Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny

Wywiady

poniedziałek, 17 września 2012



Maciej Nowotny: Rafał, mimo młodego wieku, masz za sobą długą i bogatą karierę. Wymień jej trzy najważniejsze momenty: sytuacje, ludzi, zjawiska, które wpłynęły na Ciebie w sposób najbardziej znaczący.

Rafał Gorzycki: Karierę , mówisz.... Karierę to w Polsce zrobił Feel i aktorzy serialowi. Telewizor robi z ciebie gwiazdę. Jazz i klasyka współczesna, jeśli są w tv to o 1 w nocy, kiedy śpimy. Ale  to wszyscy wiedzą...  tylko mało kogo to obchodzi. Co do mojego wieku, też mam wątpliwości, choć według badaczy najbardziej twórczy okres artysty, to przedział  między 40 a 60-tym rokiem życia, więc jeszcze wszystko przede mną. Miesiąc temu skończyłem 38 lat. Faktem jest , że jestem płodnym artystą i dużo pracuję. Krzywa jest wciąż wznosząca i to cieszy , daje mi dużo satysfakcji artystycznej, choć rynek jest oporny. Wiesz , że najnowsza płyta Ecstasy Project „They were P”, która ma świetną ,albo i lepszą prasę, po pierwszym kwartale  w oficjalnej dystrybucji sprzedała się w nakładzie 58 egz?  Więc - z jednej strony, czujesz , że nagrywasz dobre płyty, a z drugiej , dostajesz ciosy między oczy i ogarnia cię złość.

Wracając do twojego pytania.... myślę , że takimi cezurami w moim życiu były następujące wydarzenia: Kiedy miałem 15 lat mój starszy kolega włączył mi koncerty Davisa z JJ 83` i 88`, Steve`a Colemana i Shannona Jacksona a w 1989 wyciągnął mnie na  JJ i usłyszałem Breckera z z Nasbaumem na bębnach. To był czad.....Wcześniej słuchałem muzyki elektronicznej i 4AD.
Potem,   w wieku 16 lat  poznałem Piotra Biskupskiego (też bydgoszczanina ) , który wziął mnie pod skrzydła i  z amatorskiego bębnienia w przerwach prób nowofalowego zespołu mojego brata pokazał mi świat Dejohnetta, Williamsa, nut i świadomego ćwiczenia. Wtedy już wiedziałem, że będę grał jazz.
Kolejnym przebłyskiem było poznanie ludzi z drugiego bieguna sceny improwizowanej. Miałem 19 lat  i w klubie Trytony (poprzedniku ”Mózgu”) spotkałem „rewolucjonistów” z kręgu yassu. Tymona, Gwincińskiego, Mazzola, Przybielskiego, itp. Zacząłem grać w Maestro Trytony. Równolegle mieszkałem w Warszawie i chodziłem na Bednarską.

Z perspektywy czasu czuję , że taki rozwój, poznawanie różnych środowisk i czerpanie z nich garściami, zadziałało na moją korzyść w późniejszym, dojrzalszym graniu i tworzeniu muzyki...

Nie dzielę jej na mainstreamową, free, czy  awangardę. Raczej na dobrą i słabszą, taką, która mnie porusza bądź nie.



MN: Czy istnieje coś takiego jak scena bydgoska? Czy można jakoś zdefiniować jej tożsamość? Jeśli tak to jaką w niej rolę odgrywa legendarny klub Mózg?

RG: Roli Mózgu w swoim czasie nie da się nie docenić. Tutaj zjeżdżali co chwilę: Miłość, Olo Walicki, Tymon i Trzaska z najbardziej efemerycznymi projektami. Obserwowanie tego tygla, branie czasem udziału z sesjach improwizowanych, dla mnie jako 20-latka to była szkoła.  Mózg był wtedy swoistym epicentrum, polem doświadczalnym nowej fali muzyków. Choć trzeba powiedzieć , że część muzyków tam nie zaglądała. Ja zaglądałem często, a potem rano szedłem na lekcje do szkoły muzycznej i  gadałem z Łukaszem Żytą o muzie, a z jego tatą walczyliśmy z ksylofonem, którego szczerze nie cierpiałem :-)

Fajny okres....

Teraz jest inaczej. Każdy ma już swoją renomę, prowadzi własne zespoły. To chyba naturalna ewolucja, nie ma czasu na spontaniczne festiwale i zespoły istniejące przez 2 wieczory. No … i  nie gra się już za nocleg, bar, i bramkę … hihihi.

Miesiąc temu była 18 rocznica istnienia Mózgu.  Przyjechali wszyscy.... Kazik, Tymon, Bracia Mazzolewscy, Trzaska, Olo, Dobie, wszyscy ! Zabrakło Oltera, „Świętego” , Jacka Majewskiego, Andiego Przybielskiego – nie żyją już. To był niesamowity wieczór, Bardzo wzruszający dla mnie. Pokazujący, ile się wydarzyło przez te lata, ile zmieniło, i jak dużo udało się mi zrobić, osiągnąć... Po prostu rozwinąć.

A czy istnieje coś takiego jak scena bydgoska?
Pewnie tak , ale kiedyś była silniejsza i bardziej skoncentrowana. Trochę muzyków wyprowadziło się z Bydzi: Herdzin, Gwinciński, Zdunek, Dawid Fortuna , Glazik, Gruchot ... jeśli taka scena istnieje to nie jest ona tylko jazzowa, jest kilka dobrych bandów alternatywnych: Ed Wood, George Dorn Scream, Variete, kiedyś Abbadon, muzyków klasycznych jak choćby Tomasz Pawlicki, z którym współpracuje w Ecstasy Project, reaggowy Dubska. Od kilku lat mamy wydział jazzu na AM, ale poza Wojtkiem Jachną i Kamilem Paterem, nie znam tam wielu ludzi. Trochę odszedłem od jamów i wypadłem z tego obiegu. No i wiadomo, powiem nieskromnie, że ważną częścią tej sceny są projekty, w których biorę udział: Sing Sing Penelope ,Ecstasy Project , czy A-kineton z Irkiem Wojtczakiem ( wcześniej Dziki Jazz). Warto powiedzieć też o Jachna/Buhl, Contemporary Noise Sextet, Cyklistach,
i inicjatywie festiwalu Drums Foozje, który zaprasza bydgoskich  perkusistów , których mamy dużooooo, na specjalne projekty, m.in. Biskupski, Pelc, Daroń, Jahr, Frankiewicz, Tomek Dorn, Kuba Janicki, Jurek Rogiewicz, Fortuna – czyli jednak coś się dzieje :-)

MN: Sing Sing Penelope to jedna z najważniejszych formacji ‘nowego” polskiego jazzu. Należy do tych zespołów, dzięki którym następuje jego renesans, odnowienie języka, który z biegiem lat stał się skostniały i konserwatywny. Jak byś określił to co nowatorskiego wniosło SSP do polskiej muzyki z Twojego punktu widzenia?

RG: Chyba nic specjalnie nowego . Po mocnej krytyce PSJ-u, Jazz Forum, część młodych muzyków nie pamiętających już Stalina  zaczęła robić swoją autorską muzę, autentyczną,  bardziej inspirując się Stańko, Komedą , Seifertem niż Breckerem czy Yellow Jackets. Ale nie tylko jazzem, co w moim odczucie też było istotne – sceną klasycznej współczeski, postrockiem, rockiem, muzyką elektroniczną. Okazało się, że jest też trochę  podobnie myślących słuchaczy, dziennikarzy i krytyków muzycznych, wydawców.

I naturalnie pojawiły się takie zespoły jak Robotobibok, Pink Freud, 100-nka,  Ecstasy Project, Sing Sing Penelope właśnie. A wcześniej Miłość, Maestro Trytony , czy Łoskot.

Co do nowego, polskiego jazzu byłbym ostrożny... Bo ani to nowe do końca ( cuda na Świecie działy się już w latach 70`), ani polskie ( posłuchajcie sceny skandynawskiej, włoskiej, nowojorskiej, czy chicagowskiej)  ani chyba jazzowe wg purystów, którym bałbym się włączyć , nota bene, świetne Levity. Wolę określenie – świeży  … hihihi

To był chyba kolejny pomysł genialnych dziennikarzy, którzy stworzyli etykietę dla rzeczy, których nie rozumieją i wydaje im się , że rozwikłali zagadkę dziejową.

Bo gdzie w tym wszystkim miejsce na  RGG Trio, Karnasa, Trio Wasilewskiego i wielu innych , grających , po prostu, dobrą muzykę artystów . Nie kupuję tego! Dla mnie to budowanie barier.



MN: Inną Twoją formacją ważną dla polskiej muzyki jest Ecstasy Project. Jak określiłbyś różnice między SSP a EP. Czego poszukujesz w ramach pierwszej grupy, a co Ci daje gra w drugim zespole?

RG: Mówisz..... formacją ważną dla polskiej muzyki. Dobre....
Man, płyta They were P  powinna taką być, ale nią nie jest.... Jak pisałem, sprzedało się 58 egz..... Łącznie z Serpentem, koncertami plus  zagranicą – może 200 cds.....

Zobacz nominacje do Fryderyków, duże festiwale – tam nie ma EP. Zobacz na co idzie główny strumień kasy z  MKiDN , IAM. Nagrodę artystyczną Prezydenta Miasta Bydgoszczy otrzymał Pan, który zrobił szopkę noworoczną i robi w kabarecie....
To wszystko mnie wkurza ale czas pokaże kto ma rację, :-)

Ale wracając do clue...  Jestem liderem i kompozytorem  muzyki Ecstasy. To mój autorski projekt. Realizuje w nim swoje największe pasje muzyczne. Zaprosiłem do EP artystów , którzy w niepowtarzalny sposób realizują tą fascynację  brzmieniem, nastrojem, formą z łączeniem improwizacji z zapisem. To ludzie , którzy na co dzień niekoniecznie zajmują się jazzem. Od szkoły średniej słuchałem dużo współczesnej kameralistyki, chodziłem na Warszawską Jesień. Uwielbiałem Weberna, Szymanowskiego, Szostakowicza.... Potem Cage`a , Adamsa, ale cały czas kocham się w liryce jazzu, ECMu z 70`, nucie kontemplacji... Takie chyba jest EP.  To moja ulubiona estetyka.  

A co do SSP, …  jest inaczej ….. Tutaj nie ma lidera. Wszyscy współzałożyciele SSP są liderami. Rzadkość w muzyce , ale u nas się sprawdza.  Dzięki temu nasza muzyka jest dość nieprzewidywalna i progresywna z płyty na płytę i absorbuje w sposób naturalny inspiracje poszczególnych członków.  Wojtek Jachna polubił elektroniczne gadżety i powstał Electrogride  z DJ Strangefruitem i This is the music..... Glazik  lubi free i nagraliśmy z Przybielskim  Stirli People.... Ja z kolei, lubię  też Davisa z 70` i  koncertowe dowalanie do pieca ,  na co w EP nie ma miejsca a w SSP i owszem . To mnie kręci, że mogę zamienić się  w Fostera ;-) Daniel jest pianistycznym hippisem  typu Cecil Taylor i pięknie rozwala nam formy utworów. Lubimy się i rozumiemy na i poza sceną... To nas trzyma już ponad 10 lat razem.



MN: Twój najnowszy projekt to granie z Kamilem Paterem, Pawłem Urowskim i Irkiem Wojtczakiem, z którym najpierw wydaliście w 2009 “Dziki Jazz”, a ostatnio w 2012 “Akineton”. Co stanowi o unikalnym charakterze tego przedsięwzięcia?

RG: Nie mam zielonego pojęcia.  To  dobry kwartet grający dość współczesną ( ale bez przesady ) muzykę improwizowaną, dobrzy instrumentaliści i kompozytorzy, z nominacją do Fryderyków .. hihi.

Muzyka kwartetu jest autentyczna, ale czy to jest unikatowe.... Może  dziś już tak. Postępująca komercjalizacja muzyki sprawia, że dostrzegam coraz mniej ciekawych i odważnych projektów. Patrząc  tego punktu widzenia może rzeczywiście nasza muzyka jest bardziej autentyczna niż  jazzowa średnia krajowa?  To są bardzo subtelne  kwestie, które trudno przekazać  w słowach. Dlatego wolę skupić się na pracy nad muzyką niż nad jej analizą. Choć i bezmyślność nie jest tutaj wskazana. Warto wiedzieć co się robi i  dlaczego..... Mam wrażenie, że niektórym tego brakuje …. Kiedyś powiedziałem, że muzyka to stan świadomości. Podtrzymuję tą tezę!


MN: Dzięki ostatnio (na przełomie roku 2012 i 2012) wydanym trzem albumom: “They Were P”, “Akineton” i “This is the Music Vol. 1” śmiało można powiedzieć, że zgłosiłeś akces do ekstraklasy polskiego jazzu. A jednak o Rafale Gorzyckim nie jest tak głośno jak o Wojtku Mazolewskim, Marcinie Maseckim czy Wacławie Zimplu. Z jakiego powodu i czy masz pomysł jak to zmienić?

RG: Wiesz, perkusistom zawsze jest trudniej … hihihi , ale bardziej poważnie... Kto jest w tej ekstraklasie? Śmietana, Herdzin, Grzech Piotrowski, Stańko, Zaryan, Możdżer....?  Nie znam się. Jestem z Bydgoszczy. I kto o tym decyduje ? Jest jakieś ciało, komisja? Zbiera się punkty w sezonie  i można awansować z drugiej ligi ?
Jeśli się dużo mówi o kimś , to znaczy, że jest on w ekstraklasie?

To mi pachnie  serialem tv ,Szymonem Majewskim, X-factorem.
Ten trend mi nie odpowiada.  W ekstraklasie jest Sebastian Gruchot – najlepszy polski skrzypek – nikt go prawie  nie zna!

Nie mam wielu przyjaciół na facebooku,  nie piszę tam , że rozjebałem budę  na koncercie w  Ułan Bator, nie mam modnej fryzury, nie mieszkam  w Warszawie, nie pije wódki z dziennikarzami, nie klepie po ramieniu każdego ważniaka ,mimo ze go nie lubię.

… ale nagrałem ostatnio  kilka dobrych płyt, a nie każdy z  ekstraklasy może się tym pochwalić.

 

*wywiad ukał się w miesięczniku JazzPress (link, aby poczytać: http://radiojazz.fm/jazzpress/jazzpress0712.zip)

środa, 11 lipca 2012

Przeprowadzony przed festiwalem JazzArt (relacje z festiwalu: http://jazzart-festival.blogspot.com/) w Katowicach wywiad z brytyjskim pianistą Neilem Cowleyem (autorem m.in. wielu piosenek dla Adele) okazał się bardzo interesującą rozmową...

Maciej Nowotny: W odróżnieniu od wielu muzyków jazzowych nieobce są Ci działania w sferze muzyki pop. Co Ci to daje w kategoriach czysto artystycznych? I które z tych relacji są dla Ciebie najbardziej znaczące?

Neil Cowley: To jest zupełnie odwrotnie! To nie muzyk jazzowy wkroczył do świata popu. To muzyk popowy z dużą domieszką funky i bluesa zaczął grać jazz. Tak widzę zresztą swoją misję jako artysty i chcę otaczać się maksymalnie różnorodną muzyką. Wszystko po to by znaleźć mój własny głos. Właśnie szukając swojej muzyki zacząłem grać jazz, bo trudno do tych korzeni nie odwoływać się grając w trio. Moim jak i pozostałych członków zespołu zadaniem jest jednak wchłonięcie wszystkich wpływów i opowiedzenie naszej własnej historii. Wśród tych wpływów ważne są te z szeroko pojętej muzyki pop, w tym takich formacji, z którymi współpracowałem jak Zero 7, Brand New Heavies czy ostatnio Adele. Ale nie one są najważniejsze. O wiele większe znaczenie ma dla mnie na przykład to co się teraz dzieje na brytyjskiej undergroundowej scenie tanecznej. To kształtuje moje podejście do tego jak budować napięcie w muzyce.

Maciej Nowotny: Wielu słuchaczy Twojego najnowszego albumu “The Face Of Mount Molehill" jest zdania, że przynosi on dużą zmianę w stosunku do muzyki z Twoich wcześniejszych płyt. Czy też masz takie poczucie? I jak opisałbyś te zmiany?

Neil Cowley: Rzeczywiście poprzednie trzy płyty to była muzyka nagrana wyłącznie w ramach jazzowego trio i czuliśmy, że trzeba coś zmienić, żeby to się tak nam jak i słuchaczom nie przejadło. Najwyraźniejszą zmianą jest zatem wprowadzenie smyczków. Dało to tę smakowitą soczystość naszemu brzmieniu i podkreśliło te elementy w naszej muzyce, które nadają jej dramaturgii. Dzięki czemu ma ona teraz trochę posmak ścieżki dźwiękowej do filmu, co wzmacnia oddziaływanie materiału, który skomponowaliśmy, a o to przecież chodzi...

Maciej Nowotny: Żyjemy w czasach, gdy więzy między Ameryką a Europą ulegają rozluźnieniu. Nie tylko pod względem ekonomicznym, politycznym, ale też kulturalnym, w tym muzycznym, oba kontynenty idą nieco inną drogą. Muzycy europejscy coraz bardziej emancypują się od amerykańskich korzeni jazzu, szczególnie takiego jazzu jaki reprezentują tacy artyści jak Wynton Marsalis. Jakie jest Twoje stanowisko w tym sporze?

Neil Cowley: Jak zespół jesteśmy uformowani wokół tego co można nazwać “brytyjską tożsamością muzyczną” zatem nie do końca jesteśmy cześcią tego sporu. Ta nasza tożsamość zbudowana jest wokół rocka i popu, w którego powstanie i rozkwit, my Brytyjczycy, mieliśmy nie taki znowu mały wkład. Jednak jeśli chcesz grać jazz to siłą rzeczy musisz się odwoływać do całej amerykańskiej tradycji, bez której po prostu nie byłoby tej muzyki. Z drugiej strony jesli chcesz zawieźć swój jazz z powrotem do Ameryki to byłoby nierozsądne próbować proponować im to co oni sami już wymyślili, co potrafią grać i co, szczerze mówiąc, robią prawdopodobnie 10 razy lepiej niż jakikolwiek muzyk europejski. Natomiast zgadzam się, że na scenie europejskiej, zwłaszcza festiwalowej, dokonuje się teraz swego rodzaju przełom. Powstaje europejska wersja muzyki improwizowanej, która bardzo nawiązuje do muzyki klasycznej i ten kierunek nie jest nam niemiły, pod warunkiem wszakże, że taką muzykę można okreslić jako rozrywkową, a nie czysto akademicką..


Maciej Nowotny: W Polsce wielu krytyków i część publiczności wykazuje oznaki zmęczenia jazzowymi trio. Wyrażają opinie, że graniczy z niemożliwością powiedzenie czegoś nowego w tym formacie. Jak na to odpowiesz biorąc pod uwagę, ze przyjeżdżasz na JAZZART FESTIVAL właśnie z jazzowym trio?

Neil Cowley: Odpowiedziałbym tak, że nie dziwię się im, bo mnóstwo trio brzmi tak jakby muzycy nie grali po to, aby ludzi bawić. Jednak nasze brzmienie jest inne, właśnie ze względu na te wszystkie wpływy, w tym popowe, o które pytałeś. Gramy zupełnie inaczej niż się przez dziesięciolecia przyjęło grać w trio w jazzie. Chcemy rozwinąć ten format nadając mu taki kształt, który zachowa cechy muzyki rozrywkowej. Chcemy, aby muzyka tworzona w jazzowym trio znowu wywoływała emocje: entuzjazm, melancholię, smutek i śmiech. To ma być i jest pełnokrwisty show! To, że chcemy nawiązać kontakt z publicznością i wywołać wszystkie te emocje uważam, że jest odświeżające jeśli chodzi o ten format i tak krytycy jak i publiczność przekonają sie o tym jeśli przyjdą na nasz koncert na JAZZART FESTIVAL.

Maciej Nowotny: W jazzie trochę inaczej niż w muzyce pop jest często potrzebny czas, aby odsiać ziarno od plew czyli określić co było na naprawdę wartościowe, a co było tylko  sezonową sensacją. Kiedy w roku 1964 umierał Eric Dolphy był w zasadzie kimś kompletnie nieznanym publiczności, ale dzisiaj uważany jest za giganta jazzu podobnie jak Miles Davis, John Coltrane czy Ornette Coleman. Jak sądzisz gdzie będziesz za 20 lat ze swoją muzyką? Za jakie jej cechy może ona być nawet po latach pamiętana?

Neil Cowley: Moją jedyną ambicją jest robić za 20 lat to co teraz robię czyli tworzyć opowieści przy pomocy muzyki, bez słów. Pociesza mnie, że można to robić bez względu na wiek, pod warunkiem, że ma się energię, radość z tworzenia i po prostu z życia, niezbędną by poruszać publiczność. Nie myślę o tym jak moja muzyka będzie odbierana w przyszłości, bo częścią grania jazzu jest to, że ważne jest to co dzieje się tu i teraz. Muzyka przychodzi w całej swej potędze właśnie wtedy, gdy się jej nie spodziewasz, dlatego moim motto jest “łap tę chwilę”!

 

czwartek, 08 marca 2012

Kościół Najświętszego Zbawiciela wynurza się spośród prozaicznych i przyciężkich budynków socrealistycznej zabudowy MDM-u jak czysty i nieskalany arktyczny lodowiec. Budynek jest akrobatyczną mieszanką baroku, neogotyku i modernizmu i niewiele brakowało by w ogóle nie powstał. W ogłoszonym w roku 1901 konkursie wygrał projekt Stefana Szyllera, architekta gmachu Politechniki i Zachęty. A tymczasem komitet budowy kościoła wywołał skandal wybierając do realizacji koncepcję Józefa Piusa Dziekońskiego. Może takie było po prostu przeznaczanie, pomyślałem, odrywając wzrok od świątyni i kierując się ku położonej zaledwie kilka metrów od niej kawiarni “Karma”, gdzie w piątkowy, styczniowy poranek umówiony byłem na rozmowę z Wacławem Zimplem.

 

Maciej Nowotny: Grasz muzykę free, niech zatem i ten wywiad odbywa się na zasadzie wolnych skojarzeń, asocjacji. Siedzimy w kawiarni o nazwie “Karma” i jak szukam skojarzenia z tą nazwą to przypomina mi się wydany w roku 1969 album Pharoaha Sandersa o takim właśnie tytule. Na płytach Twoich najważniejszych formacji czyli Unidivided i Hery dużo podobnych jak na tamtej płycie klimatów: odkrywania innego świata, duchowości, transcendencji, podróży do źródeł. Coltrane to zaczął, ale nie on jeden, to się unosiło wtedy w powietrzu...

Wacław Zimpel: W moim odczuciu, żyjemy obecnie w bardzo podobnych czasach. W czasach wielkich przemian w świadomości. W latach 60tych miała miejsce całkowita zmiana paradygmatu. Pękły stare schematy, a wiele tabu zostało przełamanych. Ta rozwijająca się błyskawicznie świadomość uwolniła wiele twórczych procesów, nie tylko w jazzie. The Doors, Hendrix, Joplin - to był powrót do szamanizmu, do rytuałów o których świat zapomniał. Czuję szczególny związek z tamtymi czasami, ponieważ wydaje mi się, że ludzie zbliżyli się wówczas do samych siebie. Myślę, że dzisiaj, dzięki doświadczeniom tamtego pokolenia, możemy w bardziej kontrolowany sposób zagłębić się w tajemnice świadomości.

MN: Nie rozumiem. Możesz to rozwinąć?

WZ: Uważam, że chodzi zawsze o to samo, czyli o poznanie samego siebie. A  rewolucja kulturowa lat 60tych przyspieszyła wiele procesów ewolucyjnych. W muzyce, którą gram, najbardziej zależy mi na powrocie do rytuału, dzięki któremu muzycy wraz z publicznością mogą zagłębić się w doświadczenie. To jest dla mnie najważniejsze, a nie tworzenie nowych rzeczy. Zgadzam się z Lutosławskim, który powiedział, że to co w sztuce nowe, jest tym, co się najszybciej starzeje. Obecnie pojęcie awangardy nastręcza dużo problemów, często odciąga od meritum i prowadzi do zachwiania proporcji pomiędzy wyrażaniem treści w sztuce, a nowymi środkami wyrazu. Mam wrażenie, że w większości środowisk twórczych właśnie nowe środki wyrazu stają się istotą, a nie treść. Także w takim potocznym znaczeniu, nie czuję się twórcą awangardowym.

MN: Wiele osób zdziwi się tym, że wg Ciebie Hera to nie awangarda!!!

WZ: Przyjęło się uważać, że pod hasłem "awangarda" kryje się coś nieprzystępnego. Nie chcę grać muzyki nieprzystępnej. Chcę grać muzykę, która oczyszcza, która daje również pewne odpowiedzi. Współczesne środki wykonawcze są dla mnie wypadkową procesu twórczego a nie celem. Nie przepadam za tym bardzo europejskim sposobem myślenia, który mówi, że musimy wyprzedzać, tworzyć nowości, być zawsze z przodu. A tak naprawdę czy słuchaczy interesują te nowe trendy? Sądzę, że niespecjalnie. One interesują niektórych muzyków, a najbardziej krytyków. Dla mnie nie taka jest rola muzyki. Jest nią doświadczenie prowadzące z jednego stanu w drugi. Rytuał, umożliwiający przejście do stanu, w którym kolektywnie improwizujący muzycy, są równie mocno zaangażowani w proces jak słuchacze.

MN: Możesz powiedzieć coś więcej o tym stanie?

WZ: O tym stanie tak naprawdę ciężko jest coś powiedzieć. To jak opisywanie smaku, którego nigdy nie poznałeś. Nawet najlepiej opisujące go słowa nie będą w stanie zastąpić samego doświadczenia. Mam nadzieję, że ludzie którzy przychodzą na koncerty odczuwają to i zabierają to przeżycie ze sobą. A potem wracają po więcej. Moim marzeniem jest aby muzyka, którą gram była wyzwalająca. Ta idea przyświeca wszystkim muzykom z zespołu Hera.

MN: Jeśli zatem to nie awangarda to skąd wzięła się ta muzyka? Podyktowali Ci ją starożytni bogowie, których spotkałeś w trakcie podróży po Sycylii?

WZ: To wszystko zależy od tego w jakiej przestrzeni się poruszamy, jakie współrzędnie przyjmiemy. Jeśli weżmiemy pod uwagę świat zupełnie racjonalny to oczywiście takie dywagacje nie mają sensu. Natomiast jeśli pójdziemy wyżej w transracjonalny świat to wydaje mi się, że w sztuce jest bardzo dużo niewytłumaczalnych zjawisk. Weźmy Mozarta, w jego rękopisach nie ma  ani jednego skreślenia. On swoje partytury, jakby z matrycy przepisywał na czysto. Ciężko to pojąć... Ta magia dotyczy także muzyki improwizowanej. Jak wyjaśnić na przykład fakt, że kilka razy zdarzyło się, że w Reed Trio rozpoczynając free improwizowany utwór, jednocześnie zaczynaliśmy wszyscy od tego samego dźwięku?

Muzyka nabiera życia, dopiero kiedy pojawi się w niej jakiś niewytłumaczalny pierwiastek. Piąty element. Napisałem wiele utworów, które zagrałem raz czy dwa razy i nie  było sensu do nich wracać, bo pomimo dobrze zakomponowanej formy, nic w nich nie było. Ale zdarzają się takie, które żyją dłużej, bo jest w nich coś, czego nie umiem nazwać.

Na przykład taki utwór Cefalu z pierwszej płyty Hery jest dla mnie szczególnie ważny. To taki prosty temat w dwugłosie, który właściwie sam się napisał. Siedziałem długo w normańskiej katedrze w Cefalu, którą wzniósł na początku XII w. król Roger II. Niezwykła budowla, surowe piękno piaskowca, złoto bizantyjskich mozaik w apsydzie. Nagle zacząłem słyszeć dźwięki, które wydobywał wiatr przedostający się przez jakieś szczeliny do wnętrza. Były tak konkretne i sugestywne, że nie pozostało mi nic innego jak zapisać je i tak powstał ten utwór.

MN: Wrócę do tego stanu, o którym wspominałeś wcześniej? Co miałeś na myśli?

WZ: Tak jak już mówiłem, bardzo ciężko mówić o tym stanie. Poza samym doświadczeniem, którego ciągle szukam, chyba tylko sztuka może się zbliżyć do nazwania jego istoty. Ten wiersz Kabira Abode of the Beloved, którego strofy stały się tytułami utworów na drugiej płycie HERY, niesamowicie opisuje ten stan.

Tęsknota za tym niedualnym stanem była inspiracją dla nas kiedy nagrywaliśmy tę płytę. Zresztą ciągle właśnie to nas inspiruje.

MN: To w ogóle jakaś nadzwyczajna historia, że oto  gdzieś tam w Nowym Orleanie, w dzielnicy czarnych  prostytutek i złodziei, paru gości zaczyna grać coś co tak naprawdę jest muzyką do tańca. A potem to nie wiadomo dlaczego rozwija się tak bujnie, że my jeszcze 100 lat po tym wydarzeniu, chociaż muzyka całkowicie zmieniła się od tamtego czasu, a może właśnie dlatego, rozmawiamy o niej. Bo jazz ciagle żyje i rozwija się! Moja hipoteza jest taka, że dzieje się tak dlatego, że w tej muzyce jest właśnie ten pierwiastek duchowy...

WZ: No cóż, całkowicie się z tym zgadzam. Tak naprawdę duchowość jest wszędzie i zawsze czy tego chcemy czy nie. Natomiast w przypadku początków jazzu, to niezwykłe w tej idei jest to, że nie chodzi o to, żeby się zmieścić w szablonie, tylko o prawo wyrażania swoich emocji, takimi jakie one są. Kiedy muzyka jest prawdziwa, to ta wolność fascynuje i otwiera. Zarówno muzyków jak i słuchaczy, dlatego ta idea jest wciąż żywa.

Takie obcowanie z muzyką może być oczyszczające, zupełnie jak w rytualnej muzyce afrykańskiej gnawa, gdzie poprzez trans dusza powraca do równowagi i zdrowia.  

MN: Przy okazji gnawa wspomniałeś o transie, on jest obecny oczywiście w jazzie od samego początku, poprzez te nuty afrykańskie, które przeszczepili na grunt muzyki amerykańskiej czarni muzycy. Na Twoich najnowszych płytach czyli “Move s Between Clouds”, a zwłaszcza “Where My Complete Beloved Is” trans odgrywa wielką rolę. Mam wrażenie, że w polskim jazzie, a nawet szerzej w muzyce tego transu było mało...

WZ: W ludowej muzyce było go mnóstwo! Weź takiego oberka, a jeszcze lepiej mazurka. On mi wręcz przypomina taniec derwiszów.

MN: Wow! Ale skojarzenie! Przypomniała mi się teraz ciekawa historia Wojciecha Bobowskiego znanego jako Ali Bej Ali Ufki. Postać w Polsce całkowicie nieznana, a w Turcji jest uważany za twórcę muzyki ottomańskiej. W roku 1638 jako dwudziestolatek został porwany przez tatarski podjazd,  historia jak z “Pana Wołodyjowskiego”, i sprzedany do Turcji. Życie ocaliła mu mi.in. znajomość notacji muzycznej, uczył się na organistę, dzięki której zamiast trafić na plantację gdzieś w północnej Afryce znalazł się na dworze sułtana. Słuchając jego muzyki, której wiele napisał dla sufickich bractw derwiszów, zawsze miałem poczucie, że pobrzmiewają mi w niej jakieś znajome nuty... czyżby te z oberka czy mazurka...?...

WZ: Ja myślę, że to wszystko jest stare jak świat i wszechobecne. Tak naprawdę jest to jedna wielka oświecona myśl przenikająca cały świat, bez względu na miejsce i czas.

MN: Wspomnieliśmy oberki i mazurki, to na koniec pytanie dotyczące polskiej sceny: co Ci się na niej podoba a co nie?

WZ: Podoba mi się to, że jest coraz więcej ludzi, którzy mają bardzo silną koncepcję tego, co chcą robić. Jetem wielkim fanem Raphaela Rogińskiego. Abstrahując od wielu jego znakomitych projektów, jest to człowiek, który otworzył wielu muzyków na głębsze postrzeganie muzyki. Mnie również bardzo udzielił się jego wyjątkowy sposób widzenia różnych tradycji muzycznych jako przejawu tej samej energii. Podoba mi się także ruch, który Marcin Masecki zainicjował w polskich klubach, nadając nowe życie muzyce klasycznej. Uważa, że niezwykle ważną postacią jest Mikołaj Trzaska, który poza tym, że jest genialnym muzykiem, potrafi inspirować ludzi do ich własnych, indywidualnych poszukiwań, czego wielokrotnie sam doświadczyłem.

Podoba mi się to, że coraz częściej muzycy z różnych przestrzeni spotykają się ze sobą razem - muzycy klasyczni z muzykami improwizującymi, muzycy mainstreamowi z muzykami freejazzowymi, muzycy freejazzowi z muzykami ludowymi, po prostu ludzie zaczynają coraz bliżej ze sobą współgrać i dużo ważniejsze jest to, że każdy ma coś do zaproponowania niż to, że ktoś czegoś nie potrafi, czy że ktoś czegoś nie robi.

MN: A czego Ci brakuje?

WZ: Chyba najbardziej brakuje mi świadomego, społecznościowego podejścia, muzyków i organizatorów życia muzycznego. Stąd pomysł na serię koncertową "HERA w Składzie Butelek", który zresztą przyszedł mi do głowy po pobycie w Chicago. Tam muzycy działają w zupełnie innych realiach, bo Stany Zjednoczone uniemożliwiają życie z muzyki. Ci którzy z niej się utrzymują muszą grać w Europie. To co jest niesamowitego w tamtych społecznościach, to fakt jak oni są niesamowicie zorganizowani. W Chicago jest przynajmniej pięć czy sześć miejsc, w których gra się bardzo dobrą, aktualną muzykę. Chicagowscy muzycy działają systemowo. Dave Rempis w środy bukuje koncerty w galerii “Elastic”, Ken Vandermark w czwartki w Hideout, Jim Baker gra co tydzień w Beat Kitchen, a jak jeszcze był Velvet Lounge to regularnie grał tam Fred Anderson. Jeżeli ktoś mieszka tam i faktycznie gra to znaczy, że naprawdę bardzo chce to robić. U nas sytuacja zmierza w podobnym kierunku, ciężko będzie wyżyć z samej muzyki, dlatego aby przetrwać powinniśmy uczyć się od nich właśnie społecznościowego podejścia, tego by bardziej dbać o siebie nawzajem, wyciągać rękę, żeby robić więcej rzeczy wspólnie, bo w tym jest siła.

(Wywiad ten ukazał się w lutowym numerze miesięcznika JazzPressu, który możecie pobrać na tej stronie: http://jazzpress.pl/)

 

środa, 15 lutego 2012

 

Maciej Nowotny: Dziesiątki, może setki młodych muzyków rocznie opuszcza mury szkół muzycznych, wielu z nich chce grać jazz, ale olbrzymia większość gra mainstream i to w niemal dokładnie taki sam sposób jak w epoce Milesa czy Coltrane’a. Jak skomentujesz taką sytuację?

 
Mikołaj Trzaska: Skomentuję to tak, że w moim pojęciu ja jestem muzykiem mainstreamowym. Bo dla mnie jazzowy mainstream to muzyka aktualna, która cały czas jest stwarzana na bieżąco, w tym czasie, w którym żyjemy, chociaż kontynuuje pewną tradycję. Jest taki język, który nazywamy mainstreamem: granie standardów, granie tradycyjne tak jak w latach 50tych czy 60tych, ale pamiętajmy, że w tamtej epoce, to nie był mainstream, to była muzyka rewolucyjna, to była muzyka aktualna! Bo jazz w moim pojęciu to taka muzyka, która odpowiada na pytanie: czym świat jest dzisiaj, bo jazz to zawsze to była muzyka społeczna, związana z socjalem, z bytem. A młodzi muzycy po prostu odtwarzają często jazz, który powstał dawno temu i obecnie oderwany jest od bieżącej sytuacji.

Podsumowując, dobrze, że grają te wszystkie standardy, bo trzeba to znać, ja też tego słucham, podobnie jak jazzu z lat 40tych, 30tych, a nawet wcześniejszych, ale niepokojące jest myślenie, które traktuje tamtą muzykę jako ideał, do którego trzeba dążyć, pilnie ćwiczyć, aby móc któregoś dnia zagrać jak Ci wielcy sprzed lat, tylko, że się okazuje, że nie ważne jak długo byś ćwiczył to „So What”, to ono nigdy nie brzmi wystarczająco dobrze, nigdy nie zabrzmi jak tamto zagrane przez Milesa…

Powiedziałbym młodym: to co robicie to jest  jak ściganie się z koniem, a z koniem nikt nie wygra, chyba że… sam jedzie na koniu!

Dobrym przykładem jest Maciek Sikała, któremu bardzo wiele zawdzięczam, bo jak wiesz nie jestem muzykiem klasycznie wykształconym, a on nauczył mnie mnóstwo rzeczy, zawsze oddaję mu pokłon.  On jest dla mnie przykładem jakie dzisiaj powinno być podejście do mainstreamu: dla niego przeszłość to kontekst, w którym porusza się swobodnie dzięki swej olbrzymiej wiedzy muzycznej i która pozwala mu szukać własnego stylu.
 
Maciej Nowotny: W Warszawie jest pomysł, żeby na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina uruchomić Wydział Jazzu, ale rektor tej Akademii powiedział, że jest to niemożliwe, ponieważ brakuje muzyków z tytułami naukowymi – doktorów, doktorów habilitowanych, profesorów – kto ma uczyć takiego jazzu, o którym mówisz?

Mikołaj Trzaska: Osobiście nie znam doktora habilitowanego, który grałby jazz na tyle dobrze, aby mnie tym poruszył, a jednak muzyka jazzowa jest od tego, aby poruszała, mówiła o świecie osobistym i intymnym. Dobrym przykładem jest tu uczelnia w Katowicach, która kapitalnie uczy rzemiosła i na pewno są tam nauczyciele, którzy wiedzą o co chodzi w muzyce, uczą formy, uczą takich rzeczy i rzeczywiście dla kogoś kto potrzebuje wiedzieć, kto potrzebuje znać to znakomita edukacja, na pewno pełna wiedzy. Natomiast jest jedna rzecz z tym związana, jedno pytanie, które chciałbym zadać: czy jest to uczelnia artystyczna? Chyba nie. Wiem, że mam tam wielu wrogów, wśród profesorów, nauczycieli, doktorów habilitowanych, ale jednak chciałbym przypomnieć czym muzyka jazzowa jest: muzyka jazzowa może być prosta, może być naiwna, ale musi być prawdziwa. Jazz to nie jest muzyką, która mogłaby się oprzeć jedynie na wirtuozerii, bo czymże wirtuozeria jest? Dla mnie prawdziwa wIrtuozeria polega na tym, że wystarczą trzy proste dźwięki, aby wyrazić siebie, swoją indywidualność. W tym kontekście wirtuozerią na pewno nie jest znajomość i posługiwanie się wszystkimi skalami. Nie chodzi o to by umysł był elokwentny jak rzeka. Chodzi o to, by mówił językiem serca, rozumu czasem, czemu nie? Zróbmy tak by ludzie mogli słuchać jazzu nie tylko w sensie snobistycznym, żeby ta muzyka nie była tylko na bankietach i salonach, ale zróbmy tak, żeby przychodzili jej słuchać młodzi ludzie, którzy nie mieli z tą muzyką wcześniej do czynienia, żeby wiedzieli, że to jest też trochę o nich, o naszych czasach, o tym, że Pathfinder już dawno wylądował, ze mamy na świecie konflikty, rzeczy straszne i piękne, tylko w muzyce musi o tym być, przy czym nie chodzi o modę, nie o to, że wszyscy nagle zaczynają kopiować Kenny Garretta! Z umiejętnościami technicznymi jest w muzyce trochę jak z nowymi modelami samochodów: wchodzi nowy model Mercedesa i wszyscy chcą go mieć. Można pracować ciężko, żeby sobie taki samochód kupić, natomiast w moim zdaniem w muzyce nie chodzi o kupowanie czegoś wyprodukowanego przez innych…
 
Maciej Nowotny: Czy wyobrażasz sobie taką sytuację, że Mikołaj Trzaska, legenda polskiej awangardy, prowadzi warsztaty na warszawskiej Akademii Muzycznej z improwizacji?

Mikołaj Trzaska: Jak najbardziej i to jest moje marzenie! Mam kilka takich marzeń i to jest jedno z nich: bo mam takie doświadczenie, które mogłoby zainteresować innych muzyków, szczególnie tych świetnie przygotowanych, które mogłoby być im pomocne, które pomoże znaleźć im swój własny język. Powiem tylko tak: w dawnych czasach mówienie jakiemuś muzykowi, że jest podobny do Lestera Younga czy Dextera Gordona było po prostu obrazą, a dzisiaj ludzie szczycą się, że grają prawie tak dobrze jak Kenny Garrett. Coś jest do góry nogami w takim myśleniu!
Ja zajmuję się uczeniem, prowadzę takie warsztaty i dużo studentów z różnych akademii, którzy bardzo w tej chwili chcieliby być anonimowi przyjeżdża do mnie do Gdańska albo wydzwania albo pisze mejle, że chcieliby się ze mną spotkać i żebym ja im pokazał jak się wydaje taki dźwięk albo jak się buduje taki język. W tej chwili jesteśmy w takim świecie, w którym cały czas wszystko się powiela, trochę nie ma na to siły, natomiast przekonać w tej chwili, dzisiaj, ludzi do tego, że najważniejszy jest osobisty język, to jest niezwykle trudne. Ja nie polecam ludziom takiej drogi jaką sobie obrałem, to jest droga ciężka, może rzeczywiście łatwiej zarobić gdzieś grając rzeczy łat wiesz i prostsze, znane, no bo ludzie chcą słuchać rzeczy znanych, bo za tym stoi mechanizm psychologiczny, który ich uspokaja, czują, że są w domu, że nic im nie zagraża. Natomiast myślę, że własny prywatny język jest czymś co zmusza do jakiegoś wewnętrznego ruchu, do myślenia, acha, jest jakiś nowy język i może warto byłoby go poznać. Tylko to. To nie jest nic specjalnie wielkiego. Taka jest zasada grania muzyki jaką jest jazz…

 

Wywiad ten ukazał się także na portalu jazzarium.pl

10:53, trener66 , Wywiady
Link Komentarze (6) »
sobota, 11 lutego 2012

Zapis niezwykle przyjemnej, ale i interesującej rozmowy jaką miałem okazję prowadzić z Agą Zaryan przy porannej kawie. Jej zapis ukazał się w styczniowym numerze miesięcznika JAZZPRESS (link do ściągnięcia za FREE). Pod tekstem znajdziecie podcast do posłuchania z moją audycją Kocham Jazz w radioJAZZ.FM, której gościem była właśnie Aga.


Maciej Nowotny: Aga, wiele jest już wywiadów o Twojej najnowszej, wydanej w tym roku płycie „Księga Olśnień", na której śpiewasz piosenki do tekstów napisanych przez Czesława Miłosza i jego ulubione poetki. Jednak w trakcie tego naszego spotkania chciałbym Cię zapytać o inne sprawy, tak aby nasi czytelnicy lepiej Cię poznali. Co o tym myślisz?

Aga Zaryan: Dobry pomysł. O tej płycie jest już mnóstwo informacji. Pytaj o co chcesz.

MN: Żyjesz muzyką. Emanujesz pasją i entuzjazmem. Tak było podczas naszego spotkania w audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem Twojej miłości do muzyki. Czy to miłość na całe życie i skąd ona się bierze?

AZ: Jeśli tylko pozwoli na to mój głos nigdy nie przestanę śpiewać! A czym jest dla mnie muzyka? Ucieczką od rzeczywistości. Azylem. To coś mojego czego nikt nie może mi odebrać. Różne rzeczy się mogą dziać w moim życiu, ale to jest ta rzecz stała. To jest moja pasja, nie traktuję tego jako wyłącznie pracy i nie wyobrażam sobie bym sobie poradziła gdyby mi to odebrano. Takie momenty jak przebywanie na scenie, praca nad płytą to jest ucieczka od szarej rzeczywistości w abstrakcyjną niezwykle przyjemną krainę. To jest, Maciej, jak sen na jawie, czasami jak nirwana. Oczywiście momenty tej nirwany nie zdarzają się często, wręcz bardzo rzadko, bo żeby ten moment magii powstał w trakcie koncertu czy w studiu to się musi bardzo wiele elementów połączyć. To musi być „ten dzień" dla wszystkich muzyków, którzy są ze mną na scenie lub w studiu, dla publiczności również, bo ona jest niezwykle ważna, istotna jest też aura miejsca etc. To nie jest tak proste, że to cudowne doświadczenie jest nam dane raz na zawsze. W tym sensie muzyka działa jak narkotyk: cały czas się starasz, próbujesz przełamywać własne bariery i ograniczenia, żeby znowu to przeżyć...

MN: Co to są za bariery i ograniczenia, które Ciebie krępują?

AZ: Zawsze chce się zagrać lepiej, ale... tu nie chodzi o czystą ambicję. Nadmierna ambicja przeszkadza moim zdaniem w tworzeniu dobrej muzyki. To jest w ogóle ciekawa sprawa, bo granie muzyki jest niezwykle powiązane z psychologią: jedna sprawa to technika, na przykład jak szybko ktoś potrafi zagrać pasaż na fortepianie, lub jak wysoko ktoś da radę zaśpiewać, a druga sprawa ile w tym jest uduchowienia, prawdziwej sztuki działającej na emocje słuchacza. Mnie nie wzruszają występy
muzyków czy wokalistów, którzy chcą mi coś udowodnić, zrobić na mnie tanie wrażenie. Mnie  ociąga w muzyce jakaś tajemnica, niedopowiedzenie, zapas, coś co trudno określić słowami. Lubię artystów niejednowymiarowych, zaskakujących, takich, u których czuję ciągły proces twórczy podczas wykonywania danego utworu. Dużo zależy od tego w jakiej muzyk jest formie psychofizycznej. Jazz to jest muzyka interakcji i jeżeli udaje Ci się osiągnąć skupienie na improwizacji to jesteś w stanie pójść za tym co grają inni muzycy, zareagować na subtelne zmiany, dodać od siebie coś czego jeszcze nie było, jednocześnie zachowując spójny obraz tej muzyki. Dla mnie jest bardzo ważne, aby muzyka na danej płycie miała czytelną tożsamość. Dlatego każdy mój projekt to jest zaczynanie wszystkiego od początku. Dzięki temu każda płyta jest inna, a muzyka mam wrażenie zachowuje świeżość. Weź przykład albumu 'Picking Up The Pieces': minęło już ponad 5 lat od jego wydania, a właśnie otrzymałam wiadomość, że zyskał status podwójnej platynowej płyty. Ta płyta cały czas się sprzedaje, cały czas sięgają po nią nowi słuchacze, to jest niesamowite! A wracając do Twojego pytania o ograniczenia. Mam wrażenie, że znalazłam swój język muzyczny i staram się w nim doskonalić. Nie mam skali głosu Chaki Khan czy mocy głosu Sarah Vaughn, ale to nie przeszkadza w znalezieniu swojej muzycznej przystani. Najważniejsze to widzieć swoje atuty i braki w sposób realistyczny.

MN: Kiedy się zastanawiam co wyróżnia Twoje płyty i Ciebie spośród innych wokalistek jazzowych to chyba właśnie to, że nieraz przekraczasz granice jazzowej wokalistki. Na przykład „Księga Olśnień" to dla niektórych poezja śpiewana a nie jazz: jak zareagujesz na takie opinie?

AZ: Nie lubię eklektyzmu w muzyce stąd dbałość o artystyczną tożsamość moich kolejnych płyt. Ale to nie oznacza, że jestem konserwatywną wokalistką jazzową! Cały czas rozglądam się dookoła, mam uszy szeroko otwarte, szukam nowych muzycznych wrażeń. Na przykład kiedy jeździłam jako dwudziestolatka do Nowego Jorku miałam okres fascynacji neo soulem: Erykah Badu, India Arie, Angie Stone czy Jill Scott. A jeśli chodzi o „Księgę Olśnień" to trochę rzeczywiście w tym jest tej tradycji polskiej poezji śpiewanej jaką uosabia wspaniała Wanda Warska czy niezwykła Ewa Demarczyk. Mój śpiew nie jest zabarwiony aktorskim przekazem, ja nie daję sobie zadania aktorskiego. Jeśli wykonuję jakieś gesty to przychodzą one naturalnie, nie ćwiczę ich wcześniej, nie przygotowuję. To samo z głosem, chcę żeby on brzmiał naturalnie, bez tej „nadinterpretacji" tak charakterystycznej dla piosenki aktorskiej. Dlatego płyty "Umiera Piękno" i "Księga Olśnień" nie nazwałabym poezją śpiewaną czy piosenką aktorską, tylko ewentualnie piosenką poetycką, muzyką pisaną do poezji, ale śpiewaną jak zwyczajne piosenki.

MN: Aga, a powiedz teraz co Ci się w jazzie nie podoba? Co budzi Twoją niechęć?

Jestem otwarta na nowe trendy w jazzie, przykładem jest to co dzieje się teraz w Nowym Jorku, wśród młodych muzyków. Weź chociażby takie nazwiska z mojej wytwórni, z Blue Note, jak Aaron Parks i Robert Glasper. Oni są młodymi pianistami, którzy lubią eksperymentować, ale słychać, że znają też Errola Garnera czy Arta Tatuma, cały ten jazzowy kanon. Przeraża mnie to, że są młodzi muzycy, a nawet pianiści, którzy tego nie znają, nie interesuje ich to, mają historię jazzu w nosie, bo
to jest stare i mało trendy. To co oni mogą grać? Jaką muzykę? Są młodzi, którzy myślą, że tworzą coś nowego, że grają awangadrę i tworzą coś nowego, a prawda jest taka, że kilkadziesiąt lat temu powstawała taka awangarda, że buty spadają, czyli to już też było. W każdym razie mieszanie gatunków i innowacje jak najbardziej, ale chodzi o to, żeby ten dobór środków był smaczny, gustowny, z zachowanymi proporcjami. Chociaż zdaję sobie sprawę, że smak jest czyś subiektywnym... Lubię piękno w muzyce, wysublimowaną harmonię, zgrabną wzruszającą melodię, stąd moja miłość do standardów jazzowych, mimo że już ich nie nagrywam, a śpiewam
tylko okazjonalnie. Mimo to nadal uważam, że jazzman powianiem umieć zagrać z pamięci Body and Soul czy Night in Tunisia. To jest nasze abecadło. Lubię też jak dzieło ma jakąś myśl przewodnią, wspominałam o tym przy okazji pewnej spójności artystycznej moich własnych projektów. Ja lubię być prowadzona jakąś myślą muzyczną. Lubię jak artysta ma wyraźną osobowość. Dam Ci przykład: wracam do Billa Evansa, ale też do Theloniusa Monka. Wiadomo, że styl tych dwóch pianistów to całkowite przeciwieństwo, ale łączy ich to, że wystarczy kilka taktów i wiesz kto gra.

MN: Zmieńmy temat na nieco lżejszy. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia: z kim chciałabyś zaśpiewać kolędowy duet?

AZ: Z podwórka światowego z Joni Mitchell: ona jest dla mnie artystką z wizją, sama pisze swoje utwory i genialne teksty, gra na gitarze i jest malarką, jej obrazy często znajdują się na okładkach jej płyt. Jest skłócona ze światem show businessu, bo nie podoba się jej dokąd ten świat zmierza. Niestety rzadko występuje, przez to szanse na nasze spotkanie są bliskie zeru, ale byłoby niesamowite móc z nią zaśpiewać. Z polskiego podwórka zaśpiewałabym ze Staszkiem Soyką, podziwiam jego oryginalność i kreatywność. Jest charakterystyczny. Oczywiście mnóstwo jest pań, z którymi zaśpiewałabym z przyjemnością: Grażyna Łobaszewska, Lora Szafran, Ula Dudziak, Grażyna Auguścik wymieniać by długo... Każda ma ten swój muzyczny świat, który jest mi w jakiś sposób bliski.

MN: A z tych wokalistek i wokalistów, którzy debiutują: kto Ci się podoba?

AZ: Dużo jest utalentowanych ludzi, którzy zaczynają od śpiewania jazzu, ale niewielu jest w stanie na tej drodze wytrwać. Zbaczają z niej, bo śpiewanie jazzu to bardzo żmudna droga. Zresztą nawet jak ciężko pracujesz to i tak bez łutu szczęścia nie da się zrobić kariery. Stąd w Polsce sytuacja jest taka, że młodych ludzi śpiewających dobrze jazz mamy niewielu. Podoba mi się młodziutka Monika Borzym. Album nagrała z uznanymi amerykańskimi muzykami jazzowymi, jej płytę zaaranżował sam Gil Goldstein. Zaśpiewała naprawdę dobrze, ale ciekawi mnie czy wytrwa w tej jazzowej rzece, bo już na debiucie wyczuwa się, że ciągnie ją w różne strony. Trzymam za nią kciuki, bo ma talent ! Trzeba mieć naprawdę silny charakter, aby osiągnąć coś w świecie jazzu, bo tu poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko. Zresztą jak spojrzysz na wielkie divy jazzowe to były baby z krwi i kości, bywały ostre, które umiały krzyknąć, tupnąć, walczyć o swoje. Ja pamiętam grania, gdzie jechałam z muzykami w jednym załadowanym po sufit samochodzie, obok mnie kontrabas, perkusja z tyłu. Jechaliśmy gdzieś na koniec Polski i jak wracaliśmy z koncertu to już właściwie bez pieniędzy, bo wszystko przepijaliśmy w barze. Czy granie latami w piano barach, gdy obok ludzie zajadają schabowego. Trzeba mieć naprawdę mnóstwo samozaparcia by w tym wszystkim wytrwać i wierzyć, że się uda. Ja nie miałam wyjścia, śpiewałam, czasami w trudnych warunkach, ale miłość do muzyki  była ważniejsza niż brak koncertów w prestiżowych klubach. Teraz tym bardziej doceniam swój sukces, bo nie przyszedł on z dnia na dzień. Dlatego trzymam kciuki za młodych i mam nadzieję, że wokalistyka jazzowa w Polsce jeszcze rozkwitnie i będzie lepiej promowana !

MN: Nasza rozmowa zbliża się do końca zatem wrócę na chwilę do Twojego tegorocznego albumu „Księga Olśnień". Jego bardzo silną stroną są teksty. Słuchając go na nowo odkrywałem wiersze Miłosza. Jest tam taki wers, który mnie poraził. Może ty też masz takie słowa, których nie możesz zapomnieć?

AZ: A jaki to wers Macieju tak Cię poruszył?

MN: O ile dobrze pamiętam: „A jeżeli drozd na gałęzi nie jest wcale znakiem, ale drozdem na gałęzi..."

AZ: „... jeżeli dzień i noc następują po sobie nie dbając o sens i nie ma nic na ziemi, prócz tej ziemi?" To wiersz „Sens", który należy do moich ulubionych. Czy to ludzie nadają czemuś magiczność czy coś jest magiczne samo w sobie? Niepokojące pytanie, które można zadać także w odniesieniu do muzyki, do piękna w ogóle...

MN: Miłosz jest jakimś problemem dla polskiej duszy. Niby kochał Polskę, a jednocześnie z niej drwił, niby był geniuszem, ale z wielkim dystansem do siebie. Autoironiczny, zupełnie nie nadaje się na wieszcza narodowego, roli, w której wielu chciałoby go obsadzić. Za te cechy nie jest przesadnie kochany w naszym kraju...

AZ: On był facetem z krwi i kości. Polecam Ci jego „Przydrożnego pieska". Tam widać jakie Miłosz miał podejście do rzeczywistości i do Polaków, do tego naszego poczucia, ze jesteśmy genialnym narodem podszytego potężnym kompleksem niższości.

MN: Czy był prekursorem nowego polskiego patriotyzmu, który chce się określić nie poprzez to co nas różni od innych narodów, ale tym co możemy wnieść oryginalnego do tego czym żyje globalna wioska?

AZ: Tak! I dlatego nie należy się bać spotkania z Miłoszem, bo on nie jest trudny, on tylko otwiera oczy na rzeczywistość. Kiedy ludzie przychodzą na koncerty, słuchają tej muzyki i dociera do nich tekst, nieraz płaczą ze wzruszenia, mówią, że nie tak wyobrażali sobie Miłosza. Tak samo zrobiłam na płycie 'Umiera piękno' poświęconej Powstaniu Warszawskiemu. Chciałam odczarować ten temat, pokazać , że tam walczyli i umierali młodzi ludzie, którzy tak samo jak dzisiaj młodzi ludzie chcieli
żyć, pić, tańczyć, kochać się, wcale nie myśleli, ze przyjdzie im umierać za ojczyznę. Szukali namiastki normalności w diabelskich drastycznych czasach.

MN: Mam wrażenie, że idziesz tutaj trochę pod prąd, zresztą 'Księga Olśnień' nie wywołuje samych ochów i achów...

AZ: Zdaję sobie z tego sprawę! Ale właśnie tego się nie boję i tego chcę: przeraża mnie muzyka  trywialna, zbyt oczywista, pod publiczkę. Chcę tworzyć muzykę, która nie stroni od tej dwuznaczności, jest złożona w interpretacji, wywołuje asocjacje. Miłosz mi w tym bardzo pomaga, bo on nie pasuje do żadnej szufladki, a to co pisał można interpretować na bardzo wiele sposobów. Wracając do wiersza, który przytoczyłeś: jego siła tkwi właśnie w nazwaniu tego co wszyscy czują, ale nie mają odwagi wypowiedzieć lub nie mają talentu, żeby ubrać te myśli w tak piękne frazy. Żeby tak pisać trzeba mieć miękkie serce, ale twardy tyłek.

MN: Właściwie to są to też cechy, bez których, jak mówiłaś wcześniej, trudno osiągnąć sukces w roli wokalistki jazzowej... 

Aga Zaryan: Może dlatego musiałam go zaśpiewać...

Autor: Maciej Nowotny (http://polish-jazz.blogspot.com/)



Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...