym albumie 'Over And Over' doświadczonego puzonisty Grzegorza Nagórskiego, nagranym znów w wyśmienitej kompanii Pawła Tomaszewskiego, Andrzeja Święsa i Łukasza Żyty, napisałem dość chłodną recenzję. Ale od tamtej pory z każdym przesłuchaniem krążek ów coraz bardziej mi się podoba. Czy zatem odszczekam teraz to co o niej napisałem? Nie do końca, bo chociaż przynosi on najwyższej jakości muzykowanie, jest pięknie nagrany i dźwięk puzonu lidera jest niezrównany, to z drugiej strony nie przyniósł on absolutnie nic nowego w stosunku do poprzednich albumów tego muzyka. Kolejny album nagrany w takim składzie będzie równie perfekcyjny i równie... aż boję się kończyć...

Grzegorz Nagórski to mistrz naszego jazzu, wykładowca na Akademii Muzcznej we Wrocławiu, a Daniel Popiałkiewicz to zeszłoroczny debiutant, bo wydana właśnie płyta 'Solstice' jest dopiero drugą w jego karierze. Popiałkiewicz Pana Boga za nogi złapał, że udało mu się namówić do współracy sekcję rytmiczną z RGG czyli Krzysztofa Gradziuka i Macieja Garbowskiego, których wsparł na tej konkretnie płycie Paweł Tomaszewski. Dialogi Gradziuka z Popiałkiewiczem usprawiedliwiają zakup tej płyty i w odsłuchu dostarczają mnóstwo przyjemności. Popiałkiewicz tą płytą udowadnia, że ma aspiracje przewodzić naszej młodej gitarze wraz Przemkiem Strączkiem, Markiem Kadzielą czy Rafałem Sarneckim. Ale właśnie tegoroczna płyta tego ostatniego 'Madman Rambles Again' ma to czego 'Solstice' brakuje: odrobinę szaleństwa! Popiałkiewicz powinien uważać przy nagraniu swojej trzeciej płyty, bo jest zbyt młody by pozwolić sobie na luksus powtarzania się po samym sobie...

Na ten luksus mógłby sobie natomiast pozwolić Grzech Piotrowski, bo co prawda wielu uważa go jedynie za lokalną kopię wielkiego Jana Garbarka, ale i tak publiczność kocha tego muzyka, a to koniec końców najbardziej się liczy. Tymczasem Piotrowski postanowił coś niecoś pozmieniać w swojej karierze i muszę przyznać, że swym najnowszy albumem 'Archipelago" wzbudził mój szacunek! Do Michała Barańskiego dokooptował Holendrów Brama Stadhoudersa grającego na gitarze i Onno Govaerta na perkusji i okazało się to strzałem w dziesiątkę! Perkusja Govaerta nadaje bardzo nowoczesny, swobodny i nieco połamany puls tej muzyce. A kontrapunkt Stadhoudersa do saksofonu lidera jest naprawdę niebanalny i jednocześnie pozostający w klimacie cool, chillout i ambientu jaki uwielbia Piotrowski. Gdyby chwilami, zwłaszcza w drugiej połowie albumu, Piotrowski nie wracał znowu nazbyt wyrażnie do swej sentymentalnej i czułostkowej maniery, musiałbym posypać głowę popiołem i oznajmić, że to jedna z najlepszych płyt roku. Może następnym razem...

Kwartał po mainstreamowej stronie mocy zakończyła Grażyna Auguścik kolejną płytą nagraną z Brazylijczykiem podobnie jak ona sama mieszkajacym w USA czyli Paulinho Garcią. 'The Beatles Nova' jak sama nazwa wskazuje zawiera interpretacje coverów Beatlesów i wprawi zapewne w ekstazę tych, którzy mylą jazz z nieco ambitniejszym, jazzującym popem. Ja jednak jestem dość wyrozumiały wobec tego typu muzyki, bo wierzę, że dzięki niej duszyczki błądzące po ciemnym lesie muzyki pop, mogą nieraz trafić na elizejskie łąki muzyki, którą kocham czyli jazzu. Jednak robienie z tego przyjemnego albumu płyty roku byłoby dużą, za dużą jak dla mnie, przesadą...

Jak widać był to kolejny dobry kwartał dla polskiego mainstreamu, a mimo to wypadł on blado jeśli porównało się go z tym co działo się po awangardowej stronie polskiego jazzu. Nie opuszczamy na razie jazzowej wokalistyki, bo na początku jesieni swój najnowszy album zaprezentował wokalista Grzegorz Karnas. Szczerze mówiąc mnie jakoś ta muzyka nie pasuje, ale mam duże uznanie dla Karnasa, który od lat idzie własną, orginalną drogą, nie sposób go pomylić z żadnym innym wokalistą, a to już w jazzie jest coś! Świetnie dobrał współpracowników na tą płytę, bo towarzyszy mu znany ze współpracy z wokalistką Agą Zaryan pianista Michał Tokaj, a nadto Adam Oleś, Michał Jaros i Sebastian Stankiewicz. Rezultat musi go satsfakcjonować, bo o tej płycie dużo mówiło się jesienią tego roku...

...podobnie jak o płycie sygnowanej nazwiskiem niedawno zmarłego Andrzeja Przybielskiego 'Tren Żałobny' nagranej razem z debiutującymi Jackiem Mazurkiewiczem grającym na kontrabasie i Pawłem Osickim na perkusji. Z trzech wydanych w tym roku, pośmiertnie albumów Andrzeja Przybielskiego, po 'De Profundis' nagranym z braćmi Olesiami i 'Sesja Open' z muzykami jego zespołu Asocjacja, ten jest najbardziej free, odważny i... kontrowersyjny. Są na tej płycie momenty świetnie, ale całość sprawia wrażenie czegoś niedokończonego. Słowa krytyki należą się jednak mniej muzykom, a bardziej wydawcom polskiego jazzu, którzy odrzucali długo ten materiał, podobnie jak świetną 'Sesję Open' i musiał on czekać na śmierć muzyka, abyzostać wydany. Gorzkie to zwycięstwo wielkiego talentu jaki posiadał Andrzej Przybielski, talentu, który mógł o wiele lepiej być wykorzystany... 

Warto także zwrócić uwagę na solową płytę perkusisty Huberta Zemlera zatytułowaną 'Moped'. Odważny ruch, bo solowy album to naprawdę jest wyzwanie, tak jak jazda na jednokołowym rowerze! Tylko, że Zemler mimo młodego wieku, ledwie przekroczył trzydziestkę, doświadczenie ma olbrzymie tak w jazzie (np. Detrytus, Kapacitron czy współpraca z Wojtkiem Staroniewiczem) jak poza nim (np. Zdzisław Piernik, Neurasja). W rezultacie to, że na 'Moped' znajdujemy wyśmienitą muzykę nie powinno dziwić i potwierdzam moje żywione od jakiegoś czasu przekonanie, że przed Hubertem Zemlerem wielka przyszłość jeśli... wytrwa po jazzowej stronie mocy...

Kolejny ciekawy debiut to album 'Hadrons' trębacza Piotra Damasiewicza. Jak usłyszałem skład jaki udało mu się zebrać to szczęka opadła mi z hukiem na chodnik! Poczytajcie tylko: Maciej Obara, Gerard Lebik, Maciej Garbowski i Wojtek Romanowski. Tytułowy 'Hadrons' to rzadki w naszej rzeczywistości przykład kompozycji napisanej na zamówienie festiwalu Jazztopad, rzecz bardzo orginalna, bo połaczenie free jazzu z orkiestrą smyczkową, zresztą wyśmienitą, Aukso pod batutą Marka Mosia, którą znamy z wystepów z Leszkiem Możdżerem. Podobnego projektu nie przypominam sobie w polskim jazzie od wielu, wielu lat... Niesamowicie ambitnie jak na debiutancka płytę i chociaż rezultat nie jest może tak wspaniały jak sam zamiar, to jestem na 100% przekonany, że o Piotrze Damasiewiczu usłyszymy jeszcze więcej dobrego w przyszłości! 

W podobnej co 'Hadrony' estetyce łączącej elementy awangardy i współczesnej kameralistyki mieści się płyta 'They Were P' formacji Rafała Gorzyckiego Ecstasy Project. Jest to zespół znany już od wielu już lat jest i ceniony nie tylko przez polskich słuchaczy. Ich najnowsza płyta nie zawodzi i dostarcza bardzo interesujący, a co najwazniejszy spójny materiał, po nieco pechowej i monotonnej płycie 'Electrogride' innej formacji Gorzyckiego o nazwie Sing Sing Penelope. Płyta ta potwierdza zwrot Gorzyckiego w kierunku minimalizmu, przy czym chcę wyraźnie podkreślić, że ta druga płyta w tej stylistyce jest już ciekawsza, co mnie cieszy, bo Gorzyckiego bardzo cenię. Słucham tej płyty raz po raz z braciszkami w naszym opactwie w porze nieszporów i umila nam ona bardzo odmawianie wieczornych zdrowasiek.       

Wybrałem jak do tej pory dla Państwa płyty, które najbardziej przypadły mi do gustu spośród licznych jakie miałem okazję słuchać w tym kwartale. Wraz z kolejnymi płytami przenosimy się jednakże w inny wymiar, gdyż zdaniem wielu albumy te ubiegać się będą o miano najlepszych płyt w całym 2011 roku! Partner Zemlera z Detrytusa i Kapacitronu, trębacz Kamil Szuszkiewicz nagrał swój debiutancki krążek i jest to album, którego odsłuch przyprawił mnie o ciarki na plecach. Głęboka, dojrzała, wyrafinowana muza, która sprawiła mi olbrzmią satysfakcję, tym bardziej że od lat uważałem Szuszkiewicza za jeden z największych talentów wśród naszych młodych trębaczy. Płyta została zauważona nie tylko w Polsce i chciałbym, aby oznaczała punkt zwrotny w życiorysie tego artysty, który ma umiejetności i indywidualność by podążać śladami takiego chociażby Artura Majewskiego. A kto wie może to dopiero początek... 

Maciej Obara jest o parę kroków dalej, bo odkąd kilka lat temu Tomasz Stańko zaprosił go do nieuwieńczonego nagraną płytą New Balladyna Project, odbył staż w Nowym Jorku, nawiązał ciekawe kontakty i nagrał dwie płyty bardzo udane płyty 'Four' and 'Three' z absolutną śmietanką nowojorskiego avantjazzu. Teraz wrócił do polskiego składu ze wspomnianą już w tym podsumowaniu sekcją rytmiczną Gradziuk/Garbowski i dodał bardzo utalentowanego, młodego pianistę Dominika Wanię. Występ tego combo był sensacją drugiego dnia polskiego w czasie tegorocznych Warsaw Summer Jazz Days i nie ja jeden niecierpliwie czekałem co z tego wyniknie. Otóż powstał album wyborny, na którym zmagają się awangardowy o tradycji bopowo-ornettowskiej żywioł Obary z cool jazzowym RGG spotęgowany reprezentowanym przez Wanię jazzem kameralnym a la Brad Mahldau. Doprawdy nie dziwota, że tytuł płyty brzmi 'Equilibrium', bo znaleźć równowagę między tak sprzecznymi siłami jest doprawdy niełatwo. Czy się udało powinniście koniecznie sprawdzić sami...

Wreszcie na koniec płyta Levity, którą wielu okrzyknęło nadzwyczajną i kandydatką do płyty roku 2011! I ja się z tym zgadzam w tej mierze, że klawiszowiec Jacek Kita, basista Piotr Domagalski i perkusista Jurek Rogiewicz stworzyli kawałek muzyki, której wyśmienicie się słucha. Natomiast ci, którzy przypisują tej płycie jakąś historyczną wartość, że dzięki niej jakoby pchnęli oni rozwój jazzowego trio poza ramy wyznaczone tradycją Evansa, Jarretta i Mahldau, odpowiem, że nie wiedzą co mówią. Muzyka Levity ma zupełnie inne inspiracje czy aspiracje i podobnie jak doskonała muzyka formacji Marcina Maseckiego Profesjonalizm, jest po prostu świetną muzyką rozrywkową naszych czasów. Tylko i aż tyle! Z drugiej strony byłem ostatnio na dwóch koncertach Levity i nie usłyszałem tak wysokiej jakości grania jak na płycie. To pozostawia mnie ostrożnym w ocenie tego materiału. Ale do trzech razy sztuka: muzyka na pewno jest tego warta!

Co to było? To był krótko mówiąc nokaut! Przypominało to walkę Adamka z Kliczką: szacunek należy się mainstreamowi, stararali się, walczyli, nie można im odmówic ambicji, ale w tym kwartale polska awangarda jazzowa była po prostu większa, silniejsza i... lepsza pod każdym względem. A może jednak, już w 2012, dojdzie do rewanżu?...

Autor: Maciej Nowotny

artykuł ukazał się pierwotnie w styczniowym numerze miesięcznika JazzPress (link)



 

piątek, 20 stycznia 2012

Kajtek Prochyra z jazzarium.pl namówił mnie do zrobienia takiego zestawienia, z którego nie jestem zadowolony. Z takich powodów, że z trudnością przychodzi mi mierzenie sztuki wg kryteriów odpowiednich do osiągnięć sportowych, rankingów, klasyfikacji etc. To jednak dwa różne światy i tak zupełnie szczerze powiedziawszy to wraz z kolejnym przesłuchaniem kolejnych płyt ten ranking cały czas ulega przeobrażeniom. O czym więc on świadczy? Chyba tylko o manii jego autora, na co zwracają mi uwagę niektórzy życzliwi, bo trudno inaczej nazwać taką zakręciołę na punkcie polskiego jazzu jaką miałem w tym roku ;-)))  

Płyta roku (Polska)

1. Marcin Wasilewski "Faithful", bo to jedyna polska płyta, która została doceniona na świecie przez szerokie rzesze słuchaczy.
2. Leszek Możdzer "Komeda", bo po tę płytę sięgnęło w Polsce najwięcej ludzi niemających nic wspólnego z jazzem.
3. Profesjonalizm "Chopin Chopin Chopin", bo czegoś takiego w polskim jazzie jeszcze nie było!
4. Hera "Where My Complete Beloved Is", bo to płyta i zespół, o którym najgłośniej na świecie, jeśli chodzi o polską awangardę.
5. Andrzej Przybielski "Sesja Open", bo ta płyta pokazuje, jak wiele straciliśmy wraz z odejściem Andrzeja Przybielskiego.

oraz
Jachna/Buhl "Niedokończone Książki" za największy rozziew między jakością muzyki a brakiem docenienia przez krytykę i publiczność.
Piotr Mełech & Fred Lonberg Holm "Coarse Day" perełka polskiego freeimprov w tym roku, wspaniały duet polskiego obiecującego klarnecisty i światowej klasy amerykańskiego wiolonczelisty.
Levity "Afternoon Delights" za pokazanie, że nowoczesny jazz nie musi być chaotyczny, przykry, ciężki, lecz może być lekki jak piórko, radosny i dowcipny.
Maciej Obara "Equilibrium" za nadzwyczajne spotkanie prawdziwego dream teamu młodego polskiego jazzu: Macieja Obary, Krzysztofa Gradziuka, Macieja Garbowskiego i Dominka Wanii, które wprawia w zdumienie.
Mazolewski "Smells Like Tape Spirit" mam nadzieję, że to nie ostatnia jazzowa płyta tego muzyka...

Muzyk roku (Polska)

 1. Andrzej Przybielski wydał trzy doskonałe płyty "De Profundis", 'Sesja Open" i "Tren Żałobny" - szkoda, że dokonał tego dopiero po śmierci

2. Debiutant 2011 takiej ilości i jakości debiutów nie pamiętam!
3. Marcin Masecki - jego orginalność nie daje się porównać z niczym w polskim jazzie, łącznie z otaczanym boskim kultem Tomaszem Stańką.
4. Wacław Zimpel - dla mnie muzyk roku 2010  i w tym roku nie zwolnił tempa ani na moment.
5. Razem Tomasz Stańko (za liczne koncerty z nowojorską awangardą i młodymi polskimi jazzmanami) i Piotr Baron (za album "Kaddish" i liczne koncerty), którzy pokazali, że można być muzykiem mainstreamowym, a jednocześnie otwartym na to, co nowego dzieje się w jazzie i szukać inspiracji, grając z młodymi.

Debiut roku (Polska)

1. Kamil Szuszkiewicz.
2. Robert Kusiołek.
3. Hubert Zemler.
4. Monika Borzym.
5. Krzysztof Pacan.

Michał Wróblewski, Piotr Orzechowski i High Definition, Atom String Quartet, kwintet Tomka Licaka i  Artura Tuźnika, Off Quartet z Markiem Kądzielą i Tomkiem Dąbrowskim, Jacek Mazurkiewicz i Paweł Osicki na płycie Andrzeja Przybielskiego, Mariusz Sobański i Light Coorporation, Michał Tomaszczyk i Biotone, Tomek Gadecki, Marcin Steczkowski, Mikolaj Pałosz i wielu, wielu innych - jesteście wszyscy wielką nadzieją polskiego jazzu - dziękuję z całego serca!!!

Wydawnictwo roku (Polska)

1. Multikulti to nie tylko wydawnictwo płytowe, ale i festiwal Nowy Wiek Awangardy, który wypromował poznański klub Dragon, na pozycję jazzowego klubu nr 1 w Polsce.
2. Not Two wspaniała od lat robota, chociaż jakby mniejsza róznorodność i liczba pojawiających artystów polskich w tym roku sprawiła, że rzadziej sięgałem po ich katalog.
3. Lado ABC wspólnie z Chłodną nowa znacząca siła w polskiej muzyce.
4. Audiotong wspaniała robota Marcina Barskiego w tym roku, niestety to już chyba koniec tej wytwórni.
5. Allegro Records wydało w tym roku garść płyt mainstreamowych, ale były wśród nich naprawdę perełki i chwała im za to.

Miejsce roku (Polska)

1. Dragon najlepszy klub jazzowy nie tylko ze względu na muzykę, ale wspaniałą atmosferę.
2. Chłodna 25 nareszcie w Wawie jest miejsce, w którym jazz czuje się dobrze.
3. Piecart w Krakowie.
4. Mózg w Bydgoszczy.
5. Warszawska Praga, która dzięki inicjatywie Na Pradze Jest Jazz stała się gościnnym miejscem dla miłośników jazzu. Proszę częściej!!!

Wydarzenie roku (Polska)

 1. Bielska Jesień Jazzowa Cecil Taylor, Pharoah Sanders, Craig Taborn, Micheal Formanek, Colin Vallon i Tomasz Stańko brakowało tylko Jezusa Chrystusa, a w Bielsku byliby obecnie wszyscy najwięksi.

2. Jazztopad łatwiej wymienic kogo tam NIE było!
3. Dni polskie w czasie WSJD za inicjatywę, za muzykę, za pomysł dwóch polskich dni wielkie brawa!
4. Koncert Profesjonalizmu w Cafe Mozaika  kto nie był, ten trąba! Tak musiały wyglądać koncerty jazzowe w Polsce w latach pięćdziesiątych!

5. Uruchomienie serwisu internetowego, gdzie online są dostepne archiwalne numery "Jazz Forum" i pogłoski o planowanym stworzeniu Muzeum Jazzu - byłyby to rzadkie przypadki mądrze wydanych publicznych pieniędzy na naszą kulturę.

 

Autor: Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

niedziela, 01 stycznia 2012


Poczytajcie ludkowie mili, co też Wincentius Kadłubkonis zapisał w swojej Jazzowej Kronice o tym, co działo się w polskiej muzyce w miesiącach lipcu, sierpniu i wrześniu Anno Domini 2011. A działo się wiele. Zacznijmy zatem po Bożemu, czyli jak zwykle od mainstreamu, a potem przejdziemy do opisywania różnorakich „herezji”, czyli free jazzu i awangardy.

Na ten album czekaliśmy coś prawie trzy lata, ale warto było! Piotr Baron wydał bowiem kolejną autorską płytę zatytułowaną Kaddish. A kto słuchał jego poprzednich albumów takich, jak Sanctus, Salve Regina (z Wadada Leo Smithem!), czy Bogurodzica, ten wie, że warto było być cierpliwym. Jak niewielu spośród wielkich przedstawicieli naszego głównego nurtu, Piotr Baron nie boi się innowacji i cały czas eksperymentuje z brzmieniem. Nie inaczej jest na jego nowej płycie, tyleż bezkompromisowej, co pięknej, która zachwyca wyrafinowaniem kompozycji (tytułowy „Kaddish” czy „Soulfood) i formy (jak w serii duetów o wyraźnie avantjazzowym charakterze).

Pianista Leszek Kułakowski to inny artysta głównego nurtu, który ma uszy szeroko otwarte na to co słychać z awangardowej strony jazu, o czym świadczy jego wyśmienity album Code Numbers wydany w zeszłym roku. Wszakże jego najnowsza płyta Cantabile In G-Minor przynosi muzykę nagraną przed kilku laty, bo w 2006 i jest po prostu świetnie zagranym jazzem głównego nurtu o inspiracji bopowej. Multikulti wstawiło ją do swego … zasadniczo awangardowego katalogu, co, z uwagi na jakość muzyki i wyśmienitą trąbkę Eddiego Hendersona zupełnie nie dziwi.

Mainstreamowe młodziaki szły w tym kwartale szeroką ławą: samych nowych kwintetów naliczyłem aż trzy, ponadto były jeszcze dwa kwartety!!! Kwintet Michała Wierby i Piotra Schmidta nagrał Black Monolith, kwintet Marcin Wądołowskiego Git Majonez, a kwintet Tomka Licaka i Artura Tuźnika jeszcze do tego wszytkiego „wpadł na pomysł”, aby płytę swojego kwintetu zatytułować… Kwintet. Ponadto kwartet Biotone pod wodą Michała Tomaszczyka wydał Unspoken Words, zaś Off Quartet Marka Kądzieli i Tomka Dąbrowskiego (którzy podobnie jak Licak i Tuźnik studiują bądź studiowali w duńskiej akademii w Odense) płytę Off Quartet. Co ja o tym wszystkich albumach sądzę? Są rewelacyjnie wprost zagrane i potwierdzają, że w polskim jazzie nadchodzi generacja doskonale wykształconych instrumentalistów o wielkich możliwościach. Bądźmy jednak szczerzy, jeśli po tych wyśmienitych wręcz debiutach przyjdą następne płyty o podobnym charakterze, to będziemy mieli problemy z rozróżnieniem jednej od drugiej. Poszukiwanie własnej tożsamości, praca nad swoim indywidualnym brzmieniem, twórcze poszukiwania, mówiąc językiem Lee Morgana, „nowego lądu” w muzyce, wszystko to jest jeszcze przed tymi muzykami…

Przegląd mainstreamowej strony jazzu zakończymy odnotowywaniem dwóch interesujących płyt naszych pianistów. Dawno nie widziany na naszym rynku Jan Jarczyk, którego pamiętam z legendarnego kwartetu Zbyszka Seiferta z lat… 60tych!!!...wyemigrował i osiadł w Kanadzie, skąd zaskoczył nas duetem fortepianowym nagranym z Johnem Stetchem. Kto posłucha innego świetnego duetu z poprzedniego kwartału czyli Duodram Jaskułke i Wyleżoła, ten będzie miał duże problemy, aby rozstrzygnąć, która z tych płyt jest lepsza.
Wreszcie Krzysztof Herdzin nagrał nareszcie prawdziwie jazzową płytę w trio z Robertem Kubiszynem i Cezarym Konradem. Jak to zwykle u niego lekką, łatwą i przyjemną, ale wcale nie banalną! Igrając z wielką swobodą konwencją jazzowego trio i brzmieniem fusion takich niezapomnianych kapeli jak Return To Forever czy Weather Report stworzył muzykę, od której doprawdy trudno się oderwać. Gdyby zdecydował się z pełnym zaangażowaniem pójść tą drogą mielibyśmy zapewne kolejne topowe trio i konkurencję dla trio Marcina Wasilewskiego, Piotr Wyleżoła czy RGG. Szczerze jednak wątpię by tak się stało…

O miano najlepszej płyty tego roku, obok wyżej wspomnianej Kaddish Piotra Barona, ubiegać się będą kolejne dwie opisywane przeze mnie płyty. Powiedzmy najpierw parę słów o drugiej płycie formacji o nazwie Undivided, na której czele stoi Wacław Zimpel. W zeszłym roku wydał  z tym zespołem rewelacyjne The Passion, na które spadł deszcz pozytywnych recenzji tak w Polsce, jak i poza nią. Ich nowa płyta zatytułowana Move Between Clouds jest nie mniej wyśmienita i potwierdza moje przeświadczenie, że dochowaliśmy się formacji avantjazzowej na światowym poziomie.

Marcin Masecki od lat wprawiał w zdumienie jak i konsternację nasz malutki światek muzyczny. Nagrywał z Grzechem Piotrowskim i Zbigniewem Wegehaputem, naprawdę niezłe płyty, natomiast właściwe dla siebie miejsce znalazł dopiero w środowisku, które skupia się wokół warszawskiego klubu na Chłodnej 25 i wytwórni płytowej Lado ABC. Z osobami, które tam spotkał nagrał doskonałe płyty w ramach avantpopowej formacji ParisTetris, i swoje intrygujące albumy solowe Bob i John. Jego nowa płyta zatytułowana Chopin Chopin Chopin z sekstetem o nazwie Profesjonalizm przynosi uwieńczenie tych wszystkich poszukiwań, muzykę całkowicie oryginalną, zagraną na najwyższym możliwym poziomie i jednocześnie przystępną. Coś takiego zdarza się bardzo rzadko!

Contemporary Noise Sextet z Ghostwriters’s Joke”, Tfaruk z Love Communication, Daktari z wydaną już w III kwartale płytą This Is A Last Song About Jews Vol. I, czy Light Coorporation z wydanym w tym samym kwartale Rare Dialect mają o wiele więcej wspólnego z rockiem czy nawet z noisem niż z jazzem. W różnym stopniu mi się te krążki podobają: płyta Daktari nie poraża mnie jakoś swoją oryginalnością, w czym jestem wyjątkiem pośród polskiej krytyki muzycznej, natomiast Light Coorporation przynosi bardziej otwarte brzmienia i dlatego dłużej zatrzymało moją uwagę, chociaż i ta płyta skorzystała by wiele, gdyby unikano zbyt uproszczonych, jak dla mojego jazzowego ucha, rockowych rozwiązań. Niemniej stawiam obu plus za twórcze poszukiwania własnego oblicza.

Kończę płytami, o których niewielu pisało, a które w opinii tego skromnego skryby nie powinny pozostać niezauważone. Krakowski label AudioTong kolejną miłą nam sprawił niespodziankę wydając płytę Insular Dwarfism zespołu o nazwie DM&P (Dziadur, Maler, Palmer). Jest to kompletnie odjechana muzyka, całkowicie improwizowana, na silnie elektronicznym tle, która jednak jest niepodobna do niczego, przynajmniej w Polsce. Warto posłuchać płyty zanim artyści ci umrą z głodu bądź zamiast muzyką zajmą się kopaniem dołów lub jazdą na taksówce. Z tego bowiem, co wiem, nie narzekają na nadmiar koncertów…
Z kolei Janusz Yanina Iwański, którego kojarzyłem z takimi szczerze powiedziawszy mało mnie kręcącymi muzycznie akcjami jak Maanam czy projekty Stanisława Soyki, tym razem, z dobrym jazzowym składem, wydał krążek zatytułowany Yanina Free Wave, na którym flirtuje sobie z jazzem i to w jego najczystszej improwizowanej postaci. Nagrody Grammy ani Fryderyka za to nie dostanie, ale ucieszył moje muzyczne serce, bo to znaczy, że kto jak kto, ale muzycy wiedzą jaka jest różnica między popowym chłamem, którego pełno w sklepach, w mediach i który nieraz trzeba zagrać dla kasy, a prawdziwą muzyką, nawet jeśli za jej piękno płaci się zapomnieniem, pogardą czy niedostatkiem…

Maciej Nowotny

Tekst został pierwotnie opublikowany w miesięczniku JazzPress (link).

sobota, 10 września 2011

 (autor) Tekst ukazał się pierwotnie w lipcowym numerze czasopisma JazzPress (link), którego lekturę serdecznie polecam!

Minął kolejny, drugi kwartał anno domini 2011 roku, przyszło lato, a wraz z nim deszcze, zamiecie i śniegi. Takie to jest lato tego niezwykłego roku, któremu towarzyszą i inne nieszczęścia, jak komety, trzęsienia ziemi, powodzie, a nawet… zniknięcie jeszcze nie wybudowanych autostrad. Wszystko to pilnie zapisał w swej księdze samozwańczy Kadłubek polskiego jazzu, czyli ja. Przejdźmy jednak do meritum, bo wszystkie te dziwy i anomalie są w mojej księdze tylko dodatkiem do wypadków jakie miejsce miały w polskim jazzie, przy czym skupiam się jedynie na wydawnictwach płytowych jakie ukazały się od marca do czerwca.

Płytą, która w tym okresie skupiła na sobie najwięcej  uwagi, był nowy, solowy album Leszka Możdżera dla renomowanej wytwórni ACT tym razem poświęcony Krzysztofowi Komedzie. Chociaż Tomasz Handzlik w Gazecie Wyborczej nazwał tę płytę słabą i nieudaną (respekt dla tego Pana za odwagę w wypowiadaniu swych opinii) to pozwolę sobie mieć ocenę całkowicie odmienną, ponieważ Komedę Możdżera uważam za album świetny! Inaczej niż Handzlik dawno już przestałem oczekiwać od Leszka płyt stricte jazzowych, ponieważ doszedłem do wniosku, że chociaż artysta ten mówi językiem jazzowym  to przekaz swój kieruje do szerszej publiczności. Takie podejście do muzyki Możdżera pozwala mi bez przeszkód cieszyć się jego niezmierzonym talentem i indywidualnością,  jakich niewiele znaleźć można nie tylko w tym kraju, ale i poza nim. 

Aga Zaryan odkąd podpisała kontrakt z legendarnym amerykańskim wydawnictwem Blue Note, w którym w 2010 wydała udaną bardzo płytę Looking Walking Being, stała się kimś w rodzaju jazzowej celebrytki a ‘la Anna Maria Jopek tylko, że znacznie lepiej śpiewającą. Tę klasę pokazuje choćby w doborze repertuaru, bo na swej drugiej płycie dla Blue Note  zatytułowanej A Book of Luminous Things, postanowiła zmierzyć się z trudną poezją m.in. Miłosza. Płyta jest tyleż Agi, co pianisty Michała Tokaja, jej stałego współpracownika, który skomponował (prawie) całą muzykę na ten album. Jak wieść niesie wersja płyty z polskimi tekstami ukaże się zimą, a wtedy temu krążkowi wróżę jeszcze większy sukces niż dotychczas.

Tyle nasze gwiazdy, chociaż do tej kategorii można by też zaliczyć duet Jaskułke/Wyleżoł, który nagrał album DuoDram. Obawiałem się, żeby to nie była jakaś nowoczesna wersja Marka i Wacka, ale powstała świetna płyta. Kto zna - z jednej strony stonowany i pełen melodyjności styl Wyleżoła, a z drugiej żywiołowy i perkusyjny styl Jaskułke - ten może sobie wyobrazić jak ciekawe to było artystyczne spotkanie. W rezultacie powstała muzyka na pewno nie gorsza od tej jaką zawierają wyżej opisane płyty…

Błyszczały gwiazdy, ale ten kwartał nie do nich należał, lecz do …debiutantów! Jako pierwszy pojawił się (przynajmniej w mojej skrzynce pocztowej) album Rafała Sarneckiego, który …debiutantem nie jest, bo przecież w roku 2008 wydał płytę Songs From A New Place. Ale jego najnowsza płyta zatytułowana Madman Rambles Again to debiut w katalogu doskonałej hiszpańskiej wytwórni Fresh Sounds New Talent (dla której niedawno płytę Children’s Episodes nagrał też wspomniany wyżej Piotr Wyleżoł), który został zauważony tak w Polsce jak i za granicą.

Rafał Sarnecki od kilku lat mieszka w Nowym Jorku, a niedawno dołączył tam do niego utalentowany skrzypek Adam Bałdych, który choć w Polsce doceniany, to wiodło mu się różnie. Zdarzały się i projekty bez wyrazu. Przyjechał do Stanów, rozejrzał się i zaraz nagrał ze swoim zespołem Damage Control wyśmienitą płytę zatytułowaną Magical Theatre, która zatem jest takim jego debiutem …amerykańskim. W muzyce na tym krążku czuć nowojorski powiew, kiedy się jej słucha, aż dymi z głośników!, Najwyraźniej Adamowi służy bopowy  klimat miasta nad rzeką Hudson. Podsumowując ten wątek, chciałoby się powiedzieć, że odkąd Tomasz Stańko zamieszkał w Nowym Jorku nasi młodzi zaczęli tam walić drzwiami i oknami, a ja mam wrażenie, że wiele z tego dobrego może wyniknąć dla naszego jazzu…

Jedynym prawdziwym debiutantem w tym gronie jest Michał Wróblewski. Jego nagrana w trio płyta I Remember pokazuje wielką swobodę w poruszaniu się we wszystkich możliwych stylistykach jazzowej pianistyki z uwzględnieniem free jazzowej. Zwiastuje to być może nową falę wybitnie uzdolnionych polskich pianistów (jakby ich było mało!), bo w tym samym okresie z legendarnego festiwalu w Montreux nagrodę przywiózł zaledwie 20-letni pianista Piotr Orzechowski. Ponieważ jednak płyty nie wydał to się w tym zestawieniu znaleźć nie może…

Atom String Quartet to debiutanci, ale tylko na niby, bo taki na przykład Mateusz Smoczyński to - mimo młodego wieku - stary wyga, a jego album Simultaneous Abstractions wydany w zeszłym roku bardzo sobie upodobałem. ASQ to laureaci tegorocznej Bielskiej Zadymki Jazzowej, a Jan Ptaszyn Wróblewski i szacowne jury niewykluczone, że w przypadku tego zespołu będą mieć równie szczęśliwą rękę, jak w 2003 roku w przypadku innych laureatów, czyli trio RGG. W każdym razie ich debiutancka płyta Fade In udowadnia nawet takim sceptykom jak ja, że trzeci nurt jeszcze do końca nie wysechł i można żenić klasykę z jazzem w sposób twórczy, oryginalny i świeży.

Na koniec  przeglądu płyt tzw. głównego nurtu zostały dwa prawdziwe rodzyneczki. Najpierw zapraszam Was na łyk wina, bo najnowsza płyta uznanego już na naszym rynku gitarzysty Macieja Grzywacza nosi właśnie tytuł Black Wine. Towarzyszą mu Yasushi Nakamura i doskonały perkusista Clarence Penn, a z tego spotkania wyszła muzyka bardzo inspirująca, balansująca na pograniczu głównego nurtu i awangardy, bo gitara Grzywacza idzie tu niekiedy śladem Joe Morrisa czy samej Mary Halvorson. Nie mogę się wprost oderwać od tej płyty!

Co najmniej równie dobre  wrażenie sprawia także album Able To Fly, na którym trio Maciej Sikała, Piotr Lemańczyk i kanadyjski perkusista Tyler Hornby tworzą głębię jazzowej konwersacji jaką znaleźć można jedynie na płytach wielkich mistrzów chamber jazzu. Na myśl przychodzą tu porównania do muzyków takich, jak: Joe Lovano, Lee Konitz, Dave Liebman z jednej strony, czy Dave Holland, Gary Peacock bądź Miroslav Vitous z drugiej. Ekstraklasa!

W tym kwartale mainstream dominował nad awangardą, ale to nie znaczy, że nic się w niej nie działo. Sporo zamieszania zrobił zespół Tfaruk płytą Love Communication, w której główne skrzypce gra Tomek Ballaun. Wszędzie ich pełno, na blogach, w radio, w klubach warszawskich, nawet jak otworzę lodówkę to też widzę… He, he, z drugiej strony brakowało nam trochę kapeli, która grała by nieco przystępniejszą wersję avantjazzu, bo Pink Freud i Contemporary Noise Sextet trzeba już chyba zaliczyć po prostu do mainstreamu. Ich muzyka przestała szokować…

Gdybym miał wybierać coś z katalogu Multikulti, w którym ukazał się też Tfaruk, to wybrałbym chyba bardziej Coarse beauty duetu Piotr Mełech (gra też w Tfaruku, którego jak sami widzicie naprawdę wszędzie pełno) z Fredem Lombergiem-Holmem. Niestety jest to płyta z gatunku tych trudnych, jak powiedzmy doskonałe Nuntium Roberta Kusiołka, które wyróżniłem w zeszłym kwartale. Nie jest łatwo powiedzieć coś oryginalnego w klasycznym awangardowym duecie basu z dęciakiem, ale tym Panom się udaje. Są na tej płycie momenty magiczne jakich nie powstydziłby się Mats Gustaffson i Palle Nillssen-Love czy…wspaniały duet Keir Neuringer i Rafał Mazur na wydanej w zeszłym roku przez Not Two kapitalnej płycie Unison Lines”.

Najmilszym jazzowym zaskoczeniem w tym kwartale jest album Wojtka Jachny i Jacka Buhla Niedokończone książki wydany przez bardzo ostatnio aktywny krakowski Audio Tong. Otwarta, przestrzenna, z pięknym, nowoczesnym, postrzępionym pulsem muzyka na tym krążku doprawdy zachwyca. Podobna w koncepcji do dokonań Mikrokolektywu z doskonałej zeszłorocznej płyty Revisitwydanej przez znane amerykańskie wydawnictwo Delmark odróżnia się od niego większą melodyjnością, spójnością i specyficznym transowym charakterem. Przepiękna  muza!

Zupełnie niezwykłą płytą jest Fitoplankton formacji o nazwie Nucleon. Nucleon to tytuł pierwszej płyty nagranej w 2007 przez zespół  prowadzony przez  basistę Jakuba Rutkowskiego i pianistę Andrzeja Sawika. Tamta płyta nie była dobra, ona była bardzo dobra i nie ja jeden byłem pewien, że jesteśmy świadkiem narodzin nowej znaczącej awangardowej formacji w naszym jazzie. Legenda powstała, ale życie napisało jej inny scenariusz niż byśmy chcieli. Andrzej Sawik ciężko zachorował i w 2010, w kwiecie wieku, odszedł od nas. Jego koledzy z zespołu postanowili dokończyć dzieło i wykorzystując sample nagrane przez niego w 2009 roku wydali właśnie płytę. Serce się kraje słuchając tego krążka, ale na szczęście muzyka godna jest pamięci tego wielkiego artysty…

Nie inaczej jest z Andrzejem Przybielskim, on odszedł od nas już w tym roku i chociaż jego kariera była długa i owocna pozostawił jednak uczucie niedosytu. Był trębaczem na miarę największych, ale czy jego talent znalazł w naszym kraju wystarczającą glebę, by zakiełkować i ujawnić pełnię swych możliwości, w to ośmielam się wątpić. Mało mamy jego muzyki mimo tylu lat aktywnie spędzonych na scenie – na szczęście tę lukę wypełniło nieco dokonane tuż przed śmiercią nagranie Przybielskiego z braćmi Olesiami zatytułowane „De Profundis”. Płyta jest wybitna i na długie lata zapadnie mi w pamięć, a zwłaszcza nieziemsko piękne „Afroblue”. Żegnaj Andrzeju! Dobrze, że zostawiłeś nam swoją muzykę, która będzie trwać między nami i przypominać nam jeszcze długie lata o Tobie…

Autor:Maciej Nowotny

http://polish-jazz.blogspot.com/

czwartek, 05 maja 2011

Bardzo zasmuciła mnie lista nominacji do tegorocznych jazzowych Fryderyków. Możecie zapoznać się z nimi korzystając z tego linku, dla ułatwienia podaję, że można je znaleźć na stronie 7.

Przeczytaliście? Zatem zapewne podobnie jak ja pytacie sami siebie: co jest? Dlaczego w tym roku, który dla polskiego jazzu był jak rok, kiedy Mojżesz doprowadził wreszcie lud do freejazzowej Ziemi Obiecanej, mamy się jak te trzy buddyjskie małpki, które mają zakmnięte uszy, oczy i usta? 

Już raz przegapiliśmy yassową rewolucję, nie zróbmy tego błędu drugi raz! Skandalem jest nieobecność w nominacjach do jazzowych Fryderyków całej naszej rozkwitającej sceny free jazzowej (z godnym odnotowania wyjątkiem Macieja Obary). Nie zgadzam się na to, żeby z jazzowej rodziny wykluczać artystów tej miary co Wacław Zimpel, Mikołaj Trzaska, Artur Majewski. Nie rozumiem jak lista najlepszych płyt jazzowych minionego roku może być pełna bez Mikrokolektywu "Revisit", Unidivided "The Passion", Zimpela "Hery", Arszyna / Dudy "ŚĘ" i wielu innych, bo przecież obok sceny freejazzowej i nujazzowa miała nam wiele do zaproponowania, vide "Breslau" Igora Boxxa.

Drodzy artyści, krytycy, słuchacze, jazz jest bardzo różnorodny, płynie w nim główny nurt, natomiast jazz nie był by sobą bez nurtów pobocznych, a zwłaszcza bez awangardy. Skorygujmy tę listę zanim całe jazzowe środowisko milczeniem na jej temat narazi się na zarzut braku kompetencji, ba, na śmieszność! O nas samych świadczy czy potrafimy dostrzec wielkie talenty i zadbać o nie, docenić wielką muzykę i pomóc w tym by dotarła do szerszej publiczności. Tak rozumiem misje Fryderyków: te nominacje pomijają NAJCENNIEJSZE elementy dorobku jazzowego środowiska muzycznego w roku 2011. I dlatego oburzają mnie! 

środa, 13 kwietnia 2011

Jako samozwańczy Kadłubek polskiego jazzu publikuję dla naszych czytelników krótkie resume tego co się zadziało w polskim jazzie w pierwszym kwartale tego burzliwego 2011 roku. Przy czym skupiam się jedynie na wydawnictwach płytowych dowodząc tym samym, że pomimo pozorów nowoczesności jestem w istocie człowiekiem z epoki kamienia łupanego.

Końcówka 2010 roku była wprost niesamowicie dobra dla polskiego jazzu, nie pamiętam takiej od wielu, wielu lat, do tego stopnia, że jedną z płyt, która ukazała się w tym okresie, postanowiłem przerzucić na rok obecny. Jest to płyta "Zomo Hall" nagrana przez Foton Quartet, która została bardzo pozytywnie oceniona tak w Polsce jak i na świecie. W skład zespołu wchodzą Gerard Lebik, Artur Majewski, Jakub Cywiński, Wojciech Romanowski i jeśli ktoś z Was słuchał rewelacyjnej płyty Mikrokolektywu "Revisit" z zeszłego roku, to tutaj mamy materiał co najmniej równie ambitny i dobry jak na tamtej płycie. Brawo!

Poza "Zomo Hall" do najciekawszych płyt początku tego roku należały głównie dokonania naszej awangardy, kompletnie niedocenianej niestety zarówno przez opiniotwórcze środowiska jazzowe (jak Jazz Forum) jak i nieświadomą jej obecności publiczność. Odnotujmy tu dwie kapitalne płyty wydane przez  kultową polską wytwórnię Not Two: "Kafka In Flight" The Resonance Ensamble nagraną oczywiście przez Kena Vandermarka z udziałem Mikołaja Trzaski i Wacława Zimpela oraz doskonałe "Last Train To The First Station" także w wykonaniu wymienionych wyżej muzyków, ale w ramach zaspołu o nazwie Reed Trio.

Natomiast mi osobiście najbardziej podobała się płyta wydana przez inne doskonałe wydawnictwo, to jest Multikulti, zatytułowana "Nuntium" z udziałem Roberta Kusiołka, Antona Sjarova, Klausa Kugela i Ksawerego Wójcińskiego. Wyrafinowana, intelektualna, niezwykle głęboka muza rozgrywająca się na minimalistycznym i pełnym ciszy tle.

Dobrze było po awangardowej stronie jazzu, ale i mainstream trzymał się mocno. Sam początek roku okazał się być bardzo obiecujący, a to dzięki wydawnictwu Allegro, które wydało dwie bardzo ciekawe płyty: "Afreakan Project" Wojciecha Staroniewicza i "Facing The Challenge" Krzysztofa Pacana. Obaj jazzmani, znani jako wspaniali sajdmeni, wyżej wymienionymi płytami zgłaszczają akces do absolutnej czołówki polskiego mainstreamu, przy czym dla Staroniewicza jest to już kolejna udana autorska płyta (ostatnia z nich to kapitalne "Alternations" wydane w 2008 roku), a dla Pacana to debiut, ale świetny!

Wszystkie te płyty, chociaż doskonałe, nie należały jednak do tych najbardziej oczekiwanych przez publiczność, zatem przechodzę teraz do tych nagrań, o których z góry było wiadomo, że odbiją się w muzycznym światku szerokim echem. A były to:

- Robert Majewski nagrał płytę "My One And Only Love" ze składem marzeniem w osobach Joeya Barona, Bobo Stensona i Palle Danielssona, która była niestety rozczarowaniem. Nie przyniosła bowiem nic specjalnego poza zbiorem dość jednostajnie brzmiących ballad zagranych co prawda na kosmicznie wysokim poziomie.

- RGG, moje ulubione polskie cool jazz trio w osobach Przemysława Raminiaka, Macieja Garbowskiego i Krzysztofa Gradziuka, których płytę "Unfinished Story" poświęconą Mieczysławowi Koszowi uważam za jedno z arcydzieł polskiego jazzu, nagrali album "One", który jest, otwarcie mówiąc, słaby jeśli go porównać z tym co grali jeszcze kilka lat temu. Pomimo tego uważam ten album za pozycję obowiązkową dla każdego wielbiciela polskiego jazzu, a część słuchaczy, która bardziej lubi klimaty lżejsze i melodyjne w jazzie, będzie nią po prostu zachwycona.

- MWT, czyli trio Marcina Wasilewskiego, nagrywa dla legendarnego wydawnictwa ECM, i jest najbardziej znanym polskim zespołem jazzowym (Tomasz Stańko to zupełnie osobna historia). Płyta "Faithful" jest krokiem do przodu w stosunku do ich poprzednich dokonań, podjęciem bardzo subtelnego flirtu z jazzową awangardą i choć nie jest to może "giant step", tym niemniej mi płyta się podoba i nie jest rozczarowaniem, chociaż też nie powala na kolana.

- CNS, czyli Contemporary Noise Sextet braci Kapsa, nagrał kolejny album, "Ghostwriter's Joke", który potwierdza, że jest to jeden z najciekawszych polskich zespołów okołojazzowych, przy czym ta konkretnie płyta niezbyt mi przypadła do gustu, jest bowiem nawiązaniem do postpunkowej stylistyki innego zespołu jaki tworzyli niegdyś muzycy tej formacji czyli Something Like Elvis. Z tego powodu muzyka z tego albumu jest dla mnie sporym rozczarowaniem i znaczniej bardziej wolę ich wcześniejsze dokonania, to jest "Pig In Gentleman" i "Unaffected Thought Flow" - przy czym podkreślam, że jest to typowo jazzowy punkt widzenia starego ramola.

- Wojtek Mazolewski, w ramach swojego kwintetu, nagrał płytę "Smell Like Tape Spirit", na którą wielu kręci nosem podobnie jak na ostatnią płytę "Monster Of Jazz" innej formacji tego niezwykle uzdolnionego muzyka czyli Pink Freud. Natomiast w mojej opinii jest to bardzo dobra płyta, która przynosi kolejny krok naprzód w rozwoju Mazolewskiego, który konsekwentnie rozszerza pole swoich muzycznych zainteresowań, tym razem eksplorując czysto jazzowe, wręcz bopowe klimaty.

Podsumowując: z czystym sercem polecam Wam WSZYTKIE wymienione płyty. Są doprawdy wyśmienite i świadczą o tym jak MOCNY jest OBECNIE polski jazz. Moja jedyna wątpliwość dotyczy wielkiej przewagi mainstreamu nad awangardą, co szczególnie jest dziwne jeśli chodzi o debiuty naszych młodych muzyków. Dość trudno mi sobie wytłumaczyć dlaczego nie idą oni odważniej ku temu co w obecnym światowym jazzie jest najbardziej żywotne i inspirujące czyli w kierunku avantjazzu i freeimprov.  W kontekście PRZYSZŁOŚCI polskiego jazzu jest to dość niepokojące i zachęcałbym naszych superuzdolnionych młodych muzyków do odważniejszego eksplorowania wspomnianych wyżej kierunków...

niedziela, 13 lutego 2011

Jazz jest rodzajem melancholii z dużą domieszką nonszalancji i autoironii, której nikt w Polskim Jazzie nie uosabiał pełniej niż Krzysztof Komeda Trzciński. Jego wpływ wykraczał daleko poza muzykę, był fenomenem, który dostrzegło bystre oko Andrzeja Wajdy i uwieczniło w znanym filmie Niewinni Czarodzieje. Bo przecież Tadeusz Łomnicki z blond włosami, śmigający lambrettą po Krakowskim Przedmieściu to nikt inny jak Komeda właśnie. Co najmniej od roku 1997, w którym ukazał się album Tomasza Stańki Litania poświęcony Komedzie, obserwujemy renesans zainteresowania muzyką tego wybitnego jazzmana, i to tak w kraju, jak i za granicą. A ponieważ koniec roku się zbliża, postawmy pytanie: jakie płyty „Komedowskie” nagrane w tym roku warto umieścić w swojej kolekcji?

Po pierwsze zwróćcie uwagę na NBS Trio. Rozumiem Wasze zdziwienie, bo mi także ta nazwa nic nie mówiła. I nic dziwnego, bo zespół tworzą Klaudius Kovac (fortepian), Robert Ragan (bas) i Peter Solarik (perkusja) ze Słowacji. NBS znaczy Nothing But Swing i - jak sama nazwa wskazuje - że grają jazz nawiązujący do złotych lat 50tych i 60tych, przy czym ich wycieczka w stronę Komedy siłą rzeczy powoduje, że na płycie więcej jest cool jazzu, którego Komeda był jednym z najważniejszych eksponentów na Starym Kontynencie. W ogóle trzeba wyrażać się o tej płycie z najwyższym uznaniem! Jej poziom muzyczny jest niesamowicie wysoki, a i Komeda jest tu zarazem tym Komedą, którego kochamy, rozpoznawalnym, czytelnym, znajomym, a jednocześnie zagranym tak świeżo, bezpretensjonalnie i z takim urokiem, że po prostu dawno nie pamiętam tak świetnej komedowskiej płyty, a przecież nie brakuje ich bynajmniej.

Druga płyta to krążek formacji Kattorna o tytule Straying To The Moon, płyta nagrana przez bardzo młody, polsko-duński skład w osobach Dawida Główczeskiego (saksofon altowy i tenorowy), Grzegorza Rogali (puzon), Łukasza Pawlika (fortepian), Maxa Nauty Simonsena (bas) i Krzysztofa Szmańdy (perkusja). Jest to płyta kompletna, jakich nie tak dużo na naszym rynku muzycznym, bo oprócz rewelacyjnej - moim zdaniem - warstwy muzycznej, wyróżnia się i projekt graficzny płyty, za który należy pochwalić Kubę Karłowskiego. A oto, co widzimy na okładce: bezwietrzna noc, nagi mężczyzna, być może lunatyk, do połowy zanurzony w ciemnej, spokojnej i gęstej jak ołów wodzie, przyciągany jak przez magnes ku wiszącemu nad ciemnym lasem Księżycowi w pełni. Kto zna biografię Komedy, jego obsesje i lęki, ten wie, że żaden szczegół w tym obrazie nie jest przypadkowy. Dalej jest tylko jeszcze lepiej (oczywiście muzycznie). Doprawdy, trudno byłoby mi ułożyć się spokojnie do snu z myślą, że nie mam tej płyty w swojej kolekcji.

Ale najsmakowitszy kąsek zachowałem dla Was na koniec: to najnowsza, wydana zaledwie kilka dni temu płyta Adama Pierończyka, zatytułowana nie inaczej jak Komeda – Innocent Sorcerer i nagrana z takimi muzykami jak Gary Thomas (saksofon tenorowy), Nelson Veras (gitara), Anthony Cox (kontrabas) i Łukasz Żyta (perkusja). Zdziwiłbym się, gdyby nagranie to nie spowodowało sporego szumu na naszej scenie jazzowej, bo w muzyce, jaką usłyszeć można na tej płycie, ogniskuje się jak w soczewce wszystko to, co w nowoczesnym jazzie wydaje mi się najważniejsze: szacunek dla tradycji, odwaga do awangardowych eksperymentów, witalność i dodatkowo śmiałość, by z tym genialnym Polskim Jazzem pchać się w świat. Płyta roku? Muzyk roku? Kto wie?

Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...