Blog audycji Kocham Jazz w radioJAZZ.FM w każdy wtorek 21.00-22.00 - zapraszam Maciej Nowotny

Felieton

wtorek, 03 grudnia 2013



“Tam skarb, gdzie serce Twoje” myślałem słuchając najnowszej płyty kontrabasisty Adama Kowalewskiego nagranej w duecie z pianistą Piotrem Wyleżołem, a zatytułowanej “For You”. Dla Ciebie, przez Ciebie, dzięki Tobie, z Tobą, o Tobie, Ty, Du, Vous, You odmieniane przez tysiące przypadków, w setkach języków. W emocji, z którą wymawiamy to słowo zawiera się właściwie to co najpiękniejsze z ducha naszej cywilizacji, co zauważył już Martin Buber i co się skrystalizowało w stworzoną przezeń filozofię dialogu. Lecz jak wyrazić ten zachwyt drugą osobą, tę wdzięczność, tę jej nieodzowność muzyką?

Otóż moim zdaniem żaden inny gatunek nie jest lepiej do tego stworzony niż jazz! W zgiełku symfonicznej orkiestry szept dwóch osób często staje się niesłyszalny. W rockowym ekshibicjonizmie intymność relacji dwojga esploatowana jest nierzadko w sposób pornograficzny. A w popie jej czar jakże często  ginie pod ciężarem hipokryzji, sztampy i zgranych do bólu klisz. Lecz w jazzie, jak para ptaków w gnieździe, relacja ja i Ty odnajduje dla siebie idealną muzyczną niszę.

Wśród wielu form jakie może ona przybrać duet fortepianu i kontrabasu należy do tych najbardziej wyszukanych. Nieogarniona paleta dźwięków jaką dysponuje fortepian kontrastuje z ograniczoną ich ilością jaką posiada kontrabas. Lecz oba te instrumenty dorównują sobie jeśli chodzi o bogactwo brzmienia. Pod warunkiem wszakże, że znajdą się w rękach muzyków o najwyższych kwalifikacjach, którzy dodatkowo potrafią siebie nawzajem słuchać. Stąd najlepsze duety tego rodzaju nigdy nie są dziełem debiutantów. By mieć coś dopowiedzenia w tym formacie nie wystarczą entuzjazm, energia i “chęć szczera”. Potrzebna jest dojrzałość, a nawet pewnego rodzaju głębia, tak muzycznej wiedzy jak i relacji między muzykami.

Najbardziej interesujące nagrania tego typu zadzięczamy takiemu na przykład Charlie Hadenowi, z których te dokonane z Hankiem Jonesem i Keithem Jarrettem należą do moich ulubionych. Inne szczególnie przeze mnie cenione zostały dokonane przez Paula Bleya z Gary Peacockiem, Cedara Waltona z Ronem Carterem, Stefano Bollaniego z Aresem Tavolazzim czy wreszcie przez legendarnego Billa Evansa z Eddim Gomezem na albumie zatytułowanym “Intuition”. Jak Państwo widzą wszystko to są nazwiska artystów o ustalonej marce, mających za sobą wiele sukcesów. Czy zatem dla Kowalewskiego i Wyleżoła nie było za wcześnie? Otóż nie! Obaj mają przecież za sobą znaczące kariery. Wyleżoł nie jest tak znany jak Możdżer czy Wasilewski, ale należy do tej garstki pianistów w naszym kraju, która nikogo nie udaje, nie naśladuje, nie imituje i może sobie pozwolić na mówienie własnym językiem. Z kolei Kowalewski od ponad dekady należy do najbardziej rozchwytywanych muzyków sesyjnych w naszym kraju.

Obaj spotkali sie po raz pierwszy ponad dekadę temu, a zwieńczeniem tego okresu była nagrana w 2001 w trio, z udziałem perkusisty Łukasza Żyty, płyta “Yearning”. Potem współpracowali przez dobrych kilka lat grając w zespole towarzyszącym angielskiemu skrzypkowi Nigelowi Kennedyemu. Wreszcie kiedy niedawno  przyśpieszenia nabrała kariera samego Wyleżoła nie mogło zabraknąć u jego boku Kowalewskiego, czego dowodem jest jego obecność na wyśmienitej płycie “Live” wydanej w roku 2010. Wkróce potem, w roku 2011, artyści nagrali materiał na “For You”, ale niestety przeleżał on w szufladzie kolejne aż dwa lata czekując na wydawcę. Wydawca polski się nie znalazł, ale w końcu zachwycił się nim Jan Sudzina prowadzący słowacki label “Hevhetia”, który zdecydował się go wydać zyskując w ten sposób prawdziwą perłę w swym katalogu.

Muzyka na płycie nie goni za nowością, nie sili się na eksperymenty, nie ulega modom. Artyści są zakochani w jazzowej tradycji, a ich język zbudowany jest na solidnej podstawie muzyki klasycznej. W rezultacie otrzymujemy materiał cudownie wręcz zagrany, pełen wyśmienitych kompozycji w większości pióra Adama Kowalewskiego, których świeżość polega w głównej mierze na bezpretensjonalności i szczerości wypowiedzi. Napisane przez Kowalewskiego dla ukochanej żony “Cause I love You” czy dla syna “Lullaby for You”, otwierające album, swoim filigranowym pięknem po prostu wbiły mnie w fotel już od pierwszych minut słuchania tej płyty. Chociaż nie jestem wielkim fanem tak zwanego “głównego nurtu”, słucham tej płyty raz po raz i nie mogę się od nie oderwać. Może dlatego, iż czuję jakby została zagrana specjalnie dla mnie...

Autor: Maciej Nowotny

* tekst ukazał się w listopadowym numerze miesięcznika JazzPress


wtorek, 26 listopada 2013

* Ten felieton stanowi część polemiki w jaką wdaliśmy się z Maciejem Karłowskim na łamach jazzarium.pl. Oto link do całego wpisu z godną lektury repliką Macieja na mój tekst: LINK

Najnowsza płyta Leszka Możdżera zatytułowana “Polska” wywoła zachwyt publiczności i niesmak wśród krytyków, zwłaszcza na drogim mojemu sercu portalu jazzarium.pl. Założymy się? Proszę! Koniecznie! Zróbcie to, bo jedną z moich słabości jest to, że lubię wygrywać.

Krytycy, zresztą słusznie, zmiażdżą kolejną płytę Leszka zarzucając jej brak ambicji, wtórność i nachalne wdzięczenie się do publiczności. Szczególnie będzie ich jednak drażnić głupota tych kolegów-dziennikarzy, którzy nie znając się ani jotę na jazzie będą wychwalać w różnych mass mediach geniusz Możdżera jakby był on drugim Milesem, Coltranem i Evansem w jednym. Ale trudno przecież winić tego artystę za brak krytycyzmu i szerzącą się wśród dziennikarzy chorobę panegiryzmu? To tak jakbym z powodu trapiących mnie hemoroidów chciał zastrzelić drozda, który przysiadł na drzewie w moim ogrodzie i śpiewa.

Nie jestem idiotą! A może jestem? Bo czasami wydaje mi się, że bezmyślmość panegirystów piszących o takim na przykład Możdżerze, Stańce czy Mazolewskim jest wprost proporcjonalna do zacietrzewienia tych, którzy podobnie jak i ja niekiedy, tylko w nie dającym się słuchać free jazzie widzą zbawienie. Jednak chociaż kocham szaleństwa takiego na przykład Damasiewicza, uwielbiam Obarę czy zdumiewa mnie to co wyczynia w swoim NRD-owskim dresie Masecki, to muzyki żadnego z nich nie włączę sobie do porannej kawy. A nie wyobrażam sobie życia bez tego płynu i celebruję miłe z nim chwile jak niejeden mszę świętą.

Chcecie znać prawdę? Moje serce należy do Ani! Idea stara jak świat, znajdziecie ją jeszcze u Arystotelesa. Ani za dużo awangardy. Ani za dużo głównego nurtu. Ani za dużo popu. Niczego zanadto! Wszystkiego po troszku. A szczególnie oczekiwałbym po muzykach empatii w stosunku do słuchacza. Poważnie! Bo kiedy w domu włączam muzykę takiego na przykład Cecila Taylora to moje małżeństwo wisi na włosku, a Możdżera nawet nie muszę, żona sama wyszukuje sobie na półce.

Że Możdżer cementuje małżeństwa tego chyba jeszcze nie napisał żaden panegirysta! Ale któż zaprzeczy, że muzyka na tym albumie jest rewelacyjnie wprost zagrana? Że melodie są wspaniale napisane? A interpretacja “Are You Experienced?” Hendrixa po prostu powalająca jak kiedyś Możdżera wersja “Prawa i pięści” na innym jego krążku “Komeda”? Że współpraca pianisty z grającym na kontrabasie Larsem Danielssonem i na perkusjonaliach Zoharem Fresco po prostu perfekcyjna w każdym calu? Wolę ich wyrafinowanie i cudowne panowanie nad dźwiękiem niż kolejny album post-brotzmannowskich postękiwań jakimi darzy nas na swoich wydawanych z szybkością karabinu maszynowego płytach taki na przykład otaczany kultem przez free jazzową publikę Ken Vandermark.

Ostatnia już metafora i koniec tego tekstu: chociaż jeśli chodzi o kulturę mam raczej dość wyrafinowane gusta to czy jestem jedyny, który gdyby miał się żywić, jeśli chodzi o taki na przykład film, samym Bunuelem, Godardem czy Fellinim to zdechłby jak pies? Raczej częściej niż rzadziej potrzebuję obejrzeć coś ze Schwarzeneggerem i podobają mi się też, nieważne jak perwersyjnie by to zabrzmiało, filmy w rodzaju “Obcego”. W tych kategoriach umieściłbym album Możdżera “Polska”. Nie wiem czy to by go ucieszyło, ale dla mnie jest i Schwarzeneggerem i Obcym polskiego jazzu w jednym, za co bardzo mu pragnę podziękować!

Autor: Maciej Nowotny



poniedziałek, 28 października 2013



Marek Kądziela? Tomek Dąbrowski? Kasper Tom Christiansen? Te nazwiska nic Państwu nie mówią? Proszę się nie przejmować. To całkiem naturalne w przypadku jazzu, który jest muzyką, o której tożsamości stanowią ciągłe zmiany i innowacje. Może za to znają Państwo takie nazwiska jak Miles Davis, John Coltrane czy Krzysztof Komeda? Oczywiście! To przecież giganci jazzu, których znają i podziwiają wszyscy. Jednak Ci wielcy zaczynali w sposób bardzo skromny. Taki na przykład Miles grał w latach 50tych w Nowym Jorku w knajpach tak małych, że na scenie z trudem mieściły się kontrabas i zestaw perkusyjny. Publiczność stanowiło nieraz zaledwie kilka albo kilkanaście osób, często innych muzyków, a najczęsciej prostytutek i złodzieji. Tłumy waliły wtedy za to na koncerty “gwiazd” w rodzaju Dave’a Brubecka, Stana Getza, Gerry Mulligana czy Cheta Bakera, o których Miles wyrażał się pogardliwie, jako zaledwie imitatorach kopiujących po genialnych czarnych mistrzach jazzu.

Dlatego nie szukajcie dobrego jazzu wyłącznie na prestiżowych festiwalach, w wielkich salach koncertowych, w radiu czy telewizji. Jak kiedyś na 52 ulicy gości on często w małych salkach, w klubach, o których wiedzą tylko wtajemniczeni, wśród publiczności nielicznej, chimerycznej, lecz o bardzo wyszukanych gustach. Zresztą za publiczność wystarczy niekiedy zaledwie jeden człowiek, zwłaszcza jeśli miłość do muzyki połączy się w nim szczęśliwie z posiadaniem dużej ilości pieniędzy. Czyż to nie dzięki hojnej ręce księcia Esterhazy’ego, cierpliwie przez lat trzydzieści finansującego Josepha Haydna, możemy teraz cieszyć ucho boską harmonią jego ponad 100 symfonii?

Pytania retoryczne, ale zadane nie bez kozery. Wróćmy bowiem do wymienionych na początku nazwisk młodych i nieznanych muzyków. Marek Kądziela, założyciel zespołu, gra na gitarze, Tomek Dąbrowski na trąbce, a Kasper Tom Christiansen na perkusji i razem tworzą zespół o nazwie Hunger Pangs, którego płyta “Meet Meat” dała asumpt do tego pseudo-mini-eseju. Teraz powinniny nastąpić liczne etykietki, które pomogłyby czytelnikowi tę produkcję jakoś zaszufladkować. Ale żyjemy w epoce post-gatunkowej i etykietki są przydatne wyłącznie muzycznym krytykom, aby wprowadzić publiczność w błąd co do swoich kompetencji. Z reguły skutecznie.

Ale ja dzisiaj nie jestem w nastroju do stroszenia piórek, do puszczania do publiczności oczka, do krygowania się. Niech wystarczy zatem, że Państwu powiem, iż muzyka ta mi się podoba, ponieważ... jest bardzo dobra. Głupie zdanie, nie przeczę, ale czyż nie do tego sprowadza się w istocie każda recenzja. Argumenty, by jakoś płytę pochwalić lub zniszczyć, dobry krytyk zawsze ma pod ręką. Co innego z wybitną muzyką. Tej jest niewiele jak dziewcząt jednocześnie cnotliwych i pięknych . A jednak ciągle ich szukamy! Mam na myśli płyty oczywiście. Oto przed Państwem jedna z nich: uśmiecha się zalotnie, świeża, nikomu nieznana, lecz kryje w sobie rozkosze, o których filozofom się nie śniło!

Jak mam jeszcze Państwa zachęcić do jej spróbowania? Nie będę przecież udowadniał, że przesłuchałem tysiące płyt, poświęciłem lata na zgłębianie muzyki, że szukam dobrego jazzu z pasją i wytrwałością z jaką niektórzy kopią w poszukiwaniu złotych samorodków, stąd być może warto posłuchać mojej opinii w tej drobnej sprawie. To wszystko prawda, lecz obawiam się, że nie zabrzmi to zbyt przekonywająco. Cóż, zatem powiem inaczej: posłuchajcie Państwo tej płyty i tych muzyków, zanim staną się sławni, bogaci i zepsuci. Za dekadę lub dwie wielbić ich będą wszystkie miernoty jakich wiele pisze o muzyce lub twierdzi, że się na niej zna. I wtedy Państwo, z uzasadnioną wyższością, wspominać będą jak to Wy, już dawno temu, słuchaliście tych genialnych muzyków i poznaliście się na ich niezrównanym talencie! Bezcenne, nieprawdaż?


sobota, 23 marca 2013

Dante w “Nowym Życiu” wymienia trzy kategorie pielgrzymów: palmieri, romei i peregrini w zależności od tego czy podążają oni do Ziemi Świętej, Rzymu czy Santiago de Compostella. Jednak gdyby żył dzisiaj kto wie czy nie dodałby do tego zestawienia jeszcze jednej kategorii, aby opisać pielgrzymki jakie odbywają młodzi muzycy jazzowi do Nowego Jorku. Zbiegają się tam z całego świata, by stanąć na 52 ulicy i wspominać czasy, gdy kilkadziesiąt lat temu w miejscach takich jak Onyx, 3 Deuces, Carousel, Downbeat czy Birdland rodził się bebop. Tych miejsc już nie ma, ale muzyka, która w nich powstała, dzięki takim postaciom jak Charlie Parker, Thelonius Monk czy Miles Davis ciągle żyje w tym miejscu.

Wśród tych podróżników do źródeł jazzowej tradycji słychać niekiedy polską mowę. Zwłaszcza w ostatnich latach jest ich wielu, co zwiastuje nową falę w naszej muzce, jej renesans. Adam Bałdych, Tomasz Dąbrowski, Maciej Obara czy Rafał Sarnecki, by wymienić tylko killku spośród wielu, to młodzi polscy artyści, dla których wizyta w mieście nad rzeką Hudson i współpraca z tamtejszymi muzykami, okazać się może trampoliną do wielkiej kariery. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście koniecznie sięgnijcie po będące owocem tych peregrynacji albumy! Oto krótki przewodnik, aby ułatwić nieco Wasze muzyczne wędrówki:

Warto sięgnąć po płytę “Imaginary Room” skrzypka Adama Bałdycha, która pojawia się wysoko w wielu zestawieniach najlepszych polskich płyt jazzowych roku 2012. Trudno się dziwić skoro nagrany został dla renomowanej wytwórni ACT i z udziałem takich wspaniałych skandynawskich muzyków jak Lars Danielsson czy Jacob Karlzon. Nie wiadomo jednak czy w ogóle by powstał gdyby nie poprzedzająca go wyprawa Adama do Nowego Jorku, której owocem był “Magical Theatre”. Wiele kompozycji, i to najlepszych, jakie znalazły się na obsypanej nagrodami płycie nagranej dla wytwórni Sigiego Locha, pochodzi właśnie z tego krążka.

Talent młodego trębacza Tomasza Dąbrowskiego rozwija się w niebywałym tempie! W ostatnich dosłownie 2-3 latach zagrał na dziesięciu różnych płytach, wszystkich godnych uwagi. Przykładem może być krążek Kennetha Dahla Knudsena “Clockstopper”, na którym obok niego pojawiają się takie młode gwiazdy nowojorskiej sceny jak perkusista Jonathan Blake czy pochodzący z Izraela gitarzysta Gilad Hekselman. Jednak ja czekam najbardziej na album “Steps” jaki Dąbrowski nagrał latem ubiegłego roku w Nowym Jorku z legendarnym avantjazzowym perkusistą Tyshawnem Soreyem. Słuchałem ich koncertu podczas ubiegłorocznego festiwalu JazzArt w Katowicach i niewiele przypominam sobie tej rangi wydarzeń w polskim jazzie w ostatnich latach.

Etap nowojorski saksofonista Maciej Obara ma już za sobą. Jednak będące rezultatem jego wyprawy do Nowego Jorku i wydane w 2010 roku płyty “Four” i “Three” należą ciągle do najciekawszych w jego dyskografii. Znajdziecie na nich śmietankę tamtejszej awangardy, a wśród nich muzyków z wyśmienitej School Of Improvisational Music takich jak: Ralph Alessi czy Mark Helias. Nie zapomijcie także o najnowszych planach Obary, wśród których “Komeda” nagrany z nowym zespołem Obara International powinien być perłą w katalogu powstałej niedawno nowej polskiej wytwórni For Tune Records.

Na okładce wydanej w 2008 roku płyty “Songs From A New Place” gitarzysty Rafała Sarneckiego widać wieżowce Manhattanu, bo właśnie w Nowym Jorku studiował i obecnie mieszka. Jego kariera także nabrała w ostatnich latach przyśpieszania, o czym niech świadczy to, że następny krążek “Madman Rambles Again” (2011)  wydała mu prestiżowa hiszpańska oficyna Fresh Sound New Talent. Na kwiecień planuje nagranie nowej płyty z sekstetem, z którym na co dzień gra w Nowym Jorku. Zapewne nie tylko ja czekam na ten album z niecierpliwością!

Jednak najsłynniejszym ze wszystkich Polaków jacy w ostatnich latach zjawili się w tym mieście jest Tomasz Stańko. Po zakończeniu współpracy ze swoim “polskim” kwartetem postanowił spełnić marzenie swojego życia i zamieszkał na Manhattanie, naprzeciwko Central Parku. Jego  najnowszy, wydany w tym roku album “Wisława” stanowi owoc dwuletnich poszukiwań, w trakcie których Stańko grał z najbardziej znaczącymi przedstawicielami awangardowej sceny nowojorskiej, z których dwóch czyli perkusista Gerald Cleaver i kontrabasista Thomas Morgan, zagrało na tej płycie. Skład uzupełnia inny nowojorczyk, młody pianista kubańskiego pochodzenia David Virelles, któremu wielu wróży karierę równie ekscytującą co ormiańskiemu supertalentowi Tigranowi Hamasyanowi.

Mimo, że po siedemdziesiątce Stańko podszedł do tego zadania z pasją i wigorem młodzieniaszka. Bez względu na to jak ocenimy efekt końcowy, który jednym się będzie podobał bardziej a drugim mniej (należę do tej grupy), to właśnie ten niezmienny entuzjazm Stańki dla muzyki jest tym co sprawia, że jest punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń jazzmanów w Polsce. Mamy zatem z początkiem 2013 prawdziwy Powrót Króla. Jednak tak jak w tolkienowskiej sadze to co naprawdę robi wrażenie to fakt, że król nie wraca sam. Otacza go świetna drużyna polskich muzyków, o których nie słyszeliśmy do tej pory w ogóle lub tylko niewiele. To właśnie oni, ci bohaterowie znikąd, nie znani jeszcze szerszej publiczności, sprawiają, że wraz z królem wrócić mogą złote lata dla polskiego jazzu.

* tekst ukazał się także w marcowym numerze miesięcznika JazzPress

piątek, 01 marca 2013

Jeden z moich ulubionych pisarzy Jaroslav Hasek, autor "Przygód Dobrego Wojaka Szwejka", założył w roku 1911 wraz z przyjaciółmi Partię Umiarkowanego Postępu W Granicach Prawa. Przeglądałem ostatnio jej postulaty i stwierdziłem, że prawie nic się one przez lat sto nie zdezaktualizowały. "Wprowadzenie obowiązkowego alkoholizmu" poszerzone o przymus palenia marihuany już właściwie jest na sztandarach jednej z naszych partii. "Nietykalność księży" jest z kolei wśród haseł innej. Także "Zorganizowanie sieci państwowych zakładów wychowawczych dla niedorozwiniętych posłów" mogłoby żywy oddźwięk znaleźć w naszym społeczeństwie.

Jednak Hasek i jego koledzy wiele mogliby się też nauczyć od naszych polityków. Nie wierzycie? To rzućcie okiem na artykuł piętnasty Ustawy o Radiofonii i Telewizji. W myśl tego zapisu "nadawcy programów radiowych przeznaczają co najmniej 33% miesięcznego czasu nadawania w programie utworów słowno-muzycznych na utwory, które są wykonywane w języku polskim, z tego co najmniej 60% w godzinach 5—24." Tak jak on jest tutaj zapisany nie obejmuje on chociażby muzyki muzyki instrumentalnej. Zatem taki na przykład polski jazz żadnej z niego korzyści odnieść nie może. Już prędzej łomotać cały dzień będzie o nasze uszy przebój ostatniego Sylwestra w naszej państwowej (sic!) telewizji czyli "Ona tańczy dla mnie". Przecie to polskie, swojskie, wyśpiewane od ucha do ucha. Że potworne? Że prymitywne? Że głupie jak but? Czy ktoś się zastanowił czy na tym ma polegać promocja naszej kultury? Czy tak ma wyglądać tak potrzebny dla naszej sztuki mecenat Państwa?

Otóż ona tańczy NIE dla mnie! Bo według mnie to jest antypromocja i antymecenat. W ich wyniku nie tylko w niczym politycy nie pomagają naszej kuturze, ale ją wręcz zażynają. Już lepiej doprawdy słuchać Stinga, Adele czy Lany Del Rey niż ich pożal się Boże polskich kopii i podróbek. Dlaczego, pytam się, nie mamy narodowej instytucji, w której pracowałaby grupa kompetentnych ludzi i mądrze, podkreślam mądrze, wspomagałaby polską muzykę? Miliardy złotych poszły na stadiony, na których ani razu się nie pojawiłem, bo po co? Aby oglądać naszych kiepskich kopaczy jak zbierają baty od dosłownie wszystkich w Europie czy na świecie? Żeby spędzić parę godzin wśród kipiącego agresją tłumu pogrążonego w plemiennym amoku? Po co komu ta lekcja bezrefleksyjnego nacjonalizmu? Gdzie tu jakiś powód do prawdziwej narodowej dumy? Ot, wywaliliśmy pieniądze (chociaż nikt nas nie pytał czy tego sobie życzymy) kompletnie bez efektu! Stadiony stoją, FIFA zarobiła miliony, a my przez kolejne dziesięciolecia będziemy musieli do nich dokładać...

Nóż się w kieszeni otwiera, gdy się słyszy, że tylko w tym roku, do działalności samego Stadionu Narodowego trzeba będzie dołożyć 22 miliiony złotych! Chryste Panie! Wyobraźcie sobie Państwo ile dobrego mógłby uczynić powołany do wspierania polskiego jazzu instytut dysponujący takim budżetem?! Przecież większość najlepszych polskich płyt jazzowych wydanych w zeszłym roku to niszowe projekty powstałe za dosłownie grosze. Graniczy doprawdy z cudem, że nasi artyści bez żadnej pomocy Państwa albo z niewielką są w stanie NA PRZEKÓR wszelkim problemom tworzyć i nagrywać tak zdumiewająco piękną muzykę. Ale cały ten gmach na bardzo słabym zbudowany jest fundamencie. Jeśli pozostawi się go tak jak jest to wielkie mam obawy o jego trwałość. PO prostu muzycy klepią biedę! Zresztą nie tylko oni. Klepią biedę organizatorzy koncertów. Klepią biedę piszący o muzyce. I tak dalej i tym podobnie.

Oburzające! Głupie! Bezmyślne! Zwłaszcza, że rząd potrzebuje jednego dnia by znaleźć dla kulejącego LOT-u 400 milionów złotych! Po co? Czy gdyby LOT przestał istnieć to od jutra na Okęciu przestałyby startować i lądować samoloty? Zapewniam Państwa, że inne firmy szybko zapełniłyby tę lukę. Jednak NIKT, podkreślam nikt, nie zapełni luki po Stańce, po Namysłowskim, po ich starszych i młodszych utalentowanych koleżankach i kolegach, dzięki którym istnieje polski jazz. Bo talentu nie da się kupić za żadne pieniądze. Oprócz iskry Bożej potrzeba mu długiej i ciężkiej pracy. I wzrasta jak drzewo czerpiąc soki z tej ziemi. I trzeba go też od czasu do czasu, bu nie usechł, podlewać i mądrze dbać o niego. NIE tworząc głupie zapisy narzucające pseudopolską muzykę odbiorcom i ograniczające ich wolność wyboru. Lecz aktywnie działając na rzecz wsparcia tego co najlepsze w polskiej kulturze, by przetrwała pamięć o naszych czasach i o ludziach, którzy żyją i tworzą tu i teraz.

* tekst ukazał się także w lutowym numerze miesięcznika JazzPress (http://jazzpress.pl/)

sobota, 23 lutego 2013

Wiele jest kluczy, jakimi można otworzyć pełen skarbów sezam jakim jest muzyka Milesa Davisa. Jednym z nich są jego relacje z perkusistami, bo sam w swojej autobiografii stwierdził, że każdy trębacz, który marzy o tym by znaleźć swój ton i stać się wielkim musi mieć u swego boku odpowiedniej klasy drummera. 

Pierwszym z nich był Joe Jones, który nosił przydomek “Philly” od miasta, z którego pochodził czyli Filadelfii. Szczupły, filigranowy przez większość część lat pięćdzisiątych był jednym z najlepszych kumpli Milesa, jak się mawia, tak “do bitki jak i do wypitki”. Davis wspomina wiele zabawnych sytuacji jakie zdarzały im się w tamtych czasach. Pewnego razu, aby zdobyć pieniądze potrzebne na heroinę, Miles okradł mieszkanie swego przyjaciela i mentora znanego trębacza Clarka Terry’ego. Wszystko co zdołał sprzedał w lombardach bądź swoim przyjaciołom. Koszulę kupił od niego Philly. Jeszcze tego samego wieczora na koncercie Terry zauważył, że Joe Jones nosi jego koszulę i zażądał jej zwrotu. Zadziwiające, że pomimo takich przygód ci trzej panowie pozostali dozgonnymi przyjaciółmi. W kraju nad Wisłą znacznie mniejsze występki wystarczą, żeby się na kogoś obrazić i zerwać po wsze czasy wszelkie kontakty...

Milesa z Joe Jonesem łączyło wiele, ale najwięcej pod względem muzycznym. Davis zawdzięczał mu naprawdę dużo, o czym niech świadczy choćby taki “szczegół”: wspomnieliśmy o tym, że Jones pochodził z Filadelfii, gdzie mieszkał także nieznany wtedy w ogóle szerszej publiczności niejaki John Coltrane. To Jones przedstawił go Milesowi i nalegał usilnie, aby go zatrudnił. Tak powstał kościec tzw. pierwszego kwintetu, którego skład uzupełniali poza wspomnianymi wyżej grający na fortepianie Red Garland (Miles: “bo chciałem mieć pianistę, który brzmi jak Ahmad Jamal”) i kontrabasista Paul Chambers.

O grze tego kwintetu Davis mówił tak: “Jakkolwiek Coltrane wspaniale grał, to Philly Joe był ogniem, który sprawiał, że tak dużo się działo. Wiedział o wszystkim, co zamierzałem, o wszystkim co chciałem zagrać: wyprzedzał mnie, zgadywał moje myśli.” Grał zdecydowanie, energicznie, a jego ultraszybkie i głośne linie przywoływały na myśl strzelający karabin maszynowy. Ten styl w idealnie pasował do operującego głównie w dolnych rejestrach, uwielbiającego spokojne i nastrojowe granie, Milesa. Pierwszy kwintet istniał tylko kilka lat od 1955 do 1958, jednak wywarł wielki wpływ na to jak potoczyła się historia jazzu, a wielu, w tym i ja, uważa go nie tylko za najlepszy zespół Milesa, ale i w ogóle za najlepsze combo w dziejach jazzu.

Podobnie jak Philly Joe Jones, Tony Williams był mały i drobny, miał zresztą zaledwie siedemnaście lat, gdy Davis zauważył  go grającego w zespole Jackie McLeana. Po latach tak wspominał wrażenie jakie wywarł na nim ten młodzian: “Jak już wcześniej powiedziałem trębacze uwielbiają grać ze wspaniałymi perkusistami i absolutnie od razu słyszałem, że będzie z niego jeden z najgroźniejszych sukinsynów, jacy kiedykolwiek grali na perkusji”. Wraz z takimi muzykami jak saksofonista Wayne Shorter (wieść niesie, że będzie gościem przyszłorocznego Warsaw Summer Jazz Days!), pianista  Herbie Hancock i kontrabasista Rone Carter tworzyli oni tzw. drugi kwintet, który w latach 1964-1968 dominował w świecie jazzu niemal tak bardzo jak pierwszy. Niemal, bo przecież te lata to z jednej strony rozkwit jazzowej awangardy, a z drugiej schyłek jazzu, który bitwę o masową publiczność, przynajmniej tą czarną, przegrał z muzyką spod znaku Motown Records.

Zresztą dyskusja o tym, który kwintet był lepszy przypomina spór o wyższości Świąt Bożego Narodzenia (w czasie których piszę ten felieton) nad Wielkanocą. Ważne, że Miles w Williamsie znalazł partnera o podobnym formacie jak w przypadku Jonesa i jak sam stwierdza to nie kto inny jak Williams, mimo młodego wieku, nadawał często kierunek muzyce całego zespołu. Jeszcze raz oddam głos Davisowi, który tak opisywał ten niezwykły kolektyw: “Jeśli ja byłem inspiracją, mądrością, spoiwem dla tego zespołu, Tony był ogniem, kreatywną iskrą; Wayne był ideologiem, to on konceptualizował wiele naszych muzycznych idei; a Ron i Herbie to były kotwice”. Williams chociaż silnie zakorzeniony w tradycji był prekursorem zupełnie nowego stylu, a jego gra stanowi ważny etap na drodze ewolucji roli perkusji w jazzowym combo. Jej najważniejszy element stanowi stopniowe uwalnianie beatu i emacypacja tego instrumentu pełniącego niegdyś jedynie rolę służebną w ramach sekcji rytmicznej. Gdy w roku 1968 kwintet się rozpadł, zakończyła się wraz z nim wielka epoka w jazzie, epoka niesamowitego rozkwitu, eksplozji kreatywności, epoka gdy jazz był częścią kultury masowej. Innowacje, które wtedy jedna po drugiej powstawały głównie w studiach w Nowym Jorku, do dzisiaj wyznaczają horyzont tego co uznajemy za język jazzu. A dla niektórych, wcale licznych,  jazz się wtedy po prostu skończył.

Miles Davis był odmiennego zdania, chociaż i nim targały wątpliwości, kolejne lata miały przynieść oprócz tak genialnych dzieł jak “Bitches Brew”, którymi nadał jazzowi całkiem nowe oblicze fusion, także długie, niemal pięcoletnie niemal milczenie, a następnie powrót, podczas którego potrafił tak olśniewać jak i wprawiać w konsternację, zwłaszcza licznymi flirtami z muzyką pop. Spośród wielu perkusistów z jakimi współpracował w tym czasie specjalne miejsce należy się Jackowi DeJohnette (który w tym roku zagrał na wrocławskim Jazztopadzie), chociaż nie była to relacja tak istotna jak w przypadku Jonesa i Williamsa. Miles “ukradł” go, jak to miał w swoim zwyczaju, ze składu Charlesa Lloyda, gdzie Jack grał razem z pewnym bardzo młodziutkim, nikomu nieznanym pianistą o nazwisku Keith Jarrett.

Cały ten niezwykły skład sformowany w 1969 roku, w którym obok Milesa i DeJohnette grali na pianinie Chick Corea, na basie Dave Holland, a Wayne Shorter na saksofonie, nazywany jest czasem “Utraconym Kwintetem”. Z tego powodu, że Columbia nie było zainteresowana nagrywaniem i wydawaniem płyt przez nich nagranych, a po drugie dlatego, ze po zaledwie dwóch latach, zespół rozpadł się i nie odegrał w historii jazzu takiej roli, do jakiej był predystynowany ze względu na skalę talentów uczestniczących w nim artystów. Jednak Miles korzystał z grających w nim muzyków, z tym z Jacka, na kilku wydanych w tamtych okresie płytach, w tym na genialnym “A Tribute To Jack Johnson”. Wkrótce DeJohnette odszedł z zespołu, a to co zrobił po nawiązaniu współpracy z wytwórnią ECM, nowe znaczenie jakie nadał perkusji w jazzie, tym bardziej każe nam żałować, że współpraca tych dwóch wielkich indywidualności nie była głębsza i dłuższa.

A jak było i jest w polskim jazzie? Czy i w nim sprawdza się teza o miłości trąbki i perkusji? Tomasz Stańko w swojej autobiografii wspomina: “Lubiłem rozgrywać bębniarzy. Takie były początki mojego [pierwszego] kwintetu, gdy kilka miesięcy ćwiczyliśmy tylko ze Stefańskim. Tak samo robiłem z Edvardem Vesalą. Duet [trąbka - perkusja], żeby mieć tylko czas, rytm i trąbę”. Trudno sobie wyobrazić tak polski jak i europejski jazz bez takich albumów jak “Music for K”, “TWET” czy “Balladyna”, które Tomasz nagrał z wyżej wymienionymi perkusistami...

Zesztą także w ostatnich latach nie brakuje wspaniałych kolaboracji, które potwierdzają regułę, która jest tematem tego felietonu. Duety Artura Majewskiego z Kubą Sucharem, Wojtka Jachny z Jackiem Buhlem, Tomka Dąbrowskiego z Andersem Mogensenem czy Macieja Fortuny z Krzysztofem Gradziukiem, których wydana kilka dni temu płyta “Sahjia” zainspirowała mnie do zajęcia się tym tematem, są równie interesujące jak te z przeszłości. Nie lękam się zatem o miłość, która od dziesięcioleci zbliża do siebie trąbkę i perkusję. Niegroźni im wszelcy Capuleti i Montecchi wieszczący “śmierć jazzu”, bo uczucie, które rodzi się w ich intymnym związku jest równie nieśmiertelne jak to, która rozgrywało się i rozgrywa w legendarnych murach Werony...

* tekst ukazał się także w styczniowym numerze miesięcznika JazzPress (http://jazzpress.pl/)

czwartek, 12 kwietnia 2012

Ostatnio w Cafe Karma miałem okazję spędzić miły piątkowy poranek na wyśmienitej kawie z muzykiem, o którym ostatnio bardzo głośno nie tylko u nas, ale i w szerokim świecie. Czy mówią coś Państwu nazwy takich zespołów jak Undivided czy Hera? Jeśli nie to koniecznie nadróbcie te zaległości, bo takich combo nie było w Polsce, ho ho, może nawet od czasów słynnych grup Komedy i Stańki w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych! Liderem tych zespołów jest polski klarnecista Wacław Zimpel, który podczas naszej rozmowy wypowiedział opinię, że czuje się muzykiem ludowym. Nie dopytałem go wtedy o ten wątek, ale kropla drąży skałę i kiedy myślałem o tym w kontekście tego jak widzę przyszłość jazzu, coraz bardziej docierało do mnie, że jest w tej opinii coś niezwykle inspirującego...


W sprecyzowaniu tego niejasnego poczucia pomógł mi Jerzy Mazzoll, legenda polskiego yassu, z którym spędziłem niedawno dwa dni krążąc po warszawskich restauracjach, nagrywając audycję dla radia i słuchając tego co ma do powiedzenia o muzyce sprzed lat i tej, którą gra dzisiaj. W pewnym momencie Jerzy spojrzał na mnie uważnie i powiedział: "Macieju! Stoimy w obliczu zmian w muzyce równie istotnych jak te, które przyniosła możliwość nagrywania dźwięku. Płyta gramofonowa i jej potomkowie wyzwoliła muzykę z tyranii czasu i miejsca wykonania. A dzisiaj dostęp do internetu i wolność w korzystaniu z jego zasobów (było to na parę dni przed aferą z ACTA!) może przynieść prawdziwą rewolucję". Ponieważ na talerzu miałem gorącą kaftę wegetariańską, którą właśnie podał kelner w jednej z najlepszych restauracji libańskich w mieście, nie dopytałem go dokładnie co ma na myśli.

Poniewczasie żałowałem bardzo swego łakomstwa i tego, że nie okazałem się bardziej dociekliwy. Czułem, że Zimpel i Mazzoll starają się powiedzieć mi coś bardzo ważnego... Usiadłem wtedy przy swoim laptopie i otworzyłem nieczytaną od kilku dni pocztę. W niej znalazłem brakujące elementy układanki i nagle zaświtało mi w głowie: Eureka! Oto być może to co czują tak Zimpel jak Mazzol, a pewnie i wielu innych muzyków z tych, co to mają uszy otwarte. Bo to się unosi w powietrzu, bo to jest coś co w języku niemieckim nazywa się... Zeitgeist!

Po co chodzić do szkół muzycznych? - takie retoryczne pytanie zadał ostatnio goszczący w mojej audycji Jerzy Małek. Przecież wszystko jest w internecie: nuty, poradniki jak grać, a przede wszystkim muzyka, muzyka, muzyka. Tak łatwo dostępna i w takim wyborze jak jeszcze nigdy. Zdemokratyzował się nie tylko dostęp do niej, ale i sposób jej wytwarzania. Mnóstwo ludzi chce śpiewać, grać i tańczyć. Zresztą ta chęć zaczęła funkcjonować całkowicie w oderwaniu od umiejętności. Te nie są już nawet przez wszystkich wymagane. Stąd wielka popularność programów w rodzaju "Mam talent". Powody tego są oczywiste dla każdego w miarę bystrego obserwatora naszej cywilizacji: masowy konsument determinuje to co pokazują media. Media kształtują gusta publiczności. Ten samowzmacniający się mechanizm prowadzi do obniżki poziomu wytwarzanej sztuki (to już truizm), ale ma też, przyznajmy to, pewien zgoła nieoczekiwany skutek pozytywny...

Otóż coraz większa liczba ludzi uczestniczy w sztuce aktywnie, nie tylko na zasadzie odbioru. Setki, tysiące, miliony ludzi umieszczają swoją muzykę na YouTube. A przecież są jeszcze takie dynamicznie rozwijające się miejsca jak spotify, soundcloud czy mixcloud, nie wspominając o gasnącym myspace czy nabierającym siły bandcamp. Dzięki nim można dzisiaj dotrzeć ze swoją piosenką czy albumem do publiczności całkowicie pomijając przemysł fonograficzny. Zresztą ten przemysł właśnie na naszych oczach się kończy, a dobija go tyleż piractwo (nazwijmy to wprost!) co konkurencja ze strony powstających jak grzyby po deszczu internetowych "labeli". Coraz częściej wystarczy impuls elektroniczny przebiegający między komputerem internetowego wydawcy a laptopem słuchacza i już możemy mówić o dystrybucji. Tak dzisiaj odbywa się coraz większa liczba premier płytowych...

Wracam tutaj do głównego wątku mej opowieści, którą opuściłem w momencie przeglądania skrzynki mejlowej. Znalazłem tam kilka przesłanych mi ostatnich premier płytowych, wszystkie w formie elektronicznej. Co ciekawe była to muzyka interesująca, nowatorska i o wiele ciekawiej brzmiąca niż ta, która dotarła do mnie w tak ukochanej przeze mnie formie płyty CD! Co bardzo ważne to te elektroniczne wydania były profesjonalnie i pięknie przygotowane! Tak od strony dźwiękowej, bo poziom nagrania był w pełni satysfakcjonujący, a do wyboru trzy formaty zapisu dźwięku, w tym bezstratny flac. Ale i od strony edytorskiej: gustowna okładka, mnóstwo informacji o muzyce i artystach w dwu językach, polskim i angielskim, a nadto dołączono promocyjne video z próbką muzy granej na koncercie. Tak płytę może dzisiaj wydać praktycznie każdy w miarę ogarnięty użytkownik komputera.

W rezultacie łatwości wydawania muzyki w dzisiejszych czasach zmienia się zupełnie akcent z odbioru na wybór. Dzisiaj problemem nie jest dostęp do muzyki, ale dotarcie do takiej, która odpowiada indywidualnym gustom słuchacza. Dlatego relacja słuchaczy z muzyką staje się coraz bardziej osobista. Wiele osób prowadzi blogi by powiedzieć światu jaka jest ich muza (należę do tej grupy!). Ludzie tworzą towarzystwa i kluby, by mieć miejsca, gdzie odbierają muzę po swojemu. Wielkie znaczenie mają nieformalne grupy dyskusyjne, listy mejlowe, miejsca (znów powiedzmy to otwarcie!) nielegalnej wymiany plików!

Wszystko to, o czym napisałem i wiele z pokrewnych zjawisk, o których nie ma miejsca by w tym artykule powiedzieć, zmierza do tego od czego zacząłem: muzyka, a w tym jazz, staje się domeną ludu. Jak przed wiekami każdy może wziąć skrzypce, fortepian czy bębny i grać. I z tą muzyką dotrzeć do słuchacza! Jakby mieszkali w jednej wiosce, tuż obok siebie, chata obok chaty, dom przy domu. Umożliwia to internet, dzięki któremu ktoś kto mieszka w Hajfie, Widnes w Cheshire, Nowym Jorku czy Palo Alto i podziela moją miłość do jazzu bliższy mi jest niż gburowaty sąsiad z mojej kamienicy, który słucha Anthraxu, Kissów czy Deep Purple.

Zresztą to dopiero początek, bo jeśli prawdą jest to, że przyszłością jazzu jest muzyka ludowa, to coraz mniejsze znaczenie będzie miała ocena jej jakości pod względem formalnym, krytyka będzie obumierać. Czy zresztą mylę się, że to już następuje? Nieuchronny to proces, bo muzyka ludowa inną pełni rolę niż zaspokajanie wyrafinowanych gustów krytyków i ich mecenasów. Te gusty funkcjonują już zresztą w zupełnym oderwaniu od gustów ludowej publiczności. Oto, jak opowiedział mi przyjaciel, słuchacze wychodzący po koncercie duetu Archie Shepp i Joachim Kuhn, na tegorocznej Bielskiej Zadymce Jazzowej, kręcili nosami, że muzyka była zanadto free! Chryste Panie! A był to przecież chyba najbardziej mainstreamowy koncert jaki Ci dwaj muzycy zagrali w swoim wypełnionym free jazzem i awangardą życiu!

Ale publiczność się nie myli... nigdy... vox populi vox (i)dei... muzyka krytyków inne ma cele niż muzyka ludowa. Ta pierwsza goni króliczka nieustannych innowacji i wydumanego postępu. Ta druga ma pomóc ludziom poradzić sobie w wyzwaniach, które stawia przed nami życie. Równie dobrze może to zrobić V symfonia Beethovena jak i jakaś głupia piosenka ściągnięta z YouTube. Czasami nawet lepiej spełni tę funkcję... Najbardziej wrażliwi z muzyków czują ten duch czasów. Wspomniany wcześniej Zeitgeist. Czy nie taki charakter, ludyczny właśnie, nosi to co robią muzycy skupieni wokół Chłodnej 25 i wytwórni Lado ABC? Czy nie zapokojeniu prostej potrzeby ucieczki od rzeczywistości służy transowy charakter najnowszych albumów Hery, Mikrokolektywu czy Jahny i Buhla? Muza zaczyna przypominać ćwiczenia z medytacji, kurs buddyzmu zen czy yogi!

Może zresztą są to naciągane przykłady, może lepiej dać inny. Prowadzę blog na temat polskiego jazzu (polish-jazz.blogspot.com) i dostałem pewnego razu mejl z dalekiej Kalifornii od Jasona McGuinessa członka kolektywu analogburners.com. Zmiksował on kilka utworów z wydanej w 1977 płyty Czesława Bartkowskiego “Drums Dream”. Napisał do mnie tak: “Kochamy tę muzę. Aha! To dopiero początek: teraz pracuję nad “Alter Ego” Czesława Gładkowskiego i Krzysztofa Zgraji!”. Naprawdę tak napisał! Mam kopie mejla na dowód. Z polskimi znakami “ł”. Czy ktoś pomyślałby w roku 1964 kiedy powstawała seria Polish Jazz, że kiedyś młodzi Amerykanie będą uważali muzykę nagraną kilkadziesiąt lat temu nad Wisłą za swoją własną?! 

 

Autor: Maciej Nowotny

*tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika JazzPress (LINK)

sobota, 10 marca 2012

Felieton muzyczny to właściwie zapomniana u nas sztuka, którą jednak bardzo chciałbym przywrócić do życia. Oto kolejny mój tekst, która do tego właśnie zmierza, a który dzięki uprzejmości Ryszarda Skrzypca i Kajtka Prochyry ukazał się odpowiednio w marcowym numerze miesięcznika JazzPress jak i na portalu jazzarium. pl

Swoją słynną niegdyś książkę “Boski Juliusz” Jacek Bocheński zaczął pytaniem: “Czy ktoś z Państwa chciał być kiedyś bogiem?” No właśnie... czy zastanawiali się Państwo kiedyś nad taką kwestią? Osobiście na boga raczej się nie nadaję. Ostatnio zapomniałem gotując herbatę zdjąć czajnika z gazu i zrobiła się z niego rzeźba a la Dali. Poza tym, chociaż niezręcznie mi się do tego przyznawać, od kiedy przekroczyłem czterdziestkę, nie ma dnia, żeby po przebudzeniu coś mnie nie bolało. Ale może spotkali Państwo przynajmniej innego człowieka, który byłby wykuty z marmuru? U mnie najbliżej było w nieistniejącym już Hotelu Europejskim, gdy w hallu zauważyłem podpierającego się laską Leszka Kołakowskiego. Ale nie podszedłem do niego, bo pewien znany kompozytor o inicjałach J.M. pociągnął mnie za rękaw do baru, gdzie czekała zmrożona Wyborowa i rozmowa na temat wyższości opery francuskiej nad włoską. Krótko mówiąc, byłem niewierzący, aż do wczoraj...

Wtorki w mojej redakcji przypominają czas schillerowskiej “burzy i naporu”. Wspaniali redaktorzy na pięć minut przed audycją konstruują scenariusze swoich audycji. Przez studio przewalają się nieraz tłumy gości, od zwykłych słuchaczy po największe gwiazdy naszej sceny. Zawieszają się komputery, konsola razi prądem, a z wentylacji zamiast chłodnego sączy się gorące od emocji powietrze. Ale w tej atmosferze jazz czuje się jak ryba w wodzie, bo gdzie indziej będzie mu lepiej niż wśród tylu wariatów chorych na synkopę i blue note. Tego wieczoru zjawiłem się krótko przed swoją audycją o Bobby Watsonie i od razu uderzył mnie dziwny wyraz twarzy redaktora Rocha Sicińskiego. Rozanielony, jakby był w siódmym niebie, w ekstazie. Rozejrzałem się dookoła! Nie zauważyłem żadnych niewiast ukrytych pod biurkiem w pokoju nagrań, zatem pytam: “ Co się stało?”. “Siadaj” - usłyszałem w odpowiedzi - “i słuchaj!”.


Popłynęła muzyka, a ja zacząłem unosić się do góry, jak balonik z helem, z zawrotną szybkością, ku stratosferze. I tam rozejrzałem się dookoła, by stwierdzić, o czym Wam uprzejmie donoszę, że jednak Niebo istnieje. Byłem ciekawy źródła, z którego płynie muzyka i poszedłem ku wielkiemu światłu. W jego centrum zobaczyłem starca, niezbyt wysokiego i szczupłego, ze starannie przystrzyżoną, śnieżnobiałą bródką. Czarnoskórego!. “Kim Pan jest? - wyszeptałem w zdumieniu. Jakimś cudem (nic mnie już nie dziwiło!) Roch znalazł się nagle obok mnie, położył rękę na moim ramieniu i wykrzyknął rozbawiony: “Nie poznajesz? Przecież to Ahmad Jamal!”


Rzeczywiście! Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że ów człowiek siedzi przy fortepianie, a otaczają go pozostali muzycy: Reginald Veal na kontrabasie, Herlin Riley na perkusji i Manolo Badrena na bębnach. Ciągle jakoś nie mogłem się pozbierać: “Co to za muzyka?” - zapytałem. Roch: “To najnowszy album Jamala Blue Moon”. Wiecie co pomyślałem? Tak, człowiek jest w stanie tego dokonać, sięgnąć absolutu i równać się z czymś czego umysł nie może ogarnąć. Ta muzyka w sekundę zerwała wszystkie etykietki z mojego mózgu (pseudo)krytyka muzycznego. To nie mainstream, to nie free, to nie bugaloo, chociaż wszystkie te określenia pasowałyby do tej muzyki. Przesłoniłyby jednak rzecz najważniejszą, że jest ona po prostu nieskończenie piękna. W cudowny sposób, a czynienie cudów czyż nie jest domeną boską, w każdym z kolejnych utworów, Jamal i kompani przeplatają jazzową tradycję z bardzo nowoczesnym groovem i improwizacją, której celem nie jest chaos a harmonia.

Najbardziej zdumiewa, że ta lekka jak piórko, otwarta i kreatywna muzyka ma za punkt wyjścia tak dobrze wszystkim znane standardy! Nie idzie ona drogą ani odtwarzania tego co znane, bo melodie te są często niemal nie do poznania, ani pełną udziwnień drogą współczesnej awangardy, zniesmaczającej to, co przeciętny jazzowy słuchacz tak ukochał. Jamal udowodnił tą płytą, że mylą się zarówno Ci, którzy trzymają się kurczowo jazzu w przebrzmiałej formie jaka ukształtowała się przed dziesięcioleciami jak i Ci, którzy mylą styl z postępem. Ta muzyka przywróciła mi wiarę w dawno zapomnianą teorię harmonii sfer. Alleluja!

Autor: Maciej Nowotny



Follow Kocham Jazz on Mixcloud

Subscribe in a reader

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...